Miesięczne archiwum: Sierpień 2005

przedostatni dzien

wiem na czym stoje w koncu. mam wize odebrana wczoraj w amabasadzie chin ludowych. wczoraj pijanstwo z gabi i irkiem podczas koreanskiego grilla (wysmienity, ale zapierdzialem caly pokoj na czosnkowo w nocy, wzbudzajac nienawisc wspoltowarzyszy w celi). dzis wizyta w liniach promowych i w portfelu bilecik sie pojawil – jutro o 17 odplywam do Dandong do Chin, na granice z Polnocna Korea.

Sympathy for Lady Vengeance – Park Chan-wook’a, rezysera Old Boya – wcale mi nie przeszkadzalo ze nie bylo napisow po angielsku, po prostu z przyjemnoscia ogladnalem ten niesamowity obraz. polecam, nie wiem kiedy bedzie w polsce, dopiero wyszedl w koreanskich kinach…

przekonalem sie do seoulu – ale nie padam na kolana, ale warto bylo tu przyjechac…

 

Opublikowano common life | Otagowano ,

spotkanie z Lynn, wizyta u Gabi i wizyta w zabawkowym


The Crow III


Lynn wpad?a w zasadzk?


Plastikowe laseczki i szybkie fury, tak się ?yje w Seoulu.


Elvis the Pelvis


Ekipa ze Star Wars jedzi tylko merolami


Revenge is a dish best served cold


Spotkanie z Lynn, z któr? czilowa?em w Indiach, co wida? na za??czonym obrazku.

Z wizyt? u Gabi po drugiej stronie „Wis?y” ;)

 

Opublikowano common life | Otagowano ,

gorączka w seoulu

 

Opublikowano common life | Otagowano ,

koreański oldschool

 

Opublikowano common life | Otagowano

już seoul

Seul Warszawą Azji

 

Wsiadłem w nocny pociąg z Busan do stolicy Korei. Bardzo wygodny i szybki sposób jeżdżenia po kraju. O czwartej rano byłem na miejscu. Zamiast szukać hotelu postanowiłem jeszcze chwilę się zdrzemnąć. Usiadłem na plastikowym siedzeniu i zapadłem w długi sen. Gdy szybko zmieniam miejsca pobytu przebudzenia z rana bywają dziwaczne. Czasem nie wiem naprawdę gdzie jestem i co ja robie tu kołacze mi się w głowie. Potrzebuję zawyczaj potrzebuję paru dobrych minut aby dojść do siebie.

 

Na razie dziwna ta Korea. Po stylowej i wypasionej Japonii przeżywam mały szok kulturowy. Korea jest gdzieś pomiędzy Japonią a Azją. Niewiele wiedziałem o Korei przed przyjazdem. Stereotypy – tanie samochody i elektronika, amerykańska obecność, podział kraju na północ i południe. No i ostatnio filmy koreańskie w dużych ilościach. To wszystko. 

 

Próbuję zapisać co mi na sercu. Nie chciałbym pisać o rzeczach które nie za bardzo przypadły do gustu. Lato w Seulu nie należy do najprzyjemniejszych. Upał, smog, beton. Może już chciałbym jechać do domu, bo zaczynam doszukiwać się podobieństw pomiędzy Seulem a Warszawą. Dziury w chodniku, śmieci, szare budynki, brudne ulice. Smutek na twarzach i jakieś ogólne przygnębienie. Takie pierwsze dni. Potem było już znacznie lepiej. Spotkania z przyjaciółmi (Gabi która pracuje z Seulu i Lynn, którą wcześniej spotkałem w Indiach) , włóczęga po ulicach, wypady na barbecue. Niby nie ma co robić, atrakcje turstyczne nie za bardzo mi podchodzą, więc zaczynam szukać dziwnych miejsc. Trafiam w niesamowite miejsca. Oldskulowy park w okolicach pałacu cesarskiego sprawił że odzyskałem nieco humor. Tysiące dziadków, w kapeluszach, z wahlarzami, koszulach w hawajskie wzory podrygiwało w rytm kawałków z lat 60tych.  Karaoke, kiełbaski z grila, szachy i gra zwana „go”. Emeryci zamiast narzekać na cały świat, siedząc w domu przed telewizorem, dobrze się bawią na świeżym powietrzu, spotykając się z przyjaciółmi na browarka, koreańską whiskey i przekąski. Parę dni snuję się po galeriach, sklepach, kinach. Nic specjalnego, choć wiem, że gdzieś pod tym wszystkim kryje się dobre miejsce. Podobnie jak w Warszawie. Nie sądzę aby turysta odwiedzający po raz pierwszy stolicę Polski był zachwycony jej pięknem. Nic takiego. Dopiero jak poznasz ludzi, przyzwyczaisz się, jesteś w stanie poczuć klimat. Wyobrażam sobie, że podobnie musi być  z Seulem. Ale czy jest tak w rzeczywistości? Nie wiem. W Korei zatrzymuję się dosłownie na parę dni.

 

Ludzie w drodze

 

Hotel w którym się zatrzymałem w Seulu jest jednym z wielu podobnych do siebie. Śniadanie samoobsługowe (wliczone w cenę noclegu) w postaci tostów, dżemu, kawy i herbaty o smaku ryżowym. Pokoje wieloosobowe, piętrowe łóżka, ogłoszenia na ścianie, darmowy internet. Nic nie zaskoczy, nic nowego w sumie, ciekawi natomiast są ludzie.

 

Wieczorem przed wyjazdem spotykam Chrisa z Wielkiej Brytanii, który podczas piwkowania opowiada mi poniższą historię.

 

Najgorsze trzy tygodnie w moim życiu. Od paru lat jeżdżę po Azji, czasem pracuję jako nauczuciel, większość czasu jednak podrożuję. Ostatnie 2 lata spędziłem na Bliskim Wschodzie. Rok temu Afganistan, Pakistan, Iran no i Irak. Nie wiem właściwie do dzisiaj, ale udało mi się w jakiś sposób przekroczyć granicę z Irakiem. Wbili mi po prostu pieczątkę wjazdową do kraju i tyle. Znalazłem się w  kraju, ogarniętym szaleństwem. Tego samego dnia zostałem aresztowany. Jak u Kafki. Już wcześniej siedziałem w więzieniu w Afganistanie, ale tylko dlatego, że szef policji nalegał ze względu na moje bezpieczeństwo – więc to byla inna sprawa. W Iraku zostałem oskarżony o powiązania z terrorystami (przez te wszystkie wizy do Afganistanu i Pakistanu). Wsadzili mnie na trzy tygodnie do puszki, gdzie siedziałem całe dnie w kucki. Oprócz mnie cela pełna była typków z Iraku, Afganistanu, Syrii – przekraczali granicę z Irakiem i od razu trafiali do więzienia. Po 20 dniach na miejsce dotarł Czerwony Krzyż i w ciągu paru godzin byłem wolny. Przewieźli mnie do Kuwejtu skąd polecialem do Londynu.

 

Opublikowano common life | Otagowano ,

Z Hiroshimy do Korei

Pierwszy dzien w Hiroszimie byl dniem lunatyka z plecakiem. Lazilem po miescie z calym dobytkiem myslac, ze wbije sie szybko do kapsuly – niestety jak mi wyjasnil typek w recepcji otwieraja dopiero o 16. Poszedlem wiec do sento, z nadzieja na goraca kapiel i lodowaty prysznic – nic z tego rowniez, zamkniete, jakas kobiecina mnie obrzucila wiazanka po japonsku (jak mniemam, ze wchodze do srodka, a przeciez zamkniete). Najtanszy hostel w miescie byl daleko i check in byl rowniez bardzo pozno czyli od 15, a ja juz wiecej isc nie moglem. Pierwszym punktem zwalki byl przeuroczy park, pelen mrowek mutantow (efekt bomby??) ktore oblazly moje spocone i brudne cialo jak tylko polozylem sie na glebie. W koncu znalazlem dwie dlugie drewniane lawy, na jednej spal bezdomny na drugiej siedzialo dwoch brodatych gajinow, ktorzy nie zareagowali na moje pozdrowienie. Poszedlem wiec obok liczac na ci gbury-wikingowie ulotnia sie szybko. Ci jednak siedzieli i nawet nie rozmawiali ze soba. Ja typki sobie w koncu poszly.Jak sie polozylem to spalem 5 godzin nie zwracajac uwagi na slonce walace mi centralnie w fejs. Obudzilem sie jako czerwony burak. Nie wiedzialem gdzie jestem i zaczalem szukac czego co wydawalo mi sie ze zgubilem – a konkretnie jakies rzeczy ktora sie przykrylem, ale to byl tylko sen – ktory sie wbil mi w rzeczywistosci. 10 minut potem doszedlem do siebie.

Capsule Inn Hiroshima ulokowany jest jak wiekszosc tego typu hoteli w dzielnicy uciech. Setki lokali z szyldami Sexy Foxy, Paradise for lovers, Pink Bitch (!!!), FcukMe miescily sie w kilkudziesieciu paru pietrowych budynkach. W koncu moglem wsiasc do kapsuly i odleciec w 16 godzinny sen.

Drugiego dnia byla sroda (myslalem ze jest wtorek). Nie moglem juz wiec stopowac, wiec z rana kupilem bilet na nocny autobus do Fukuoki i zamknalem plecak w przechowalni. A potem ruszylem na miasto.

60 lat temu wielki grzyb pojawil sie nad tym miastem. Wypadkowa roznych zdarzen, szalenstwo wojny, zaciecie i nieustepliwosc wojskowych i politykow z obu stron doprowadzily do cierpienia setek tysiecy ludzi. Nikt tu nie jest bez winy. Japonczycy urzadzili wczesniej rzez w innych krajach Azji (Chiny, Korea, Azja Poludniowo Wschodnia, Pacyfik). Amerykanie poszli na calosc i po zlokalizowaniu wielu celow (miedzy innymi Kyoto, Tokyo, Nagasaki, Nagoya) w koncu wybrali Nagasaki i Hiroshime. Pierwsza w historii bomba wykorzystana przeciwko ludziom wybuchla 500 metrow nad centrum Hiroshimy 6 sierpnia 1945 roku o 8:15 rano. Siedzialem w muzeum i parku caly dzien. Ostatni raz tak czulem sie po wizycie w Tuol Sleng w Phnom Penh. Ludzie przeciwko ludziom. A od ostatniej proby nuklearnej minelo tylko 460 dni…

Nocny autobus do Fukuoki. Na nieszczescie moim wspolpasazerem jest chrapiacy, rozpychajacy sie, smierdzacy potem i alkoholem typek w pomietym garniturze. Udreka. Ale udaje sie jakos zasnac i nad ranem jestem na miejscu.

Niestety przez dwie godziny z powodow techicznych (dzieki ci pekao sa) bylem bez kasy na bilet, sniadanie czy cokolwiek. Bankomat odrzucal karte. Wiec z calym dobytkiem chodzilem w niesmawowitym swietle wokolo stacji robiac zdjecia.

Prom. Szybko i sprawnie. Sento i kapiel na statku. Slonce i spanie. W koncu Korea. Busan. Czuc Azje – Japonia zostala w tyle. Kompletnie inny kraj, ludzie, zapachy, dzwieki, litery – wszystko. Siedze na necie w ruskiej dzielnicy. Zlote zeby, lancuchy, rosyjscy marynarze w pasiastych koszulkach, dziwki, bary, ruskie disco, klimat jak na dworcu wschodnim, poczulem sie swojsko, gawedzac z grubymi dziwkami zapraszajacymi mnie na piwo i ze sprzedawczynia oldskulowych butow z lat 80tych (gusta i gusciki)…

Korea dwa razy tansza niz Japonia i dwa razy drozsza niz Polska. Z tydzien posiedze. Jutro o 4 rano Seul.

Opublikowano travel | Otagowano ,

Z Kobe do Hiroshimy

Kobe

Idę tam gdzie idę, czyli donikąd. Powłócząc kończynami ze zmęczenia, w bezsennym rytmie, osłonięty przezroczystym parasolem za 210 jenów, płynę po pustych, mokrych, niedzielnych ulicach Kobe. Od dworca do Chinatown, z Chinatown na wybrzeże. A potem wyrzuciłem mapę. Odkręciłem szeroki kąt z aparatu i założyłem standard, co zawęziło mi pole widzenia, pozwalając skupić na szczegółach, nie wychylając się za bardzo spod parasola.

Spędziłem trzy godziny w centrum handlowym  obserwując jednokomórkowców z mozołem wklepujących telehaiku. Tu wszyscy mają telefony i bawią się nimi bez przerwy. Tu nie wysyła się esesmanów tu używa się emaili z możliwością wklepania do 10000 znaków (kanji), co za radość, dojeżdżając z do pracy i z powrotem cztery godziny każdego dnia można napisać sporą książkę albo pociąg-ający tomik z wierszami. Subway Haiku.

Idę przed siebie bez celu. Nie mam kasy na muzea, atrakcje turystyczne, oszczędzam na metrze i zdzieram sandały. Co jakiś czas zatrzymuję się w różnych budynkach. Centra handlowe, informacje turystyczne, przystań promowa, byle było siedzenie i dach nad głową. 

Na osiedlu nie było nikogo. Japońskie blokowisko. Takie jak z Ringu. Ani żywej duszy. W końcu po spożyciu kawy na stacji benzynowej, zawróciłem w stronę stacji na której zostawiłem plecak. Przeszedłem przez dzielnicę zapomnianą przez wszystkich, pełnej salonów fryzjerskich, szemranych barów, tłuste koty wylegiwały się przed sklepami z używanymi rzeczami a matuzalemowi staruszkowie śmigali elektrycznymi pojazdami (jedna taka 125 letnia prawie mnie zabiła, dobrze że taki pojazd jedzie 3km/h, ale ja byłem nieprzytomny i nie patrzyłem przed siebie).

W końcu dobrnąłem do stacji. Wyszło słońce a w podziemnych przejściach i na ulicach pojawili się ludzie. Właściwa pora, po sobotniej imprezie, niedzielne zakupy i przesiadywanie w centrach handlowych. Ludzie na całym świecie jarają się tym samym szajsem.

W SUMIE GWIEZDNE WOJNY 

Wysiadłem na stacji kolejowej tuż przy plaży. Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułem się jak ufolud, przybysz z innej planety, kosmita do sześcianu. Obładowany plecakiem, sunąłem po plaży pełnej pand. Panda może być żeńskiego bądź męskiego rodzaju – są to ciemnoskórzy Japończycy i wyznają boga Ra – słońce, plaża, krem opalający, solarium, białe okrągłe ślady wokoło oczu, niby po okularach przeciwsłonecznych. Odziani w kolorowe ciuszki z nastroszonymi piórkami przechadzają się ze znudzonymi minami po miastach i plażach Japonii w pełni lata – ale są spoko i fajniejsi niż dresiarze…

Nie pooglądałem sobie tego całego widowiska za długo, minutę po tym jak się położyłem na piasku zasnąłem snem niesprawiedliwego.

Wstałem o 20 i nie za bardzo potrafiłem zlokalizować siebie samego. Gwiezdne wojny na plaży w Sumie. Pandy robiły za ewoków, policjanci za żołnierzy imperium i biegali po plaży z prawdziwymi mieczami świetlnymi (pałki świecące się na czerwono, używane do kierowania ruchem i nie tylko ;) Wszystko okraszały efekty specjalne na poziomie teatru telewizji czyli hana-bi (fajerwerki w nihongo). Nie wiem co robiłem w tym filmie, nie byłem ani Skywalkerem ani Czubaką ani nawet R2D2 – po prostu leżałem w piasku i oglądałem film. Żołnierze imperium przeganiali pandy wzniecające hana-bi w rytm j-popu. Musiałem poszukać innej miejscówki do spania, bo zmęczony byłem cholernie. Poszedłem na drugą plażę, która z daleka wydawała się pusta. Pozory mylą. Po plaży jeździły samochody i motory, jakaś młodzież niszczyła sobie pojazdy, więc spanie na plaży wydało mi się mało rozsądne, nie fajnie jest być przejechanym przez skuterek. W końcu znalazłem ustronne miejsce ale zalatywało moczem. Straciłem nadzieję. Idąc parkową aleją wpadł na mnie rozhisteryzowany Japończyk i wyrzucił z siebie mniej więcej coś takiego: ingrisz, ju, ingrisz, maj frendo indzurd, veri bed, poris, poris, herp. Nie za bardzo skumałem, ale co miałem do roboty, poszedłem więc za nim. Zraniony gajin z Australii siedział na krześle, zalany krwią, koszulka adidasa fotogenicznie upstrzona krwią porwana na klacie, rozwalona warga, rozcięcie pod okiem i uszkodzony tył głowy. Okazało się z Han Solo zadarł z pijanymi pandami przebranymi za japońskich ewoków. Po raz pierwszy widziałem jakąkolwiek przemoc w Japonii. W ogóle śmieszna rzecz, nieborak powiedział mi, że upojone Japsy próbowały zaciągnąć go do wody. „I resisted” – powiedział. Rzeczywiście, za bardzo nie chciał się kąpać, nie chciał zmoczyć komórki którą miał w kieszeni, a burak rzecz święta. Więc odepchnął jednego z ewoków ci coś źle zrozumieli i doszło do rozlewu krwi. Przyleciały statki kosmiczne pogotowia ratunkowego, ekipa telewizji, policja z mieczami świetlnymi i niezastąpiona straż pożarna, chociaż się nie paliło. Zrobiłem zdjęcia i poszedłem lu.

Znalazłem miejsce nad samym morzem i zasnąłem. Po jakimś czasie, poraziło mnie światło latarki i miecz świetlny. Gliniarz wyglądał na zaskoczonego, że widzi gajina  w takim miejscu, wybełkotał sori i poszedł w mrok. Kto był zły a kto dobry w tym filmie to nie wiem, ale sugoi, ne?

Ostre słońce obudziło mnie o 8 rano. Pusta plaża, trzech znudzonych wędkarzy i moje zwłoki. Kąpiel dobrze zrobiła, potem prysznic, kawa w knajpie i ruszyłem w stronę drogi numer 2 prowadzącej do Hiroshimy i Hakaty. Ja głupi. Myślałem, że to nic takiego. Nie było jednak żadnej zatoczki gdzie potencjalny samochód mógłby się zatrzymać i tym samym zrobiłem 5 kilometrów wzdłuż drogi bezskutecznie szukając miejsca to złapania okazji. Doszedłem do następnego miasta i padnięty (30 stopni upał, ostre słońce, plecak)  wskoczyłem do pociągu do Abashi. Niestety to miejsce było za duże aby dość do drogi więc przejechałem jeszcze ze dwie stacje i tamże w końcu znalazłem się na drodze numer dwa. Parę minut czekania i zatrzymały się dwie zreformowane pandy, słodkie niunie dla których wszytsko było sugoi, kakoki, kawai, ne? Były tak słodkie, że wywiozły mnie na parking na autostradzie 40 kilosów od Sumy i kazały siedzieć w samochodzie. Po 10 minutach wróciły tryumfując – znalazły mi dobroczyńców. Koleś z Korei i jego japońska laska. Kim mówił świetnie po angielsku, wraz ze swoją rodziną mieszkał w Toskanii w tamtejszej Mekce dla artystów rzeźbiarzy (jego ojciec jest jednym z nich), przegadaliśmy całą drogę o sztukach wizualnych które studiował, czasem on przerywał aby przetłumaczyć o czym mówiliśmy swojej japońskiej narzeczonej (która wydawała typowe dla Japonek dźwięki zachwytu: yyyyyy, uuuu, eeeee ummmmm, sugoiiiiii – hehe uwielbiam to). Zawieźli mnie aż za Okayamę skąd po paru minutach zabrały mnie dwie dobrze wychowane paniusie z białym pieskiem nikczemnego rozmiaru, na widok którego nie jeden Wietnamczyk oblizałby się łakomie (nie za dużo mięsa ale pewnie dobrej jakości). Te lalunie były kompletnym przeciwieństwem tych pierwszy – ładny samochodzik, wysprzątane, piesek cichutko siedzący pani na kolanach, zero angielskiego, zero japońskiego, zero. Chichotały zasłaniając usta, po 15 minutach zachciało mi się spać. Pobudka w samej Hiroshimie. 

W końcu. Dobry był dzień. Teraz za 1500 znów Internet Cafe. Jutro prześpię się w parku w południe i trzeba będzie popstrykać cosik. A teraz czas wypić kolejną kawę, fatboyu ;)

Opublikowano common life | Otagowano , ,