Archiwum kategorii: project

Gobi

Poniedzia?ek

Opuszczam UB. Wynajalem za 30 dolarów za dzie? terenowego vana hyundai starex i kierowc? o tybetanskim imieniu Tseren. Ma 43 lata, od 18 roku ?ycia je?dzi? wielkimi ci??arówkami po bezdro?ach i stepach. Wygl?da na spoko go?cia cho? ma kamienna twarz Takeshi Kitano. Jako t?umacz i ogarniacz jedzie ze mn? Seke.

Unstiin Khiid (Ash Monastery). Trzy czarne kruki siedz? w ruinach lamaickiego monastyru. Drepczemy w kurzu po ruinach kompleksu budynków. Ko?ci zwierz?t, czaszki koz?ów i obciete kopyta susza sie w morderczym s?o?cu.

Wspinamy sie po belkach pod dach ?wi?tyni. Seke rzuca mimochodem ze to dobrze ze komuni?ci rozpieprzyli feudalno lamaicki system, który tak naprawd? bra? od miejscowej ludno?ci. Takie jego zdanie. Kole? jest anty wszystko – anarchista, wanna-be Indianin – nienawidzi Przewalskiego, który w XIX wieku „odkry?” Takhi – dzikiego konia stepów Mongolii. Pono? to „odkrycie” przyczyni?o si? do prawie ca?kowitej zag?ady gatunku. Ale to bardzo ciekawa posta?. Trudno o tak dobrego kompana i przewodnika a w?a?ciwie ??cznika pomiedzy mn? a lokalna ludno?ci?. Pewnie gdyby nie Junior & Olusia i poznana przez nich Tuya musia?bym sobie poradzi? inaczej. A tak od 2 tygodni przebywam jedynie w towarzystwie lokalesow.

Ju? dawno zjechalismy z g?ównej asfaltowej drogi, która i tak ko?czy si? kilkadziesi?t kilometrów za UB.K?py trawy. Pojedyncze osady jedna na 10 km majaczy na horyzoncie. Zdech?a krowa przy drodze. Niefortunnie akurat tutaj zatrzymujemy si? aby odda? co nieco.

Wiatr i kurz. S?o?ce i pustka

Jeste?my jedynym statkiem na pustyni, ktora by?a kiedy? morzem.

Opuszczamy suchy step. Teraz tylko zwir, kamienie, piasek i Nic.

You like it ? – pyta Seke

I like – odpowiadam – I like nothing around

Kopalnia wegla – dzi? wygl?da na opuszczona. Kiedy? komunistyczna potem sprywatyzwana po 1990 roku. Kobieta u której zatrzymali?my si? w go?cinie mówi ze teraz przyje?d?aj? chi?scy robotnicy aby kopa? w?giel r?kami – mongolskie bieda szyby.

Suszone mi?so – innego o tej porze roku w jurtach nie mia?em okazji spróbowa?. Wiosna rodz? si? m?ode a reszta musi nabra? masy – w lecie zacznie si? ucztowanie natomiast jesieni? przygotowania do zimy.

Zachodzi s?o?ce. Chyba si? zgubilismy lekko. Od jednej jurty do drugiej jest czasem 20 km.

Krajobraz nuzacy i monotonny. Jeden jedyny raz spostrzegan jedno zielone drzewo rosnace przy studni. K?pki trawy, krzaki, piach, kamienie po horyzont. Coraz wi?cej dwugarbnych wielbladow.

Samochód rzuca coraz bardziej. Kamienisto – zwirowa droga robi sie coraz w??sza, choc kierowca naprawd? nie?le daje rad?. Zatrzymujemy si? w jurtach i pytamy o drog?. Zachodzi s?o?ce, potem pustynny monochrom. A? przychodzi noc. Py? w p?ucach, coraz bardziej kaszle. Aparaty zawijam w plastykowe worki.

W pewnym momencie widzimy swiatlo. W okolo dziury siedza ludzie. Kopalnia z?ota – nielegalna, wi?c wydobywaj? r?koma i za pomoc? prostych narz?dzi i tylko pod os?ona nocy. W?ród nich Afro-mongo? , owoc zwi?zku afryka?skiego studenta i mongolki. Ludzie którzy nielegalnie wydobywaj? recznie zloto nazywani sa „ninja”.

Wtorek

Dalanzadgad – stolica prowincji Omnogov. Zakurzone, ca?kiem spore miasto. Doje?d?amy po 1 w nocy. W ciemno?ci z daleka mami nas czerwony swietlny szyld Bayan Gobi Hotel. Wbijamy si? do skromnego pokoju. Tseren zasypia w ubraniu. Ja jestem tak zm?czony ze nie moge zasnqc, wyci?gam z plecaka rozpadajaca sie ksi??k? „podró? do zrodel czasu”, wydanie z 1988 roku, kupione na dworcu w Katowicach. Dzie?o Alejo Carpentiera wci?ga mnie tak bardzo, ze odplywam dopiero po godzinie. ?nie o d?ungli, oceanie i Ameryce Poludniowej ….

Rankiem sniadanie w gospodzie. Czterech typów przy sasiednim stoliku opró?nia litr wódki – dobrze rozpocz?ty dzie?. Tseren opowiada historyjki z czasow trzyletniej sluzby w wojsku. Koty, bicie, picie i pomiary korytarzy zapalkami. Nastepnie zalatwiamy zakupy, internet, stacj? benzynowa. Jedziemy do parku narodowego Gurvan Saikhan.

Celem jest Yolyn Am gdzie znajduje si? lodowy kanion. Nie jest to mo?e to czego sie spodziewa?em – ale parokilometrowy spacer w?ród ska?, po lodzie to czysta przyjemno??.

Zaliczamy pierwsza katastrof? samochodowa – na wertepach p?ka wzmocnienie podwozia. Na szcz??cie ca?kiem niedaleko mieszka kumpel Tserena z wojska. Ostroznie jedziemy do obozu, aby zreparowac hyundaia. Z zachodu idzie piaskowa burza. Wiatr coraz silniejszy widoczno?? ?adna. Dzisiejszy plan to dojecha? do obozu przy diunach. 150 km – moze si? uda.

Par? godzin pó?niej

Zapomnia?em jak ko?cz? si? spotkania z kumplami z wojska. Tseren z ziomkiem znikaj? gdzie?, w poszukiwaniu „narzedzi” a mo?e „instrukcji obs?ugi do poczytania”. W ka?dym razie wracaj? szczesliwsi. szybko naprawiaj? bryk?, jedziemy w odwiedziny i na posi?ek do rodziny ziomka. Znów ten sam rytua?: herbata, ciasteczka, zupa z mi?sem i kluskami, polariody, ogl?danie zdj?? w rodzinnym albumie i w drog?. Tseren jest ewidentnie wstawiony – opierdalam go zeby wolniej jecha?. Po godzinie jazdy lapiemy gum?. Seke robi nu wyk?ad: stawiamy ultimatum albo przestaje pi? albo nie jedziemy z nim. Dziwnie zapewnie brzmia te slowa na srodku pustyni – jestesmy przeciez na niego skazani.

Widoczno?? spada do 200 metrów, nisko zawieszone s?o?ce nie?mia?o ?wi?ci, lecz szaro?? popo?udniowa jest niemal przygnebiajaca. Nie wiemy czy dobrze jedziemy, trudno znale?? drog? w tym mongolskim mleku. na nast?pny taki trip bior? z sob? gps. Seke przez chi?ska lornetk? dostrzega co? co wygl?da na majaczace diuny…

Dwie godziny pó?niej

Wci?? jedziemy. Mamy jeszcze 20 kilometrów do obozowiska. Powtórka z wczorajszej nocy, dobrze ze Tseren ju? wytrzezwial. Pisz?c te s?owa lapiemy znów gum?, zostala nam druga zapasowa opona – pod podwoziem. Problem w tym ze nie mo?emy jej odkr?ci?. W ko?cu udaje si?, oby tylko trzecia opona nie strzeli?a.

Doje?d?amy do tourist camp. Turystów nie ma w ogóle, gwiad na niebie nie wida?. Seke negocjuje ceny za prosty posi?ek i spanie. Trwa to dobry kwadrans zanim zasiadziemy w restauracji. Piwko, zupa, swiezutki, goracy chleb.

?roda

O poranku budzi mnie deszcz. B?ogos?awie?stwo dla pustyni i jej mieszka?ców. Cho? wcale nie dla podró?nych. Owszem kurzu nie b?dzie , gorzej z koleinami i b?otem. Chyba przywioz?em im dobra pogod?.

Rezygnujemy z odwiedzin i wloczegi po diunach. Lepiej nie ryzykowa? zakopania si? w b?ocie. Druga rzecz? s? opony a raczej ich brak. Ruszamy do Bulgan – pierwszej osady na pó?noc od Gobi. To tylko i a? 130 kilometrów. Wulkanizacja, sklep i ropa – podstawowe potrzeby.

Jest mglisto i zimno. Temperatura spad?a o 25 stopni. Jedziemy we mgle, z magnetofonu wciaz ta sama ta?ma. Kobieta spiewa o Gobi i smutnym placzacym wielbladzie. Muza jest mo?e pompatyczna i kiczowata w sposobie aran?acji i doboru instrumentów ( a raczej ich braku – syntezatory kroluja), ale jest klimat.

Seke mowi ze tala mg?a oznacza trzy dni deszczu. Potem przyjdzie s?o?ce i pustynia zmieni kolor na zielony. Na pewno b?dzie te? mas? grzybów. Od razu wyobra?am sobie kempy trawy i miejsca w których sraja owce – mongolscy szamani na pewno znaj? dzia?anie psylocybiny. Seke natomiast nie wie o czym do niego rozmawiam.

Zapuszczamy Yat-Kha. Love will tear us again – wykonane w technice ?piewu gardlowego pasuje jak nic innego w tym mrocznym, mglistym i tajemniczym miejscu.

Zrobili?my ju? tysi?c kilometrów po bezdro?ach po?udniowej Mongolii. Za szybko, za du?o, ale co zrobi? je?eli bycie w drodze uspokaja mnie, rozklekotane skamlemie amortyzatorow to czysta muza dla duszy. Monotonny krajobraz pomaga my?le? i skupi? sie na paru rzeczach w g?owie. Drog? urozmaicaj? wizyty u przypadkowych ludzi. Co kilkadziesiat czasem wiecej kilometrow przejezdzamy przez ma?e wioski na ko?cu ?wiata, gornicze osady zapomniane przez rz?d i notabli, bez ??czno?ci, zapewne niegdy? zbudowane w trudzie, teraz zapuszczone, straszace kikutami zawalonych budynków.

Przy drodze rozstawiono sto?y. Na nich poukladane bezladnie i przpadkowo dziesi?tki, setki niewielkuch skamienia?o?ci, kamienii, jaj dinozaurów, rzadkich kamieni. Za chwil? na motorach zjawiaja sie lokalesi. licz? ze kupi? co? od nich. Spogl?dam na te dowody, ze ?wiat nie powsta? 6666 lat temu, jak twierdz? fundamentalni chrzescianie, dla których ziemia wcale nie jest okr?g?a. Wywozenie z kraju tych kawa?ków zamierzch?ej przesz?o?ci karane jest przez s?u?b? celna.

Wulkanizacja w Bulgan. K?y czarnego kundla o szalonych czerwonych oczach prawie zatapiaja sie na moim udzie. Na szcz??cie odskakuje i zostaj? mi tylko niewielkie siniaki. Naprawiamy zapasowe opony, tankujemy 40 litrow ropy i szukamy gospody. W jurcie postawionej na ?rodku placu przygotowano nam kluski z mi?sem i ziemniakami. Mongolska telewizja nadawa?a akurat transmisje z operacji nerki a potem japo?ska oper? mydlana.

W drodze znów. Deszcz nie przestaje pada?. 150 do nast?pnej osady – Bogd.

Nie mijamy ?adnych jurt, stad wielbladow; zero pojazdów, je?d?ców. W pewnym momencie Tseren zwraca uwag? na samotna owce, obracajaca sie wokó? wlasnej osi, w szalonym ta?cu. „To szalona owca, zwariowala, ludzie nie jedza takich sztuk.” mówi Seke.

Nie mam GPS ale to nie szkodzi. Mongolska wersja to równie? GPS – Ger Positioning System. Ger to jurta. Po prostu szukamy jednej, gdzie wska?? kierunek, potem nastepnej itd.

Bogd znaczy ?wi?ty albo król – miasteczko wygl?da natomiast jak blotnista zmora. Probujemy przejecha? na druga stron? rzeki ale rezygnujemy z tego pomyslu. Przebijamy sie przez wysypisko smieci do innej drogi. Nagle chmury przegnane przez wiatr odkrywaj? osniezone szczyty górskie a na horyzoncie wyskakuje piekna t?cza. A my gnamy na pó?noc w b?ocie, opuszczamy Gobi i wjezdzamy do ?rodkowej Mongolii – do prowincji Ovorkhangai. Jeff Zatkoff Womens Jersey

Opublikowano on the road, project, reportage, travel | Otagowano ,

Niedziela w UBC i wybory prezydenckie

wybory? no sa ponoc wybory, jest dwoch kandydatow – jeden stary i obecny ( Nambaryn Enchbajar )drugi nowy z partii demokratycznej (Cachiagijn Elbegdord?) . Wiecej do wyboru nie ma a szanse sa ponoc wyrownane. Mysle ze jednak ludzie zaglosuja na starego – wiadomo lepiej nie ryzykowac i wybiora jeszcze raz tego samego typa.

Ale kto wie co przyniesie zycie?

Tak naprawde najwazniejsza sprawa jest stosunek kandydata do polityki zagranicznej – co sie stanie ze zlozami miedzy, wegla i innych bogatych zloz mineralnych w Mongolii… Przyjda Chiczycy? czy Rosja? Mongolia to bardzo bogaty kraj – ponoc dochod na glowe ma skoczyc 10 krotnie do 2020…. hmm… co z tego jezeli ziemia wybuchnie w 2012…

Seke i Bambol nie ida do wyborow – Polityka smierdzi mowia – poza tym nie ma znaczenia – kandydaci ponoc sie nie roznia miedzy soba … Natomiast dziewczyna Seke glosuje na starego – bezpieczniej i pomimo ze ponoc jest strasznym ch… to woli na niego.

Dzis szukalem dzipa z Seke – zrezygnowalismy z pomyslu wynajmowania radzieckiego vana – zre 25 litrow na 100… lepiej drozszy japonski – ktory ssie max 15 litrow. Mam 3 opcje do wieczora sie wyjasni. Zgubilem Lonely Planet – i dobrze – lzej w plecaku. Kupilem za to mape „drogowa” mongolii – ta sie przyda na pewno.

PS

wczoraj przed zasnieciem wlaczylem telewizor. ma moze z 12 cali – wiec musialem siedziec bardzo blisko – meczu NBA nie ogladalem od lat. Orlando : Cavaliers i ostatnie 60 sekund meczu mnie rozpieprzylo. Magic juz mieli to w kieszeni po genialnym rzucie za 3 punkty Hego. Cavaliers zostala ostatnia sekunda…

Pomyslalem wtedy, ze chyba warto walczyc do konca – ale z drugiej strony chyba trzeba miec cos z geniuszu Lebron Jamesa

PPS

Wygral demokratyczny nowy kandydat – ponoc roznica wyniosla 40000 glosow. Terrance West Authentic Jersey

Opublikowano on the road, project, reportage, travel | Otagowano

UB

Wyspalem si?. Ca?y tydzie? du?o si? dzia?o, teraz staram si? odpocz?? odrobin? i wyluzowa? troch?. Siedz? na tarasie Amsterdam Cafe – i mysle co dalej. Co? znów si? nie uda?o w ?yciu – mo?e taka karma. Na niepowodzeniach wzamacniam si? – tak sobie to t?umacz?.

W poniedzia?ek wynajmuje jeepa i ruszam na pustyni? Gobi. Tam w ogóle nie ma ludzi. Ostatni tydzie? w Mongolii – po raz kolejny zda?em sobie spraw? z tego jak niewiele mog? zrobi? w tak krótkim czasie. Je?d??c ca?ymi miesi?cami zostaj?c w jednym miejscu d?u?ej przepieprzalem mas? czasu na bzdury – teraz jest produktywnie, bardziej ?wiadomie i intensywnie. Tylko coraz mniej czasu… Joe Schobert Authentic Jersey

Opublikowano on the road, project, reportage, travel | Otagowano

Wschodnia Mongolia

[ pisane w iphonie – sorry za literowki i lapidarnosc ]

Poniedzialek

W ko?cu wyruszylismy. O 7 rano Seke przyszed? pod hostel. ?niadanie w mongolskim fastfoodzie. Potem taxi na wschód. W ko?cu opuszczamy wielkie miasto. Pod drodze na kompletnym pustkowiu b?yszczy ogromny kiczowaty pomnik Czyngis-chana – promienie porannego s?o?ca odbijaj? si? od srebrzystego monumentu. W ostatnich latach w ca?ej Mongolii powsta?o setki pomników cz?owieka, który rz?dzi? kiedy? po?owa ?wiata.

Doje?d?amy do Baganuur ( po mongolsku Male Jezioro). Wbijamy si? do rodziny Seke. blokowisko jak w polsce. Nie spa?em w nocy teraz mam moment ?eby pospac. musimy poczeka? a? Bambol za?atwi bryk?. Bambol to ziomek Seke – przez ostatnie trzy dni bujalismy si? po Ub. Siostra Seke przygotowuje co? do jedzenia i ruszamy. Zanim wyjedziemy na dobre, zwiedzamy jeszcze opuszczone sowieckie osiedle. Przypomina mi si? Borne sulinowo w 1993 roku.

W ko?cu pustka. W?sk? asfaltowa droga zbudowana w stepie. Pojazdów niewiele. Zmieniamy si? za kierownic?, Bambola ogarn??a senno??. Wsiadam wi?c na jego miejsce i gnam kolejne 100 km toyota sprowadzona z Japonii. Iphone pod??czony za pomoc? adaptora i bateria sloneczna przez usb . droga bardzo dobra – 140 mozna zasuwac. Jutro bedzie gorzej – naszym celem jest Dadal pod granic? rosyjska.

Zajechalismy do Ondorkhan. Najwi?ksze miasto w okolicy. Znów klimat radziecko-mongolski. Trzeba co? zje?? . Jeste?my jedynymi go??mi w prostej knajpie. Robimy zakupy – prowiant na 2 dni i zjezdzamy z asfaltowej drogi w kierunku polnocnym aby poszuka? spania.

U podnó?a góry 30 km od Ondorkhan dostrzeglismy stada kóz i owiec a chwil? potem dwie jurty. Po krótkiej rozmowie zostali?my zaproszeni do ?rodka.

Khureltogoo (na polski – Zelazna Filizanka czy jakos tak) 88 letnia nauczycielka biologii i chemii. Odk?d umar? jej m?? jest na emeryturze w stepie. Ma jedzenie , ?wie?e powietrze, gra w szachy z przygodnymi go??mi. Jej dzieci mieszkaj? w mie?cie. w drugiej jurcie mieszka m?ode ma??e?stwo z 4 letnia córeczka. Pomagaj? Khureltogoo przy kozach i owcach.

Wznieslismy toasty. Potem jedzenie, jogurt, jeszcze raz wódka, ale w ma?ych ilo?ciach. Przyszed? czas aby zap?dzi? trzod? do zagrody.

Wyszed?em ma zewn?trz. Reszta gra w szachy. Ja siedz? w kompletnej ciemno?ci i gapie si? w gwiazdy.

Wtorek

300 km bo bezdro?ach. Niby nic – przez step, par? potoków i lasy. To ze nisko zawieszona toyota da?a rad? to cud. Zaj??o nam to 10 godzin. zatrzymujemy si? przy owo na rozstajach dróg – jedno okr??enie, par? kamieni rzuconych na du?y stos. Na wi?kszo?ci owo le?? rozbite butelki wódki.

Siedz? na schodach drewnianej chaty w Dadal. W?a?nie umylem nogi i gapie si? na tumany kurzu szalejace po okolicy. To osada na koncu ?wiata. Syberia.

Przyjaciel Seke buduje domy z drewna. Robi sie je z grubych pali bez uzycia gwo?dzi. Temperatury s? tu o wiele ni?sze niz na stepach wi?c nieliczni mieszkaj? w jurtach. Pomimo ze to koniec ?wiata ka?dy ma komórk? – Mobi com dzia?a bez problemowo.

Zatem ponownie zatrzymujemy sie u lokalnej rodziny. W ka?dym z miejsc robi? polaroida i wreczam rodzinie. mysle ze to najbardziej fair rozwi?zanie – polaroidy wychodz? super, z ch?ci? bym je ze sob? zabra?. Rado?? jaka sprawiam domownikom tym prezentem jest bezcenna. Polaroid trafia obok innych rodzinnych zdj??, zazwyczaj ko?o lustra. W ka?dym domu widz? taki oltarzyk. Czasem trafiaj? si? naprawd? stare zdj?cia. Zastygniete, powa?ne twarze, czasem bardzo mocno wyretuszowane, niektóre kolorowane. portrety syna który sluzyl w wojsku
W wielu domach zdj?cia Dalaj Lamy. Dalaj po mongolsku znaczy „ocean”

Zm?czony jestem okrutnie – odleglosci ogromne, czasu nie wiele – ca?e dwa dni sp?dzone w aucie. Bambol frikuje za kierwnica, Seke martwi si? o kanadyjska wiz?, wi?c komórka nonstop w u?yciu.

15 kilometrów od Dadal mieszka 93 letni Zundoi Davag. S?ynny na ca?a Mongolie my?liwy, bohater wojenny. Czlowiek ten utrzymuje, ze swój wiek osi?gn?? dzi?ki piciu ?wie?ej krwi zabitych przez siebie zwierz?t. Ledwo s?yszy ale wzrok ma doskona?y. W szopie obok swojej chaty urz?dzi? mini muzeum w którym strasz? wypchane nied?wiedzie, list, ptaki – jest tak?e skóra bia?ego królika albinosa – pierwszej ofiary która zabi? w wieku lat 13. Skórka je?li wierzy? ma 80 lat. Potem starzec przebiera sie do zdj?cia – w klapie medale i ordery – najlepszy strzelec, najlepszy sportowiec, bohater wojny z Japonia i 46 innych. S?ynie tak?e z potencji – jego trzecia obecna zona ma 41 lat i prawie da?a mu potomka – niesety pojawi?y si? komplikacje i poroni?a.

Wymieniamy grzecznosciowe formu?ki, robimy sobie wspólne zdj?cie, zostawiam mu polaroida i wracamy do dadal.

Once upon in time in dadal – miasteczko jak z westernu. Drewniane domy, sklepy w których miejsce reprezentatywne zajmuj? butelki wodki. Jest te? bar o nazwie „bar”.

Noc. Po kolacji, piwku i klasycznej wymianie z?o?liwo?ci i ?artów pomi?dzy mn?, Seke i Bambolem , zaleglimy na pod?odze. Na ?ó?ku ko?o mnie le?? te? dzieci – ch?opcy a na w ko?ysce s?odko ?pi 9 miesi?czna dziewczynka. Matka jeszcze si? krzata, ojciec poszed? na faje. A Seke zaraz dostanie w ryj ode mnie bo ca?y czas na opór gada przez telefon. Zupe?nie ma w dupie ze ?pi? dzieciaki.

?roda

Obudzi?y nas ci??kie chmury. Wiem ze jak zacznie pada? droga zamieni sie w koszmar. „what do you want me to do?” pyta Seke… Co ja mog? chcie? – trzeba jecha? … Damy rad? .

W samochodzie cisza, gdy jedziemy przez las. Wygarnalem Seke ze gada? przez tel przez godzin? w domu gdzie wszyscy spia w jednym pokoju. „it’s important it’s my life” odrzekl wzburzony. Na moje argumenty ze dzieci spa?y – odrzekl to, nie ma problemu, tu w Mongolii wszyscy ?yj? na jednej kupie. No i racja – zderzenie kultur. Jak bardzo cenimy sobie prywatno??

Ci??kie chmury na niebie które prawie zawsze jest b??kitne.

Po 100 km zatrzymujemy si? aby spyta? o drog?. Zapraszaj? nas do ?rodka – herbata (mleko, sol, herbata sk?adaj?ce si? na Suutei Tsai). Seke i Bambol gnaja przez 10 minut na koniach, ja w tym czasie robi? polaroida rodzinie.

Zatrzymujemy si? w kolejnej zapad?ej dziurze. Zakupy, troch? zdj?? i dalej przed siebie. Deszcz jednak nie spad? wi?c mo?e dojedziemy do asfaltu.

Czy w Polsce jest niebieskie niebo? – pyta Bambol.

W Batnarov jemy obiad w jedynej czynnej knajpie. Akurat piero?ki z mi?snym nadzieniem zwane „buuz” – wsuwamy po 5 popijaj?c kawa rozpuszczaln i herbata mleczna.

W niedziel? wybory prezydenckie w Mongolii – w osadach rozwieszane s? wielkie plakaty obecnego prezydenta ubiegaj?cego si? o druga kadencj? i jego przeciwnika z partii demokratycznej.

Jeszcze 90 km do asfaltu, je?eli bryka si? nie rozkraczy.Z godziny na godzin? coraz pi?kniejsze swiatlo. Z ulga witamy asfaltowa szos? w Odnorkhan – teraz jedzie si? p?ynnie i wygodnie – czytam ksi??k?, rozmawiamy, co jaki? czas zatrzymujemy si? na siku albo zrobi? zdj?cia. W sklepie kupujemy landrynki „pszczó?ki” – kolejny z polskich produktów. Wcze?niej delektowalem si? korniszonami „braci urbanek”, drazetkami orzechowymi „korsarz” – nazywanymu tu Ali Baba.

O 21 jestesmy w gorniczym miescie Baganuur – idziemy z chlopakami na kolacj? i browca. Potem wbijam si? do mieszkania starszego brata Seke. Mieszka wraz z ?ona i dwójka dzieci ko?o 20 tki. Wraz z nimi ?yje te? starszy cz?owiek – Seke nie wie kim on jest . Mo?e si? od niego sam dowiem bo mówi po rosyjsku – wygl?da jak mongolska wersja Brezniewa.

Czwartek

Strasznie pó?no zaczety dzie?. Wci?? nie wyjechali?my z Baganuur. Wygl?da na to ze b?d? musia? troch? popracowa? w UB przez net – ca?y czas przywi?zany do spraw w Warszawie -szkoda ze tak jest ale taki zawód freelancera.

No i tyle. Dzi? za bardzo nie wiem gdzie jedziemy – b?dziemy si? skupia? na okolicy Baganuur i rejonie gdzie ?yj? nomadzi – 70 km na pó?noc od Malego Jeziora.

Od paru dni nie spotka?em ?adnego cudzoziemca – ale atmosfery w stylu zapad?ych dziur na prowincji brak. Nikt nie zwraca na mnie uwagi – klimat jak na osiedlu w Polsce tylko wszystko bardzo zaniedbane – po?amane chodniki, zniszczone ?awki, pocz?tek lat 90tych w Polgarii. Mongo?owie zawsze woleli ?y? w stepie – wolno?? i swoboda i kobyla m?oda. Mobilno?? to podstawa, czyste niebo, powietrze i przestrze? – to drastycznie zmieni?o si? na pocz?tku XX wieku. Mongolia jako drugi kraj na ?wiecie po CCCP przyj??a ustrój komunistyczny. Wywar?o to wielki wp?yw na psychik? i mentalno?? potomków Czyngis-chana. Szczególnie destruktywne by?y lata 70te – kiedy to Sowieci zacz?li poczyniac sobie bardziej . J?zyk rosyjski, sztuka, kultura, radziecka siermieznosc…

Znów step i droga cho? natrafiamy na rzek? dla urozmaicenia. Bambol zna miejsce gdzie chodzi? si? k?pa? nad rzek? jak by? ma?y – wykonuje efektowny skok do lodowatej wody z urwiska.

Osada Srebrny Kon – szybko rozniosly si? wie?ci ze przyby? brodaty bialas i Indianin co rozdaje cukierki – dali?my wcze?niej na wzgórzu dzieciakowi „pszczolek” w zamian za konia. Wie?ci roznosz? si? szybko. Podczas obiadu (sma?one w oleju buuzy polewane przyprawa z „mi?-polu”, do drewnianej budy zlazly si? dzieciaki szukaj?ce Indiania.

Je?dzimy po Srebrnym Koniu szukaj?c ziomka. On wie gdzie s? jakie? dobre rodziny do odwiedzenia. kierujemy si? za wzgórze w kierunku rzeki – przepiekna dolina, zielony dywan jak na polu golfowym, po którym biegaj? i pasa si? setki koni.

U podnoza góry zajezdzamy do pierwszej jury. Witamy si?, siadamy, pijem mleczna herbat?, robi? polaroida i idziemy do nast?pnej jurty … Gdy w niej siedzimy i znów pijemy herbat? ?apie si? na tym ze to zupe?nie bezsensu. Wracamy do pierwszej znów. I zostajemy na ca?e popo?udnie, wieczor i noc. Gnanie aby zrobi? dwa kolejne zdj?cia jest zupe?nie bezsensu.

41 letni Buyamtogtokh i jego zona Baigalmaa maja dwojke dzieci ktore studiuja w Srebrnym Koniu – w chatce pozostal im tylko nowonarodzony synek o imieniu Gwiazda. Bardzo fajni ludzie – wieczorem probujemy zlapac narowistego konia, ktory musi zostac ujezdzony bo zdziczeje do konca (hm…) tak samo z biala krowa ktora Buyamtogtokh lapie na lasso – szalona biala krowa nalezy do sasiada. Ten w koncu pozuje z nia do zdjecia. Tego wieczoru ustawia sie cala kolejka – matki z dziecmi, koles z krowa, mlodzian z koniem, Buyamtogtokh z zona, dzieckiem i sasiadka. Wszyscy chca polaroida – zupelnie nie rozumiem jak ta firma postanowila zaprzestac produkcji materialow…

Piatek

Rano znow temepratura ponizej zera, wstaje o 5, robie pare kiczowatych widoczkow i ruszamy do UBC. Do 12 musze odebrac wize. Znow wertepy i bezdroza – potem droga asfaltowa na ktorej zasypiam. Budze sie w miescie – mam wrazenie jakbym znalazl sie w Nowym Jorku albo w Tokyo. W chinskiej ambasadzie mila niespodzianka – juz chce placic za wize – pani oddaje mi paszoport z chinska naklejka i oswiadcza ze obywatele Polski wizy do Chin maja za darmo (chyba miala stare informacje sprzed wstapienia Polski do Schengen). Calais Campbell Authentic Jersey

Opublikowano on the road, project, reportage, travel | Otagowano

Cruisin’ in UBC

„Mieszkam tu tyle lat ale jeszcze nie bylem w tylu miejscach jednego dnia, dziekuje sprawiles mi radosc dzis” – mowi taksowkarz, ktory ma dwie maupki rozowa i zielona jako maskotki za kierownica. Wraz z Seke jego ziomkiem Bambolem krazymy po miescie jak wariaci od samego rana.

Na pierwszy ogien poszedl Black Market – bardziej poukladana wersja Stadionu w Wawie z poczatku lat 90’tych. Jest sektor z butami, potem ze zwierzetami, piecami, zarciem, srubkami, demobilem i tak dalej. Mozesz kupic wszystko. W przewodniku odradzaja to miejsce. Rzeczywiscie jestem jedynym cudzoziemcem, kaptur na glowe aparat schowany – lajka i trix tym razem oraz holga pinhole do fotografowania zlotych rybek w malych sloikach i kroliczkow w klatkach oraz wielkich kozlow obdzieranych ze skory przez usmiechajaca sie na zloto 40 letnia kobiete. Nie ma problemow z robieniem zdjec – tzn staram sie byc dyskretny.

Wracam po sredni format. Jedziemy do Ger District – ogromny teren na wzgorzach za miastem – gdzie w jurtach mieszkaja ludzie z prowincji. Seke mowi ze sprzedali oni swoje stada zwierzat i przeniesli sie do miasta w poszukiwaniu lepszego zycia. Ciezkie zimy i zmieniajacy sie klimat – zupelnie nie do przewidzenia daje sie im we znaki. Wiec ciagna do UB. Alkoholizm, bezrobocie, ciezkie warunki sanitarne. Nie jest lekko.

Jezdzimy potem bez celu po obrzezach miasta – zatrzymuje sie szukajac kuriozalnych sytuacji – a tych bez liku.

W koncu nie wiadomo skad trafiamy do dzielnicy przemyslowej – gdzie powstaly w ostanich latach fabryki a kominy wielkiej elektrowni puszczaja ciezkie chmury…

CDN. (lece na miasto, bo slonce zachodzi) Harrison Phillips Jersey

Opublikowano project, reportage, travel | Otagowano , ,

k3 Beijing – UlaanBaatar . Trans-Mongolian Railway

Kawa o wschodzie s?o?ca. Ostatni raz sprawdzam maile. Sprawdzam raz jeszcze papiery dokumenty baga? . Zegnam si? z Juniorem i ruszam w drog?. Taxi. Puste ulice pekinu, czyste niebo, spokój miesza si? z niepewno?ci?. Baga? troch? ci??y gdy id? z postoju na dworzec. Ju? kiedy? tu by?em. 4 lata temu jad?c do beidahe z ekipa. Teraz wi?kszy porz?dek , czysto i mi?o. Jeszcze jedna kawa, ma?e ?niadanie.

Znów w drodze. 30 godzin z pekinu do ulan bator. Kawa?ek transyberyskiej. Plan by? inny – wraca? do domu pociagiem. Nast?pi?a zmiana – za dwa tygodnie powrót do Pekinu samolotem je?eli wszystko si? uda.

Wygl?da ze czasu nie mam zbyt wiele na miejscu. Par? dni w UBC, pomys?y do ogarniecia, wiza chi?ska jeszcze raz do zalatwienia, bilety na samolot.

Potem wielka jak step niewiadoma.

Tymczasem ju? mi si? podoba. Jack johnson w sluchawkach, pi?kne widoki za oknem. Pozna?em si? ze wspolpasazerami – Blair i Francis z Kanady oraz Masza z St. Petersburga która 26 raz robi Transyberie – pracuje jako tour leader dla Gap.

Przespacerowalem si? przez ca?y poci?g… A teraz czytanie gapienie sie przez okno i muzyka. Czuj? si? lepiej – mia?em dwa mentalnie ci??kie dni – mam nadziej? ze si? u?o?y wszystko w Wawie. Always on the run. Ju? tyle lat.

Noc. Kurz. Mikroskopojne drobinki pylu z pustyni s? wsz?dzie w poci?gu. Poci?g zosta? szczelinie zamkni?ty – z zewn?trz i wewn?trz – toalety, okna. Poci?g jest prawie pusty, zapelni sie na granicy mongolskiej – handlarzami wiazacymi dobra z Chin.

Chiczycy zabrali paszporty. Z pomoc? nowych technologi wagon za wagonem ma zmieniane ko?a. Nie mo?na opu?ci? poci?gu ale idzie sprawnie. Robie zdjecia przez okna, szkoda ze nie mozna wyjsc i pokrecic sie po hali. Przypomina mi sie dokument Marcela Lozinskiego „89 MM OD EUROPY”

Cala operacja przekraczania granicy trwa prawie 4 godziny.

Zachwycony jestem ta podroza. Jest czas na rozmowy z lud?mi , browar, spanie , robienie zdj?? i ksi??ki.

Wstaje rano. Wokolo pustka. Step. Niby nic nie widac oprocz paru osad na horyzoncie. Czasem pojawi sie wielblad albo ciezarowka pedzaca przez step.

Siedz? teraz w mongolskim Warsie. Omlet, kawa, sok. Wystroj wnetrza kiczowaty do granic mozliwosci. Wszystko wyrzezbione w drewnie, niedbale przybite gwozdziami rzezbione ornamenty przedstawiaja fantazyjne scenki, demony, pedzace konie. Na scianach wisza instrumenty – rownie niedbale sklecone. Cepelia w mongolskim wydaniu.

Za godziny na godzine wiecej osad, coraz wiekszych. W koncu w dolinie pojawiaja sie pierwsze zabudowania wielkiego miasta. Ulaanbaatar (czyli Czerwony Bohater). Jordan Evans Jersey

Opublikowano on the road, project, reportage, travel | Otagowano , ,

obamomania

 Patrik Berglund Jersey

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Opublikowano project | Otagowano ,