Dupa mi przyrosla. Do Miraflores i domku na pewnej ulicy. Bynajmniej nie Sezamkowej, choc dzis ogladalem jeden odcinek na wideo wraz z dzieciakami pt. „Where is the BIG BIRD??”. Od 4 dni probuje wyruszyc z Limy. Aby ten tego pozwiedzac pare ruin. To sumienie. Ale wewnetrzny glos szepce: bartek, pierdol to…
I slusznie.
Wiza mi sie konczy za 5 dni. Wiec chyba wkrotce wyrusze na polnoc – do Ekwadoru. E K W A D O R !!
Urodziny Ronego. W sasiednim hostelu – Casa de Mochilero. Zajebiste zydowskie zarcie. Potem zapuscilismy RHCP i strzelilo pare butli czerwonego wina rocznik 1998. Rownie dobre jak Sofia.
Ostatnimi czasy mam wrazenie ze nie ma innych plecakowiczow-turystow oprocz Izraelcow. Aaa…. :))
Dni sa jakies rastafariansko-izraelsko-peruwianskie. To wszystko przez Yame. Zapuszczamy Boba Marleya, Potem SUBLIME Rivers of Babylon. Jest jakos ulotnie. Kosmicznie. Ja tez kcem dredy :) Yama wyglada jak Lauryn Hill. Jej starzy sa z Maroko – Sefardyjczycy. Wyciagam prezent od Olivii z Sao Paolo. 5 centymetrowe nasiono jakies rosliny z Amazonskiej dzungli. Z dwiema dziurkami. Na jedna chmure starcza.
Emancipate yourselves from mental slavery;
None but ourselves can free our minds.
Have no fear for atomic energy,
'Cause none of them can stop the time.
How long shall they kill our prophets,
While we stand aside and look? Ooh!
Some say it’s just a part of it:
We’ve got to fulfil de book.
– Marley, Redemption Song
Dzis rano. Rozmowa Kobiego z Milagros (wlascicielka domu). Kobi jedzie do Baranco wieczorem – aby zazielenic wieczor. Po powrocie jak mowi przygotuje magiczna salatke… ;)
– Mila ! dzis wieczorem specjalna kolacja – przygotuje salatke – wola Kobi do Mili
– A wspaniale Kobi, wspaniale. Swietnie gotujesz, mozesz wziac z kuchni wszystko co potrzebujesz.
Patrze z niedowierzaniem, ten mruga mi okiem. Nie moge sie doczekac widoku Mili wsuwajaca magiczna salatke Kobiego…. Musimy tylko jakos zniechecic dzieci do jedzenia zieleniny.



























