Archiwa tagu: cuba

powtórka z kuby

Havana

Santiago de Cuba

Havana

Camaguey

Otagowano ,

havana fotos

Otagowano , , ,

zero seis

juz po. ostatnie 24h na kubie. jutro zmykam do mexico. mglisty plan na najblizsze 4 miesiace:
mexico, guatemala, san salvador, honduras, nicaragua, costarica, panama i wlot do ameryki poludniowej ale jeszcze nie wiem gdzie

sylwester sie udal – przypadkowa ekipa ludzka, swietowanie o polnocy na maleconie, napisze potem jak zwykle tylko sygnalizuje co i jak.

Otagowano , , ,

trinidad y havana fotas

Otagowano ,

Najpiękniejsza kurwa na świecie.

Hawana jest jak stara kurwa. Kiedyś piękna, seksownie ubrana, z wdziękiem poruszająca się ulicami, z niezłym tyłeczkiem i sterczącymi cycuszkami. Pożądana przez wszystkich. Dziś pod grubą warstwą makijażu nałożonego niedawno, kusi, mami, przyciąga, kłamie, oszukuje, wciąż świadoma swojego piękna. Które jednak przeminęło. Wciąż się ceni, choć wie, że koniec bliski.

Desperackie próby ratowania wydają się być syzyfową pracą. Miasto wygląda tak jakby właśnie skończyła się tu jakaś wojna. Jakby właśnie zamilkły działa z okrętów wojennych stojących w zatoce. Jakby właśnie piraci spalili i splądrowali pół miasta a amerykańskie lotnictwo właśnie zakończyło naloty dywanowe. Psikus historii – Hawana właściwie nigdy nie ucierpiała poważnie podczas różnych wojen. Malecon – słynna promenada prawdopodbnie wzięła na siebie pierwszy ogień. Architektoniczne mięso armatnie. Potem grzyb zjadł miasto. Tropikalne powietrze, brak remontów, pozoranctwo i prowizorka, brak kasy, no i chyba jeszcze ciągnąca się legenda miasta grzechu, gdzie ludzie poprzedniego systemu wraz z Amerykańską mafią bawili się na całego – miasto grzechu jako symbol tamtej epoki miało być zniszczone. Historia zatoczyła koło. Jest tak samo, same same but different. Zamiast mafii, mamy skorumpowany rząd pobierający straszną kasę od kanadyjskich, hiszpańskich i niemieckich inwestorów. „Teraz wszystko jest pod kontrolą” – jedno z większych kłamstw. Dziwki znów wyległy na ulicę, pojawiły się też dzieciaki, które za loda z copelii zrobią innego loda niemieckiemu turyście.

Pod rękę, w parach, w grupach, w oklarach przeciwsłoneczych, dobrych butach lub sandałach, w strojach wyjściowych na kolację za 30$, gdzie nie ma tych barbażyńców sprzedających cygara. Turyści kontemplują, podziwiają, grzeją pyszczki w słońcu na Plaza Vieja, wzdychają ach i och. Pełen romantyzm i hajlajf. Część starej Hawany błyszczy. Dosłownie część. Kawalątek. Wieczorową porą jest naprawdę przepięknie, jakby nie spoglądnąć czasem w podwórko to można nie mieć świadomości totalnego rozpadu. Wystarczy jednak 10 minut piechotą na zachód bądź południe, aby trafić do innego świata. Tam widzimy prawdziwą Hawanę. Rozsypały się puzzle, teraz trudno je pozbierać. Każdego roku około 300 budynków obraca się w ruinę. W wielu miejscach widziałem robotników siedzących na kupie kamieni. Za nimi sterczały kikuty znakomitych niegdyś przykładów architektury kolonialnej. Wycieczki z Verdaro wpadają tutaj na jeden dzień i dosłownie widzą to co mają zobaczyć. Przewodnik nie pokaże im syfu innych dzielnic. Poprowadzi ich wzdłuz Obispo, na jeden z tych wspaniałych odrestaurowanych placyków gdzie kapele zarzynają materiał z Buena Vista Social Club. Ile razy słyszałem wczorajszego wieczoru Chan Chan albo Dos Gardenias?

Rozmawiam z Gladys u której mieszkam w Hawanie (nielegalna casa particular, dzięki czemu płacę mniej). Jest muzykiem, a ściany jej domu wypełniają dziesiątki obrazów różnych lokalnych artystów. Siedzę przy stolę wraz z jej rodziną (nie będę wchodził w szczegóły, nie chciałbym robić im problemów, na Kubie nie wolno przyjmować turystów w domach prywatnych nie mając odpowiedniej licencji, bez bulenia rządowi). Namiary dostałem Carmen z Anglii, Gladys gości tylko ludzi z polecenia, parę dni w miesiącu, aby nie robić sobie kłopotów. Zawsze jest z tego dodatkowa kasa (oprócz tego co przysylają jej synowie mieszkający w USA). Otwarcie krytykuje Fidela i cały ten burdel – zresztą w Hawanie nie trudno spotkać takich ludzi. Jednego wieczoru siedząc w Cafe Paris spotykam Roberto – bębniarza w kapelce. Zwiedził pół świata, bzyknął kobiety wszelkich narodowości (czym od razu mi się pochwalił – typowy macho-chacho), widział Czesława Niemena w 1982 roku, mieszkał w Dubaju. Teraz jest nauczycielem perkusji i jakoś z tego żyje. Bez zahamowań nawijał o systemie i jego słabościach. I oczywiście nie wie co będzie dalej. Choć oczywście wspomniał coś o Jankesach, tych przebrzydłych karłach kapitalimu co najprawdopodbniej będą panoszyć się wszędzie. I tak źle i tak niedobrze.

Ostatni dzień roku. 1 stycznia kolejna rocznica zwycięstwa nad dyktaturą Batisty. Rewolucja ma się ponoć dobrze – z billboardów spogląda Fidelito „Vamos Bien” – ponoć jest wzrost gospodarczy, ludzie nie głodują i jest więcej w sklepach. To fakt – ludzie na pewno nie głodują. Jedzą w sam raz zapewne i nie grozi im śmierć z przejedzenia jak w USA czy innych krajach McŚwiata. Zrobiłem ze 20 kilometrów na piechotę – cały Malecon, potem w stronę Uniwersytetu i powrót przez Centro Habana do Habana Vieja. Padam ze zmęczenia. Hawana – miasto ze snów, jedno z najciekawszych, najpiękniejszych, najbardziej fotogenicznych jakie w życiu widziałem – najpiękniejsza kurwa na świecie.

No i zbliżając się ku końcowi kubańskiej przygody – tak podsumowując – warto było. Na Kubie nic nie jest czarne albo białe. Jak 50% społeczeństwa to mulaci czyli mixtura czarnego i białego w różnych proporcjach – wszystko tutaj to jeden wielki melanż. Mix ekonomiczny i społeczny. Świat wartości nie jest jeden, wszystko jest wielopoziomowe, skomplikowane i niejednorodne. Miesiąc to za mało. To właściwie nic. Jeżeli ktoś poleciał do Veradero i mówi że był na Kubie to się po prostu myli. Obserwując innych podróżnych – myślę, że rowerem przez Kubę to byłby strzał w dziesiątkę. Na pewno potrzeba czasu na początku na przyzwyczajenie się do realiów. Język na pewno też pomaga. No i chyba nie można się bać ludzi – w tym przypadku na Kubie łatwo wpaść w skrajności. Od natrętnych typów z którymi ma się do czynienia już pierwszego dnia po wspaniałych bezinteresownych ludzi – którzy oczywiście narzekają, że nie jest łatwo – ale dobrze się czują we własnej skórze i widać, że potrafią się nieźle zabawić.

Otagowano ,

swieta w trinidad

Skończyły się święta na Kubie. Nieoficjalnie można je obchodzić na Kubie od 1998 roku, czyli mniej więcej od wizyty papieża. Przed rewolucją około 85% Kubańczyków należało do kościoła katolickiego, lecz około 10% regularnie chodziło do kościoła. Po 1959 roku rzeczy przybrały inny obrót. Władze kościelne mocno związane z poprzednim reżimem i klasą średnią opuściły Kubę. Na wyspie pozostali księża protestantcy, bardziej związani z biedotą. Przez całe lata rząd Castro wspierał, lub w inaczej ujmując, nie przeszkadzał w praktykowaniu Santerii – która jest mieszanką starych, tradycyjnych wierzeń z Zachodniej Afryki (gdzie Hiszpanie mieli źródło niewolników) i religii katolickiej. Przez lata czarni niewolnicy podkładali swoich bogów pod świętych katolickich, podobnie jak czynili to Haitańczycy (voodoo) czy też Indianie w Ameryce Południowej. Siermiężny katolicyzm chyba im do gustu nie przypadł, więc zgrabnie go wymiksowali, dodając tam trochę rytmu, serca, krwi i czarów.

W 1985 roku brazylijski ksiądz przeprowadza wywiad z Castro z którego wykluwa się książka „Fidel i religia”, co jest kolejnym krokiem w postępujących zmianach. 13 lat później wizyta papieża (co Castro bardzo sprytnie wykorzystał – powołując się w przemówieniach na papieża, który potępił oczywiście blokadę Kuby). Oczywiście z okazji wizyty Castro wypuścił z pierdla więźniów politycznych (aby potem zamknąć kolejnych). Dostałem emaila od siostry, która w telewizji widziała relację z obchodów świąt na całym świecie. W migawce z Kuby padło stwierdzenie, że świąt się nie obchodzi. Kolejna bzdura. Podobnież jak w artykule pani Bikont w GW, gdzie do wielu rzeczy można się przyczepić. Między innymi do tego, że nie da się płacić w pesos cubanos, że internet nie istnieje lub nie da się korzystać, że nie da się jeździć autostopem, mógłbym z łatwością podać przykłady nie tylko moje, ale także mieszkających tu Kubańczyków, które w 100% podważają to co napisała pani Bikont. Mam wrażenie, że ona to tego pierdla koniecznie trafić chciała, robiąc więcej reklamy samej sobie i GW (lubię bardzo Wyborczą i jest to jedyny dziennik jaki czytam w Polsce, ale czasem przesadzają) a z drugiej strony narobiła problemów ludziom z którymi się kontaktowała. Nie wydaje mi się aby tak naprawdę były trudności z literaturą na Kubie – poza tym ludzie mają w dupie książki, bądźmy szczerzy – im brakuje wolnej telewizji, radia i internetu, a książek to swoją drogą. A tak naprawdę to kluczem do wszystkiego jest szybki, tani i niezależny Internet (i ten laptop za 100$ z wifi, o którym ostatnio było głośno). Telewizja zawsze będzie stronnicza, poza tym TV się kończy – Internet, Internet, Internet – w tym największa szansa. Ale trzeba czasu. Cała ta walka o wolność, o demokrację. Sam nie wiem. Wydaje mi się to wręcz nie możliwe w Ameryce Łacińskiej. Historia się powtarza i jak tylko padnie legenda Castro wraz z jego śmiercią najbardziej stracą i tak ci którzy rewolucję najbardziej poparli – czyli biedni, czarnoskórzy, bezrobotni, chłopi – przede wszystkim ci ze wschodu Kuby. Ci co kombinują już teraz, poradzą sobie znakomicie na wolnym rynku. Jednocześnie powstaną ogromne różnice w społeczeństwie, jak we wszystkich innych krajach Ameryki Łacińskiej.

Wracając do świąt. Otóż choinki stoją, msza w kościele się odbyła, ludzie mieli dzień wolny od pracy, sklepy wypełniły się bardziej niż zwykle towarami (tym samym dłuższe kolejki). Tak naprawdę to ważniejsze dni dla Kubańczyków to 16 grudnia – dzień świętego Lazaro (czyli Babayu Ale). O Santerii chciałbym napisać więcej, ale chyba już brak czasu, aby zrobić materiał. Wybrałem się do Regli (promem za pesiaka na drugą stronę zatoki). Tam rządzą babalao, do których ludzie udają się po poradę. Niestety bez kontaktów jak mówię nic nie zdziałałem. Odwiedziłem tylko kościół – klimat voodoo zaiste – czarna Madonna, portrety czarownic, lalki, ołtarzyki, niesamowita rzecz.

Jeszcze jedna rzecz. Cały ten szum związany ze świętami. Tak naprawdę święta dla mnie to dobry czas aby się spiknąć z rodzinką i nic nie robić a najlepiej to gdzieś wyjechać olewając calą tą skomercjalizowaną tradycję. Jeszcze jeden pretekst aby jeszcze więcej kupić niepotrzebnych rzeczy. Plastikowe Mikołaje, elektroniczne Jezusiki, nerwówka, korki w mieście, umieranie z przejedzenia, w kółko co roku powtarzane te same czcze życzenia, morze wódki i 12 potraw lub 66 jak kto woli. Wszystko pięknie ale ja się na to nie załapuję. Choć ławo mi pisać, stąd, z tropików, z wysp morza Karaibskiego. No tak ale kto nie lubi prezentów?

Wigilię jak i całe święta spędziłem w Trinidad. Było dobrze. Dużo rumu, dobre jedzenie w domu u Julia, towarzystwo Beth, Fiony, Carmen a potem dołączyło jeszcze parę osób – zrobiła się międzynarodowa ekipa. Wieczory w Casa de la Musica i wędrówki po mieście. To były dziwaczne świeta, ale dobry czas. Ciekawe jak będzie wyglądał Sylwester?

Otagowano ,

trinidad foto

pare fotek wyskoczylo z wczorajszego lazenia po miescie… jutro zmykam do hawany. aloha

Otagowano ,

swiatecznie z trindad

dzieki wszystkim za zyczenia i na lamach strony rowniez wzajemnie i w ogole wszystkiego dobrego … co tu duzo mowic…

ja na swietach w trinidad. jest dobrze. a nawet lepiej.

ciao

Otagowano ,

trinidad

Trinidad. Czyli Trójca. Tylu turystów na Kubie w jednym miejscu nie widziałem. Nic się właściwie nie dzieje. Miasto zawalone zdjęciami Che, na uliczkach sprzedaje się kapelusze i fatalaszki, wypasieni i wypakowani murzyni sprzedają fałszywe cygara, inni próbują pchnąć monety i banknoty z Che (te same dostaniesz w banku jak sie postarasz). Starsze kobiety, dzieciaki, pomarszczeni faceci proszą o jedno peso (ma się rozumieć, że convertible).

Wieczorem znów polazłem do Casa de la Musica. Cepelia kubańska dla białasów, w kółko rżnięte kawałki z Buena Vista, wykonane w stylu: „jesteśmy kubańska kapela więc nie ważne, że rzęzimy, turysta i tak to łyknie”. Siedzę na brukowanych schodach, mnóstwo ludzi, wycieczek, par identycznie ubranych w zestawy podróżnicze Columbia albo NorthFace. Część karkołomnie próbuje wdrożyć w tańcu to co się w dzień w szkołach salsy nauczyli. Chrzanie szkoły tańca. Za 30 dolców nawet mnie nikt nie nauczy. Taniec trzeba mieć we krwi, a ja nie mam (wolę rytmy bujające i chillujące). Kubańska muza do słuchania miszcz, ale to tańca ja nie czuję. Za szybko, za dużo techniki i mniej swobody. Krok, w kółeczko, gibas i wygibas. TO COŚ mają mieszkańcy wyspy od urodzenia. Oni tańczą nawet w kolejkach. A nie biali co przez 3 dni się uczyli. Bo tak wypada. Bo się jest na Kubie. A Kuba to taniec. Bo tamto i siamto.

We wszystkich knajpach cepeliowe misterium. Na scenie pocą się murzyni, biali przy stolikach klaszczą i kupują super drogie mojito (które równie dobrze można sprzedawać za grosze, ale wszędzie cena 2$). Gdy przysiada się do mnie jeden Kanadyjczyk z Quebecu i zaczyna nawijać o raju na ziemi i o tym jak tu wspaniale. Koleś przyjeżdża do co roku na 6 miesięcy. Kocha Kubę, bo Kuba to nie McŚwiat. No i wchodzimy w konflikt. Jak zaczynam prostestować, że to nie tak, że to wszytsko na odwrót. On wyzywa mnie od amerykańskich kapitalistów. Większość turystów najchętniej wszystko by zatrzymała tak jak jest. Koleś mówi, że tu powinno tak być zawsze, bo przecież to najbardziej kręci zachodniego czy kanadyjskiego turystę. Wyspa skansen. Bardzo egoistyczne podejście do sprawy. Choć ubawił mnie jednym. „Kosztuj synu, kosztuj, bo tego nie będziesz miał nigdzie”. No i może racja. Nie jestem tu aby walczyć o coś, ale aby wkręcać klimat i dobrze się bawić (chociaż tak sobie się bawię, bez dobrego towarzystwa nie ma zabawy). A wychodzenie na siłę gdzieś po imprezach gdzie wydajesz fortunę na to aby się totalne zwarzyć wydaje mi się być nie na miejscu.

Rano postanowiłem coś zmienić w swojej sytuacji. Potrzebowałem lepszego miejsca do pracy i relaksu. Mój pokój to cela z małym niewygodnym łóżkiem. Za 15$ można mieć z całą pewnością coś lepszego. W Trinidad mnóstwo miejscówek, więc po śniadaniu wybrałem się w poszukiwaniu lepszej chaty. Trinidad pełne jest starych domów, z ogromnymi pomieszczeniami, tarasami na dachu, patios. Wlazłem do paru – ale to nie było to. W końcu jest. Właściciel jest malarzem i fotografem. Albo był kiedyś. Dom przepiękny. Mam pokój na poddaszu, z ogromnym łóżkiem. Dom pełen zakamarków, jest ogród. No i mam 3 sąsiadki z boku, z którymi się na rumowy wieczór na dachu umówiłem.

Zostanę tu parę dni. Pożyczyłem rower i zabiorę się za eksplorację okolicy. Obudziłem się w podłym nastroju – teraz już znacznie lepiej. Pogoda się lekko popsuła. Gęste, szarobure chmury wiszą nad miastem. Oby w końcu spadł deszcz.


Cocojambo.


Z tego chyba już się nie da nic wyciągnąć.


Szkolny apel. Tego naprawdę niecierpiałem w podstawówce. Ale z całym szacunkiem dla moich szkolny koleżanek, one wtedy nie nosiły takich spódniczek.


„Kiedy to się skończy…”

Otagowano ,

camaguey foto

Wesołych Swiat – od Che i Mickey Mouse.

Restauracja w której nic się nie serwuje. Mogambo.

Necropolis w Camaguey.

Necropolis w Camaguey.

„mi amor, zrobie ci laskę tu i teraz za 10 $” (tu i teraz to park w którym roi się od turystów, ludzi, policji i innych jineteras).

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Otagowano ,