Powracam do nauki hiszpanskiego. Ostatnio wcale go nie uzywalem. Umarl we mnie, pamietam tylko podstawowe zwroty. Spokojnie moge sie tylko dogadac w podstawowych sprawach. Pozostal mi w glowie tylko bierny slownik – czytam i rozumiem, ale nie mowie za bardzo. Tak to jest jak sie nie uzywam jezyka na codzien…
Wyciagnalem z plecaka ksiazki – te ktore mi tak ciazyly – gramatyka, czasowniki, slownik.
Z pewna ulga przyjalem ze nie musze juz sie meczyc po portugalsku. Jakos hiszpanski bardziej mi pasi.
Jezeli ktos mysli ze sobie poradzi w Amercye Pld znajac tylko angielski to raczej jest w bledzie. W regionach turystycznych owszem jest uzywany – ale wszedzie indziej nie ma szans. Nawet mlodzi ludzie rzadko belkotaja po angielsku.
W Paragwaju jezykiem urzedowym jest hiszpanski – ale ponoc 75% mowi takze w Guarani. W stanie Chaco, gdzie mieszkaja Mennoici – mowi sie takze po niemiecku (hoch deutsch). Nawet indianie tam mieszkajacy uzywaja niemieckiego jako drugiego jezyka.
Eh… ta wieza BABEL.
Dzis zrobilo sie naprawde zimno. Wstalem i pani Oda (Japonka) poinformowala mnie ze moge sobie wziac jeszcze tanszy pokoj – za 15000 g. (4$). Oda jest (byla) pianistka – ogladam jej zdjecia malutkiej Ody grajacej na fortepianie na jakims festiwalu.
Pada deszcz, wiatr gwizdze, kawa z mlekiem i suche bulki. W barze. Czekajac na sniadanie przegladam ksiazki. Znow po japonsku. Jedna z nich ze zdjeciami. Jakis koles na piechote przeszedl z Tierra del Fuego (ziemia ognista) az do Panamy. A potem z San Francisco az do Waszyngtonu. A moze to bylo na odwrot? Japonskie ksiazki czyta sie od prawa do lewa chyba…
Zastanawiam sie nad dalsza trasa. Z tego co wiem w Argentynie zima stulecia. Poza tym jest drogo. Nie zabawie tam dluzej niz 1,5 – 2 tygodnie. Pojade najdalej do Buenos Aires a potem przez Andy do Santiago de Chile.
W Andach sezon narciarski w szczycie (wiem to od dziewczyn z Nowej Zelandii spotkanych gdzies po drodze). Cale szczescie ze wzialem dobre buty, polar i goretex. Trza bedzie jeszcze czape i rekawiczki kupic :)







