Miesięczne archiwum: styczeń 2002

MEKSYK – SAN CRISTOBAL de las CASAS

W koncu Meksyk. Jak juz wczesniej wspomnialem czuje sie tu jak w domu.

San Cristobal de las Casas – miasto porzadnie doswiadczone przez los – ostatnio w 1994 roku – wojna domowa i powstanie zapatystow pod wodza subcomendante Marcosa. Dzis mozna sobie kupic koszulki z jego podobizna i slynne czarne kominiarki na jego modle. Swego czasu niezle wsparcie dla stanu Chiapas dorzucili Rage Against the MAchine – ale sie rozwiazali…

Zapatysci natomiast doszli do porozumienia z rzadem. Marcos objechal tryumfalnie kraj ay potem spotkac sie z prezydentem Foxem (moglby sobie zmienic kolo nazwisko na hiszpansko brzmiace – tyle ze wtedy bylby ZORRO :)))

Dzis wymienilem stare przewodniki na nowy MEXICO LP 2001 (znalazlem tam swoje nazwisko w podziekowaniach ;))). Kobieta – starsza Amerykanka – prowadzace ksiegranie powiedziala mi ze czasy sie zmieniaja (zauwazylem). Ona przyjechala tu w 1994 roku, tuz przed wojna. Wspomnialem o zmianach – sa ogromne, miasto wyladnialo, rozroslo sie, nowe ulice, czysto i wiecej turystow. Pytam ja czy moze rzad rzucil jakas kase – ta odpowiedziala ze rzad przestal nekac CHIAPAS i tyle.

Piekne slonce. Wybieram sie na wedrowke tymi samymi szlakami co 3,5 roku temu. Wspinajac sie na Cerro san Cristobal zauwazam dzieciaka – skas go znam….taa… zrobilem mu zdjecie jak byl berbeciem … teraz wyrosl wrecz sie spasl – Paco Martinez sie nazywa – walnalem mu nowe zdjecie. Obiecalem ze mu wysle… teraz ma moze z 6 lat…

Coz… Jutro nowe rzeczy a wieczorem Oaxaca.

LP podziekowal mi w przewodniku, w nowej Filipince ;)))) napisali pare pochlebienstw a poza tym zostalem umiesczony na BLOODYPOLAKS (pieprzone Polaczki) w panteonie najznamienitszych Polakow obok m.in. Ravsa, Jedrka i Andrzeja Wajdy hehehe… dzieki wielkie :)))

I tak sie zaczal nowy rok. A dzis mija rowno POL ROKU w DRODZE…

samotny miasto6 familia_martinez miasto9 sprzedafczyk dziewczynka miasto5 elektyrfikacja miasto3 miasto11 miasto1 jakikierwatytul miasto7 familia_martinez2 toniemojezdjecie kawaipapierosy zoe miasto4 miasto12 miasto8 choinka rzodkiewkoman jesteszwyklaszmata kurzalapka2 miasto2 miasto10

 

Opublikowano americana | Otagowano

Chichicastenago

Czyli Chichi w skroce. Dotarlem z Panajachel. Pisze w telegraficznym skrocie bo tu kurtka internet chyba maja przez 9600 modem. I kosztuje … 5 dolcow za godzine. Jestem tuz przy granicy z Meksykiem – miasto tez sie ladnie nazywa Huehuetenango. hue hue….

Wiec… co tam… dojechalem do Chichi, aby ujrzec ten slynny dzien targowy. Zadekowalem sie w hoteliku i dzis z rana taszczac cyfraka , eosa i dwa obiektywy plus 5 filmow wybralem sie na lowy.

W kosciele zdjec robic nie wolno – moga cie za to ukamieniowac. Otoz kosciol to tylko budynek dla indianskich ceremonii – nikt, ani Hiszpanie, ani Inkwizycja, ani Gringos nie dali rady. Guatemala w dalszym ciagu kieruje sie wlasnymi zasadami, wierzeniami… etc….

przejebane pisac w skroce i wogole lapiac sie na tym ze mysli uciekaja bo w glowie mi huczy od chicken busa w ktorym kierowca zapodawal klasyke z 70tych: slide, led zep, rod stew, i tysiace inych baranow. POza tym scisk byl taki ze wciaz mam slad na twarzy od metalowej rurki ktora mi sie wgniatala na kazdym zakrecie – a zakretow bylo sporo

wiec… pstrykalem zdjecia, bedac w niejakim pospiechu, ale pare wyszlo, co wyjdzie wkrotce jak sie dostane do meksyku, gdzie ponoc lepsiejszy inet

dobra. pozdrawiam. ide zjesc… mialem napisac kurczaka .. ale kurczakow to ja dzisiaj zjadlem 3… wiec moze cos innego…

chichi1 chichi2 chichi3 cicha1_big  cicha3_big   czarownica huehue_hotel1 huehue_hotel2 leticia_bart  mala_big   market_sniadanie1 market_sniadanie2 market_sniadanie3 market_sniadanie4 market_sniadanie6 market1 market2 market3 market4 market6 market7 market8 na_schodach na_schodach2 na_schodach4 przed_kosciolem pucybut

 

Opublikowano americana | Otagowano

san pedro nowy dzień

Pierwszego dnia nowego roku wracalem do „hotelu-bez-nazwy” o 5:30 rano. Za chwile mialo wzejsc slonce. Wspinalem sie waska droge, wyzej i wyzej, haja end haja, az do miejsca gdzie w srodku tego labiryntu byl moj pokoj. Totalnie zmeczony. Calkowicie usmiechajaco spokojny. Mieszkancy San Pedro de Laguna jak w kazdy inny dzien otwierali sklepy, jechali na rowerze do pracy, dwie kobiety w malym ciemnym pomieszczeniu ugniatalyb wielki kawal ciasta – chleb z tego bedzie. Nie wazne dla nich bylo ze 80% tubylcow i 100% gringos wlasnie dogorywalo gdzies na zgliszczach jednej z wielu imprez.

Zaczelismy o 14:00. Zebrala sie mala ekipa – aby powolutku obrabiac kolejne butelki. Browarowo, zielono – potem przyszedl glod i duza pizza z warzywami i pieczarkami – znow rum i kola zmieszane w butelce po wodzie mineralnej.

Wyczekiwane, gluche rozmowy – muzyka – jakis psychodeliczny tranz – totalnie mnie dobila. ilez mozna – w kolko ten sam rytm, bez sensu. Reszta jak maszyny, w swietle ognia, i swietle ksiezyca podrygiwala jak im zagrano.

5:00 czekam na wschod. Mam ochote skoczyc do wody, ale ruszyc sie nie mego. Jestem wypalony. Chce spac.

8:00 wystrzaly pedard skutecznie mnie wkurwily. wiecej nie spalem – ale kackupka i sniadanko – nalesniki z bananami plus kawa i miod skutecznie mnie obudzily.

Wynosze sie do innego hotelu. Tuz nad woda. Woda mineralna. Plywam w jeziorze godzine, zdjecia, portrety. Jest coraz lepiej. Nowa lepsza jakos i energia. Nowy lepszy bART. Ekefty wkrotce. Zasypiam w koncu o 16:00, aby po 2 godzinach zaladkek mnie obudzil – czas na kolacje.

Pierwszy dzien. Nowy dzien. Rok, czas, i rzeczy ktore zrobie. Jest dobrze.

 

Opublikowano americana | Otagowano