OLLANTAYTAMBO – PISAC

Ida pierwsze deszcze. Ale pory roku bede zmienial jeszcze parokrotnie.

Wczorajszy dzien uplynal leniwie (zadna niespodziewajka ;)) – posiedzialem troche w goracych i leczniczych basenach w Aguas Calientes. Ponoc mozna odmlodniec… ponoc…

Siedze na torach kolejowych. Ludzie, spoceni turysci co wlasnie wrocili z MP, kobiety sprzedajace sernik z pomaranczami za 1 sola (mniamm ;:)), robotnicy, czesc czeka na pociag loklany (JEST TAKI sie okazalo, za 4 sole!!). Podchodzi do mnie burak z kolei i zada mojego biletu. Chce sie upewnic czy abym nie zakupil lokalnego biletu. Slyszalem historie o gringos wykopywanych z lokalnego pociagu przez tubylcow. Przyjedzcie do Polski, kochani, tez was wykopie!

Znow spotykam Australijczykow i ruszamy razem. Wysiadam w Ollanta i znajduje prymitywny pokoj z hotelu skonstuowanym z cegiel adobe za 7 soli. Zjadam kurczaka z frytami i ostra musztarda, bulke z serem, soczek i moge isc spac.

Ruiny, ruiny, ruiny. W 4583 roku tez pare palantow przyjedzie do mojego domu i bedzie zwiedzac jego ruiny.

Tu byla kuchnia – szanowna wycieczko -a tu ci prehistoryczni ludzie ogladali cos co zwali TV – to zniszczylo ich cywilizacje. Tu mieli lozka. Co to lozko? Hm.. lozko to takie cos do spania, co jak nasz lewitator, tyle ze twarde i czasem wpuszczali do niego wode.

Powspinalem sie troche w ruinach Ollantaytambo. Popatrzylem, poogoladalem. Wspanialy przyklad kunsztu inkaskich budowniczych. Ale coz z tego? O ile bardziej interesujace jest siedzenie na placu, obserwowanie zywych ludzi, rozmowa, podroczenie sie z dzieciakami czy tez sprzedawczynia zgnilych manadrynek. Inkow mozna sobie tylko wyobrazic. Istnieja w ksiazkach, tych ruinach, legendach i hiszpanskich niekompletnych i przeklamanych kronikach.

Nic to – zjadam dwie bulki z kozim serem i wsiadam do mikrobusu jadacego do Urubamby, gdzie przesiadam sie na autobus do Pisac.

PISAC – spokojne miasteczko, plac z targowiskiem posrodku. Zjadam empanade prosto z ogromnego pieca. Spotykam dwoch uzaleznionych od lisci koki Francuzow. Czestuja mnie lisciami – wiesz, musisz ze wepchac z 40 lisci pod policzek a potem wsadzic ten kawaleczek wegla – to spowoduje reakcje chemiczna i dostaniesz kopa. Slusznie. Jezyk mi dretwieje i mam totalne znieczulenie. Polecam to dentystom. Pijemy browca, a kolesie snuja opowiesc o tym jak spedzili 5 miesiecy na polnocy Brazylii, o tym jak zlapala ich policja, o tym jak wynajeli dom na 3 miesiace (45$ za miesiac) z dwoma lesbijkami.

Ruiny Pisaq. Wiatr niesie mnie po gorach, a slonce spala mnie na popiol. Czuje lekkosc. Stare domy INkow zbudowane na stromych zboczach okolicznych gor, wspanialy widok na DOlINE i przecinajaca ja blekitna wstege rzeki. ENERGIA. Zbiegam do miasta w 15 minut.

Potem patrzylem jak gra przyszlosc peruwianskiej pilki noznej… jak bylem gowniarz to byl zywiol, betonowe boisko, osiedle, szkola podst. nr 3 w Klodzku i pierwsza pilka „piatka” ktora dostalem na komunie, a ktora zaraz mi ukradli… a tu widze, piekne ulozenie: skrzydlowi, center, napastnik, obrona i bezbronny bramkarz, ktory chwile potem kapituluje. Szmacianka, szare mury i 7 latki…

Dzis mialem wyjatkowego pecha i szczescie w nieszczesciu. Znow aparat. A raczej obiektywy. Najpierw 105mm sigma wyslizgnela mi sie z torby a chwile potem 20mm canona. Ehh.. na szczescie nic sie nie stalo. Wszystko dziala jak nalezy. Sprzet mam po prostu niezniszczalny.

NIEDZIELNE TARGOWISKO.

Ludzie tym zyja. To tylko jeden taki dzien w tygodniu. Niedziela. Cierpliwie czekaja na 10 rano – gdy autobusy z bogatymi turystami z Cuzco w koncu przybeda.

Sprzedamy im wszystko. GArniki, porecalne, maski, swetry, rzezby, obrazy, cieple skarpety i czapki z mlodej Alpaki, torby i zeby krokodyla.

Siedze wygodnie w ikeapodobnym fotelu tuz przy jednym z rogow placu. Wczoraj bylo tu pusto. Targ zajmowal jedynie centralna czesc placu. Dzis caly plac i dobiegajace uliczki wypleniaja sie sprzedajacymi i za chwile, malutka chwile, kupujacymi. Kobiety i dzieci z okolicznych wiosek, przebieraja sie w tradycyjnie stroje i finezyjne kapelusze. Biegaja z malymi dziecmi na plecak i barankami pod pacha. Beda pozowac za pieniadze.

15 minut po 10 juz siedze w autobusie do CUZCO. Nie moglem patrzec na ten zjazd turystow. Niedziela. Sloneczny dzien. Telewizor obiecywal ladna pogode…

bulka_z_serem

bart_pisac

inka

sloneczniki

psy

przyszlosc_peru

pisac9

pisac8

pisac7

pisac5

pisac4

pisac3

pisac2

small_sloneczniki

pisac10

pisac1

ollantay

kokainisci

Ten wpis został opublikowany w kategorii americana i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.