6 rano. Ledwo wstaje. Wlasciciel Frankensteina pakuje moje rzeczy do skrytki a dokumenty do sejfu (wielkie udogodnienie).
6:30. Stacja kolejowa San Pedro. Czysto, slicznie, pieknie. Sniadanko i fruuu…
Bezpieczenstwo w Cuzco. Naczytalem sie o zlodziejach, kolesiach grasujacych z nozami, falszywych policjantach. Tymczasem jest bezpiecznie i spokojnie.
Pociag do MP. Wygodny, czysty kibelek, wspianiale widoki i 30$ dolarow wydanych w dwie strony za miejsce w klasie BACKPACKER. BACKFUCKER. FRONTPACKER. FRONFUCKER. Rok temu Peruwianczycy zeszyli wieksza kase. Wiec zlikwidowali LOCAL TREN (pociag lokalny za 5$ w jedna strone). Oczywiscie tubylcy ponoc dalej placa o wiele mniej niz turysci, musza sie okazac jedynie dowodem osobitym. JA CHCE PERUWIANSKIE OBYWATELSTWO!!
W pociagu mnostwo mlodych ludzi. Niektorzy zmierzaja na Inca Trail – aby przez 3-4 dni snuc sie po okolicznych gorach za 200$. Czesc ludzi w srednim wieku. Biale adidaski, kapelusiki, zlote okularki, czyste ubrania. Cale rodziny. Siedzi tez (a raczej spi) paru pomietych brundych dzentelmenow takich jak ja. W kazdym wagodnie kawka, ciasteczka (oczywiscie nie wliczone w cene biletu), albumy ze zdjeciami z MP – slono trza placic.
Aguas Calientes – spotykam znow Lise i Gustavo oraz jeszcze jedna Niemke o imieniu Heinie (Henryka??). Znajdujemy gromadnie hotel za 10 soles (taniej juz sie nie da). Wszystko pod turystow – knajpy, internet, sklepy z pamiatkami, grajkowie wchodzacy do knajp, grajacy EL CONDO PASA i zadajcy kasy. To wcale nie jest fajnie jak ktos ci swiszczy nad uchem. Pytam – nie umiesz grac innych melodii?? OCzywiscie, ze umie, ale turysci kochaja El Condor Pasa. Znam inne slowa do tej melodii, ze wzgledow cenzorskich nie przytocze.
Jest pieknie swiatlo – wiec decyduje sie na wyjazd do MP i zostanie tam do oporu. Autobus – zdzierstwo na maxa 9$ w obie strony, ale nie ma czasu. Trzeba w koncu zobaczyc to MAGICZNE MIEJSCE. Pniemy sie pod gore. Kupilem wczoraj torebke lisci koki i wpycham se pod policzek – spogladam w bok. Siedzi para ladnych Francuzikow w jednakowych czerwonych polarach, patrza z niesmakiem. A ja zuje z niesmakiem. Jezyk mi dretwieje, ale czuje sie hajowo – a moze to tylko sila perswazji?.
MACHU PICCHU – hotel, restauracja (50$ za noc, 20$ za posilek). Wejscie – wchodze jako student, pomimo ze nim jestem, umiec mieszac to ja umiem ;)
Po 5 minutach wspinaczki oczom mym ukazuje sie widok znany z pocztowek, zdjec, albumow. Kazdy w tym miejscu chce sobie zrobic fotke. No i ja tez sobie robie – taka tradycja. W dole widze FLAMINGOS – turystow biegajacych za przewodnikiem. Zzzzziajani, spoceni, ale daja rade.
Amerykanski odkrywca Hiram Bingham dotarl to w lipcu 1911 roku. Wczesniejo tym miejscu wiedzieli tylko nieliczni turysci. Wykarczowano gesto porastajaca dzungle, odslaniajac budynki, swiatynie, fontanny i glowny plac.
Spogladam na twarze innych siedzacych na zboczach czesci rolniczej (miasto podzielone zostalo na czesc miejska i agrykulturalna). Twarze mowia: o jeszcze jeden. Bowiem kazdy chce miec MP tylko i wylacznie dla siebie. W samotnosci siedziec tu i kontemplowac. Pomilczec w jednym z najwspanialszych miast. Machu Picchu stawia sie na rowni z Angkor Wat w Kambodzy, miastami Majow i Aztekow w Meksyku czy tez egpiskimi piramidami.
Snuje sie. Krok po kroku. Tursytow coraz mniej i dobrze. Dochodze do chatki straznika. Tu trzeba sie zarejestrowac przed wspinaczka na Huayana Picchu (2700m), szczyt gorujacy nad miastem. Na samej gorze znajduje sie punkt obserwacyjny. Jest za pozno by isc w gore. Jest godzina 15. W koncu wraz z Benem i Violetta (malzenstwo z Kanady) udaje sie nam go przekonac i wspinamy sie. Waskie schody, liny, lancuchy, 400 metrow w gore. 25 minut i stoje na szczycie gory. AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA – krzycze wrecz ze szczescia. JEST PIEKNIE. PStryk Pstryk. Potem siadam i patrze. Nic wiecej.
O 5 po poludniu nie ma juz prawie nikogo – straznik wygania niedobitkow. Wychodze ostatni.
Wieczor. Nie ma to jak spozyc winko + wlasnorecznie wyciskane pomarancze + inca cola (fuj..). Siedzimy na podworky przy tekturowym sklepiku. Jest milo. Lisa i Gustavo to malzenstwo. Gustavo urodzil sie w Argentynie 39! lat temu. Ma obywatelstwo kanadyjskie i jest punkowym fryzjerem. Lisa ma 22 lata i jeszcze studiuje. Przejechli pol swiata i wciaz na wszystko mowia: WOOW ! Bardzo fajni ludzie.
Ranek. Deszcz. Ulewa. Mgla. Ludzie sie zalamali, bo dzis nie zobacza MP. Poza tym kolej strajkuje wiec nie wiem czy wyjade stad dzis. Sie zobaczy…























