Archiwa tagu: keys

Polaroidalna Florida

Polaroid SX70 wyciągnięty z szuflady. Dlaczego te chwile? Nie wiem. Trochę ciężko się zdecydować, szczególnie, że w aparacie 8 strzałow i basta!

A już się wydawało, że iphone go dawno temu zastąpił.

Taka ulotna chwila ekstrawagancji…

Tutaj można kupić wkłady i inne tam około polaroidowo-instaktowe gadżety

Opublikowano polaroid, travel | Otagowano , , , , ,

the conch republic

Tego dnia utknąłem w dziurze na wybrzeżu Atlantyku. Nie miałem już siły dalej jechać. Motel w opcji tych złych, z okropną panią szefową, z trzema wielkimi pick-upami parkującymi przed motelem. Na basenie siedział wąsaty red-neck i pił taniego browara z puszki, źle patrząc na moją osobę wynoszącą bagaż z auta do pokoju. Motel był tuż nad morzem, ale miejsce było dziwne i nawet nie do końca fajne do zdjęć. Wyspałem się i miałem moc na kolejny dzień jazdy – kilkaset kilometrów na południe.

Im bliżej metropolii Miami pusta autostrada z godziny na godzinę nabijała się samochodami. Jadąc bez nawigacji, klasycznie zagubiłem się klucząc i próbując wrócić na autostradę. Nie miałem ochoty na wielkie miasto. W końcu a1 droga wypluła mnie z betonowych aort i żył – jechałem wąską drogą, z betonowym murem po obu stronach. W około bagna, rozlewiska, ani kawałka miejsc aby się zatrzymać i podziwiać. Zresztą uważam, że droga którą jechałem przez Everglades tydzień wcześniej obfitowała w znacznie ciekawsze miejscówki aby się zatrzymać, zboczyć z trasy czy też zrobić zdjęcia.

Wjeżdżam do Key Largo. Tu zaczyna się inna Ameryka. Tropikalna, wąska, połączona mostami, oblana lazurową wodą – otwieram dach camaro i cieszę się słońcem pokonując ostatnie 100 kilometrów aby o zachodzie słońca osiągnąć cel w postaci miasteczka o znamienitej nazwie Marathon.

Na drugi dzień o wschodzie słońca pobudka i jazda na Key West. Nie wiedziałem czego mam się spodziewac, więc jak dotarłem na miejsce to zacząłem strasznie żałować, że wybrałem tą dziurę Marathon jako noclegownie na ostatnie 3 noce w USA. Błąd. Key West niesamowite – drewniane domki, porośnięte krzakami, przyjemne kanjpki, dziwne miejsca aby zatrzymać się posiedzieć i zrobić parę zdjęć. Jestem w najdalej położonym miejscu w USA.

To tu Ernest Hemingway miał swój dom, który z przyjemnością odwiedzam – choć nie lubie typowych atrakcji turystycznych. Robię sporo kilometrów po wyspie, jest coraz cieplej, temperatura oscyluje w granicach 35 stopni. Po 7 godzinach człapania w japonkach mam dość – do auta i do hotelu spać. Na drugi dzień powtarzam wycieczkę z taką różnicą, że staram się w drodze powrotnej zbaczać troche z kursu zwiedzając inne wyspy i fotografując słynne urwane mosty.

Opublikowano on the road, travel | Otagowano , , , , ,