Archiwa tagu: ilha grande

ostatni dzien na wyspie…

Uderzylisimy z Wikingiem na kajaki. 3 godziny zmagania sie z falami, sloncem i samym soba. Nie bylo latwo. Kajaki sluzyly chyba jako dekoracja przez dlugi czas, byly chybotliwe i trudne do ujarzmienia. Wyplynelismy z zatoki. Ciagle wioslowanie i rozmowy i wosku, zyciu, podrozowaniu. Minelismy mala samotna wysepke na morzu, potem dotarlismy na mala plaze. Oczywiscie nalezala do jakiegos krezusa z Rio. W kazdym miejscu tabliczki – ENTRADA PROIBIDADA. Ale kto by sie o to martwil. Oczywiscie zarcie ktore wizelismy zmoklo kopletnie i nadawalo sie tylko na karme dla ptakow lub ryb. Dobrze ze nie wzialem apratu.

Powrot na wyspe. Zmeczenie, znuzenie, slonce prosto w ryj. Obiadek i powloklem sie do mojej posady, gdzie zrzucilem swoje zwkloki na loze i zabralem sie do lektury LITUMIA W ANDACH – Vargasa LLosy. I zasnalem oczywiscie.

Ostatni dzien na wyspie. Jutro Parati. Tamze uderzyla czesc ludzi. Inni ktorych spotkalem rozpiechrzli sie po calej Ameryce. Byli na swojej drodze. Tak jak ja. To jest tak – jedziesz sam, spotykasz innych ludzi, ale nikt ci nie karze byc z nimi caly czas. Spedzasz zajebiscie czas – rozmowy, wspolne wloczenie sie po okolicy. Zawsze ktos kogo spotkasz poradzi ci w roznych kwestiach, dowiesz sie nowych rzeczy.

Co dalej sie zobaczy. Na razie stracilem inspiracje i moze wroci jak trafie w jakies hardkorowe miejsce. Aby pisac o biedzie, alkoholizmie, zlodziejach, zmeczeniu i innych niezbyt przyjemnych rzeczach. Na Ilha Grnade – jak juz pisalem – bylo pieknie, bezstresowo i czuje sie jak nowy czlowiek, nabralem sil na dalsza podroz….

Opublikowano americana | Otagowano , ,

LOPEZ MENDEZ

Muzyka rozbrzmiwala jeszcze dlugo. Lecz morze wydawalo sie byc glosniejsze. Piatek wieczor. Oprocz turystow z plecakami przyblo tez dziesiatku mlodych ludzi z Sao Paolo i Rio de Janiero. Carpirihnas, browce, muzyka na zywo, lekcje samby udzielane przez trzy 15 latki z Sao Paolo (samba – chyba jednak potrzebuje wiecej lekcji, niz ten jeden taniec). Tuz po tym jak zainstalowalem u Luisa Fernando windoze -wrocilem na sam srodek dobrej zabawy.

Wszyscy w drodze. 20 latek z Norwegii – ktory od razu wygladal mi na Wikinga – pracowal w przetworni lososia – teraz od roku jest w drodze. Koles z Australii w jednym bucie normalnym – na druga noge zalozyl sandala. Drugiego buta zgubil w Rio jak wskakiwal do autobusu. Tak sie przedstawia – I`m Clinton, you know, like Bill. Na to ja – I`m Bart, you know, like Simpson. Potem spotykam Iana i Erinn z Anglii. Iscie brotylski czarny humor. 3 carpirihanas mas, por favor – krzyczy Irinn do kelnera, ktory juz nie wie gdzie ma sie podziac. I tak przez dlugie godziny…

aasa_hond

anapaola

atoba

atoba2

hendrix

horsemusic

samba1

samba2

sao_paolo_chicas

surfer

turtle_ilha

Rano obudzilo mnie slonce. Pierwszy raz od 3 dni. Ja, Reiner i Andrea – w koncu zebralismy nasze dupy i ruszylismy przez dzungle. Niezle tempo – ukrop, z gorki i pod gorke, bloto, zielen az oczy bola. Zasuwamy. Po2 godzinach jestesmy na Praia Lopez Mendez – ponoc najpiekniesza plaza w Brazylii. No i rzeczywiscie – powala. Bialy piasek, 4 metrowe fale, surfing, laski, blekit nieba i zar slonca.

Zebralismy sie kolesiami (reiner i rafael) – i jak niezlych hardkorowcow przystalo, poszlismy posefrowac. No tak – ale nie mielismy desek. Przez pol godziny staczalismy boje z ogromnymi morskimi zakretasami. Miliony litrow wody przewalay sie nam nad glowami. 100 metrow dalej tubylcy smigali na deskach. Pytam potem jednego jak bylo. Eh wiesz… ciezko, nie ma jednej wielkiej i dlugiej fali, tylko 4 mniejsze. Na tym nie da sie smigac – wyjasnia. Hm. Surfing to filozofia – nie sport. Musze tego sprobowac. Wkrotce.

Zamiast wracac 2 godziny zapodaje na statek. Lodz za 5 reali i talerze pelne owocow. Plyniemy 40 minut.

Czasem trudno mi jest cokolwiek opisac. To nie jest zadna beletrystyka. Pisze co czuje. Ale niektorych rzeczy ni jak. Slowa nie pasuja. Jak kwadratowy klocek w okragly. Nie wlozysz go. Mlotka przeciez uzywal nie bede.

Wracajac z dokow spotkalem dzieciaka w koszulce z napisem – NO STRES, ILHA GRANDE. To chyba wyjasnia wszystko. Geby sie wszystkim dookola ciesza, zycie plynie powoli, saczy sie jak carpihirnia przez slomke.

Opublikowano americana | Otagowano , ,

ILHA GRANDE

Obudzilem sie rano. Zadna to niespodziewajka ze sie obudzilem. Zaskoczeniem byl jednak fuckt ze chmury szare przykryly Rio i niechybnie zanosilo sie na deszcz. Na sniadaniu poznalem Andree i Reinera – pare z Austrii. Rozmawialismy chwile. Okazalo sie ze jada tam gdzie ja – na ILHA GRANDE (WIELKA WYSPA). Powiedzialem ze dolacze do nich jutro, badz pojutrze. Mialem jeszcze polatac na lotni troche. Spotkalem tez niemieckich Polakow z dwiema corkami (prawie juz po polsku nie mowily – wstyd).
Zadzwonilem do CZLOWIEKA PTAKA – ten rzekl ze nie ma zamiaru sobie skrzydel zmoczyc i nigdzie latac nie bedzie. Coz mialem robic – spakowalem manatki zaplacilem za hotel i ruszylem na Rodovarie (dworzec autobusowy). W autobusie spotkalem dwoch kolesi z IZRAELA – rozmowa klasycznie – o ich polskich korzeniach, o Internecie, podrozowaniu. Dostali ode mnie wizytkowki i obiecali nauczyc sie polskiego aby poczytac mojego bloga. To zart oczywiscie ;))

Na dworcu spotkalem siedziala Andrea i Reiner (cwierc Polak jak sie okazalo podczas wspolnego pijanstwa wieczorem – cwierc Polak a pil jak Rosjanin :))). Za 15 reali udalismy sie super wygodnym autobusem do Angra dos Reis (3 godzinki). Tam szybkie zakupy i wskoczylismy na maly prom. Za 3 reale poplynelismy na Ilha Grande. To wyspa (172km kwadratowe) – dzungla, plaze, knajpki, gory i tylko jedna wiocha. Taaa – przyplynelismy i zamiast plazy byl deszcz, bloto, mgla i pare knajp. ale i tak wszystko wygladalo rewelacyjnie.

Zamieszkalismy w posadzie prowadzonej przez Lutza. Rano po sniadaniu rozmawialem z nim przez 2 godziny. Koles z Niemiec, podrozowal przez pol zycia. Byl wszedzie o czym swiadczyly zdjecia na scianach. Calkiem calkiem zdjecia – niektore naprawde rewelacyjne. Lutzowi sie geba nie zamykala. Opowiedzial mi o swoich przygodach i o tym jak 5 lat temu przyjachal na ta wyspe. Poznal kobiete. Ozenil sie. 2 lata temu urodzila im sie dziewczynka. Facet zapuscil korzenie – dobrze ze zdazyl po tylu latach wloczegi. Niezle mu sie powodzi, ponarzekal troche na mentalnosc tubylcow, na 3 policjantow siedzacych na wyspie (maja nawet radiowoz – tylko nie wiem po co – jezli droga ma tylko 200 metrow dlugosci).

hendrix

ilha2

ilha3

ilha4

ilha10

ilha11

ilha12

ilha13

lina

W nocy mialem straszliwego kaca. Po wypiciu 3 drinkow – carpirihna, 2 piwek w milej atmosferze.
Zerwarlem sie z loza i uzmyslowilem sobie ze nie mam nic do picia. Znalazlem pomarancza ktorego wyssalem po prostu ze zwierzaca lapczywoscia. Pic sie nadal chcialo wiec wyszukalem jeszcze jogurt truskawkowy. Ehhh…

Zamierzam tu pozostac pare dni. jest Internet – ale ciezko sie jest polaczyc. Prad wysiada co chwile. Mam wrazenie ze mieszkam na koncu swiata. W zielonym raju, gestej dusznej dzungli. Jutro walimy na drugi koniec wyspy. Ponurkowac troche. Jest spokojnie. Sennie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Opublikowano americana | Otagowano , ,