
















Odebrałem worek filmów z labu. Okazało się (słusznie przewidywałem wcześniej) ze około 30 filmów (przeterminowanych slajdów) ktore za grosze kupilem w Yangon ma wywaloną czerń i kolory. Pozostało mi tylko przeglądnąc je i zacząc wybierac. Troche kicha ale wiedzialem na co sie decyduję. Przyzwyczajenia z cyfry ze wszystko jest widoczne od razu i gotowe do obrobki w Lightroomie powoduja ze czlowiek jest niecierpliwy i chcialby widziec rezultat natychmiastowo. A tak dobrze nie jest. Decyzja przezucenia sie na analog z powrotem wydaje mi sie kontrowersyjna w dzisiejszych czasach , ale trzeba probowac …
pewnie z tydzien mi to zajmie zanim zeskanuje…
Tropikalne deszcze atakuja Yangon z kazdej strony i o kazdej porze dnia. Parasol i sandaly, broczac w kaluzach po kostki , oslaniajac aparat przed deszczem przeciskam sie przez tlum. Przez moment jestem w Chinach, gdzie grubasy w majtach z podwinietymi koszulinami po cyce klepia sie po brzuchach. Przycupniety na czerwonym taboreciku na rogu ulicy, siorbiac herbate, obserwuje jeden wielki uliczny market. Chwile potem jestem w Indiach – Hindusi przywiezieni przez Brytyjczykow sa jedna z wielu mniejszosci narodowowych. Jest jak w Indiach, Bollywood, zapachy, betel spluwany wprost pod nogi przechodniow. Zasiadam w knajpce na chwile aby posilic sie wegetarianskim thali i podrobka coca – coli zwana tu star cola (wg mnie jest lepsza od oryginalu, nie tak slodka, przyjemnie kwaskowata).
Wszystko wokolo gnije, stare budynki powstale podczas panowania Brytyjczykow porasta bujna roslinnosc. Podobnie te rzadowe , opuszczone siedziby premiera, ministrow – rozpadja sie i obrastaja krzakami. W Birmie rzadza astrolodzy – jeden szepna premierowi ze teraz dobry czas aby przeniesc stolice. I Rangun (Yangun) juz nia nie jest. Nowa stolica wybudowana zostala w dzungli – Naypyidaw to od 2005 roku siedziba rzadu. Wjechac tam nie sposob. Trzeba zezwolen i papierkow.