kiedy? mogłem godzinami (i tak czasem by?o) chodzi? ulicami przemoczonej Warszawy. Bez ko?ca, obij?c się o cia?a przechodniów zapieprzaj?cych do pracy/domu/szko?y/gdzie?. Lubie chodzi? nigdzie. W Indiach nie mogli zrozumie? ?e mozesz tak po prostu i?? bez celu przed siebie.
Kiedy? jeszcze dawno temu chodzi?em szarymi ulicami, nie było jeszcze tak kolorowo, nie było tych wszystkich kafejek, by?y tylko n?dzne budy z ?arciem i piwem. Nawet chyba nierobiłem zdj??, wtedy, na pewno – coś tam mo?e nie wiele – jeden film na miesiąc z którego stuka?em wszystkie odbitki – te zdjecia które już są histori? pokazuj? miasto bez wyrazu. zalegaj? w albumach pieczo?owice ustawionych na szafce z pieprzonej ikei.
Kiedy? mogłem tak godzinami i nikogo znajomego – byłem niewidzialny. Kompletnie i ca?kowicie. Jedyne s?owa wypowiada?em do sprzedawczy? w kiosku czy … ej nie ma czy – to by?y tylko sprzedawczynie.
Teraz
dzi?
miasto się zmniejszy?o, nie przera?a tak, nie nazywam go pieprzona warszawka
cho? wci?z jest i bedzie popieprzone
co chwile wpadam na kogos z kim mozna zamienic slowo, wejsc na kawe, pojsc dalej, oblukac stare i nowe gazety w empiku, popatrzec na najbardziej zajebiste chumury i kosmiczne laseczki
i tez czasu mniej i czasem większe nerwy
ale co tam
PS
znów byłem gueboki
