Sawatdii

Lubie takie poranki. Po calej nieprzespanej nocy, przy lekturze „Oswajania swiata” (Nicolas Bouvier), czekam na sniadanie, nocna zmiana jeszcze sie krzata, choc ospale, wyglupiajac sie, zaraz pojda do domu. Przed hotelem przemykaja sznurem turysci z plecakami. Niektorzy wyjezdzaja inni przyjezdzaja. Zycie sie toczy, tylko w ktorym kierunku?

Popijam kawe, zaraz przyniosa skwierczace sadzone jajka z bekonem, tosty, dzem i sok pomaranczowy. Pare tajskich lasek nakreca podchmielonych farangow (farang – bialy, gringo). Wiatraki na suficie leniwie mloca i tak juz schlodzone przez cala noc powietrze. Atmosfera kolonialnie senna, przesycona kacem, potem i napalmem. W koncu caly ten seks biznes nakrecil sie przez stacjonujacych tu amerykanskich zolnierzy podczas wojny w Wietnamie. Mloda Tajka lezy na 30-latku o czerwonej twarzy i rozczochranych wlosach. „take me with you” cieniutkim glosem miauczy dziewczyna, ten zbyt pijany nie moze ruszyc dupy, a ta zasypuje go kissami. Jem jajko. Do srodka wsypuje sie tlum spoconych nowych przyjezdnych. Ide zrobic poranna kupe, zabieram aparat i szybko przemieszczam sie w strone rzeki do przystani Tha Phra Athit. Za 6 batow plyne promem na poludnie do Tha Tien (tu przy swityni Wat Po), aby od razu przeskoczyc na mniejszy prom za 2 baty, na druga strone, gdzie znajduje sie Wat Arun, z charakterystyczna wysoka wieza. Ehh … wschod slonca nad Bangkokiem i Chao Phraya, rzeka ktora dzieli miasto i jest chyba jego najbardziej przepustowa droga komunikacji miejskiej. Leb mnie boli jak pomysle o jezdzie autobusem, tuk tukiem czy innym po zatloczonych duszacych ulicach tego molocha. Staram sie wiec w ogole w dzien nie poruszac pojazdami, najwyzej w nocy badz o poranku.

Coraz szybciej przyswajam nowe nazwy, zapisuje sobie zwroty i podstawowe slowa. Oczywiscie wiem ze wymawiam je nie do konca prawidlowo, ale co robic – tajski ma az 5 intonacji – niska, srednia, wysoka, opadajaca i wznoszaca sie. amen

Wzruszam siem wiec jak dzieciak tym wschodem slonca i wlaze do Wat Arun. Swiatynia jest pusta o tej porze, 3 psy bawia sie na dziedzincu, slysze jak male postacie zamiataja okolice bambusowymi miotlami, straznicy ziewaja, jest rozkosznie. Swiatynia jak to swiatynia. Jak oddawac czesc Bogu to na maksa. Nasrane ozdobami wieze, rzezby, plaskorzezby, mienia sie kolorami i lsnia zlotem – szczegolnie w blasku tego wschodzacego doprowadzajacego do lez slonca, haha…

Aby wejsc do swiatyni trzeba zabulic. Ale bez histerii to nie Angkor Wat (30$ za dzien tamze, bede musial wyciagnac sakiewke jak tam sie znajde), tutaj uiszczamy oplate 10-20 batow. Wczoraj troche mnie rozwalila sprawa Zlotego Buddy z Wat Traimit w Chinatown. W malej niepozornej swiatyni, gdzie lazilem sobie sam bez nikogo zadnych straznkow, krat, czolgow i w ogole arsenalu zolnierzy stoi (albo raczej siedzi) posag buddy. 3 metry, 5 i pol tony czystego zlota, wartego 14 milionow zielonych papierkow. Tuz obok jest szkola, dzieci graja w pilke, leniwe koty wyciagaja sie na schodach. Hm… ale to jeszcze nic. Dzis w Wat Po widzialem jeszcze innego budde, tym razem lezacego. 55 metrow na 18 wysoki czy cos w tym guscie. Blyszczacy, swiecacy z heroinistycznie otwartymi oczetami. Tlum luda w okolo. Hm… no i po co to ? Chyba raczej dla turystow. Ktorzy jezdza po swiecie aby sobie zrobic zdjecie przed czyms co jest nawieksze, najdluzsze, najdrozsze najnajnaj. Przerost formy nad trescia, zreszta bardzo generalizujac jak w wiekszosci religii. Ja tam nic nie mam do religii (przestalem na nia chodzic w 3 klasie podstawowki) ale Boga w ktorego wierzysz masz w sobie a nie w kawalku jakies wiekszej czy wiekszej materii. taki banal bananowy…

A potem przyszla porareraksu – czyli masaz tajski. Nie ma nic on wspolnego z erotyka. Tutaj bardziej chodzi o ugniatanie, wykrecanie, masowanie, wyciaganie. prawie godzinka i jestem jak nowy. Mala tajka o silnych dloniach dala naprawde rade. A na koniec dostalem jeszcze specjalna ziolowa herbatke. Milusio. Zrelaksowany, powyciagany polazlem wiec do swiatyni gdzie zlozylem sie na krotka drzemke, zjadajac wczesniej jakies chwasty z orzechami.

No i z powrotem na Khao San. Nie spalem od ladnych kilkunastu godzin. Ale jest ok. aha, hepi walentajns ewribodi
 Jimmy Graham Womens Jersey

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.