Archiwa tagu: brazylia

CIUDAD del ESTE i ITUIPU

Ciudad del Este – miasto przemytnikow, szumowin, handlarzy i siedziba islamskich terrorystow majacych tu swoja baze (atakuja Zydow mieszkajacych w Argentynie).
Przelazimy przez most graniczny. Nikt nie sprawdza dokumentow, paszportow. Po 5 minutach jestesmy w Paragwaju. Oczom ukazuje sie ogromny bazar. Ogromne kolorowe reklamy znanych firm kontrastuja z wszedobylskim syfem, blotem, starymi gazetami. Maly szok -cenny elektroniki nizsze niz w Nowym Jorku i Azji. Wiking kupuje cyfraka – canon digital 110 za mozliwoscia nagrywania filmow – zajebista sprawa. A ja zakupuje wodoszczelne pudelko do nurkowania z moim cyfrakiem :))

Wchodzimy do ogromnego budynku. Internet za darmo. Platanina tysiecy kabli, podezspoly, 17 calowe monitory LCD. Ciezka kasa. Dziesiatki stanowisk oferuja miedzynarodowe rozmowy tel. przez internet…

ITUIPU – najwieksza na swiecie hydroelektrownia na swiecie. Koszt niebagatelny – 25 miliardow $ i niezla dewastacja przyrody. Zapora zostala zbudowana na Paranie, na granicy Brazylii i Paragwaju. Za friko przejezdzamy autbusem pod tama potem tunel znow do Paragwaju i wyjezdzamy na sama gore aby podziwiac okolice z wysokosci 220 metrow. Wszystko pieknie – tylko ze wolnostojaca woda sztucznego jeziora stala sie wspanialym miejscem legowym dla pewnego rodzaju komarow przenoszacego malarie.

Jutro opuszczam Iguacu. Jade do Paragwaju, kraju malego i rzadko przez turystow odwiedzanego – 280 km na poludnie w strone granicy argentynskiej – zamierzam zobaczyc ruiny 17sto wieczych misji Jezuickich.

Opublikowano americana | Otagowano ,

WODOSPADY IGUACU

Iguacu w jezyku Gurani oznacza WIELKA WODE. Odleglosc od Sao Paolo tez byla wielka. 14 godzin w autobusie. Pare slow o brazyliskich autobusach – sa wygodne, mnostwo miejsca na wyciagiecie nog, klimatyzacja. Za ten odcinek zaplacilem 77 reali (30$). Rozlozylem siedzienie, wsunalem sie w spiwor i spalem przez 12 godzin. Muzyka z MD saczyla sie nieprzerwanie – Radiohead, Cypress Hill, Gramatik z Kalibrem44 na jednej plycie i Pearl Jam TEN…

Wodospady Iguacu – tu nad rzeka Parana stykaja sie miasta 3 panstw: Foz do Iguacu w Brazylii, Puerto Iguazu w Argenynie i Ciudad del Este w Paragwaju.

Foz do Iguacu – jest ogrmomne (wielkosci Wroclawia) – 280 tys. mieszkancow. Mieszkam w Posada Evelina. Wlascicielka jest Polka z pochodzenia. Pani Ewelina ma okolo 60.Jej rodzice – jakas przedwojenna arystokracja – przyjechali do na miesiac miodowy w 1939 roku i zastala ich wojna. Wiec zostali.

Same wodospady powalaja oczywisce na kolana. Po stronie brazylijskiej mozna zobaczyc je w calej okazalosci. Za 8 reali przekraczam brame parku – stamtad autobus zabiera nas az nad same wodospady. W ciagu jednej sekundy rzeka Iguacu zamienia sie w mokre pieklo. Nie chcialbym sie przypadkiem poslizgnac i skonczyc jak paru innych ciekawskich turystow. Pomost widokowy wrzyna sie pod sama katarakte. Jestem kompletnie przemokniety i moje aparaty tez. Ale wyschna, no nie?

iguacu1

iguacu2

iguacu3

iguacu4

iguacu6wodospady

Wieczorem rozmawiam z Jeanem. Koles urodzil sie na ukrainie, 52 lata temu. W wieku lat 5 znalazl sie w Belgii. Przyjechal do Brazylii po kocha futbol. Jego syn gra w jakims belgijskim klubie a bliskim przyjacielem jest Wlodzimierz Lubanski. Teraz podrozuje z grupka 8 osob w wieku 25-32. Dziwi sie im. Jezdza, sa samotni, pracuja za duzo. Jean od 30 lat jest zonaty i ma trojke dzieci. Martwi sie ze obecnie pokolenie mlodych jest za bardzo zajete aby zalozyc rodzine. Nie ma czasu na milosc.

Wybor nalezy do ciebie. Ale zawsze jest jakies wyjsce. W co nie watpie i naprawde wierze. Kompromisy – z nich sklada sie zycie…

Pare slow o moim wspoltowarzyszu podrozy. Wiking – Aasmund Nesse z Norwegii. Ma 20 lat. Pol roku temu zdradzila go dziewczyna. Rzucil prace w przetworni lososia i wyjechal. Tak po prostu. Jest roztargnionym i rozpieprzonym muzykiem. Napisal juz z 50 piosenek. Razem tez pare nagralismy na minidisca. Za jakis czas ujrza swiatlo dzienne. Jak juz wspomnialem pracowal w przetworni lososia. Jak sie okresla jest masowym morderca – zabil kilkaset tysiecy ton lososia :) Nie bede pisal co oni tam z tymi rybami robili. Jeden tytul jako podpowiedz: KOMPLEKS PORTNOYA.

Opublikowano americana | Otagowano ,

SAO PAOLO 2

2 dni w tropikalnym Gotham City lub jak kto woli Nowym Jorku Polkuli Poludniowej. Jakkolwiek by je nie nazwac – robi niezle wrazenie. Zle czy dobre – nie istotne. Nie mozna pozostac obojetnym. Latwo sie zgubic, w miare spokojnie poruszac mozna sie tylko metrem. Wszystko wydaje sie podobne, brak punktow orientacyjnych, czasem zalamka przychodzi nie wiadomo skad. Betonowa dzungla. Gigantyczne, na pozor opustoszale wiezowce w centrum miasta roja sie od niechcianych mieszkancow. Nowe, 30 pietrowe wiezowce stoja poza centrum, w bogatszych dzielnicach.

sp3

sp4

sp2

Do jednego z takich budynkow trafilem wraz z Wikingiem. Olivia zaprosila nas do swojego domu. Objuczeni plecakami zapakowalismy sie do windy. Jeszcze w garazu spostrzeglem zaparkowane 2 ferrafi i porszaka. Ladne klocki.

sp7

sp6

Prysznic, jedzonko, pokoj z widokiem na SP. Olivia pokazuje swoje zdjecia. Ma oko dziewczyna, nie powiem. Witamy sie z ojcem i mamusia. Nie mowia po angielsku – wiec mamrotamy pare grzecznosciowych wzrotow po portugalsku. Zapach naszych brudnych skarpetek jeszcze dlugo unosil sie w przedpokoju.

Na drugi dzien ladujemy sie do centrum. Autobus, 12 stacji metra i jestesmy na miejscu. Olivia pojechala do pracy, wiec jestesmy zdani na nasza nieznajomosc miasta. Przebijam sie przez tlum. Ludzie sprzedaja fatalaszki, plyty, gotowana kukurydze i setki innych rzeczy doslownie wszedzie. Wloczymy sie bez celu – dla samej sztuki. Siedzimy i obserwujemy b-boysow (breakdance), skateboardzistwow, ulicznych tatuazystow i wszedobylskie kurwy. Czas wracac do domu w koncu. Gubimy sie parokrotnie ale w koncu docieramy do dzielnicy milionerow.

Wieczor w kinie. Olivia, jej brat i przyjaciele. I my.

Brat i imieniu Hugo. Jest niezlym freakiem. Studiuje sztuke. Spod czerwonej bejsbolowej czapki stercza czarne niesforne klaki. Prezentuje nam swoje zakrecone zdjecie (nie wiem co na nich wlasciwie jest- ale pooodobba mi sie ;). Potem pokazuje wszystkie swoje tatuaze. Troche to trwa, wiec Olivia ma czas na mejkap w kibelku.

hugo1

hugo_carol

sp1

Zaka (od Izaaaka?) i Carol to jej przyjaciele. Zaka ma dready i czerwone oczy swinki morskiej. Maly jest swiat – Wiking spotkal wczesniej Zake w samolocie z Peru do Brazylii :)) Carol to dziewczyna Zaki. Jest artystka (co za niespodzianka….)

Film BROTHER – to rzecz o japonskiej mafii – yakuzie – w USA. Duzo trupow, obcinanych palcow i jedno Harakiri w japonskiej knajpie. Smakowity kasek. Pol filmu po japonsku a drugie po angielsku + napisy po portugalsku. Ale ogolnie da sie zrozumiec.

Po kinie mala imprezka z Brazylisjka ekipa w chacie Zaki. Piwko, ananasy, muza i inne lakocie.

Kolejny dzien do wloczega z Olivia po miescie. wieczorem mamy autobus do Foz do Iguacu (wodosapdy Iguacu), ale wpadamy na internet, do knajpy wegetarinskiej i na koncert.

Koncert – wegetarianskie punki (straight edge). Charakteryzuja sie tym ze nie pija, nie pala, nie cpaja, czasem nie oddychaja, biara udzial w akcjach przeciwko globalizacji, sa smiertelnymi wrogami MacDonalda (na koncercie sprzedawali koszulki z wizerunkiem klauna z Maca i napisem SERIAL KILLER). No i upust swojej agresji daja grajac maksymalnie hardkorowa muze.
Koncert byl denny, na wstep trza bylo przyniesc kilogram zarcia (przynioslem kilo ryzu) i wplacic 5 reali. Nie zaluje, ale czemu ich nie rozumiem, czemu wydaje mi sie ze to co robia nie ma sensu? kompletnie ….

olvia1

sp8

Zegnamy sie z Olivia. Wspaniala dziewczyna – ugoscila, nakarmila. I zyskala nowych przyjaciol…

Opublikowano americana | Otagowano ,

Historia sprzed 2 dni….

TRAFFIC – czyli tragedia w wydaniu brazyliski w 3 aktach.

PERSONY:
ona
pierwszy
drugi
policjant-swinia
policjant-amigo

SNIADANIE

Ona pierwsza zagadala. To bylo przy sniadaniu. Szynka, serek, swieze pieczywko. Kawa i soczek. Ladnie pokrojone owoce na talerzu. Muzyka klasyczna. Pierwszy nalal sobie kawy i usiadl przy stole. Drugi wlasnie napelnial talerz wszystkim co sie da. Pierwszy odpowiedzial na pytanie, ktore slyszal juz wielokrtonie:

– tak, to jest moj pierwszy raz w Brazylii, podrozuje od 2 tygodnii, potem jade do Argentyny, bardzo mi sie podoba, w ogole jest BOM i BONITO – wyrzucil z siebie hurtem, jakby spodziewajac sie reszty pytan i chcac przejsc do bardziej interesujacych tematow.

Pierwszy, drugi i ona umowili sie na potem. Ona ma samochod i wraca po poludniu do Sao Paolo. Dla 1 i 2 to niezla okazja i mozliwosc zaoszczedzenia kasy…

POPOLUDNIE

Pierwszy i drugi leza na basenie. Obiad juz pochloniety. Teraz jest slonce i chill out.

Pojawia sie ona. Otwiera bagaznik samochodu. Tylnie siedzenia zlozone. Malo miejsca na plecaki pomiedzy rowerem, koszyczkami, aparatem, 3 badylami trzciny cukrowej, malym plecakiem i setka innych dupereli. Pierwszy i drugi upychaja swoj ekwipunek jak sie da, robie przy okazji miejsce do siedzenia dla pierwszego.

Stacja benzynowa, bank, sklep. Ona opowiada. O sobie, zyciu, zainteresowaniach. Ma 20 lat, nie wie co ma robic w zyciu, chce pomagac ludziom, planecie, lasom deszczowym i chorej klaczy. Zapisala sie do Greenpeace, nosi nowe ale wygladajace na stare hipisowskie ubrania. Jest dosc ladna, ma piekne, duze brazowe oczy. Sympatyczna i pomocna. Opowiada o miesiacu spedzonym wsrod rybakow nad morzem. Mowi dobrze po angielsku i oczywiscie zamierza podrozowac – tak jak pierwszy i drugi. Sama nie wie gdzie jechac. Tajlandia, a moze Chiny, chociac Wietnam jest interesujacy, ale nie az tak jak Kambodza. Pierwszy i drugi, zajadajac czekoladowe ciasteczka (glod nie wiadomo skad przyszedl ;)) sluchaja uwaznie, starajac dodac cos madrego. Ale ONA jest idealem i ucielesniona dobrocia. Zaprasza nas do swego domu w Sao Paolo – mieszka z rodzicami i bratem, ale kat sie zawsze znajdzie.

WIECZOR

Maly posterunek policji przy drodze BR-101 do Sao Paolo. Policjant Swinia (PS) gryz wykalaczke i narzekal Policjantowi Amigo (PA):
– Zadnych mlodzieniaszkow z Sao Paolo czy Rio. Jezdza z tymi deskami nad morze i pala to scierwo.
PA tylko przytakna. Wiedzial ze PS to stary skorumpowany policjant, zbierajacy lapowki od surferow, palacych marijuane. Raz na dzien zatrzymywali jakis samochod z lebkami w srodku i robili rewizje.

Pol godziny pozniej…

Shit, shit, shit – powiedziala ona – ciekawe czego chca.

Pierwszy, drugi i ona wysiedli z samochodu. PS i PA kazali wyciagnac bagaze. Zaczelo sie trzepanie pojazdu. Szukali wszedzie, zagladali do majtek, kieszeni, spodni, toalet podrecznych, koszyka z ciastakmi, siedzonka od roweru, potem plecaki.

PS wykrzyknal tryumfalnie. Przez 5 minut siedzial pod siedzieniem i szukal czegos na wycieraczce. I oto mial. W reku trzymal maly kawaleczek, kosteczke marijuany. Ha! – pokrzykiwal. Ona zbladla i zamilkla.

Zabrali ich do pokoju przesluchan. Kto, gdzie, po co, dlaczego, jak i milion innych pytan. Pierwszy nie zabardzo wierzyl w to co sie dzialo.
Ale byl spokojny i opanowany. Ona plakala i powtarzala po portugalsku: O meu dios, o meu dios ! Zapierala sie ze to nie ona i ze nigdy i przenigdy, ze pierwszy raz i w ogole ze to jakies nieporozumienie. Placz, szlochanie. PS grzyl wykalaczke i pocil sie jak swinia. Drugi natomiast siedzial w peruwianskiej czapeczce naciagnietej gleboko na uszy. Wiedzial ze bedzie gorzej.

PS zakrzyknal trymufalnie po raz drugi. W portfelu drugiego znalazl ladny i spory kawalek „czekolady”.

No ladnie – pomyslal pierwszy – deportacja i koniec podrozy – jestem z nimi i raczej nie wyglada na to abym byl niewinny. Wciaz byl spokojny i wszystko wygladalo mu na film.

PA podeszdl do pierwszego.

hm, hm – mamy propozycje, zrzucacie sie z pieniazkow i nie widzielismy was tu. jestem wasz amigo – rzekl PA i usmiechnal sie jak na reklamie pasy do butow.

Po pol godzinie, pierwszy, drugi i ona jechali autostrada w strone SAO PAOLO. Ani slowa wiecej. Czasem nie wiesz co cie moze spotkac. Na drodze. Na horyzoncie zablysly swiatla WIELKIEGO MIASTA.

Opublikowano americana | Otagowano ,

Sao Paolo

Sao Paolo. 20 milionow luda. Moze wiecej. W koncu dorwalem Internet i z wielkim bolem wrzucam zdjecia. Czytam maile, inne blogi, gazete wyborcza. Probuje cos napisac i zebrac sie w kupe. Ale to miasto kompletnie mnie rozwalilo. To taki Nowy Jork. Ale na drugiej pólkuli, i 3 razy wiekszy. tylko budynki mniejsze. Jest nawet dzielnica Brooklin, kwarta zydowska, wloska, arabska. Setki restauracji, knajp, budek z zarciem. Miasto jest drogie, latwo sie zgubic, halas, upal, kurz, setki samochodow…

W NASTEPNYM ODCINKU….

Wlasnie spisuje historie ktora zdarzyla mi sie wczoraj. Zyje, nic sie nie stalo – ale bylo hardkorowo…… i prawdopodobnie opalalbym sie dzis przez kratki…

Opublikowano americana | Otagowano ,

GUARANI UJARANI

Rowery juz na nas czekaly. Po wysmienitym sniadaniu (w posadzie wszystko robia sami – chleb, ciasto, napoje) wskoczylismy na metalowo-plastikowe rumaki – kotre raczej nie wygladaly za dobrze. Zamierzalismy dojechac do miejsca gdzie zyja Indianie GUARANI. Mialem mape okolicy z oznaczona wioska, lecz spytalismy o droge malego czarnego konusa na rowerku. Wskazal ja oczywiscie bez zastanowienia. Pognalismy i po 10 km (pytajac caly czas tubylcow o droge do wioski Indian) dojechalismy do jakiegos miejsca z recepcja i brama powitalna. Kazali nam zaplacic po 3 reale. Wchodzimy. Smierdzi obora, gdacza kaczki, swinie tarzaja sie w blocie. Folwark zwierzecy.
– Where the fuck are these fuckin’ Indians? – rzekl Aasmund…
Okazalo sie ze jestemsy w czyms w rodzaju skansenu. Stary brazyliski kolonialny dom. Brakuje tylko niewolnikow i chlostajacego ich Leoncia oraz Isaury z glebokimi rozterkami. W 3 minuty pozniej wracalismy z powrotem do miasta. Potem jeszcze raz sie zgublismy, az dotarlismy do wioski Guerani. Pomiedzy Indianami przechadzala sie Marie-Julie, poznana wczesniej na Ilha Grande. Starsznie sie ucieszyla gdy nas dostrzegla – mielismy sie spotkac tego wlasnie dnia ale wieczorem.

Dzisiejszy dzien u Indian – byl to pierwszy dzien szkoly – wiec byla impreza. Starcy, kobiety, mezczyzni i dzieci posiadywali wszedzie gdzie sie dalo. Pod scianami szkoly, pod drzewami, na kamieniach. Jedni juz dostali jedzeni drudzy dopiero oczekiwali. W milczeniu. W ogole nie zwracali na mnie uwagi. Siedzialem razem z nimi i robilem zdjecia. Podszedl do nas starszy koles w czapce bejsbolowej i koszulce z Myszka Miki. Dal na ogromny kawal miesa nabity na kij. Z pewna niesmialoscia przyjelismy prezent – odcielismy sobie po kawalku – i rozdalismy wszystko oczekujacym Indianom.

Potem na plazy spotkalismy GUJARANI ktorzy byli UJARANI. GUJARANI UJARANI. Palili ogromna drewniana fajke. Dali mi sprobowac – oczy wyskoczyly z orbit i wpadly w goracy piasek. Gryzacy dym rozpalil mi gardziel. Dziewczynka w koszulce z Bobem Marleym zasmiala sie. Wkrotce smiali sie wszyscy. Szalenczo. I w pewniej chwili przestali. Na trzy – cztery.

Indianie maja przesrane – zyja w czyms w rodzaju rezerwatu. Zyja biednie – jedzenia coraz mniej, bo coraz mniej zwierzat, woda bardziej zanieczyszczona. Codziennie przyjezdzaja ogladac ich turysci. Musza sie czuc jak malpy w ZOO.

Szybki powrot. Tego dnia zrobilismy 60 kilometrow. Dupa mi odpadla, ale czuje satysfakcje.

guarani1

guarani3

guarani4

guarani5

guarani6

guarani7

guarani8

guarani9

——————-
I’m still alive – zyje wciaz – dwa dni przerwy w pisaniu (ciezki dostep do sieci) i juz siejecie panike…. hehe….

Opublikowano americana | Otagowano ,

PARATI

Prom odbil od brzegu. Opuscilem wyspe. To juz 11 dzien mojej podrozy. Poruszam sie raczej powoli i tak chyba juz bedzie do konca. Ostatni wieczor uplynal pod znakiem JAM SESSION – brazylijsko-norwesko-polskiego. 2 gitary, harmonijka, brygada z Sao Paolo. Zamierzam umiescic to na MP3 na mojej stronie wkrotce. Impreza trwala do 4 rano.

Dziwne sny. Przychodza co druga noc. Bliskie, dziwne, kolorowe. Spie dlugo 11-12 godzin ostatnio.

Kazdy dzien to czysta kartka. Tak jak kartki w moim zeszycie.

Rzadko uzywam przewodnika. Czasem tylko spojrze na mape, lub pare najwazniejszych informacji. Na codzien nie uzywam, chodze po omacku. Wolno, badajac kazdy centymetr miejsca w ktorym przebywam. Moze dlatego zamiera mi to tyle czasu.

Obecnie snuje sie z Wikingiem – kompletnie powalony i zakrecony przyjeciel. Aasmund – tak zwa go na jego malej wyspie tuz przy wybrzezu Norwegii. Ma 20 lat – swoje jednak przezyl.

Przespalem cala droge w tanim autobusie zmierzajacym do Parati. Po przybyciu na miejsce zabralismy sie za szukanie jakiegos hoteliku, posady. W miedzyczasie podszedl do nas koles – wlasciciel posady ATOBA. Za 20 reali na osobe. Spoko spoko, jest basen, jest morze, troche daleko do miasta, ale bierzemy to.

Starym czarnym garbusem przejechalismy przez przepiekne, stare kolonialne miasto.

Wlasciciel hotelu, przyjaciel Bebel Gilberto (bossanova i te sprawy) i producent muzyczny. W posadzie warunki jak w hotelu 5 gwiazdkowym, a atmosfera jak w domu. 2 ogromne biale psy snuja sie leniwie. Kucharz – jest geniuszem, przygotowuje mistrzowskie sniadania i obiady. Jeszcz jeszcze ogromna, brazowa i kosmicznie cycata murzynka – wyglada jak spasiona wersja Grace Jones.

Gdy spotykasz wiele osob to czasem odnosisz wrazenie ze widziales juz ja wczesniej , ze znasz czy tez masz odpowiednik tej osoby wsrod swoich znajomych, przyjaciol czy rodziny. Mam tak caly czas – niemalze do kazdej osoby, ktora dotychczas spotkalem moge przywolac do pamieci odpowiednik sposrod innych person.

Parati – stare kolonialne miasto. Na poczatku 18 wieku populacja zostala podzielona na 3 koscioly (parafie). NS do Rosario – dla niewolnikow, Santa Rita dos partos libertos – dla wolnych mulatow, NS das Dores – dla bialasow – elity. Potem miasto pelnilo role straznicy-portu dla wywozonego zlota ze stanu Minas Gerais do Portugalii. Coz – czas spac. Zrzucam swoje zwloki na loze i po chwili zasypiam…

kanal1

parati-mirim

parati1

parati2

parati3

Opublikowano americana | Otagowano ,

ostatni dzien na wyspie…

Uderzylisimy z Wikingiem na kajaki. 3 godziny zmagania sie z falami, sloncem i samym soba. Nie bylo latwo. Kajaki sluzyly chyba jako dekoracja przez dlugi czas, byly chybotliwe i trudne do ujarzmienia. Wyplynelismy z zatoki. Ciagle wioslowanie i rozmowy i wosku, zyciu, podrozowaniu. Minelismy mala samotna wysepke na morzu, potem dotarlismy na mala plaze. Oczywiscie nalezala do jakiegos krezusa z Rio. W kazdym miejscu tabliczki – ENTRADA PROIBIDADA. Ale kto by sie o to martwil. Oczywiscie zarcie ktore wizelismy zmoklo kopletnie i nadawalo sie tylko na karme dla ptakow lub ryb. Dobrze ze nie wzialem apratu.

Powrot na wyspe. Zmeczenie, znuzenie, slonce prosto w ryj. Obiadek i powloklem sie do mojej posady, gdzie zrzucilem swoje zwkloki na loze i zabralem sie do lektury LITUMIA W ANDACH – Vargasa LLosy. I zasnalem oczywiscie.

Ostatni dzien na wyspie. Jutro Parati. Tamze uderzyla czesc ludzi. Inni ktorych spotkalem rozpiechrzli sie po calej Ameryce. Byli na swojej drodze. Tak jak ja. To jest tak – jedziesz sam, spotykasz innych ludzi, ale nikt ci nie karze byc z nimi caly czas. Spedzasz zajebiscie czas – rozmowy, wspolne wloczenie sie po okolicy. Zawsze ktos kogo spotkasz poradzi ci w roznych kwestiach, dowiesz sie nowych rzeczy.

Co dalej sie zobaczy. Na razie stracilem inspiracje i moze wroci jak trafie w jakies hardkorowe miejsce. Aby pisac o biedzie, alkoholizmie, zlodziejach, zmeczeniu i innych niezbyt przyjemnych rzeczach. Na Ilha Grnade – jak juz pisalem – bylo pieknie, bezstresowo i czuje sie jak nowy czlowiek, nabralem sil na dalsza podroz….

Opublikowano americana | Otagowano , ,

LOPEZ MENDEZ

Muzyka rozbrzmiwala jeszcze dlugo. Lecz morze wydawalo sie byc glosniejsze. Piatek wieczor. Oprocz turystow z plecakami przyblo tez dziesiatku mlodych ludzi z Sao Paolo i Rio de Janiero. Carpirihnas, browce, muzyka na zywo, lekcje samby udzielane przez trzy 15 latki z Sao Paolo (samba – chyba jednak potrzebuje wiecej lekcji, niz ten jeden taniec). Tuz po tym jak zainstalowalem u Luisa Fernando windoze -wrocilem na sam srodek dobrej zabawy.

Wszyscy w drodze. 20 latek z Norwegii – ktory od razu wygladal mi na Wikinga – pracowal w przetworni lososia – teraz od roku jest w drodze. Koles z Australii w jednym bucie normalnym – na druga noge zalozyl sandala. Drugiego buta zgubil w Rio jak wskakiwal do autobusu. Tak sie przedstawia – I`m Clinton, you know, like Bill. Na to ja – I`m Bart, you know, like Simpson. Potem spotykam Iana i Erinn z Anglii. Iscie brotylski czarny humor. 3 carpirihanas mas, por favor – krzyczy Irinn do kelnera, ktory juz nie wie gdzie ma sie podziac. I tak przez dlugie godziny…

aasa_hond

anapaola

atoba

atoba2

hendrix

horsemusic

samba1

samba2

sao_paolo_chicas

surfer

turtle_ilha

Rano obudzilo mnie slonce. Pierwszy raz od 3 dni. Ja, Reiner i Andrea – w koncu zebralismy nasze dupy i ruszylismy przez dzungle. Niezle tempo – ukrop, z gorki i pod gorke, bloto, zielen az oczy bola. Zasuwamy. Po2 godzinach jestesmy na Praia Lopez Mendez – ponoc najpiekniesza plaza w Brazylii. No i rzeczywiscie – powala. Bialy piasek, 4 metrowe fale, surfing, laski, blekit nieba i zar slonca.

Zebralismy sie kolesiami (reiner i rafael) – i jak niezlych hardkorowcow przystalo, poszlismy posefrowac. No tak – ale nie mielismy desek. Przez pol godziny staczalismy boje z ogromnymi morskimi zakretasami. Miliony litrow wody przewalay sie nam nad glowami. 100 metrow dalej tubylcy smigali na deskach. Pytam potem jednego jak bylo. Eh wiesz… ciezko, nie ma jednej wielkiej i dlugiej fali, tylko 4 mniejsze. Na tym nie da sie smigac – wyjasnia. Hm. Surfing to filozofia – nie sport. Musze tego sprobowac. Wkrotce.

Zamiast wracac 2 godziny zapodaje na statek. Lodz za 5 reali i talerze pelne owocow. Plyniemy 40 minut.

Czasem trudno mi jest cokolwiek opisac. To nie jest zadna beletrystyka. Pisze co czuje. Ale niektorych rzeczy ni jak. Slowa nie pasuja. Jak kwadratowy klocek w okragly. Nie wlozysz go. Mlotka przeciez uzywal nie bede.

Wracajac z dokow spotkalem dzieciaka w koszulce z napisem – NO STRES, ILHA GRANDE. To chyba wyjasnia wszystko. Geby sie wszystkim dookola ciesza, zycie plynie powoli, saczy sie jak carpihirnia przez slomke.

Opublikowano americana | Otagowano , ,

ILHA GRANDE

Obudzilem sie rano. Zadna to niespodziewajka ze sie obudzilem. Zaskoczeniem byl jednak fuckt ze chmury szare przykryly Rio i niechybnie zanosilo sie na deszcz. Na sniadaniu poznalem Andree i Reinera – pare z Austrii. Rozmawialismy chwile. Okazalo sie ze jada tam gdzie ja – na ILHA GRANDE (WIELKA WYSPA). Powiedzialem ze dolacze do nich jutro, badz pojutrze. Mialem jeszcze polatac na lotni troche. Spotkalem tez niemieckich Polakow z dwiema corkami (prawie juz po polsku nie mowily – wstyd).
Zadzwonilem do CZLOWIEKA PTAKA – ten rzekl ze nie ma zamiaru sobie skrzydel zmoczyc i nigdzie latac nie bedzie. Coz mialem robic – spakowalem manatki zaplacilem za hotel i ruszylem na Rodovarie (dworzec autobusowy). W autobusie spotkalem dwoch kolesi z IZRAELA – rozmowa klasycznie – o ich polskich korzeniach, o Internecie, podrozowaniu. Dostali ode mnie wizytkowki i obiecali nauczyc sie polskiego aby poczytac mojego bloga. To zart oczywiscie ;))

Na dworcu spotkalem siedziala Andrea i Reiner (cwierc Polak jak sie okazalo podczas wspolnego pijanstwa wieczorem – cwierc Polak a pil jak Rosjanin :))). Za 15 reali udalismy sie super wygodnym autobusem do Angra dos Reis (3 godzinki). Tam szybkie zakupy i wskoczylismy na maly prom. Za 3 reale poplynelismy na Ilha Grande. To wyspa (172km kwadratowe) – dzungla, plaze, knajpki, gory i tylko jedna wiocha. Taaa – przyplynelismy i zamiast plazy byl deszcz, bloto, mgla i pare knajp. ale i tak wszystko wygladalo rewelacyjnie.

Zamieszkalismy w posadzie prowadzonej przez Lutza. Rano po sniadaniu rozmawialem z nim przez 2 godziny. Koles z Niemiec, podrozowal przez pol zycia. Byl wszedzie o czym swiadczyly zdjecia na scianach. Calkiem calkiem zdjecia – niektore naprawde rewelacyjne. Lutzowi sie geba nie zamykala. Opowiedzial mi o swoich przygodach i o tym jak 5 lat temu przyjachal na ta wyspe. Poznal kobiete. Ozenil sie. 2 lata temu urodzila im sie dziewczynka. Facet zapuscil korzenie – dobrze ze zdazyl po tylu latach wloczegi. Niezle mu sie powodzi, ponarzekal troche na mentalnosc tubylcow, na 3 policjantow siedzacych na wyspie (maja nawet radiowoz – tylko nie wiem po co – jezli droga ma tylko 200 metrow dlugosci).

hendrix

ilha2

ilha3

ilha4

ilha10

ilha11

ilha12

ilha13

lina

W nocy mialem straszliwego kaca. Po wypiciu 3 drinkow – carpirihna, 2 piwek w milej atmosferze.
Zerwarlem sie z loza i uzmyslowilem sobie ze nie mam nic do picia. Znalazlem pomarancza ktorego wyssalem po prostu ze zwierzaca lapczywoscia. Pic sie nadal chcialo wiec wyszukalem jeszcze jogurt truskawkowy. Ehhh…

Zamierzam tu pozostac pare dni. jest Internet – ale ciezko sie jest polaczyc. Prad wysiada co chwile. Mam wrazenie ze mieszkam na koncu swiata. W zielonym raju, gestej dusznej dzungli. Jutro walimy na drugi koniec wyspy. Ponurkowac troche. Jest spokojnie. Sennie.

Opublikowano americana | Otagowano , ,