Archiwa tagu: cuba

Z Camaguey do Trinidadu.

Z braku połączeń i czasu zdecydowałem się wydać więcej kasy i w ciągu 12 godzin przejechać z Baracoa do Camaguey. Chyba się odwodniłem. Nie zabrałem z sobą wystarczającej ilości wody a po drodze nie było gdzie jej kupić. Na przystankach autobusowych wody w butelkach nie kupisz, jedynie refresco w szklance, a to tylko wtedy jak masz fuksa. Człowiek na błędach się uczy. Słuchałem muzyki, czytałem książkę, gapiłem się przez okno kontemplując widoki. W busie było wystarczająco dużo miejsca, aby wygodnie się rozłożyć, lecz nie mogłem spać. Zapadłem w drzemkę dopiero na pół godziny przed przyjazdem na miejsce. O 2.10 rano dojechałem do Camaguey.

– Bartolo? – zapytał człowiek nikczemnego wzrostu
– Si – odpowiedzialem ledwo przytomny, wyciągajac plecak z bagażnika autobusu
– Vamos.

Wsiadłem do rozpadającego się moskwicza koloru taksówkowego (wściekła żółć). Kierowca, równie nieprzytomny jak ja, ruszył na pełnym gazie, aby parę minut później zatrzymać się z piskiem opon w pod kamienicą w centrum miasta. Przez ten czas zdążyłem zarejestrować szerokie i czyste ulice, wspaniałą architekturę i mnóstwo ludzi wracających z sobotniej bibki.

Casa particular na ulicy Independencia to ogromne mieszkanie, z sufitem na wysokości 5 metrów. Ogromne drzwi, mozaikowa posadzka, łuki, trochę kiczowaty wystrój nawołujący do secesji, jakieś lalki z drewna i szmatek, fotele, zwierciadła w rzeźbionych, drewnianych ramach. Czas się na chwilę zatrzymał. Nie mam okna w pokoju, jest natomiast niewielki świetlik. Kamienica została zbudowana w połowie XIX wieku – informuje mnie Senora Dalgis – korpulentna kobiecina, z krótkimi rudymi włosami, taka ciocia, gada jak najęta i dodaje, że 15$ to specjalna cena jak dla mnie (wcześniej dzwoniła do niej Maria z Baracoa) i oczywiście mogę się tu żywić. Testem jest śniadanie, które zawsze zamawiam w casa particular, dobrego śniadania nie zjesz na mieście za cenę 2 dolców. Jeżeli więc śniadanko jest dobre – zamawiam również kolację.

Dwa dobre posiłki dziennie. W czasie dnia przekąszę coś na mieście płacąc szmacianymi i niechcianymi przez nikogo peso – pizza za 7-10 peso, bułka z serem i szynką za 5 peso a do tego refresco (napój orzeźwiający) za pesiaka. Za domową obiadokolację trzeba zapłacić od 4 do 7 $. Z reguły jest zupa z fasoli, brązowy ryż z czarną fasolką (czasem biały dla odmiany), sałatka (pomidory, kawałki rzodkiewki, posiekana kapusta, ogórki), danie główne to kurczak, ryba, czasem krewetki lub też wieprzowina (kurczak i świnka kosztują mniej). Do całości dochodzą chipsy bananowe (czasem cieniutkie jak prawdziwe sztuczne komercyjne chipsy a czasem grube jak ziemniaki). Na deser sałatka owocowa (nieśmiertelne banany i ananas). W ogóle nie brakuje mi gastrofazoli (czekoladki, orzeszki, cukierki, gumy do żucia) – no hay la mota no tengo gastrofaza. Jeżeli chodzi o restauracje to te naprawde dobre są bardzo drogie a innymi nie warto zawracać sobie głowy, już lepiej wsuwać pizzę i owoce, które są tanie (choć takie sobie – nie duży wybór, zgniłe banany, mandarynki z pestkami, no ale przynajmniej naturalne). Ale są jeszcze paladores – prywatne knajpki działającej na podobnej zasadzie co casas particulares – czyli domowe jedzenie za peso convertible, czasem udaje mi się jednak płacić w moneda nacional (na przykład za 50 peso niezła kolacja w La restaurante Cubanita w Guantanamo). Codziennie płacę za jedzenie i spanie prawie dwa razy więcej niż wynosi przeciętna i oficjalna pensja Kubańczyka. I jako, że jestem obcokrajowcem właściwie taniej mi żyć nie można. Co innego jakby całą kasę brali moi gospodarze. W rzeczywistości większość tej kasy trafia w końcu do rządu.

Spotykam rodzeństwo ze Szwecji. Rum, tucola (podróbka cocacoli), plastikowy stolik w taniej lokalnej knajpce. Są młodzi i bardzo ciekawi świata. Sabina (23) przejechała właśnie przez Amerykę Południową, a swoje ostatnie dwa tygodnie spędziła ze swoim bratem Marcusem (22) na Kubie. Wyspa jak wulkan gorąca do gustu jej jednak nie przypadła. Nie może znieść tego, że Kubańczycy są napastliwi – tu budzi się w niej twarda kobieta, choć jest jeszcze dziewczynką, ale nie cierpi jak się na nią gwiżdże i cmoka – hm… jest zresztą na co ;). Nawet jak dla Szwedów ceny są kosmiczne – właściwie nie ma swobodnego i taniego jeżdżenia tak jak robiła to w Gwatemali czy Boliwii. Kompletnie nie rozumieją tego systemu. W końcu dogadaliśmy się, że jeżeli by przenieść Kubę na północ Szwecji, to cały ten system by się rozpieprzył w drobny mak. Trochę w tym prawdy – klimat, tropiki, ciepło, muzyka, taniec – to jakoś trzyma ludzi. W północnym klimacie, jakby ludzie umierali z zimna (bo brak prądu i zero ogrzewania) nie było by już tak wesoło. Nie można by było siedzieć na ulicy całymi godzinami, roprawiając z sąsiadami. Poza tym jeszcze jedna rzecz. Bzykanie. Jeżeli nie ma mieszkań (ponoć brakuje 150 tysięcy mieszkań na Kubie) i nie ma też bezdomnych, to oznacza, że niby każdy ma dach nad głową. Inna sprawa – ile tak naprawdę tych głów pod jednym dachem się mieści. Przez to ponoć na Kubie jest największy odsetek rozwodów. Całe pokolenia gnieżdżą się w jednym mieszkaniu – nie ma prywaty. Aby kochać się trzeba uciekać w krzaki, w polę, na kamping, na plażę. To teraz wyobraźmy sobie Kubę na północy Szwecji. No i mamy kontr-rewolucję. Nie tylko seksualną.

Niedziela w mieście. Puste ulice. Bardzo gorąco, bezlitosne słońce daje mi się we znaki. Naprawdę nic się nie dzieje. Spaceruję oganiając się od bici-taxi – taksówki rowerowe – coś w stylu hinduskich czy południow-azjatyckich ryksz. Różnica taka, że te tutaj mają grube koła z motocykli i okrągłe samochodowe kierownice. Z jednej strony takie koła mogą wytrzymać większy ciężar, z drugiej strony pedałowanie i kierowanie czymś tak cięzkim wymaga nie lada wysiłku. Camaguey to rowerowe miasto. Kiedyś jeździły tu tramwaje (podobnie jak w Santiago) – pozostałością po nich są szyny tramwajowe w wielu częsciach starego miasta. Teraz niewiele samochodów i autobusów komunikacji miejskiej. Wszyscy zasuwają na rowerach – jak w Chinach. Napotykam też całą masę warsztatów gdzie można zreperować bicykla. Niestety nie udało mi się żadnego wynająć. Na pytanie o wynajem roweru – mąż Senory Dalgis zrobił głupią minę i powiedział, że to niemożliwe. Robię więc sporo kilometrów na piechotę. W Camaguey łatwo się zgubić w plątaninie uliczek. Labirynt nie jest jednak tak skomplikowany, wszędzie drogowskazy i jeżeli zawczasu zna się rozkład miasta nie sposób się zgubić.

W poniedziałek ulice pełne ludzi. Szukam internetu – niestety w żadnym z czterech miejsc nie ma łączności z siecią. Kupuję kartę za 10$ – dzwonię do domu. Udaje mi się porozmawiać z mamą i sister 2 minuty i 10 sekund. Co za idiotyzm – przecież produkcja takiej karty to koszt, plastik z chipem, a tu dwie minuty i do śmieci. Nie lepiej zarabiać kasę na rozmować przez łącza internetowe (pc-to-phone), tak jak to się robi w Indiach czy Azji? W ogóle większość usług teleinformatycznych dostępnych jest jedynie w Etecsie. Faxowanie, skanowanie, maile, karty telefoniczne i telefonów, kable, przejściówki. Żeby skorzystać z netu muszę kupić kartę z kredytem minut (60 minut). Jest to karta zdrapka – razem z nią mam login i hasło. Tym samym mogę skorzystać z netu przez na przykład 5 minut. Nastepnym razem jak się połączę – zostanie mi 55 minut etc. Ostatnio przypadkowo znalazłem sposób na omijanie systemu. Po prostu zawiesiłem komputer i następnym razem miałem znów 60 minut (sesja się nie zapisała i tyle). Kombinują również panie z obsługi. Czasem nie sprzedają kart tylko pytają się ile czasu chciałbym spędzić w sieci. Ja płacę gotówką a one mają jakiś kod który omija logowanie i tyle. 6 euro idzie do ich kieszeni.

Przed sklepami pełno ludzi. Wszyscy stoją w kolejkach. To kto pracuje, jeżeli wszyscy w godzinach pracy czekają na towar na kartki, ci bogatsi na towary bardziej luksusowe. Wystawy sklepowe z czasów poźnego PRL – widzę wieżę z CD, która w Polsce w hipermarkecie nie kosztuje nawet 200 zyli, tutaj za 249$. Podobnie z innymi rzeczami. Komputer, laptop, iPod, wszystkie te elektroniczne gadżety to przedmioty pożądania. Szczególnie wśród młodych ludzi. „Jak to jest, że taki turysta ma aparat a ja nie, ja chcę to samo” – myślą tysiące dzieciaków na wyspie. To też nakręca różnego rodzaju zachowania. Nie wierzę w dawanie długopisów dzieciom i drobnych monet ludziom. Rozkręca się przez to żebractwo. Nie w tym droga. Choć zdaję sobie sprawę, że codziennie za każdym razem płacąc za coś, wspieram rząd, który ma w dupie ludzi. Jak to jest, że za transakcję kartą płatniczną muszę zapłacić 11% prowizji ???!!!

Nie wiem jakie są metody rozwiązania tych problemów. Wolny rynek będzie szokiem dla większości. Spotykam na targowisku człowieka. Sprzedaje czosnek i zagaduje mnie. Nic jednak nie chce mi sprzedać, ani ode mnie wyciągnąć (oczywiście większość Kubańczyków taka jest, ale jako turysta ma się częściej do czynienia z tymi co chcieliby cię w jakimś stopniu wykorzystać), jest po prostu ciekawy co ja tu robię. Był w Polsce w 1984 roku. Nie do końca wiem po co, ale myślę, że szkolił się w kopalniach na Górnym Śląsku, potem pracował w kopalniach w Moa, na zachodzie Kuby. „A jak teraz w Polsce? Lepiej?” – „Si, mejor” odpowiadam. Wielu Kubańczyków których spotykam pyta mnie jak w Polsce, jak za granicą. Myślę, że oni po prostu nie wiele wiedzą. Ich wiedza jest szkolna, kontrolowalna, wybiórcza a mózgi wyprane. Pokazuję na laptopie swoje zdjęcia z ostatniego roku. W casach w Santiago a potem w Baracoa. Moi gospodarze oglądali to z dużym zainteresowaniem – ale padały takie stwierdzenia – „o w tych Indiach tacy biedni ci ludzie” „o w tej Japonii to musi być bardzo niebezpiecznie”. Kuba Kubą – a co sądzić o takiej Korei Północnej? To jest dopiero dramat. Choć nie wiemy co tam się tak właściwie dzieje. Przeciekają stamtąd informacje mrożące krew w żyłach – ale traktujemy to jako przerywnik pomiędzy informacją o procesie Michaela Jacksona, politycznych sporach w Polsce a ciekawostką ile włosów rośnie na głowie człowieka i dlaczego czekolada jest szkodliwa a może jednak nie jest.

Mam koszmary. Naprawdę chore sny. Rozmawiam o tym z Anouk z Holandii. Przypadkowo rozwineliśmy temat problemów ze snem. Anouk ma to samo. Nigdy, przenigdy nie miała koszmarów w Holandii – a tutaj codziennie. Moje są wyjątkowo realistyczne – i pojawiają się w nich wątki voodoo, kanibalizmu, zabijania, mordowania, znajomi z Polski, byłe dziewczyny, Kuba, Azja (przede wszystkim Kambodża) – wszystko to miesza się jeden długi serial – mroczny i śmieszny zarazem, czasem nie mogę się od tego oderwać i naprawdę dużo śpię. Nie będę tu nikogo męczył opisami tych snów, a mógłbym to robić, bo o dziwo wszystkie pamiętam. Nie wiem od czego to zależy – podobny klimat miałem w Maroku. Wiązałbym to z ilością słońca i miejscami w których śpię. Nie są to domy z betonu – to stare kolonialne domy – w których wiele osób przyszło na świat i wielu z niego zeszło.

Ostatni wieczór w Camaguey spędzam właśnie w towarzystwie Anouk i Basa z Holandii. Wcześniej spotkałem ich w Baracoa. Kolejni przemili ludzie. Spożywamy klasycznie butlę rumu i nawijamy o czym popadnie. Czasem rwę się do cudzoziemców, aby chwilę porozmawiać po angielsku – całe dni jednak jestem sam albo nawijam po hiszpańsku z Kubańczykami – ale większość rozmów jednak kończy się na tym „może przyjacielu byś mi pomógł, kupił, dał” albo „mi amor, zrobie ci laskę tu i teraz za 10 $” (tu i teraz to park w którym roi się od turystów, ludzi, policji i innych jineteras). Już mi się nie chce o tym pisać. Ileż można. Wkurwiam się jednak, że tak jest. I wiem, że to wcale nie jest ich wina. Bo to wina tych przeklętych cyklistów… (oraz masonów, żydów, komuchów, pedałów, astronautów i w ogóle wszystkich innych co mają krzywy nos i więcej szczęścia niż rozumu).

Gubię przewodnik lonely planet. No i dobrze. Stek bzudr. Strasznie uproszczona wizja świata. W tych przewodnikach to dobre są tylko mapy. Szkoda kasy – lepiej ściągnąć sobię trochę info z sieci, spędzić parę wieczorów przed wyjazdem, poszukać, wydrukować małą czcionką na paru kartkach papieru, kupić książkę historyczną o danym miejscu i zaopatrzeć się w dobrą mapę. Przewodnik robi to tylko kolejne gramy w plecaku.

O 1.10 w nocy wskoczyłem w bci-taxi i udałem się na dworzec, aby wsiąść w ten sam autobus, którym przyjechałem do Camaguey.

– Bartolo? – oto znów pojawił się człowiek nikczemnego wzrostu
– Si? Como estas amigo?
– Suerte, buen viaje – i klepną mnie w plery z mocą o jaką bym go nie podejrzewał

Zasnałem tym razem bez problemu. Nad ranem dojechałem do Trinidad.

Otagowano ,

baracoa foto

a ja tymczasem jestem juz w Trinidad…

potem wrzuce pare slow i zdjec

zblizaja sie swieta – dobrych wiec zycze . sciskam

Otagowano ,

Baracoa

Słowa. Pisać każdego dnia. Męczarnia. Nie cierpię pustego ekranu komputera ani czystej kartki papieru. Nie wiem co gorsze – rozpadająca się klawiatura w laptopie czy stary długopis zastawiający ciemne plamy na sąsiednych stronach w notesie. Jednak przelanie na nośnik wszystkich myśli byłoby wielkim błedem, bo rozum nie sługa, swoimi regułami się kieruje.

Obrazy. Wiem, że każego dnia co by się nie działo, nie ważne jakbym się czuł, muszę pójść robić zdjęcia. 200 zdjęć dziennie, wybierając z całości 20. I też się z tym męczę. Cyfrakiem robię jak zawsze, polując na chwilę. Odpuszczam sobie scenografię, choć na pewno jest ona jednym ze składników dobrego zdjęcia. Właściwie krążę w kółko tymi samymi uliczkami, czasem zbaczając, aby powrócić w to samo miejsce, przyzwyczająjąc otoczenie do swojej osoby. Czasem zapamiętuję sytuację i dekoracje, aby wrócić tam ze średnim formatem. Bardzo trudno jest wyjść poza ograne rzeczy fotografując na Kubie. Pstrykając mamiyą 6×7 centymetrów skupiam się na rzeczy – negatyw jest bardziej wymagający – trzeba naprawdę się starać i oszczędzać materiał. Jak czuję się dobrze w danym miejscu to robię ze dwa filmy dziennie – ale tylko pod wieczór, w samo południe słońce jest za ostre. 10 zdjęć na jednej kliszy. 20 zdjęć dziennie. Wielka radość wrocić do filmu. Szlachetna to bestia a na efekty trzeba będzie poczekać – przechować, przewieźć, lotniska, x-ray, możliwość prześwietlenia, zgubienia, potem ktoś może spartolić robotę wywołując filmy. Obróbka, skrawanie. Cały ten szajs.

Przesiaduję pół dnia w starym domu na przeciw Hotelu la Rusa (zbudowanego przez Rosjankę Magdalenę Rowieskują, która zainspirowała Aleyo Carpentiera podczas pisania książki „La Consagracion de la Primavera”, hotel ten miał wielu znakomitych gości – Fidel, Che, Eroll Flynn). Teraz codziennie kupuję tam browary (Bucanero) wieczorkiem na kolację, przełażąc boso przez ulicę. Mieszkam w casa particular u Marii i jej córek (młodsza jest słodka, ale sie strasznie wstydzi, a starsza właśnie skończyła historię na uniwerku w Santiago i całkiem do rzeczy z niej kobitka). Maria i jej córki na zmianę znęcają się nad iPodem (pożyczonym od Łukasza). Maria od dwóch dni bezustannie nuci kawałek Manu Chao „Me Gustas Tu” – a młodsze katują Orishas, Marleya, Van Van i Vavamuffin.

Maria z dnia na dzień coraz bardziej rozkręca się opowiadając rzeczy o sobie, o Kubie, o systemie. Co lepsze? Nie ma odpowiedzi. Nie ma systemu doskonałego – wszystkie opinie są bardzo subiektywne a to za czym kto się opowiada zależy od sytuacji zastanej. Rewolucji dokonują jednostki a cała reszta to ludzka masa. Basta. Maria mówi, że jest lepiej teraz. Pytam – lepiej niż kiedy? – No, lepiej niż przed 1959 rokiem. Maria osobiście nie pamięta tych czasów, miała wtedy parę lat, ale wie, że teraz jest lepiej. Fidel jest dobry, choć jako istota ludzka ma prawo się mylić, mówi spoglądając przez okno na dzieciaki bawiące się na ulicy. Co będzie potem? Maria odpowiada, że nie wie. Zresztą jak każdy Kubańczyk z którym o tym rozmawiam. Niektórzy mówią, że będzie dużo gorzej niż jest teraz. Parę razy słyszałem stwierdzenie, że koleje rzeczy po śmierci Brodacza zostały ustawione zawczasu. Wiem jedno – ta mała wysepka po śmierci Castro będzie na ustach wszystkich przez długie miesiące. Jak to jest, że tak mały kawałek świata wzbudza tyle emocji wszędzie na świecie? Ludzie nie pamiętają o Kambodży, Wschodnim Timorze, awanturach na Sri Lance, zadymach w Afryce (kto spamięta wszystkie konflikty w Sudanie, Runadzie, Somalii?). Nasza pamieć jest wybiórcza i bardzo fotograficzna. Symbole. Obrazy. Szum informacyjny. Popkultura. Weźmy słynna fotografię zrobioną przez Alberto Kordę – Che patrzy się gdzieś w bok, uwieczniona na milionach grafitti, koszulkach, płytach, zegarkach Swatcha. Żyjemy w epoce symboli – nie każdy zna historię Guevary (teraz dorzućmy młodego Che w filmie Waltera Sallesa), nie za bardzo wiemy o czym mówił, pisał, myślał. Jest ten jeden Che. Który umarł młodo z karabinem w ręku i inhalatorem w kieszeni.

To wszystko za trudne – komunizm, socjalizm, liberalizm, neoliberalizm, kapitalizm, -izm, -izm, -izm. Żyjemy w czasach izmów. I nic na to nie poradzimy.

Baracoa to dobre miejsce. Jakby odcięte od reszty świata. Fale rozbijają się o betonowy brzeg promenady. Wzdłuż morza nie ma żadnych hoteli (oprócz wcześniej wspomnianego La Rusa) – na Maleconie stoją tylko fotogenicznie zniszczone przez czas i sól morską budynki mieszkalne, szkoła, parę knajpek. Plaży jako takiej nie ma – tylko skalisty brzeg.

Życie w miasteczku koncentruje się wokoło parku – jest parę sklepów w których nic nie ma ale stoją przed nimi wieczne kolejki. Jest także sklep w którym wszystko jest (pralki, lodówki, telewizory) ale nie ma przed nim żywej duszy. Są restauracje dla turystów i bogatszych Kubańczyków, z cenami w peso convertible. Tam także niewiele osób, czasem starsze małżeństwo z Niemiec, turysta z Francji i jineteros. Lokalni piją tani rum nad brzegiem morza, grając w domino lub szachy. Ludzie (szczególnie strasi) siedzą w domach. Ich oknem na świat jest telewizor z 3 programami telewizji publicznej, czasem rzucą okiem przez otwarte na ościerz drzwi. Wieczorem całe rodziny jak zahipnotyzowane skupiają się wokoło telewizora – ten obrazek zobaczysz w każdy kraju świata o tej porze dnia. W domu gdzie mieszkam, parę miesięcy temu wysiadł telewizor (koreański, Daewoo), jest za to mnóstwo książek, więc kobiety siedzą i czytają. Znalazłem na półce wszystkie dzieła Lenina, Marqueza, Llose, Guevarę i setki innych. To jedna z rzeczy która odróżnia Kubę od innych krajów – wykształcenie. Wszyscy chodzą do szkoły, potrafią czytać i pisać. Nawet z kurwami możesz porozmawiać o teorii wszystkiego, literaturze i fizyce kwantowej.

Nie wiem natomiast co się dzieje rano. O tej porze śpię. Przez sen słyszę głosy ulicy. Dzieciaki idą do szkoły, jakieś kobiety głośno rozprawiają. Maria rozwiesza pranie na dachu. Wstaję koło godziny 11 aby zjeść śniadanie. Godzinę później zaczyna się sjesta – część urzędów jest zamknięta, mieszkańcy miasta udają się na leżakowanie. Czasem widzę jednego czy dwóch innych podróżnych, lecz dopiero wczoraj po raz pierwszy od ponad tygodnia zagadałem do jakiegoś obcokrajowca. Na ulicy Coliseo, skąd doskonale widać zatokę i zardzewiały duch starego statku, straszący z lazurowych wód morza Karaibskiego, spotykam Xaviera i Monikę z Katalonii. Małżeństwo z Girony, on pracuje w Vodafone, ona jest farmaceutką. Przemierzają wyspę na starych dziesięcioletnich rowerach górskich. Zanim poszli spać (rano mieli wyruszyć do Moa) wypiliśmy przy Casa de la Trova parę mojito rozmawiając o życiu (bo o czym innym można rozprawiajać przy dźwiękiach muzyki na żywo i deszczu uderzającym o plastikowy daszek knajpki z tanim alkoholem).

Czy nie lepiej było by być Kubańczykiem? Co z tego, że taki system, że koledzy myślą jakby tu zbudować tratwę i popłynąc na Florydę. Na miejscu jest rum, cygara, genialna muza, ciepło cały rok, najpiękniejsze kobiety kręcą tyłeczkami na ulicach wszystkich miast i wioseczek, rząd gwarantuje ci wielkie nic ale za to jakie, są symbole w które wierzysz, możesz też na nie ponarzekać, w telewizji nie ma reklam i całego tego chłamu, familiady, klanów, mcdonaldow i całej masy rzeczy o których po prostu nie masz pojęcia, że są i mogłby ci się przydać. Samochody? Po jakiego grzyba ci najnowszy model czegośtam, jeżeli masz tu takie furki – i co z tego, że się cały czas psują – jest o czym pogadać z kumplami, poza tym co to musi być za frajda jeździć cabrio chevroletem z 1954 roku promenadą w Havanie. Poza tym zawsze można naciągnąć paru głupich turystów z Niemiec czy Holandii, ubranych w spodnie ze specjalnego oddychającego materiału, co rozpierdalają w ciągu jednej noc dziesięciokrotność twojej pensji. Zresztą oni zaraz i tak wrócą do domów i będzie można wrócić do gry w domino.

A tak naprawdę to sam nie wiem. Czasem po prostu popadam w odrętwienie jak na to wszystko patrzę. Pięknie jest… ale czy naprawdę?

Idą świeta. Za oknem ktoś maniakalnie puszcza na pozytwce Cichą Noc.

[północ, za oknem ujadanie psów, bębny, muzyka, piątkowa noc, Baracoa]

Otagowano ,

Z Santiago do Baracoa

Control Machete

Santiago de Cuba – drugie co do wielkości miasto Kuby trochę mnie przybiło. Przynajmniej na początku. Nie wiedziałem gdzie się podziać, co robić – wciąż nie mogąc zaaklimatyzować się dreptałem uliczkami tego starego miasta. Zatrzymałem się w casa particular u Senory Belkis – starszej mulatki, znakomitej businesswoman, co wiedziała jak wyciągnąć ode mnie każdego dolara. Niemniej bardzo cenię sobie u niej gościnę. Senora Belkis należy do nowej średniej klasy na Kubie, do tych, co mają możliwość goszczenia u siebie „dewizowych gości”. Casas Particulares – to miejsca gdzie się zatrzymuję. Hotele dla obcokrajowców są o jakies 10-15 dolarów droższe, a miejscówki dla Kubabańczyków nie dla estranjeros. Więc nie ma wyjścia. Można jeszcze spać w autobusach Viazul, jadących nocą z miasta do miasta lub też na campingach, ale tam jeszcze nie dotarłem. Prywatne domy są więc najlepszą opcją dla niezależnego podróżnego. Takie domy oznaczone są zielonym lub niebieskim trójkątem z napisem „Arrenador Inscripto”, należy oczekiwać, że cena za noc wyniesie od 15$ do 25$ czyli całkiem sporo (w porównaniu z nędznymi hotelikami w Indiach czy Ameryce Południowej). Plusem jest to, że ma się możliwość mieszkania z rodziną a pokoje są naprawdę spoko. Właściciele muszą oddawać od 150 do 300 dolarów miesięcznie opłat rządowych, niezależnie od tego czy mają czy nie mają gości każdego miesiąca. Trzeba więc walczyć o swoje. Niektórzy pytają się jaki jest twój następny punkt podróży i polecają ci swoich znajomych.

Włóczyłem się więc po Santiago, przygnieciony światłem słonecznym, przesiadując często w Casa de la Trova, gdzie zapodawali dobrą muzę na żywo, o czym pisałem wcześniej. Ostatniego wieczoru usiadłem dosłownie na chwilę w parku (czego wcześniej nie robiłem ze względu na wszechobecność jineteros i jinetera). Nie są to bezdomni czy naprawdę biedni ludzie – rząd rewolucyjny dostarcza im socjalne minimum – ich celem jest wyciągniecie od obcokrajowca czegokolwiek. Czasem chcą jedynie pogadać, dziewczyny poznać białasa, który postawi im drinka, kupi conieco, a w najlepszym wypadku wyciągnie z Kuby. Kolesie natomiast uderzają w podobny sposób do zachodnich kobiet (podobnież ma się sprawa z odmiennymi orientacjami seksualnymi). Moja wiedza w tym temacie jest znikoma jak na razie, więc piszę o tym co widziałem.

Usiadłem więc na ławce pijąc coś podobnego do fanty. 5 minut później przysiedli się do mnie w Eko i jego kumpel – rastafarianie, lub też jak myśle „wannabe” rastafarianie. Bycie rasta jest cool (przynajmniej oni tak myślą) – wyluzowany sposób bycia, specyficzny język i łatwość nawiązywania kontaktów szybko zjednuje im innych (tych co mniej więcej kumają o co idzie). Postanowiłem ich nie odganiać. Rozmowa toczyła się po hiszpańsku, chyba, że podchodzili inni rasta, co mówili co nie co angielsku, ale za to w jakim stylu (bełkot jamajski). Witają się przpez piąstkowanie i magiczne „ya, man!” – co mnie lekko rozbroiło, ale podjąłem grę w której z góry wiedziałem, że to ja będę fundatorem tej imprezy. Blablabla, podróze, kaktusy, gandzia, grzyby, Marley, muzyka, dziewczyny – kolesie nakręcają rozmowę i chwilę potem wyciągają pustą plastikową butelkę i idziemy szukać taniego rumu. Łazimy po mieszkaniach, witam się z dziesiątkami ludzi, pięść-pięść, ya mon, superfajnie i w ogóle…

Mija godzina za godziną, ja się już gubię w kolejnych osobach tego show – pojawiają się znienacka, różne typki, każdy z tą samą nawijką, ale jest miło a ja wciąż nie jestem za bardzo pod wpływem rumu. Pojawia się policja, która legitymuje obywateli z dreadami – mnie jakby nie widzą i o nic się nie pytają. Eko mówi, że zawsze muszą mieć przy sobie dowód tożsamości – każdego dnia są wielokrotnie zatrzymywani przez służby patrolowe. Chłopaki wyciągają ode mnie kolejne drobniaki na coś do jedzenia i kolejną butelkę rumu (żaden to koszt dla mnie, a jestem ciekaw co będzie dalej). Wychodzimy z centrum. Po chwili trafiamy w mroczne slumsy, gdzie stoją chatki z klepiskiem zamiast podłogi, coś w stylu „Miasta Boga”. Beton, glina, krzaki, parę zapalonych latarń, muzyka z każdego domu, przed którymi siedzą czarnoskórzy obywatele i niebieska poświata rzucana przez czarnobiałe telewizory. Pojawiają się następni, Eko przedstawia mnie swojemu kumplowi, u którego mieszka (w rozpadającym się domku z tektury). Poznaję też mamusie jego kolegi i koleżankę – Lucerię (czy coś takiego). Snujemy się bezsensu po okolicy, rozmawiając o Hajle Sellasje, Fidelu, Marleyu, Che, polityce i innych rzeczach o których ja wiem, że oni wiedzą, ale rozmowa jest bardzo powierzchowna, bo toczy się w spanglish.

Nadchodzi czas aby już sobie iść i w tym momencie zdaję sobię sprawę ze swojego położenia – nie wiem gdzie jestem, ani jak dość do domu, poza tym znajduję się w slumsach drugiego największego miasta Kuby i co by tu nie mówić o bezpieczeństwie na Kubie to wiem że bezpiecznie to może jest w Veradero w zamkniętych ośrodkach dla niemieckich turystów. Żegnam się z chłopakami, którzy wskazuję mi drogę do centrum – nie jest tak źle po 5 minutach już wiem gdzie jestem i podchodzę do domu przed którym siedzi kobieta, aby upewnić się czy dobrze idę. „Para el centro? A la izquierda, si?” – kobieta twierdząco kiwa głową i uśmiech zamiera jej na twarzy, przechodząc w nieartykułowany krzyk. Ja w tym momencie błyskawicznie się obracam, mając przed twarzą dwie zardzewiałe maczety, pół metrowej długości i czuję pociągnięcie do tyłu. Dwóch typków ciągnie mnie za plecak, za wszelką cenę starając się go odciąć z moich pleców. Adrelanina uderza w czaszkę, wiem, że w torbie mam cyfraka i portfel. Wszystko rozgrywa się w ciągu dwóch sekund – mam dłuższe nogi niż oni więc kopniak ląduje prosto w klatkę jednego z nich, zarazem starając się wyszarpać drugiemu. Kobieta krzyczy, zbiegają się inni ludzie w tym babcia z dziadkiem co taszczą dwie długie maczety – intruzi uciekają. Do teraz nie wiem jak mi się udało z tego wykaraskać i dlaczego od razu cabrones nie odcieli mi głowy. Dziadek i babcia z maczetami proponują ochronę i odprowadzają do centrum. Ufff… Wracam do domu i idę spać. Całą noc snią mi się noże, maczety, kurczaki, dżungla, ciemne twarze z błyszczącymi oczami. Wszytsko w rytmie afrykańskich bębnów.

Z Santiago do Guantanamo

Na drugi dzień opuściłem Santiago. Autobus do Baracoa odjechał z rana – musiałem więc spróbować autostopu bądź też lokalnego transportu. Tego dnia dojechalem zaledwie do Guantanamo. W ramach cięcia kosztów żadnych taksówek, co się wiąże z tym, że wszędzie walilem na piechotę (nawet typek z bryczki ciągniętej przez konia chciał zapłaty w dolarach – choć przejazd kosztuje 1 peso). Tym samym najpierw przeszedłem pół Santiago w poszukiwaniu terminala z którego odjeżdżają ciężarówki. To co w przewodniku to bzudra. Terminal do Guantanamo jest zupełnie w innym miejscu. Jeden hombre poprowadził mnie na miejsce. Na terminalu czekałem 2 godziny w kolejce do ciężarówki. „No para estranjeros” – jak się dowiedzialem już przy wejściu – o tym czy obcokrajowiec może jechać czy nie decyduje kierowca – no i sie zaczeło – wsciekły walczylem o swoje, poparli mnie inni podróżni, ale wąsacz był nieubłagany – rzuciłem mu solidną wiązankę ze wszystkich brzydkich słów jakie znałem po hiszpańsku i poszedłem sobie. Już się miałem złamać i wsiąść do autobusu dla turystów, ale w ostatniej chwili skręciłem na drogę przy której stało mnóstwo ludzi liczących na okazję. Autostop na Kubie nie jest darmowy – a białas na stopa do dobry kąsek. Diaz podwiózł mnie za 2 $ do Guantanamo – okazało się, że mieszkał 4 lata w Czechach (niestety ledwo co mówił po czesku). Rozmowa toczyła się więc w języku Cervantesa. W Guantanamo, które okazało się mieściną o której świat zapomniał, czekałem na okazję aż do zmroku, ale już nie mogłem słuchać drwin palantów stojących wokoło (już sobię wyobrażam jakie epitety lecą w stronę białasów w Azji, gdzie większość turystów nie zna lokalnego języka). W końcu skapituowałem i jedna miła dziewczyna poprowadziła mnie do centrum – ona też jechała w stronę Baracoa, ale nie aż tam – tylko do San Antonio – gdybym wiedział jak niedaleko od plaży jest San Antonio to wsiadłbym z nią do ciężarówki, która niespodziwanie zatrzymała się przy stacji benzynowej obok której przechodziliśmy. Wskakujesz? – ja niestety nie miałem pojęcia gdzie jest to miejsce, dopiero sprawdziłem potem na mapie. Poszedłem więc do Parque Marti w samym centrum tej dziury. Dwa hotele polecane w Lonely Planet jako tanie (mniej niż dolar) niestety już estanjeros nie przyjmują (napisali w LP z roku 2003 wiec się pewnie tam całe masy zjawiły w ostatnich latach). Została mi więc casa particular za 20$.

Z Guantanamo do Baracoa.

Wstalem około 11. Nie mam zegarka ani budzika więc nie miałem z początku pojecia która jest godzina. Poszedłem w to samo miejsce co poprzedniego wieczoru. Znów musiałem uzbroić się w cierpliwość. „Co ty tu robisz? Dla obcokrajowców jest Viazul” mniej więcej to powtarzali mi inni podróżni. Osób czekających na ciężarówkę bądź okazję było z 200-300 – wszyscy w kierunku Baracoa. Po 3 godzinach ogarnęły mnie wątpliwości, zjadłem z 8 pomarańczy i wypiłem dwie orenżady – wciąż nikt się nie zatrzymał. Do jednego autobusu mnie nie wpuścili (jechał do ośrodka wczasowego Cojobabo). W końcu słyszę jak wołają mnie typki – Amigo! Ciężarówka do Baracoa jedzie. No tak – ale chętnych było więcej niż miejsc. Dałem dwa dolce jednemu hombre, który przekupił z kolei kierowce ciężarówki, któremu musiałem zapłacić 20 peso. Jedziemy. 4 wąskie ławki, rozpadająca się ciężarówka, genialne widoki, słońce, wiatr i morze Karaibskie. Rozmawiam z ludźmi, jest miło i wiem, że za 4 godziny będę w Baracoa. No tak ale bez przygód nie mogło się obejść. W pewnym momencie ciężarówka prawie się wywraca na zakręcie i duża, starsza kobieta ma zapaść. Jedziemy do szpitala. W Imias przez godzinę czekamy na wieści o niej. Miała zawał. Robi się smutno ale trzeba jechać dalej. Przed 1960 rokiem jedyny dostęp do Baracoa był od strony morza. „La Farola” – kręta droga z Cajobabo była jednym z pierwszy osiągnięć rewolucyjnego rządu Castro. Dystans 50 kilometrów pokonaliśmy w 1,5 godziny. Widoki porażające. A ja nawet nie myślałem aby wyjmować aparat z torby. Noc. Jesteśmy na miejscu.

… w następnym odcinku parę słów o pierwszym mieście założonym przez Hiszpan na Kubie….

Otagowano ,

santiago – foto

Otagowano ,

santiago

Głowę pełna dźwięków, kolorów, promieni słońca. Mam w sobie zimę i te sześć szalonych tygodni w Warszawie wciąż dają znaki o sobie. Dużo śpię, czasem w środku dnia zasypiam z książką. Dużo czytam o Kubie i Ameryce Łacińskiej (teraz jednak widzę, że za mało książek z sobą zabrałem). Konfrontuję to co widzę na ulicach z tym co zapisane. Jednak nic nie zastąpi kontaktu z ludźmi. W odróżnieniu do Azji w końcu więcej rozumiem i jestem w stanie porozumieć się z kimkolwiek. Z hiszpańskim jest jak z jazdą na rowerze – przepiękny język, jak się go lubi to tak szybko z głowy nie wyleci. Zdaję sobie sprawę, że słaba moja wiedza, ale słownictwo i zwroty powoli się przypominają. Teraz nie ma problemów z targowaniem się, kupowaniem jedzenia w sklepach dla kubańczyków za peso – zwane moneda nacional, pesos Cubanos albo po prostu pesos.

Na Kubie króluje jednak Peso Convertible (1 euro = 1 peso convertible = 24 pesos Cubanos) – płacisz nimi właściwie wszędzie – za noclegi, transport (oprócz lokalnego), żarcie w restauracjach i cokolwiek związane z przemysłem turystycznym. Trudno wyrwać się z kręgu „lepszego” peso. Wymieniłem sobie jednak 20 euro na gruby plik pesos cubanos i płacę nimi za pizzę (pizza mixta z szynką, serem, cebulą i mięsem mielonym kosztuje 10 peso), spagetti (3-10 peso), refresco (2 peso – smakuje jak stara dobra orenżada), rum (3 peso za shot w kubańskich spelunach). Jeszcze nie zdarzyło mi się aby ktoś odmówił mi pobrania tych lokalnych peso – w miejscu gdzie płaci się w moneda nacional. Niestety za wodę w butelkach trzeba płacić w peso convertible (będę je określal znaczkiem $ a peso to prostu będzie peso). I tak przykładowo mała woda kosztuje 0,60$, duża 1,5$, obiad w knajpie 5$, małe piwo 1$, za 1km taksówką 1$, noc w casa particular (o tym będzie potem) 15-25 $, w hotelu 20-30$, autobus liniami Viazul z Havany do Santiago (51$), internet 6$ za godzinę. Podaję te ceny aby nakreślić odrobinę schizofreniczną sytuację gospodarczą w jakiej znajduje się wciąż Rewolucyjna Kuba. Przeciętna pensja na Kubie to około 15 dolarów za miesiąc. Oczywiście każda osoba ma prawo do pewnych towarów, które wydaje się na kartki, jak w PRL.

Wszystko to sprawia, że współczesna Kuba to kraj kombinatorów – aby przeżyć godnie trzeba działać, naginając prawo lub poruszając się poza nim. O tym też spróbuję napisać później, bo to nie takie proste. Rozmawiając z przypadkowymi ludźmi trzeba przebić się przez całą masę przeszkadzajek (rozmówca sprytnie wplata wątki biznesowe od cygar po dziewczyny – niektórzy sprzedali by własną matkę albo siostrę za tych parę $ o czym przykro wspominać ale w wielu przypadkach tak po prostu jest).

Zmęczony jestem trochę Santiago – niby mnóstwo do roboty (atrakcji turystycznych za które trzeba słono płacić – musiałbym wydawać 50 euro dziennie na transport). Chyba najchętniej znalazłbym się w drodze. Pokręciłem się po mieście, porobiłem trochę zdjęć z których kompletnie nie jestem zadowolony. W Santiago króluje muzyka. Z każdego domu i knajpy rozbrzmiewają dźwięki. Na żywo bądź z CD. Tutaj ludzie nie chodzą ulicami, oni tańczą. Czego im zazdroszczę bo kompetnie nie mam do tego fazy (mam nadzieję, że przyjdzie). Trochę czasu spędziłem w Casa de la Trova, gdzie przez całą sobotę i niedzielą od rana do nocy występowały zespoły na żywca. I każdy brzmiał tak naturalnie, tak świeżo, że z przyjemnością spędziłem tam parę ładnych godzin sącząc mojito i ćmiąc cygara Cohiba. Prawdziwy unplugged – zero wzmacniaczy i mikrofonów.

Jutro wyruszam na plażę w stronę Guantanamo (oleję punkt widokowy na amerykańską bazę wojskową – z tego też zrobili atrakcję turystyczną). Powoli się rozkręcam. Brakuje mi trochę energii i mocy – muszę pogrzać się w słońcu i popływać w morzu…

Otagowano ,

havana

Otagowano ,

santiago de cuba i proba zapisania czegokolwiek…. bezskutecznie jak mysle

Gdy nie ma netu, mozliwosci zrzucenia zdjec, napisania swobodnie tekstow to trafia mnie szlag. To znak ze jestem kompletnie uzalezniony od sieci…

Zreszta nie wazne…

Sytuacja na Kubie jest schizofreniczna (napisalem nawet na laptopie tekst ale nie jestem w stanie go wrzucic tylko moge przepisac na nowo siedzac w kafejce za 6 euro za godzine)…

Pierwsze dwa dni mnie powalily – doslownie i w przenosni. Upal, rum w tanich barach (za normalne peso jak odkrylismy z lukaszem), kilometry zrobione uliczkami starej Hawany – mistrzostwo swiata. Przekomarzanie sie z naganiaczami – przypominam sobie hiszpanski i wiem ze z dnia na dzien coraz lepiej mi idzie.

Potem przychodzi kac. Widzisz rozpadajacy sie swiat wspanialych ludzi. Kolejki, kartki, sklepy gdzie nic nie ma i za to NIC trzeba placic w peso convertible (stratattata – wczesniej peso rownalo sie dolarowi, ktory slabnac przestal byc przedmiotem pozadania a jego miejsce zastapilo euro). Cos za cos. Na szczescie sa rzeczy ktorych nigdzie na swiecie nie znajdziesz. Takich kobiet, takiej muzyki, plaz, architektury.

W glowie mam straszny chaosm (co widac po tym co teraz w dwie minuty napisalem)- Wszystko to co przeczytalem, a teraz zobaczylem nie sklada sie w jedna calosc. Jednego dnia ide ulica i wszystko jest pieknie a drugiego widze jak wszystko to gnije i umiera. No i ludzie – jedni kompletnie bezinteresowni, pomgaja ci na kazdym kroku a drudzy staraja sie wszystko z ciebie wysssac…

Jestem juz w Santiago de Cuba na drugim koncu wyspy. Dociagne do Baracoa a potem bede bardzo powoli cofal sie do Havany.

Zdjecia ma lukasz.com ale ciec jeszcze mi ich na serwer nie wrzucil. Przepraszam ze nie bede odpowiadal na maile, ani wrzucal zdjec. Raz na tydzien moze jak sie uda. Sytuacja po prostu jest inna…

Na ulicy fiesta. Dzis sobota, w kazdym miejscu miasta rozbrzmiewa muzyka – od son po hip hop. Nie ma co – trzeba robic zdjecia… i wchlaniac to wszystko.

Otagowano ,

kuba

na szybkiego bo net kosztuje tyle ze szok…. zdjec sie na razie nie da wyslac wszystko zablokowane

genialnie jest…. brak slow, spisze to na dniach i bede sie staral wyslac… choc nie wiem czy sie uda…

pozdrawiam

Otagowano ,

poniedziałek wyjazd

jest 4.44 rano… dalej nie czuję się abym gdziekolwiek jechał. spałem godzinę za chwilę dobijam do lu i lca aby pojechać na lotnisko – mam nadzieję, że nie będzie mgły, wpuszczą mnie z bagażem całym do kabiny i zdążymy na samolot do hawany…

hasta pronto

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Otagowano ,