6 rano, zachodnie wybrzeże, światła brak, Sri Lanka się budzi ze snu…














Niby Indie, niby nie.
Chaos w zielonym rajskim sosie.
Pan da, pan nie da. Jest pięknie, ale nie do zdjęć.
Dobre do czilowania, ale bez lonely planet, które trzeba wyrzucić do śmieci i zamknąć się w fajnym miejscu gdzieś na plaży albo w górach.
Nasiąkać słońcem, tropikalnym powietrzem i przepięknym światłem z rana. Ludzie jak ludzie – nadal jesteś workiem pieniędzy, chodzącym dolarem, blado-różowym stworem z garbopodobnym plecakiem. Co druga atrakcja to “tourist trap” – więc nie zwiedzać nie oglądać, polecam znależć “swój kawałek podłogi” i tam zostac. A potem na lotnisko i byebye.















6 dni laby na plaży się kończy. Jedziemy na góry Sri Lanki. Może będzie więcej zdjęć i mniej lenistwa, które było jednak bardzo wskazane.





Lenimy się, zdjęć za bardzo nie robimy, chyba, że sobie nawzajem.
Czil, ocean, dobre jedzenie i dużo spania.
Za parę dni ruszamy w road trip, choć ze zdjęć to chyba nici bo raczej nie wkręcam się po latach w klimaty a la india – mimo, że Sri Lanka to coś innego…















Jest chwila, moment. Wszyscy śpią. Niedziela. Za oknem czai się jesień. Ja siedzę i sklejam rzeczy sprzed paru miesięcy…
Ah… no i byłem w Dzień Dobry TVN z rana w niedziele choć spałem jak zabity w tym czasie ;)
Zeskanowaliśmy i wychodzi na to, że robiliśmy przede wszystkim zdjęcia sobie na wzajem.
Większość czasu byliśmy zajęci campingowaniem czyli jazdą oraz poszukiwaniami: wody, miejsca na zrzucenie ścieków, wolnego campingu albo miejsca na dziko, LPG stacji z odpowiednim adapterem. Do tego doszło stanie w korkach, gotowanie na mikro butli gazowej, zastanawianie się co dalej i dlaczego jest tak do-d.
;)













road to nowhere from Bart Pogoda on Vimeo.
Sven on the road 2011 zaczął się dość pechowo…. ale po kolei.
Piątek
30 kilometrów za Kłodzkiem w stronę granicy czeskiej wypadek. “Śmiertelny” przekazuje mi facet w białym vw golfie stojącym przede mną od 20 minut w kolejce samochodów gdzieś pomiędzy Domaszkowem a Wilkanowem. Nie czekam. Nawracam niezdarnego kampera na wąskiej dziurawej drodze i jadę do pierwszego drogowskazu. Wilkanow 3 km. Nawijam po jeszcze węższej drodze, zgarniając dachem gałezie tunelu drzew. Jadę na pamięć, GPS tu nie pomoże. W końcu wyjeżdżam na drogę do Międzylesia. Zupełnie zapomniałem o tej okolicy. Zapomniałem i wygląda na to że inni też o niej zapomnieli lata temu. Opuszczone domy, zamknięte sklepy GS, zarośnięty PGR i przystanki autobusowe na których autobusy z Bystrzycy do Międzygórza zatrzymują się raz dziennie.
Sven jest po generalnym remoncie. Nie oczadza czarnym złem z rury wydechowej lewego tylniego koła, wycieraczki działają a nowe czeskie głośniki wygrywają album Blur “13″ – przypadkowa płyta z połamaną okładką. Dobrze się jedzie, choć pada niemiłosiernie. Od tygodnia pada…
Z mozołem wbijam się na pierwsze wzniesienia, a potem górka za Kralikami, porażająco nudne “wioski bez ludzi” wzdłuż drogi numer 11 i dojeżdżam do autostrady przy Mohelnicach. Olomouc, Hranice i bliska sercu i płucu Horni Becva…
Znów góry, ze Svenem gorzej. 30 km/h na konsoli, żólwim tempem pokonuję kolejne kilometry. To nie płaska Estonia czy Finlandia. Przeskakuję do Słowacji – tutaj zaufałem GPS – zmęczony, ogłuszony dźwiękami silnika i radia na ful, omyłkowo zamiast do Ziliny skręcam na Povazską Bystricę. Reflektuję po 20 kilosach i trzeba zawracać na Martin. I tu najgorsze serpentyny. Noc. Chciałbym już być u Siski w domu na Kralikach…
Sobota
Ciężko wstać. 400 kilometrów i 8 godzin telepawki. Ale musimy się pakować i zakupy zrobić.
Baumax, Tesco, Nay.
Nie many jednak drive’s. Zmęczenie wychodzi. Dużo emocjonalnie się działo. A ostatnie miesiące tysiące kilometrów zrobionych pomiędzy Polską, Słowacją, Czechami, Austrią.
Niedziela
Późny wyjazd z Kralików. Sven w miarę jedzie. Zvolen, Nitra i autostrada na południe.
W Bratysławie wieje, wicher świszczy betonowo w zaukach osiedla gdzie mieszka siostra Siski.
W nocy dojeżdżamy do Wiednia.
Poniedziałek
Od rana załatwianie, ogarnianie, wysyłanie, przenoszenie.
Wiedeń poniedziałkowo wyczilowany. Na dzielnicy niewiele się dzieje. Zamkneli kolejny sklep.
o 12 Już w drodze. Słabo idzie. Nie ma jak rozmawiać bo głośno w kabinie. Jedziemy na południe – na GPS wbiłem Arles. Choć po 20 kilometrach wkęciła mi się Albania i Rumunia – po pewnej chwili wróciliśmy do uprzednio wymyślonego planu. Planu którego za bardzo nie mamy – jedynie mgliste zarysy.
Im dalej w Alpy tym Sven ma coraz gorszą kondycję. Rzęźi, piszczy, miauczy, furka i turkocze. Wyprzedzają nas wielkie ciężarówki i autobusy. Z górki idzie lepiej, nadrabiamy (rekord 104 km/h) choć kakofonia dźwięków zupełnie przeszkadza w kulturalnej rozmowie nowożeńców. Siska głośno się zastanawia czy w Austrii nie ma oddolnego limitu prędkości na autostradach.
W pewnym momencie z dobrze znanego nam chaosu dźwięków wybija się jeden piskliwy okraszony efektami świetlnymi reprezentowanymi przed czerwoną ikonkę brakującego oleju. Rasthof. Wygląda na to, że coś jest nie tak. Na samochodach znamy się na tyle, że nimi jeździmy – a rok temu w Skandynawii przez 5 tyg i 8000 km nie mieliśmy żadnych technicznych problemów. Po jakimś czasie skręcamy na wioskę gdzie ogarniamy serwis samochodowy. Okazuję się że wycieka nam olej jak szalony i prawie zatarł się silnik.
No tak, Sven ma 25 lat. Jeszcze dwa i znamienne “27″.
Mechanik radzi dolać wszystko co mamy, zjechać na camping niedaleko and jeziorem i czekać do rana – w miasteczku jest większy warsztat – tam może pomogą.
Camping jest super. Nad jeziorem, cicho, prąd, prysznic, woda i czill.
Poniedziałki są zawsze nagorsze.
Dubaj mnie wizualnie odrzucił, albo ja odrzuciłem Dubaj. Miałem pewnie inne wyobrażenia o tym miejscu, skończyło się na nicnierobieniu. Miasto męczące, nieludzkie, absurdalne, ociekające kiczowatym luksusem, którego aż się nie chce fotografować. Martin Parr zrobił to już wcześniej… i całkiem niezłym rezultatem (google: martin parr + dubai)
W międzyczasie zrobiłem parę zdjęć rybek, kotków i piesków.
A już wkrótce powrót do środka Europy i znów krążenie między Wawa-Wiedniem-Słowacją-Kłodzkiem-Czechami…











No i jeszcze parę zdjęć z Toskanii z 3 filmów które udało mi się tam zrobić…
Trochę się powtarzam, ale lubię.
Na biurkach piętrzy się fura negatywów z Izraela. A przede mną znów cały miesiąc w drodze…











Krążąc pomiędzy TelAvivem a Jafo – trafiliśmy w dobrze znane miejsce – niesamowity klimatyczny fleamarket. Byłem tam dwa lata temu, podczas pracy dla Vivy – wtedy spędziliśmy tam ładnych parę godzin…
Tym razem z Siską utkneliśmy przy miejscówce jednego typa – przez godzinę przerzucaliśmy setki starych zapomnianych fotografii – aby skleić 3 historyjki.
Siska and her story in english



Bałagan produkcyjny naszego mikro projektu zapanował, ale pewnie i w tym szaleństwie jest jakaś reguła. Na razie spotkania, telefony, 2 dni bez fotek, prawie nic – wciąż nie robimy tych “właściwych” zdjęć. Choć może powstaną. . Nie jest tak łatwo jednak jak myślelismy. Przede wszystkim jak się okazuje w Izraelu prawie każdy jest artystą, każdy jest fotografem, filmowcem, grafikiem, malarzem, didzejem. Wszyscy są podróżnikami. A wszystko się dzieje tu i teraz, tymczasowość rządzi.
Mam nadzieję, że jutro zaczniemy juz coś robic.
Bardzo dziękuję za wszelkie namiary, pomysły, kontakty jakie dostaliśmy w ciągu tych paru ostatnich dni…





Pierwszy dzień. Skok termalny. 25 stopni i przyjemna bryza od morza. Na razie rekonesans. Długi spacer do Jaffo i z powrotem. Planujemy działania, zbieramy kontakty. Jest dobra energia.
Day one. Thermal jump. 25 C and pleasant breeze from the sea. Reconnaissance. Long walk to Jaffo and back. Planning, gathering contacts. good vibes…..













Może powinniśmy być teraz w Egipcie, Tunezji, Jemenie albo Iranie ale jakoś wyszło nam, że w Toskanii będzie w sam raz…



















Podziękowania za użyczenie aparatu LEICA m9 dla leicacamera.pl

Nicea – ostatni raz byłem tu w 1995 albo 1996 roku – autostop, bagietki + wino i spanie na plaży. Tym razem praca, hotel i chyba wystarczy Francji Elegancji – tęsknię za śniegiem, Siską i Mr.T :)
hm… wygląda na to, że rzeczywiście Funlandia nie przypadła mi … ah…
wrzucam rzeczy z drogi, klimaty ze Svena, parę strzałów z Estonii i Bałtyków…
całe szczęście Siska była bardziej produktywna – No Man’s Land
Tymczasem wymyślamy co dalej w życiu i nie tylko. Czasem słońce czasem deszcz – choć na razie nerwówka i upały a Teodor porzucił zwyczaj robienia kaki 5 razy dziennie na rzecz wodnistej mazi…








Monty Python zawarł to w paru linijkach genialnej piosenki :)









W drodze. Przez Funlandię i Noway – przepiękne widoki, raj dla wędkarzy i miłośników reniferów lub pieszych wędrówek. Przecudne domki ulokowane w dramatycznych landszaftach. Przed każdym parę furek z lat 90tych, kamper lub przyczepa, dwa motory, jacht i skutery śnieżne. Ale kto tym jeździ? Z rzadka widzimy ludzi. Przejeżdżajac przez północne rubieże Norwegii masz wrażenie jakby zrzucono tu bombę, która zabiła wszystkich oprócz reniferów.
Od momentu zakupienia Svena przejechaliśmy nim 6000 kilometrów. Samochód cudo. Daje radę w każdych warunkach. Wygodny, kultowy – prawdziwy dom na kółkach. Olej sprawdzony, pali 10 na 100 (co przy cenie diesla w Norwegii – 6 zeta za litr nie daje tak po kieszenii), gumy wciąż nie złapaliśmy, lodówka chłodzi wino i mleko jak trzeba, sypią się jedynie stelaże na rowery…
Wciąż gnamy do przodu. Nic nie zatrzymało nas na dlużej. Walczymy z niemocą, wytężamy wzrok, próbujemy łapać chwilę – worek z negatywami wypełnił się odrobinę. Obie mamije pracują w rytmie 3-4 rolek na dzień.
Przesiałem zdjęcia z rzadko używanego cyfraka… a Siska robi swoją wrzutę… (something for those who dont understand polish – her blog is in english :)















Mam taki mały notesik. Mam też przeterminowane polaroidy typu 100, w których po odklejeniu zostaje masę emulsji…

Cruising in Tallinn from Bart Pogoda on Vimeo.