Archiwa tagu: brasil

Sao Paolo

Sao Paolo. 20 milionow luda. Moze wiecej. W koncu dorwalem Internet i z wielkim bolem wrzucam zdjecia. Czytam maile, inne blogi, gazete wyborcza. Probuje cos napisac i zebrac sie w kupe. Ale to miasto kompletnie mnie rozwalilo. To taki Nowy Jork. Ale na drugiej pólkuli, i 3 razy wiekszy. tylko budynki mniejsze. Jest nawet dzielnica Brooklin, kwarta zydowska, wloska, arabska. Setki restauracji, knajp, budek z zarciem. Miasto jest drogie, latwo sie zgubic, halas, upal, kurz, setki samochodow…

W NASTEPNYM ODCINKU….

Wlasnie spisuje historie ktora zdarzyla mi sie wczoraj. Zyje, nic sie nie stalo – ale bylo hardkorowo…… i prawdopodobnie opalalbym sie dzis przez kratki…

Opublikowano americana | Otagowano ,

GUARANI UJARANI

Rowery juz na nas czekaly. Po wysmienitym sniadaniu (w posadzie wszystko robia sami – chleb, ciasto, napoje) wskoczylismy na metalowo-plastikowe rumaki – kotre raczej nie wygladaly za dobrze. Zamierzalismy dojechac do miejsca gdzie zyja Indianie GUARANI. Mialem mape okolicy z oznaczona wioska, lecz spytalismy o droge malego czarnego konusa na rowerku. Wskazal ja oczywiscie bez zastanowienia. Pognalismy i po 10 km (pytajac caly czas tubylcow o droge do wioski Indian) dojechalismy do jakiegos miejsca z recepcja i brama powitalna. Kazali nam zaplacic po 3 reale. Wchodzimy. Smierdzi obora, gdacza kaczki, swinie tarzaja sie w blocie. Folwark zwierzecy.
– Where the fuck are these fuckin’ Indians? – rzekl Aasmund…
Okazalo sie ze jestemsy w czyms w rodzaju skansenu. Stary brazyliski kolonialny dom. Brakuje tylko niewolnikow i chlostajacego ich Leoncia oraz Isaury z glebokimi rozterkami. W 3 minuty pozniej wracalismy z powrotem do miasta. Potem jeszcze raz sie zgublismy, az dotarlismy do wioski Guerani. Pomiedzy Indianami przechadzala sie Marie-Julie, poznana wczesniej na Ilha Grande. Starsznie sie ucieszyla gdy nas dostrzegla – mielismy sie spotkac tego wlasnie dnia ale wieczorem.

Dzisiejszy dzien u Indian – byl to pierwszy dzien szkoly – wiec byla impreza. Starcy, kobiety, mezczyzni i dzieci posiadywali wszedzie gdzie sie dalo. Pod scianami szkoly, pod drzewami, na kamieniach. Jedni juz dostali jedzeni drudzy dopiero oczekiwali. W milczeniu. W ogole nie zwracali na mnie uwagi. Siedzialem razem z nimi i robilem zdjecia. Podszedl do nas starszy koles w czapce bejsbolowej i koszulce z Myszka Miki. Dal na ogromny kawal miesa nabity na kij. Z pewna niesmialoscia przyjelismy prezent – odcielismy sobie po kawalku – i rozdalismy wszystko oczekujacym Indianom.

Potem na plazy spotkalismy GUJARANI ktorzy byli UJARANI. GUJARANI UJARANI. Palili ogromna drewniana fajke. Dali mi sprobowac – oczy wyskoczyly z orbit i wpadly w goracy piasek. Gryzacy dym rozpalil mi gardziel. Dziewczynka w koszulce z Bobem Marleym zasmiala sie. Wkrotce smiali sie wszyscy. Szalenczo. I w pewniej chwili przestali. Na trzy – cztery.

Indianie maja przesrane – zyja w czyms w rodzaju rezerwatu. Zyja biednie – jedzenia coraz mniej, bo coraz mniej zwierzat, woda bardziej zanieczyszczona. Codziennie przyjezdzaja ogladac ich turysci. Musza sie czuc jak malpy w ZOO.

Szybki powrot. Tego dnia zrobilismy 60 kilometrow. Dupa mi odpadla, ale czuje satysfakcje.

guarani1

guarani3

guarani4

guarani5

guarani6

guarani7

guarani8

guarani9

——————-
I’m still alive – zyje wciaz – dwa dni przerwy w pisaniu (ciezki dostep do sieci) i juz siejecie panike…. hehe….

Opublikowano americana | Otagowano ,

PARATI

Prom odbil od brzegu. Opuscilem wyspe. To juz 11 dzien mojej podrozy. Poruszam sie raczej powoli i tak chyba juz bedzie do konca. Ostatni wieczor uplynal pod znakiem JAM SESSION – brazylijsko-norwesko-polskiego. 2 gitary, harmonijka, brygada z Sao Paolo. Zamierzam umiescic to na MP3 na mojej stronie wkrotce. Impreza trwala do 4 rano.

Dziwne sny. Przychodza co druga noc. Bliskie, dziwne, kolorowe. Spie dlugo 11-12 godzin ostatnio.

Kazdy dzien to czysta kartka. Tak jak kartki w moim zeszycie.

Rzadko uzywam przewodnika. Czasem tylko spojrze na mape, lub pare najwazniejszych informacji. Na codzien nie uzywam, chodze po omacku. Wolno, badajac kazdy centymetr miejsca w ktorym przebywam. Moze dlatego zamiera mi to tyle czasu.

Obecnie snuje sie z Wikingiem – kompletnie powalony i zakrecony przyjeciel. Aasmund – tak zwa go na jego malej wyspie tuz przy wybrzezu Norwegii. Ma 20 lat – swoje jednak przezyl.

Przespalem cala droge w tanim autobusie zmierzajacym do Parati. Po przybyciu na miejsce zabralismy sie za szukanie jakiegos hoteliku, posady. W miedzyczasie podszedl do nas koles – wlasciciel posady ATOBA. Za 20 reali na osobe. Spoko spoko, jest basen, jest morze, troche daleko do miasta, ale bierzemy to.

Starym czarnym garbusem przejechalismy przez przepiekne, stare kolonialne miasto.

Wlasciciel hotelu, przyjaciel Bebel Gilberto (bossanova i te sprawy) i producent muzyczny. W posadzie warunki jak w hotelu 5 gwiazdkowym, a atmosfera jak w domu. 2 ogromne biale psy snuja sie leniwie. Kucharz – jest geniuszem, przygotowuje mistrzowskie sniadania i obiady. Jeszcz jeszcze ogromna, brazowa i kosmicznie cycata murzynka – wyglada jak spasiona wersja Grace Jones.

Gdy spotykasz wiele osob to czasem odnosisz wrazenie ze widziales juz ja wczesniej , ze znasz czy tez masz odpowiednik tej osoby wsrod swoich znajomych, przyjaciol czy rodziny. Mam tak caly czas – niemalze do kazdej osoby, ktora dotychczas spotkalem moge przywolac do pamieci odpowiednik sposrod innych person.

Parati – stare kolonialne miasto. Na poczatku 18 wieku populacja zostala podzielona na 3 koscioly (parafie). NS do Rosario – dla niewolnikow, Santa Rita dos partos libertos – dla wolnych mulatow, NS das Dores – dla bialasow – elity. Potem miasto pelnilo role straznicy-portu dla wywozonego zlota ze stanu Minas Gerais do Portugalii. Coz – czas spac. Zrzucam swoje zwloki na loze i po chwili zasypiam…

kanal1

parati-mirim

parati1

parati2

parati3

Opublikowano americana | Otagowano ,

ostatni dzien na wyspie…

Uderzylisimy z Wikingiem na kajaki. 3 godziny zmagania sie z falami, sloncem i samym soba. Nie bylo latwo. Kajaki sluzyly chyba jako dekoracja przez dlugi czas, byly chybotliwe i trudne do ujarzmienia. Wyplynelismy z zatoki. Ciagle wioslowanie i rozmowy i wosku, zyciu, podrozowaniu. Minelismy mala samotna wysepke na morzu, potem dotarlismy na mala plaze. Oczywiscie nalezala do jakiegos krezusa z Rio. W kazdym miejscu tabliczki – ENTRADA PROIBIDADA. Ale kto by sie o to martwil. Oczywiscie zarcie ktore wizelismy zmoklo kopletnie i nadawalo sie tylko na karme dla ptakow lub ryb. Dobrze ze nie wzialem apratu.

Powrot na wyspe. Zmeczenie, znuzenie, slonce prosto w ryj. Obiadek i powloklem sie do mojej posady, gdzie zrzucilem swoje zwkloki na loze i zabralem sie do lektury LITUMIA W ANDACH – Vargasa LLosy. I zasnalem oczywiscie.

Ostatni dzien na wyspie. Jutro Parati. Tamze uderzyla czesc ludzi. Inni ktorych spotkalem rozpiechrzli sie po calej Ameryce. Byli na swojej drodze. Tak jak ja. To jest tak – jedziesz sam, spotykasz innych ludzi, ale nikt ci nie karze byc z nimi caly czas. Spedzasz zajebiscie czas – rozmowy, wspolne wloczenie sie po okolicy. Zawsze ktos kogo spotkasz poradzi ci w roznych kwestiach, dowiesz sie nowych rzeczy.

Co dalej sie zobaczy. Na razie stracilem inspiracje i moze wroci jak trafie w jakies hardkorowe miejsce. Aby pisac o biedzie, alkoholizmie, zlodziejach, zmeczeniu i innych niezbyt przyjemnych rzeczach. Na Ilha Grnade – jak juz pisalem – bylo pieknie, bezstresowo i czuje sie jak nowy czlowiek, nabralem sil na dalsza podroz….

Opublikowano americana | Otagowano , ,

PLAZA

Kolejny dzien na plazy. Wczoraj staralem sie wrzucic zdjecia na strone – ale nie szlo kompletnie – internet jest przez modem. Sprobuje jak dotre na staly lad – na tej wyspie nic nie dziala jak trzeba. Ale jest pieknie.

Nic nie pisze ostatnio w notatniku. Nie ma czasu. Generalnie przewija mi sie codziennie przed oczyma mnostwo ludzi. Godziny spedzone na rozmowach, spozywaniu procentow, plazowaniu. Mam wakacje no nie? Zreszta jest to krotki odpoczynek przez hardkorem jaki mnie potem czeka. Po zasiegnieciu informacji od roznych ludzi – mniej wiecej zaplanowalem juz trase, choc pewnie wszystko sie jeszcze zmieni.

Jutro czesc ekipy, ktora tu spotkalem – wyjezdza. Z Winkigeim walimy jutro na kajaki. Maly rejs po okolicznych wyspach. Mam nadzieje ze to przezyje. Dzis prawie deska serfingowa obciela mi ten glupi leb…

We wtorek pewnie pojade do Parati – malego sennego miasteczka na wybrzezu, slynnacego z kolonialnej architektury.

Dobrze ze nie jade w stronie Salvadoru (stan BAHIA) – ponoc pare dni temu zastrajkowala policja i nastapil tak zwany NIERZAD – czyli BEZPRAWIE. Polala sie krew, pare osob stracilo zlote zeby i caly dobytek, splonelo pare sklepow. Potem wkroczylo wojsko. No ale co ja tam nie jade – wiec biadolic nie bede. To wszystko nowiny przynoszone na wyspe przez przyjezdnych.

bart_ilha

bart_praia

marie_guarani

marie_julie

marie1

marie2

marie4

marie5

praia1

praia2

praia3

praia4

praia5

ryba

ryba5

Opublikowano americana | Otagowano

LOPEZ MENDEZ

Muzyka rozbrzmiwala jeszcze dlugo. Lecz morze wydawalo sie byc glosniejsze. Piatek wieczor. Oprocz turystow z plecakami przyblo tez dziesiatku mlodych ludzi z Sao Paolo i Rio de Janiero. Carpirihnas, browce, muzyka na zywo, lekcje samby udzielane przez trzy 15 latki z Sao Paolo (samba – chyba jednak potrzebuje wiecej lekcji, niz ten jeden taniec). Tuz po tym jak zainstalowalem u Luisa Fernando windoze -wrocilem na sam srodek dobrej zabawy.

Wszyscy w drodze. 20 latek z Norwegii – ktory od razu wygladal mi na Wikinga – pracowal w przetworni lososia – teraz od roku jest w drodze. Koles z Australii w jednym bucie normalnym – na druga noge zalozyl sandala. Drugiego buta zgubil w Rio jak wskakiwal do autobusu. Tak sie przedstawia – I`m Clinton, you know, like Bill. Na to ja – I`m Bart, you know, like Simpson. Potem spotykam Iana i Erinn z Anglii. Iscie brotylski czarny humor. 3 carpirihanas mas, por favor – krzyczy Irinn do kelnera, ktory juz nie wie gdzie ma sie podziac. I tak przez dlugie godziny…

aasa_hond

anapaola

atoba

atoba2

hendrix

horsemusic

samba1

samba2

sao_paolo_chicas

surfer

turtle_ilha

Rano obudzilo mnie slonce. Pierwszy raz od 3 dni. Ja, Reiner i Andrea – w koncu zebralismy nasze dupy i ruszylismy przez dzungle. Niezle tempo – ukrop, z gorki i pod gorke, bloto, zielen az oczy bola. Zasuwamy. Po2 godzinach jestesmy na Praia Lopez Mendez – ponoc najpiekniesza plaza w Brazylii. No i rzeczywiscie – powala. Bialy piasek, 4 metrowe fale, surfing, laski, blekit nieba i zar slonca.

Zebralismy sie kolesiami (reiner i rafael) – i jak niezlych hardkorowcow przystalo, poszlismy posefrowac. No tak – ale nie mielismy desek. Przez pol godziny staczalismy boje z ogromnymi morskimi zakretasami. Miliony litrow wody przewalay sie nam nad glowami. 100 metrow dalej tubylcy smigali na deskach. Pytam potem jednego jak bylo. Eh wiesz… ciezko, nie ma jednej wielkiej i dlugiej fali, tylko 4 mniejsze. Na tym nie da sie smigac – wyjasnia. Hm. Surfing to filozofia – nie sport. Musze tego sprobowac. Wkrotce.

Zamiast wracac 2 godziny zapodaje na statek. Lodz za 5 reali i talerze pelne owocow. Plyniemy 40 minut.

Czasem trudno mi jest cokolwiek opisac. To nie jest zadna beletrystyka. Pisze co czuje. Ale niektorych rzeczy ni jak. Slowa nie pasuja. Jak kwadratowy klocek w okragly. Nie wlozysz go. Mlotka przeciez uzywal nie bede.

Wracajac z dokow spotkalem dzieciaka w koszulce z napisem – NO STRES, ILHA GRANDE. To chyba wyjasnia wszystko. Geby sie wszystkim dookola ciesza, zycie plynie powoli, saczy sie jak carpihirnia przez slomke.

Opublikowano americana | Otagowano , ,

ILHA GRANDE

Obudzilem sie rano. Zadna to niespodziewajka ze sie obudzilem. Zaskoczeniem byl jednak fuckt ze chmury szare przykryly Rio i niechybnie zanosilo sie na deszcz. Na sniadaniu poznalem Andree i Reinera – pare z Austrii. Rozmawialismy chwile. Okazalo sie ze jada tam gdzie ja – na ILHA GRANDE (WIELKA WYSPA). Powiedzialem ze dolacze do nich jutro, badz pojutrze. Mialem jeszcze polatac na lotni troche. Spotkalem tez niemieckich Polakow z dwiema corkami (prawie juz po polsku nie mowily – wstyd).
Zadzwonilem do CZLOWIEKA PTAKA – ten rzekl ze nie ma zamiaru sobie skrzydel zmoczyc i nigdzie latac nie bedzie. Coz mialem robic – spakowalem manatki zaplacilem za hotel i ruszylem na Rodovarie (dworzec autobusowy). W autobusie spotkalem dwoch kolesi z IZRAELA – rozmowa klasycznie – o ich polskich korzeniach, o Internecie, podrozowaniu. Dostali ode mnie wizytkowki i obiecali nauczyc sie polskiego aby poczytac mojego bloga. To zart oczywiscie ;))

Na dworcu spotkalem siedziala Andrea i Reiner (cwierc Polak jak sie okazalo podczas wspolnego pijanstwa wieczorem – cwierc Polak a pil jak Rosjanin :))). Za 15 reali udalismy sie super wygodnym autobusem do Angra dos Reis (3 godzinki). Tam szybkie zakupy i wskoczylismy na maly prom. Za 3 reale poplynelismy na Ilha Grande. To wyspa (172km kwadratowe) – dzungla, plaze, knajpki, gory i tylko jedna wiocha. Taaa – przyplynelismy i zamiast plazy byl deszcz, bloto, mgla i pare knajp. ale i tak wszystko wygladalo rewelacyjnie.

Zamieszkalismy w posadzie prowadzonej przez Lutza. Rano po sniadaniu rozmawialem z nim przez 2 godziny. Koles z Niemiec, podrozowal przez pol zycia. Byl wszedzie o czym swiadczyly zdjecia na scianach. Calkiem calkiem zdjecia – niektore naprawde rewelacyjne. Lutzowi sie geba nie zamykala. Opowiedzial mi o swoich przygodach i o tym jak 5 lat temu przyjachal na ta wyspe. Poznal kobiete. Ozenil sie. 2 lata temu urodzila im sie dziewczynka. Facet zapuscil korzenie – dobrze ze zdazyl po tylu latach wloczegi. Niezle mu sie powodzi, ponarzekal troche na mentalnosc tubylcow, na 3 policjantow siedzacych na wyspie (maja nawet radiowoz – tylko nie wiem po co – jezli droga ma tylko 200 metrow dlugosci).

hendrix

ilha2

ilha3

ilha4

ilha10

ilha11

ilha12

ilha13

lina

W nocy mialem straszliwego kaca. Po wypiciu 3 drinkow – carpirihna, 2 piwek w milej atmosferze.
Zerwarlem sie z loza i uzmyslowilem sobie ze nie mam nic do picia. Znalazlem pomarancza ktorego wyssalem po prostu ze zwierzaca lapczywoscia. Pic sie nadal chcialo wiec wyszukalem jeszcze jogurt truskawkowy. Ehhh…

Zamierzam tu pozostac pare dni. jest Internet – ale ciezko sie jest polaczyc. Prad wysiada co chwile. Mam wrazenie ze mieszkam na koncu swiata. W zielonym raju, gestej dusznej dzungli. Jutro walimy na drugi koniec wyspy. Ponurkowac troche. Jest spokojnie. Sennie.

Opublikowano americana | Otagowano , ,

NOC

Noc jest goraca. Noc zaczyna sie wczesnie. O godzinie 17:30 nie wiadomo gdzie znika wszechmogace slonce.

Nikt spac jednak nie idzie. Noc jest mloda. Ludzie nie wracaja po pracy do domu. Ida na drinka, kolacje z przyjaciolmi.

Zostawilem wszystko co cenne w hotelu. Oprocz cyfraka ktory chyba przykleil mi sie do ciala. Wkurzam sie na te lustrzanki i obiektywy. Ogromne i ciezkie. Mam dwa korpusy i 3 obiektywy (20mm, 50mm, 105mm). Zajmuja cala torbe, ktora ciazy z kazdym krokiem jaki uczynisz. Stajesz sie czlowieku widoczny z nimi na kilometr. Jestes potencialnym celem, mala rybka dla zlodziei. Zastanawiam sie nad czyms mniejszym bardziej poreczniejszym. Tak na przyszlosc. Jakis aparat lunetkowy – Leica lub Contax g2. Plus ten sam zestaw obiektywow. Taki maly sprzet najbardziej przydaje sie w takich miejscach jak Rio – potencjalnie niebezpiecznych. Im twoj aparat wyglada na mniej kosztowny, tym lepiej. Moj caly sprzet poobklejany jest czarna tasma, takze w tym momencie jest NO NAME, a nie jakis tam CANON.

Woda skroplona na szklance piwka kapie mi na kartke….

Siedze w malej knajpce i mam widok na druga. Tamze same siwe glowy, jezyk niemiecki i kelnerzy w bialych koszulach. Bogaci turysci zamykaja sie w enklawach. Chodza do lokali tylko dla nich przeznaczonych i dla tutejszej klasy sredniej. Kelnerzy uwijaja sie jak w ukropie. Oszukuja na rachunkach z szyderczym usmiechem. Dla bogatych Niemcow czy Angolii naprawde to nie ma znaczenia. O tej porze roku i tak jest tanio. W czasie karnawalu ceny rosna 3-4 krotnie.

Opuscilem Lago do Machado i przenioslem sie do Cinelandii. Jak sama nazwa wskazuje jest to dzielnica kin. I to jakich. Nazwy takie jak PORNOGRAFIKA naleza do najczestszych. Tysiace ludzi. Knajpy, sprzedawcy prazonej i gotowanej kukurydzy (zjadlem dzis juz 3 kolby).

W metrze saczy sie muzyka klasyczna. Pelen przekroj i repertuar. Ma uspokajac i koic. I chyba tak jest. Ludzie jezdza ruchomymi schodami, chodza po peronach i gwizdza.

Opublikowano americana | Otagowano , ,

CHRISTO REDENTOR

Dzis w nocy komary dowiedzialy sie o moim istnieniu. Bzykajac, pozbawily mnie duzej ilosci krwi…

Moj rytm dnia. 10 godzin spie, 10 godzin non stop laze, jezdze autobusem, wspinam sie na jakies gorki, robie zdjecia, staram sie nie dac obkrasc czy zabic. Przez reszte dnia odpoczywam, jem, czytam i pisze.

Bylem w kinie – TOMB RIDER. Ponetna Angelina Jolie jako Lara Croft. Pomysl swietny, oddanie klimatu gry rowniez. Lecz ogolnie zenada, syf, kwas i debilne zakonczenie. Gazeta Wyborcza da jedna *

Siedzac w stolowce hotelowej, czekajac na sniadanie, obserwuje turystow. Sa to ludzie drogi raczej, z tym ze sa czysci, schludni i gdyby teraz zobaczyli karalucha umarli by z przerazenia. Ale oni maja STYL. Styl ludzi w drodze. Potarganie odpowiednio i sprane koszulki (koniecznie z jakims napisem), spodnie z milionem kieszeni, splowiale wlosy. Na szyi, przegubach rak rzemyki, wisiorki i inne niezbedne gadzety. Maja czerwone twarze, tak czerwone jak arbuz, ktorego wlasnie smetnie dziobia.

Tak sobie mysle – to ostatni taki hotel na mojej drodze. Wybralem go raczej ze wzgledu na bezpieczenstwo. Jeszcze jedna, dwie noce tu i znow w droge. Jade na Ilha Grande (wielka wyspa). Ponoc sa tam najpiekniejsze plaze w Brazylii, dzungla, spokoj, chatki na plazy. Jade tam i bede odpoczywal i myslal. Pewnie nie bedzie tam sieci wiec dam wszystkich spokoj… ;)) Potem w planach Sao Paolo (20 milionow mieszkancow – najwieksze miasto Ameryki Poludniowej!!), potem Kurtyba i Wodospady Iguzau (Foz do Iguacu).

Brazylia to ogromny kraj – 5 pod wzgledem wielkosci na swiecie. Jest tu najwiekszy las, najwieksza rzeka i najwieksza impreza (karnawal w Rio). Jeszcze o tym napisze. Ale potem.

Autobusem z Rio do Foz do Iguacu jedzie sie 21 godzin (za 70$). Na mapie wyglada ze to tylko rzut beretem…

Z Foz do Iguacu przemieszczam sie do Argentyny, potem Chile. Co dalej – sie zobaczy. Zajmie mi pewnie z 1,5 miesiaca aby dojechac do Boliwii. A kasa znika…

Metro – Praca Onze – wysiadam i przez zniszczona dzielnice zmierzam w strone Sambodrome. Na chodniku znajduje 1 centavo. Na szczescie. Chwile potem napotykam sie na zebrzaca staruszke – daje jej 50 centavos – tez na szczescie…

Sambodrome. Pusto. Betonowo. Krzyki dzieciakow grajacych w pilke pod trybunami dla publiki.

sambodrom

sambodrom2

sambodrom3

sambodrom4

Estadio de Maracana – najwiekszy na swiecie. Rowniez betonowy. Tu pod murawa czarownicy druzyny narodowej zakopuja martwe koguty – czary, makumba – importowane z AFRYKI. Place 3 r. i wjezdzam winda na 6 pietro. Tuz pod korone stadionu. Noo naprawde jest duzy :) Tu grali Pele, Zico, Ronaldo, Rivaldo i setki innych „jednoimiennych” kolesi.

Statua Chrystusa Zbawiciela na 709 metrowym wzgorzu Corcovado. Christo de Redentor jest tak duzy i tak ciezki, ze wszyscy satanisci swiata razem wzieci nie byli by wstanie obrocic go do gory nogami…

christo

from_christo

Wjezdzam mala czerwona kolejka torowa na sam szczyt. Siadam po prawej stronie – ponoc lepszy widok. I rzeczywiscie – „ahy” i „ohy” nie maja konca. Kamery i apraty w ruch…

Po drodze kolejka zatrzymuje sie i wysiadaja z niej tubylcy mieszkajacy na wzgorzu. W totalniej gestej i dusznej dzungli. Tam sa favelas.

Jak zawsze czekam na zachod slonca. Turysci stadnie rozkladaja rece pozujac przed Betonowym Chrystusem. Obiektwy skierowane pod slonce. Ciekawe co im z tego wyjdzie.

Niespodziewanie od strony widokowej, tam gdzie jest kilkuset metrowa przepasc slysze jakies odglosy, sapanie i stekanie. Po chwili pojawia sie 3 kolesi. Wdrapali sie na szczyt spod Corcovado. 5 godzin jak powiedzial mi jeden z nich. Pytam sie go czy wspinal sie na Pao de Acucrar. On na to – to bylo latwe – 40 minu tylko… tylko 40 minut… :)

Kolesie tryumfowali. Jakby nigdy nic przeskoczyli przez balustrade i zaczeli pakowac lini i krabinczyki. Kobiety wpatrywaly sie w nich jak w mistrzow swiata i bogow na ziemi. Juz nie patrzyly na Jezusa. Ich narzeczeni, mezowie, kochankowie znienawidzili smialkow. Byli zieloni z zazdrosci. Pewnie nie jeden z nich zacznie sie wspinac, aby zaimponowac swojej kobiecie, ktora teraz stala w skamienialej ekstazie.

Opublikowano americana | Otagowano , ,

CARIOCAS i autobusy

Gesty tlum. Kazdy gdzies pedzi. Jak na Nowym swiecie w Wawie, londynskim City czy na Wall Street w NYC. Cecha wspolna dla centrum wielkich miast. Przed siebie, za swoimi sprawami. Centrum Rio. Drapacze chmur, setki zoltych taksowek. Ludzie obijaja sie o siebie. Latwo stracic glowe, rozum, dusze lub portfel.
Poznaje Carle. Robie jej zdjecie cyfrakiem. Ta raduje sie i zaczyna sie konwersacja w miksie jezykowym (portugalski, hiszpanski, angielski – jedno wielkie esperanto). Wlasciwie to ona zna tylko portugalski. Mieszka przy plazy, ma piekny usmiech, brazowe oczy i jest informatykiem. Obiecuje mi pomoc w sprawie zrzucenie i przeslania fotek na strone. Ma w chacie kompa ze zlaczem USB . Wymieniamy sie mailami. Ma sie odezwac. Potem sie zegnamy. Cmok cmok. Dwukrotnie w policzek zgodnie z obowiazujacymi w Rio zasadami bon ton.

Szare chmury bezczeszcza blekitne niebo.

McDonald`s – zjadlem jak zwykle zestaw chicken. Zawsze psiocze na maca ze syf, ze sraczko-rako-tworcze zarcie. Tasmociag. Ale przyznaje z calego serca ze ze zawsze mam tu gwarancje przyzwoitego kibelka i odpoczynku na plastikowym krzesle. Moge siac i siedziec – ile mi sie chce. I nikt na lapy mi sie nie patrzy.

Estranxero – czyli obcy. Taki jestem w tlumie. Przybywam znikad i jade donikad. Dla nich to nie ma znaczenia. Sa ludzmi miasta. Ludzmi Rio. Oni sa CARIOCAS. Cariocas to kawa z mlekiem, czasem czarna, rzadziej samo mleko. Tudziez herbata na zolto zabarwiona cytryna. Samba, impreza, karnawal, 12 trupow na dzien, plaza, fale, CHRYSTUS, cukier, sprzedawcy kukurydzy i PILKA NOZNA. Na reklamach naklejanych na autobusy szczerzy sie siwiejacy juz PELE. Ponoc jemu sie udalo – wiec nie za bardzo go tu lubia….. tak slyszalem – czy to prawda?

Pogon za czasem, swiatlem aby robic zdjecia. Zle zrozumiane zdajnie, bledna informacja. I 3 godziniy spedzone w autbusach miejskich. Wlasnie mi leb peka o dzwieku otwieranych pneumatycznych drzwi. Spoznilem sie na ostatni pociag na DZIZASA czyli na gore gdzie stoi posag Chrystusa. Bezsensu. Jutro postaram sie dotrzec tam wczesniej.

Autobusy. Kazdy przejazd kosztuje 1 reala. Wsiada sie z tylu. Autobus mozna zlapac wszedzie i wysiasc wszedzie. pelen luz i chill out. Kierowcy sa mistrzami swiata i mam wrazenie ze nie za bardzo lubia zycie. Tylko czemu kurwa ryzykuja zycie setek tysiecy ludzi dziennie! hehe… po prostu adrenalina mi czasem uszami plynela…. Czasem do autobusu wpadaja kolesie ktorzy cosik sprzedaja – z reguly slodkie cukierki i gumy do zucia.
Siedze sobie dzis i pisze. Ktos mi cos nad glowa mowi. Mysle sobie – pewnie sprzedawca slodyczy. Kiwam glowa przeczaco i nawet jej nie podnosze. Istotka sie nie zmywa. Podnosze w koncu leb. A to mala dziewczynka. Wraca ze szkoly. Rozowa walizeczka. Siada kolo mnie i cos mowi. I dziekuje ze jej ustapilem miejsca. Glupio mi sie zrobilo…. Ta nic – usmiecha sie i odpakowuje z papierka truskawkowego lizaka. Nabokov sie klania – panie Pogoda…. ;)))) hhhihihih..

Mam ochote na CAIPIRINHE. to narodowy napoj Brazyijczykow. Alkohol + limonka + cukier + skruszony lod. Zaraz sie przekonam co to to jest warte.

No i jeszcze jedna rzecz – KINO i TOMB RIDER. Angelina jako Lara, dzungla, i totalny odpal. No zobaczymy… jutro relacja…

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Opublikowano americana | Otagowano , ,