powrót do bloga

chinskie kalambury | 2005-06-03



w telegraficznym skrocie
wciaz zyje
zagubiony gdzies o 257 km od nanning...

jak dotre na miejsce (yangshou) to opisze caly ostatni etap

sarah wciaz sie psuje - nawet po wczorajszym generalnym remoncie (za 20 zeta)

chiny mnie przerastaja

zreszta kogo nie

nie rozumiem tego kraju

nie kumam nic

ale jestem pod jego wrazeniem

przygoda jakich MAO





Z Kunming do Yangshuo - zdjęcia. Dziś kończę 29 | 2005-06-06




wertepy na drodze wyjazdowej z Kunming
--
Kunming Suburbs – Road under construciton, trying to negotiate unmarked dusty paths to find Shillin Highway



tunel w którym prawkie skończyła się nam benzynka
--
Leaving Kunming – Very low on petrol (Ians fault), New highway roads go through mountains instead of snaking up and over them. Only problem is that once your on a highway its not so easy to leave them, they pass straight through small towns and bypass much needed fuel vendors.



spożywanie wódki pod plandeką, zaraz potem ruszymy w poszukiwaniu drogi - niestety zgubimy się na ładnych parę godzin, klucząc po wiejskich drogach w deszczu
--
Lost on (Questionable) Road to Xingyi – The rainy season finally caught up with us, so far we had been lucky. Pitched a makeshift tent in the middle of nowhere waiting for the storm to pass finishing off the last of the Vodka. Barts inpatientce and optimism got the better of him and decided to brave the weather confident a town was only a few kilometers away.



psy mechanika
--
Engine Trouble – A small town we passed through off of the unfinished highway we endured. Stopped to grease the chain as there was an unnerving rattling sound coming from the engine. Ian was attacked by a pack of vicious wild dogs whilst Bart looked on and took photos.



za rok w tym miejscu będzie przepiękna autostrada - parę dni temu 120 km tej drogi przejechaliśmy w 8 godzin
--
120km of Hell – Section of the 120km oif unfinished highway from Shilin to Xingyi. Nb. This was a relatively good section of the road.



Superstar Lunch – Stopped in Xingyi for lunch of beef and noodle soup. Our presence attracted the attention of everyone within a half mile radius. Eupohric after finally conquering the 120km of hell, we both lapped up the attention.


Sarahs turn for special treatment – For miraculously completing the epic 18 Hour journey across rocks and dirt without failing us we saw to it that Sarah recieved a little TLC - a full body jet wash.


We wondered what that noise was! – This family ran garage ascertained that the engine rattle was the kickstart being engaged. Tuned her up, replaced the bungee cords we lost in the rain, re-mounted the seat and gave her a full service. Ready to hit the raod again


Bliss – Beautiful roads, fixed machine smooth running all the way to Baise to look for a place to eat


Two Westeners on a Tuk Tuk draws quite a crowd – Market sellers in Baise onlook and inspect Sarah as we buy camping provisions of a watermelon, a bottle of vodka, and a kilo of sunflower seeds


Lunch anybody? – Turning point as this butchers direct us to the “short cut” local road through a mountain pass to the next town. As the road was bad, the scenery was awesome. Stopped to shower in a custom made waterfall, but the road took its toll on Sarah.


Buggered – The dust from the bad road clogged up the air filter and the engine repeatedly died. The spark plug also turned out to be buggered. This was immensly irritating as the road was superb, but we couldn’t take advantage of it. Everything happens for a reason though as whilst seeing to Sarah the heavens opened and turned the road into a torrent. We wisely decided to spend the night.


Dodgy Dumplings – A great chef prepared us 3 rounds of dumplings and chicken broth soup, beers flowed and vodka followed, though I paid the following morning.


Po drodze znaleźliśmy głowę która doskonale wpasowała się w tuktuka - teraz Sarah ma w końcu swoje ludzkie oblicze
--
Sarah Ponderosa – The Mighty One gets a Face


Dziś kończę 29. I czuję się świetnie. W końcu dotarłem do Yangshuo - 1300 km z Kunming - tydzień w drodze. Przejechaliśmy dotychczas 3600 km





yangshou | 2005-06-08



kac z rana, ledwo przespana noc i pragnienie. gdzie jest woda, oczywiscie nie ma, trzeba zejść na dół i kupić, ale tak bardzo się nie chce, wczoraj niestety przegiąłem lekko z alko i ziołami z dali, dostarczonymi przez Augustinę z Argentyny, była też ekipa, zebrana spontanicznie w hotelu w którym mieszkam, dziś cały dzień przed kompem, próbując sklecić tych parę zdań

juz ponad piec miesięcy poza krajem, tym razem jest inaczej, właściwie robie to co lubię najbardziej i wciąż mogę zarobić tyle aby być w drodze, marzą mi się jednak duże rzeczy, cos w tym kierunku jak podroż tuktukiem przez Chiny, głowa mi się rozrasta we wszystkie strony, nie jestem w stanie zresztą jak zawsze załapać się na to wszystko co mnie otacza, za dużo wrażeń, czasem czuje się tak wypompowany, że nie mam ochoty na chodzenie, zwiedzanie - siedzę na tyłku, lub przed netem, czasem oglądając DVD i czy tez zabijając czas czytając kopie angielskich książek

net za darmo, laptop podłączony nonstop, wymieniam się mp3 z innymi ludźmi mieszkającymi w Bamboo GH, emule ciągnie jakąś nowa polska muzę czasem wyjdę na miasto, zjem mięsko z grilla i michę pełną owoców, wypije piwko, aby wrócić z powrotem i gapić się na ludzi przechadzających się brukowanymi uliczkami yangshuo - które jest niczym innym jak przeprzeuroczym miejscem dla chińskich emerytów

nie pamiętam kiedy po raz ostatni naprawdę się nudziłem, prawdopodobnie na wykładach w szkole, 6 lat temu, ale potem przestałem na nie przychodzić

zrekonstruować to co się zdarzyło w ciągu ostatniego tygodnia - dzień zlewa się z nocą - zgubienie się w górach na ładnych parę godzin, w nocy, w deszczu i błocie, nielegalna jazda po parku narodowym w Kamiennym Lesie, setki ludzi spotkanych po drodze, w tym moze 2 ludzi z poza Chin, lingwistyczne akrobacje, długie godziny spędzone w tuktuku, po najgorszych i najlepszych drogach Chin, warsztaty samochodowe, zupa z kluskami i pierogi z kapusta, noce na bambusowych matach w chińskim hoteliku, gdzie
mieścił się także burdel i pokoiki z karaoke.


Yangshuo – Typical tourist resort accompanent of tacky self portrait T-shirts, why anyone would want one of these is beyond me


Yangshuo – Preperation of downe to fill duvets and pillows


Yangshuo – Shanty town, opposite great barbeque food vendor





Z Kunming do Yangshuo | 2005-06-09



Jutro ruszamy w prawdopodobnie ostatni etap podróży tuktukiem przez Chiny. Celem jest Hong Kong oddalony o mniej więcej 800 kilometrów od Yangshou. Dlatego dziś z bólem i pustką w głowie zasiadam przed ekranem aby spisać ostatnie przygody.

Kunming – Xingyi

Ostatni wpis traktujący o podróży był z Kunming. Stamtąd po paru dniach spania, jedzenia i odpoczywania ruszyliśmy w kierunku Kamiennego Lasu czyli Shi Lin. Jak jednego dnia wszystko idzie świetnie to następny dzień jest piekłem. Tego dnia byliśmy w niebie – równiutka autostrada, super widoki, żyć nie umierać. Pobiliśmy rekord prędkości z górki – 90 km/h to było coś. Wieczorem Shi Lin – kolejna pułapka na turystów – oczywiście na takich co oczekują czegoś bardziej spektakularnego. Kamienny las to setki skał rozrzuconych na całkiem sporym terenie. Tu znów mieliśmy szczęście – wykorzystując zaskoczenie strażników zupełnie nielegalnie i bez biletów wjechaliśmy na teren parku narodowego aby objechać go dookoła. Dalej ufając szczęściu i mapie postanowiliśmy skrócić sobie drogę. O jak wielki to był błąd. Z początku czujność uśpiona przez świetną i nową autostradę (której nie było nawet na mapie). Na stacji benzynowej po skonsultowaniu się z panią która tam pracowała skręciliśmy w drogę która na mapie oznaczona była czarną nitką. Potem wszystko poszło nie tak jak trzeba. Najpierw zgubiłem mapę. Aha, a propos gubienia rzeczy – dotychczas zgubiłem 2 koszulki, 2 mapy, zegarek, słuchawki do ipoda, książkę, skarpetki, czapkę z daszkiem i notatnik z zapiskami – lista pewnie niekompletna, będzie gorzej. Wracając do meritum – po tym jak zgubiłem nieszczęsną mapę, zatrzymaliśmy się przed rozwidleniem dwóch podłych i kamienistych dróg. Tym razem wybrał Ian – wybrał źle – zaczął już wtedy padać drobny deszczyk – w błocie i po wybojach dotarliśmy do jakieś wioski. Tamże próbując dogadać się z tubylcami, bezskutecznie, nadal bezsensownie konturowaliśmy obijanie tyłków, aż do końca drogi. Na końcu drogi był las, góry, tama i zero cywilizacji. Trzeba było wracać z powrotem do rozwidlenia – wybraliśmy możliwość drugą, nie wybraną poprzednio. Nie było tak źle – po 20 kilometrach przez zapomniane przez wszystkich wioski, pola ryżowe, niewielkie osady aż spadł deszcz. Z początku nieśmiało, potem mocniej, aż trzeba było się zatrzymać. Nakryliśmy się plastikowym brezentem i skończyliśmy resztę chińskie wódki, aby się rozgrzać co nie co. Siedzieliśmy jak te barany przez godzinę, słońce zaszło i właściwie nie było innego wyjścia jak ruszyć dalej. Opróżniłem kieszenie z pieniędzy, portfela, ipoda spakowaliśmy wszystko pod plastik, pod którym schronił się również Ian i powoli przez kałuże, błoto pojechaliśmy w totalną masakrę. Przez 10 kilometrów walczyłem z kierownicą, nawierzchnią, deszczem i wiatrem aż ujrzeliśmy niemrawe światła wioski. Silnik zgasł. Latarka i trza szukać schronienia. Nie tak łatwo. Próba dogadania się z kimkolwiek niestety nie wypaliła. Pukając do drzwi albo nie otwierali, albo udawali że ich nie ma, albo się nas bali. Kto wie? Byliśmy chyba jedynymi białymi diabłami od setek lat którzy odwiedzili to miejsce - takich jak my wcześniej widzieli tylko w chińskiej kablówce. Kobiecina w chińskim sklepie SPOŁEM sprzedała nam piwko, zupe z kluskami. Przebrałem mokre szmaty i mogłem odrobinę odetchnąć. W dalszym ciągu nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy, Chińczycy mają problemy ze wskazywaniem kierunków – nieokreślony ruch ręką może oznaczać prawo w lewo prosto czy gdziekolwiek. Cóż, trza było jechać dalej. Tym razem Ian zasiadał za sterami i przebijał się przez 8 kilometrów aż w końcu dostrzegliśmy drogę. Miasto. Podłe i szare, błotniste i dziurawe. Ale miasto. Pieprzona cywilizacja. Prawie ucałowałem brudny chodnik. Nie zatrzymaliśmy się jednak ale ruszyliśmy dalej. Droga nadal masakryczna. Porażka. 120 kilometrów głosił znak drogowy – tyle miał mieć odcinek budowanej autostrady. Zrobiliśmy jeszcze z 30 kilometrów tej nocy, aby się poddać i zatrzymać się przy drodze na zasłużony odpoczynek.

Kolejny dzień to samo. Wyboje, dziury, kamienie, piasek, ciężarówki – 90 kilometów w 8 godzin zanim w końcu dotarliśmy do granicy nowej prowincji i miasta Xingyi. Internet, żarcie, relaks no i oczywiście nieunikniona wizyta w warsztacie samochodowym. Czyszczenie całego tuktuka, naprawa, przykręcanie śrubek. Kolejne 3 godziny.

Czasem mam dość. Dróg, samochodów, dziur. Ale cała reszta widoki, ludzie, jedzenie, przygodny kompensują całe to gówno w jakim się znaleźliśmy.

Opuszczamy Xingyi aby zatrzymać się znów w górach na drzemkę.

Następnego dnia droga znów masakryczna ale i wspaniała. Przez góry, lasy, rzeki – robię około 100 kilometrów po kamienistej drodze – ręce mi wciąż drżą po tym jak się zatrzymałem na przystani promowej. Warto było. Stąd mamy już tylko 90 kilometrów do Baise. W Baise kolejna wizyta w warsztacie – remont silnika. Nocleg w KTV – czyli hotelik, pokoje z karaoke, nieoficjalny burdel.

W końcu docieramy do Nanning. Noc spoczynku. Internet i cywilizacja. I wciąż deszcz. Cały dzień i noc.

5 czerwca ruszamy w drogę aby pokonać w 16 godzin 500 kilometrów do Yangshou. Z początku łatwo potem trudniej aby prawie umrzeć w huraganowym wietrze i powodzi spowodowanej przez tropikalny deszcz. I Yangshou – o 3 rano. Padnięci, wykończeni, wymęczeni ale szczęśliwi, że w końcu tu dotarliśmy. 29 urodziny. Cisza.

Dziś wymieniliśmy główne części silnika, który się kompletnie zatarł. Okazało się również, że jego pojemność nie wynosi 50 cc ale 110 cc.





Tuktuk stories - last episode - Z Yangshou do Hongkongu | 2005-06-13



Znów nie wiem jak nazywa się miasto w którym się znaleźliśmy. Znaleźliśmy pokój w jakimś szemranym hotelu w wąskiej uliczce odchodzącej od głównej drogi prowadzącej do Guangzhou. Nie mamy kasy, pijemy zieloną herbatę i przyjmujemy delegacje tutejszych prostytutek – wieść się o nas rozniosła więc przychodzą oferując swoje wdzięki, bezskutecznie – cóż, białasy spłukane poza tym biegunka męczy … ;)

Dzisiejszy dzień dziwny. Dziwaczny. Atmosfera coraz bardziej zagęszczona, temperatura sięga 35 stopni w cieniu, wilgotność może 90%, słońce i deszcz na przemian. Mam sraczkie i średnio się czuję, czarny humor dopisuje jednak – nawet wtedy gdy Ian zgubił mojego iPoda z 3500 kawałkami – podczas jazdy autostradą. Biegał potem w kółko jak oszołom próbując go znaleźć – bezskutecznie – zszokowany zaoferował mi, że odkupi mi nowego w Hong Kongu.

Wyruszyliśmy wczoraj z Yangshou – po pięciu dniach obijania się. Wymieniliśmy właściwie cały silnik w tuktuku, za grosze, ale nie widzę możliwości aby wszystko od teraz szło jak po maśle. Rura wydechowa (klasyk) odpadła już po 50 kilometrach – stopiły się struny od gitary trzymające wszystko w kupie. Jak zwykle droga i widoki rekompensowały niedogodności. Droga całkiem przyzwoita oprócz 30 kilometrów rozkopanej jezdni w kurzu i błocie – ale to już przerabialiśmy uprzednio wielokrotnie.

Wieczorem dojechaliśmy do Wuzhou – po 40 kilometrach ścigania się po krętych drogach z 3 motorowerami. Młodzi Chińczycy koniecznie chcieli pokazać jak szybko potrafią zasuwać na swoich maszynach – w końcu po szaleńczej jeździe poszliśmy wszyscy na browara. Wuzhou jak wszystkie miasta zaznaczone większą kropką na mapie którą mamy okazało się całkiem sporą metropolią – przepięknie zlokalizowaną. Domy towarowe, oświetlone przesadnie ulice (ciekawe ile wydają na energię elektryczną), McDonald’s, KFC, drapacze chmur etc. W centrum znajdujemy nędzny hotelik za 58 yuanów w którym czekała już delegacja komarów.

12 czerwca, niedziela

Miało pójść gładko ale nie poszło – dzień skończył się jednak nieoczekiwanie szczęśliwie.

Przed południem opuściliśmy miasteczko w którym spędziliśmy noc. W miarę szybko przejechaliśmy drogą numer 321 do Guangzhou. Ale gdzie się zaczyna Guangzhou? Już dawno opuściliśmy góry Yunanu, pola ryżowe, kręte górskie drogi, niewielkie wioski. W ich miejsce pojawiły się betonowe autostrady, tysiące ciężarówek, miliony ludzi, miasta z kilometra na kilometr były coraz większe aż przerodziły się w jedno wielkie miasto. Moloch. 60 kilometrów przed Guangzhou wjechaliśmy do miasta i wciąż z niego nie wyjechaliśmy. I będzie tak do samego Hongkongu. W Guangzhou klasycznie się zgubiliśmy. Nikt nie był wstanie nam nawet powiedzieć gdzie jesteśmy. 3 mapy i kierowanie się na wschód aż w końcu w tej betonowej dżungli dostrzegłem znane mi chińskie znaki (zhang shan da dao) które złożyły się na nazwę ulicy mającej przerodzić się w drogę g107. Miasto jest przeogromne – ślimaki autostrad tworzą pulsujące żyły aglomeracji, nie ma czym oddychać, powietrze jest tak zanieczyszczone, że po 4 godzinach kluczenia w tą i we tę głowa mi prawie eksplodowała z nadmiaru dwutlenku węgla i spalin. Tysiące wieżowców, blokowiska, niezliczone centra handlowe i szalony ruch drogowy. Oczywiście nie obyło się bez urwania chmury – deszcz przerwał poszukiwania na dobrą godzinę. Gdy w końcu znaleźliśmy się na drodze do Shenzhen tryumfowaliśmy.

Happy end – zatrzymaliśmy się w jednym z obskurnych miast, skąpanych w deszczu i błocie. 9 wieczór – trzeba się posilić. Mięso z grilla, piwo i tłum ciekawskich. Przysiadł się do nas człowiek bez nogi i nawiać począł o swoim ciężkim życiu (tak podejrzewam), zrobił się jeszcze większy tłum wokoło naszego plastikowego stolika pod parasolem (dostaniemy pewnie order od komitetu centralnego za odciąganie chińskich obywateli od telewizorów). Pojawił się też Andy (nazwę go Sceptyczny Andy – bo nie mógł uwierzyć, że przejechaliśmy Chiny Południowo Wschodnie na tym złomie co wabi się Sarah, a także w wiele innych rzeczy). 26 letni Andy (dobre imię dla Chińczyka) okazał się równym gościem, siedział z boku ze swoją żoną i dzieciakiem i postanowił zagadać, a angielski jego na całkiem przyzwoitym poziomie. Wypiliśmy parę browarów, zjedliśmy furę kurzych łapek, rozmowa toczyła się na wiele tematów, aż przyszła późna pora i trza było poszukać hotelu. Andy znów wybawił nas z problemu – płacąc za hotel z klimatyzacja, super prysznicem, tele – nie chciał słyszeć o żadnej kasie z naszej strony choć nalegaliśmy, ale nie za długo ;)

W końcu odpoczynek. Jutro ostatni etap – zostało 150 kilosów do Hongkongu.



2005.06.13 | 18.42

Hongkong. W końcu. Do Shenzhen dotarliśmy ekspresowo – jak przypuszczałem miasto się nie skończyło – aż do samej granicy. Na dworcu kolejowym klasycznie wkurwiliśmy chińskich oficjeli (jeden tak się zasapał, że prawie z umarł z nerwów zaciągając się chińskim szlugiem) – zero pomocy, zero angielskiego, zero kooperacji – no no no no i machanie rękami – a myśmy tylko chcieli znaleźć miejsce dla Sary. W końcu – w podziemiach 4 gwiazdkowego hotelu za 10 yuanow za dzień Sara znalazła miejsce spoczynku.

Potem pociągiem do HK. Tim (którego poznałem w Mui Ne w Wietnamie) wciąż się nie odezwał, więc szukamy miejsca do spania…

To była wspaniała rzecz. Na liczniku tuktuk wybiło 6000 kilometrów - z tego sam przejechałem 4000.

More shit soon

ps.
zdjęc nie będzie bo nie robiłem. ale za to powstał film - z całej podrózy przez Chiny





W krainie deszczowców | 2005-06-15



Deszcz. Nieustannie. Flotylle czarnych chmur rodzących kwaśne deszcze mejdinczajna nad wzgórzami i wieżowcami, a w dolinach ulic mokrego miasta tłoczy się życie. Ghana, Nepal, Indie, Afganistan, Filipiny, Iran, Irak, Polska, Anglia, Chiny, Tajlandia i tak dalej – tłusta książka gości w marnym hoteliku u Johnego Pau, na 8 piętrze, blok E, Chunking Mansions. Nie mogę spać, klimatyzacja wyrabia z ledwością swoją normę, w żołądku bulgoczą kwasy, nie w porządku mój żołądku, o nie.

Wystarczy jednak przekręcić klucz w zamku, jednym drugim, rozsunąć kratę zjedzoną przez czas i korozje, pozdrowić 3 metrowego Murzyna z uśmiechem z kolgejtu i brązowej marynarce od ślepego krawca z Mozambiku, nacisnąć guzik windy i poczekać chwilę bądź dwie, wsiąść do windy nacisnąć G i zjechać na sam dół. Tam przywita cię tłum reprezentantów tego świata, w budynku Organizacji Narodów Nie Zjednoczonych. Pakistańscy sprzedawcy zegarków elektronicznych z kalkulatorem i przenajprawdziwszych rolexów, Pendżabskie knajpy, 4 metrowi Murzyni wcale nie z enbiej, ale z Afyki podrównikowej, udają, że są z Bronxu, chodząc z gaciami do kolan, powłócząc jedną nogą, żując starą wykałaczkę, chińscy dilerzy z smyczą od komórki w kanabistyczne wzory, obfite prostytutki z Indii w różowych sari, filipińskie dziwki z ciężkim mejkapem, alfonsi i niemieccy turyści i holenderskie biacze szukają niewiadomo czego, dentysta z Singapuru, rosyjscy dresiarze, mongolscy sprzedawcy perfum od diora, nepalscy przemytnicy marihuany.
Kwitnie biznes piknie, pimparam, łatwiej było by wymienić czego tu się nie sprzedaje.

Szczęścia się nie sprzedaje.

Uwielbiam to miejsce. Tutaj Won Kar Wai zrobił swój film Chungking Express. Teraz to również atrakcja turystyczna, ani trochę nie tracąca swojej dawnej autentyczności. Najtańsze hotele w HK, knajpy, sklepiki z pornosami i sztucznymi penisami, tutaj kupisz kamerę, aparat czy jakikolwiek elektroniczny gadżet. Podrobiona nierzeczywistość, serce Tsim Sha Tsua, stąd pięć minut leniwym krokiem aby wsiąść w prom płynący na skalistą wyspę, centrum finansowe, futurystyczny wytwór ludzkiej wyobraźni, z potu i ciężkiej pracy jak i brudnych interesów.

Dziś spiknąłem się z Timem, jutro wprowadzamy się na parę dni do niego do chaty, którą dzieli z 3 kobitami z Anglii i Stanów (nie ukrywam, zresztą Tim również, że znacznie lepiej było by gdyby to były trzy 22letnie Chinki). Dojedziemy tam jak się tylko uda nam trafić.

take red line to mong kock then take green line to choi hung take c2 exit then as head outside turn left and the first bus stop is an a1 to sai kung its a green mini bus ask to stop at wo mei the bus journey takes about 20 mins u head up a hill then down it. on the way down is wo mei if u get to a round about on the way down (quite big) as the guy if it is wo mei this will be the stop after it when u get off the bus turn left then go down the set of stairs on ur left when u get to the road at the bottom of the stairs u will notice a big h monument walk under this and head up the road its quite steep and will see a dog in a toy house on the left at the top u will notice steps leading up to a church turn left, dont head up go left i live at number 28 c wo mei village there is an xfm sticker on the post box hope this is ok

W sobotę dociera lukasz.com a w poniedziałek lecimy do Tokio. Już się boję :)

PS.
Do Tima nie udało się nam trafić, bo Ian wyłączył budzik z rana, postanowiłem pozostać w Chungking Mensions i czekać na lca.





hong kong | 2005-06-16











Wciąż pada...





hk 6 rano - to był dziwny tydzień | 2005-06-17











6 rano, zaraz jade na lotnisko po Łukasza-Oblatywacza, poza tym kupilem obiektyw przez co w Japonii będę żył o ryżu i wodzie, mieszkając w parkach i zdzierając sobie sandały na ulicach Tokio...





live from the escalators | 2005-06-18



na żywo ze schodów w hk... łazimy z lca jak lunatycy w tropikach miejskiej dżungli


















hongkong | 2005-06-19









jutro tokio... a co potem to nie wiem... zredukowałem bagaż do minimum, jak i zawartość moich kont...





HKG Airport | 2005-06-20





w poszukiwaniu wifi ... i z sukcesem...

9 rano lot do Tokio. Dziś i jutro będę się starał wrzucać rzeczy na żywo z miasta używajac sieci bezprzewodowej - przygody dwóch straceńców w największej metropolii świata - lukajta tu także





Tokio | 2005-06-20



tokio. wymiękam. potem się określe. ale jest wspaniale. dziś tylko krótki spacer i zaraz spoczynek, po 3 dniach niespania.

















lost in tokyo | 2005-06-21



































deszcz w tokio | 2005-06-22















... kierde znów pada...





For relaxing time, make it Santory time | 2005-06-23





















autostopem przez Japonię | 2005-06-24



Dziś się zaczyna. W skrócie zapisuje i uciekam - bo muszę się jakoś wydostać z Tokyo....





tokio | 2005-06-25



Nie próbuję nawet szukać podobieństw pomiędzy tym co widzę teraz a rzeczami z przeszłości. Ulice Tokio są wysokokaloryczną pożywką dla moich oczu – wszystko co sobie wcześniej wyobrażałem mogłem spokojnie zzipować i wyrzucić do kosza.

„Dude, nie ma co wstawać zbyt wcześnie – jeżeli będziemy leżeć w łóżku do południa mniej kasy wydamy na żarcie” – rzekł Thorben z Niemiec do Andrew z Australii. Głupie to ale jakże prawdziwe. Kasa idzie straszna – oszczędza się na wszystkim a i tak schodzi 40-45 dolców na dzień. KaoSanTokyo.com – najtańsza opcja w Tokio za 2000 jenów za noc – nie żadne kapsuły metr na dwa (tam za noc 3500 jenów). 100 jenów to 3 zeta. Za 100 jenów kupisz najwyżej małą wodę mineralną, zupkę w proszku lub też 3 banany. Za 500 masz obiad w barze gdzie kuponik na żarcie kupujesz z automatu i przynosisz go do kuchni. Aby dostać się do miasta i z niego wrócić kolejne 400 jenów. Piwo kosztuje 300 a Santory Whiskey 250 za małą butelkę. Właściwie da się żyć ale minimalnie. O jeny…

O 17 kończy się praca. Metro wypełnia się do granic możliwości, wtedy pojawiają się upychacze ładujący ludzi w wagonach tak aby umożliwić zamknięcie się drzwi. Ludzie jadą do domów, do barów, na spotkania ze znajomymi – miasto tętni życiem aż do północy – potem odjeżdża ostatni pociąg. Tych których stać na nieprzyzwoicie drogie taxi nie mają co się martwić – reszta zostaje w mieście do rana, niektórzy idą przespać się w kapsule albo w lovehoteru (Love Hotel), gdzie niekoniecznie się śpi. Czasem zbyt zatrąbieni sararymen (urzędnicy) leżą na parkowych ławkach czekając na nowy dzień – wtedy obudzą się w wymiętym garniaku i znów pójdą do pracy. Życie sararymana to pociąg, praca, picie, spanie, pociąg, praca i znów picie. I tak codziennie – nie można przecież odmówić kolegom, a tym bardziej szefowi. Szef idzie się napić – idziesz z nim, lata temu podpisałeś pakt ze skośnookim diabłem. Kolektywnie w grupkach, głośno i alkoholowo spędzają kolejne dni po pracy.

Miasto, ponoć 34 miliony ludzi – wraz z Jokohamą i Chibą oraz setkami mniejszych miasteczek tworzą największą metropolię świata, jeden wielki betonowy organizm pracujący jak silnik Toyoty, bezproblemowo i długowiecznie – chyba że coś padnie – to wtedy jest krótkotrwała katastrofa - tajfuny, tsunami czy trzęsienia ziemi to chleb poprzedni…

Metro zmęczonych ludzi w którym nikt się nie uśmiecha. Jest cichutko. Słychać jak kartkują książki czy też komiksy. Rano wyprasowani biegną korytarzami wielkiego spaghetti, w pociągu gapią się w okno, ekrany komórek, gejmbojów czy kieszonkowych playstation. W okolicach Shibuya albo Shinjuku pojawia się kolorowy tłum szalonych ludzi – wszystkie odmiany wariatów, niesamowite Japoneczki, punki, dresiarze (tak, tak), uczennice szkół średnich w podkolanówkach, blond włosach, wyciągają lusterka z plastikowych torebek i zaczynają poprawiać mejkap, wszystko to nie przerywając świergotania i konferencji międzykomórkowych. Tokio jest stolica KNJ – Konfederacji Narodów Jednokomórkowych – za parę lat większość pop-ulacji będzie miało problemy z kciukami.





Hokkaido | 2005-06-25



Dzień pierwszy na Tohoku Expressway

Dziś zrobiłem ze 150 kilometrów. Poszło w miarę łatwo. Trochę to potrwało zanim się obudziłem, załatwiłem ostatnie sprawy, spakowałem graty, pożegnałem Łukasza i resztę ekipy w KaosanTokyo, skoczyłem do bankomatu a potem znalazłem odpowiednie połączenie aby dostać się na autostradę na północ w stronę drugiej największej wyspy Japonii czyli Hokkaido.

Z Ueno zakupiłem bilet za 650 jenów do stacji Hasuda (JR Utsunomiya). Prawie przespałem stację, pociąg się bujał, chyba połowa pasażerów spała, więc poddałem się sennym wibracjom. Otworzyłem oczy gdy zamykały się drzwi, chwyciłem plecak i crumplera ze sprzętem i wyskoczyłem na peron stacji Hasuda. Szare, ołowiane niebo, leniwa atmosfera w miasteczku, szybko znajduję przystanek autobusowy numer 3. Potem podjeżdża autobus jadący do Shiyakusho-mae – dzięki pomocy kobiety jadącej na sąsiednim siedzeniu wyskakuję tuż przy wjeździe na autostradę. Robię z kilkaset metrów mijając niewielkie domki, położone przy czystych uliczkach. Jest dość ciepło, staruszkowie podcinają krzaki w ogrodach, dzieciaki jeżdżą na rowerach, a ja zasuwam z plecakiem.

Powrót do autostopu jak za dawnych czasów. Podobnie jak w Niemczech czy w Europie Zachodniej najlepszym miejscem są parkingi położone przy autostradzie – w Japonii te miejscóweczki nazywają się SA/PA. SA (sabisu eria) są większe niż PA (parkingu eria), które są tylko parkingami z jednym barem, toaletami i stacją benzynową. Sabisu eria to znacznie większe przystanki, jest nawet bezprzewodowy internet (szkoda, że zabezpieczony) i stąd właśnie pisze te słowa.

Po 15 minutach machania zatrzymuje się pierwszy samochód. Przedstawiciel serwisu zajmującego się naprawą robotów i maszyn – 30 lat, jedzie do Utsunomiya, wyrzuca mnie 37 km przed tym miastem – na dużym SA skąd mam nadzieje złapać następną okazję. Stoję z godzinę – same samochody dostawcze, urzędnicy wracają z roboty, właściwie nic się nie dzieje, słucham lekcji japońskiego i żuję gumę. Yoshihiro Nakamizu od 13 lat eksportuje drzewka bonsai (www.j-bonsai.com) – zabiera mnie 10 kilometrów wraz ze swoją rodzinką (dzieciaki wgapione w mały telewizor nadający anime i cicha żona która tylko na końcu pożegnała mnie wiązanką miłych japońskich słów). Yoshihiro zna Porandu (Polskę), sprzedaje tam swoje drzewka, kiedyś też jeździł stopem, więc zawsze zabiera takich typów jak ja. Wszystko pięknie, ale zaczyna padać – dostaję w prezencie parasolkę i dobre słowo na pożegnanie. Zachodzi słońce więcej chyba dziś kilometrów nie zrobię. Z doświadczenia wiem, że w nocy się stopowiczów nie zabiera – jeszcze jeden koleś mnie zabiera, jednak też z 10 kilometrów, na szczęście na dobry SA.

Kolacja za 500 jenów, słowa wystukane na kompie, zaraz pójdę szukać wygodnego miejsca do spania. Z boku jest zielony park z super przystrzyżoną trawą, byle tylko nie padało.

Drugi dzień – Tohoku Expressway

Znalazłem doskonałe miejsce aby się wyspać – w lesie, na trawie, rozłożyłem karimatę, nakryłem się kocem zawiniętym z United Airlines, polskie tygodniki przywiezione od Łukasza, lekcje japońskiego z iPoda aż w końcu zasnąłem.

Obudziło mnie ostre słońce w okolicach 8 rano, otrzepałem się z setek mrówek (spałem w mrowisku jak się okazało), pozdrowiłem głębokim skłonem dwóch dziadków siedzących na ławce obok (ohayo gozaimas), spakowałem graty, zjadłem śniadanko w sali pełnej podróżnych, kawa, duża woda i ruszyłem w stronę autostrady.

Cel jaki założyłem sobie na dzisiaj – czyli Aomori – wydawał się odległy jak księżyc, który przyświecał mi w nocy. Znów iPod i 5 lekcja z 9 które ściągnąłem z netu – jeszcze 2 dni i przerobie to wszystko i będę potrzebował całości kursu. Po 15 minutach zatrzymał się pierwszy koleś – 45 letni fan Deep Purple (akurat leciało Smoke On The Water), coś po angielsku mówił (zresztą jak większość tych co mnie zabrała po drodze) – podrzucił mnie może z 30 kilometrów do następnego parkingu. 30 minut czekania i z piskiem opon zatrzymało się BMW wyprodukowane w Dżermani z kierownicą po lewej stronie – dobroczyńca nazywał się Kodo Hanabusa i był prezydentem Hanabusa Co. LTD firmy zajmującej się dostarczaniem lunchów do dużych firm w Tokio. Spoko gość – zapalony golfista, podwiózł mnie może z 20 kilometrów do kolejnego parkingu, z którego od razu zabrała mnie starsza para jadąca na wakacje do Akity (2 dni wakacji w Japonii to dużo). Akita znajduje się na zachodnim wybrzeżu Honsiu więc obiecali mi podrzucić mnie aż do rozjazdu dróg znajdującego się przed Morioką. Świetnie się złożyło – zapakowałem graty do wypasionego Nissana w stylu amerykańskich krążowników i ruszyliśmy w drogę. Koleś mówił odrobinę po angielsku i rozumiał wszystko więc przez pół godziny toczyła się rozmowa zanim nie zapadłem w głęboki sen na tylnej kanapie. Obudzili mnie na parkingu tuż przed rozjazdem zapraszając na lunch – nie mogłem odmówić, zresztą biorąc uwagę stan moich finansów wcale nie chciałem – wypasiony obiadek, potrenowałem japoński i przemili państwo pożegnali się ze mną zostawiając mi kawę w puszce i kawowe dropsy co prawdopodobnie miało mnie obudzić (niestety tak się nie zdarzyło).

Nie zdążyłem nawet się podrapać w tyłek, a tu się zatrzymał kolejny człowiek. Podrzucił mnie pod samą Moriokę, na kompletnie jak się okazało pusty parking – lecz i tam nie zagrzałem miejsca – dosłownie parę minut później młode małżeństwo z 3 letnią córeczką podwiozło mnie na lepszy i większy parking.

Tam stałem i stałem – zachodziło słońce i było już całkiem późno – nie byłem przekonany czy chciałbym rzeczywiście tu biwakować biorąc pod uwagę znaki ostrzegające o aktywności misiów w okolicy – zjedzony przez niedźwiedzia w Japoni – marny koniec marnego człowieczka.

Stałem tak i stałem – aż ze stacji benzynowej ruszył w moim kierunku jeden z jej pracowników niosąc dwa kartony z nazwami zapisanymi w Kanji (ten sam alfabet co chiński, zresztą potem napiszę więcej o języku).

- Konnichiwa
- Konnichiwa, ogenki deska?
- Hai, genki des, anatawa? Aomori e ikimas – rzekłem

Okazało się, że mistrzowie zrobili mi dwa kartony, zakładając, że jadę albo do Aomori albo do Morioki. Podziękowałem, uniżenie, kłaniając się w pas – ale dalej stałem jak ten kołek i nikt nie chciał się zatrzymać. Po godzinie znów ci sami dżentelmeni przyszli z pomocą - okazało się, że pytali się każdego na stacji benzynowej czy mnie nie zabierze. No i tak się stało – podjechał van z gościem o szarych włosach, różowej koszuli i butach za pierdyliard jenów – ten nie mówił a nic po angielsku, ale w ciągu 2 dni nauczyłem się na tyle japońskiego, że mogliśmy rozmawiać przez 15 minut (sam byłem zaskoczony) aż znów odpadłem. Obudziłem się przed samym Aomori, wypiliśmy kawę na parkingu i po 15 minutach byłem w przystani promowej. Za 1400 jenów zakupiłem bilet na Hokkaido do Hakowate i będę tam o 4 rano.

Podsumowując – jestem totalnie uradowany – będę na Hokkaido w niecałe półtora dnia odkąd opuściłem Tokio. Zakładałem minimalnie 3-4 dni aby się tam dostać – Japończycy zaskoczyli mnie kompletnie – każdy dzień jest lepszy od poprzedniego i jak się uda chciałbym zostać tu przynajmniej miesiąc. Jeżdżąc stopem schodzi mi maksymalnie 50 zeta dziennie – co jest chyba wyczynem, po dniach spędzonych w Tokio.

Dziś jest najważniejszy dzień dla moich przyjaciół - Adama i Pati – wszystkiego pięknego kochani – jestem z wami myślami i wypiłem butlę piwka Sapporo za wasze zdrowie – a weselnym gościom życzę genialnej zabawy.



Poranek. Już Hokkaido. Zjadłem mistrzowskie śniadanie (na zdjęciu poniżej). Potem będzie więcej… jadę do łaźni miejskiej











Sapporo | 2005-06-26



Nie wiele spałem w ostatnich 3 dniach – właściwie od paru tygodni sen jest nierówny, zasypiam o dziwnych porach, czasem wraz z brzaskiem, w godzinach popołudniowych na parę godzin. Teraz to się odbija – nie mam siły nawet machać lewą łapą na nadjeżdżające samochody – na szczęście nie trzeba wiele wysiłku – maksymalnie kwadrans z górką i znów jestem na swojej drodze. Tyle, że później zasypiam w samochodach swoich dobroczyńców i nie wiem czy jest to mile widziane, w końcu ktoś zabiera mnie ze sobą aby mieć towarzystwo na długiej drodze do domu.

Prom przybił do wybrzeży Hokkaido o 3.30 rano. Przystań promowa w Hakodate opustoszała jak trybuny stadionu marnego zespołu ligi okręgowej. Było jeszcze ciemno – nigdzie nie widziałem przystanku autobusowego czy też torów kolejowych – a do centrum miasta było ładnych parę kilometrów. Podreptałem zatem przed siebie, beznadziejnie machając kończyną z kciukiem, niestety żaden z niewielu pojazdów mijających moją objuczoną plecakiem postać nawet nie zwolnił.

Co mnie uderzyło to niesamowite podobieństwo do Stanów Zjednoczonych – jakbym znalazł się gdzieś w okolicach Seattle lub też Colorado – sympatyczne drewniane domki, mgła, czysto, niewielkie sklepiki i zakłady fryzjerskie. Przystankowo Alaskowo, South Park i Twin Peeks w wersji japońskiej. Chyba na tym się kończą podobieństwa, a może się mylę. Gdybym miał wybierać miejsce zamieszkania – pomiędzy USA a Japonią – nawet bym się nie zastanawiał. Nippon.

Wzdłuż morskiego betonowego brzegu wędkarze porozstawiali stoliki i krzesełka w milczeniu gapiąc się w ciemną wodę. Przeszedłem wzdłuż przystani, potem mostem aż w końcu zobaczyłem światła budzącego się centrum miasta. Zlokalizowałem wzrokiem stację kolejową, gdzie wrzuciłem plecak do przechowalni. Były trzy rodzaje lockerów – za 700, 500 i 400 jenów. Ten ostatni z początku, wizualnie, wydawał się za mały na mój plecak. Lecz po otwarciu okazało się, że oprócz mojego dobytku zmieściłbym tam nawet pocięte na kawałki zwłoki (po przeczytaniu przepisów na ścianie okazało się, że byłoby jednak to wbrew prawu, tak jak i przechowywanie broni, bomb oraz narkotyków).

Zostawiam zatem plecak i idę na poranny market Asa-Ichi. Tysiące homarów, ikry, ryb i innych owoców morza. Zamawiam za 1400 jenów donburi z ikrą z łososia i lobsterami. Niebo w gębie. W radiu leciały japońskie przeboje z lat 60tych, zaczynał się nowy dzień.

Internet bezprzewodowy – siadłem na ulicy i załatwiłem wszystko co trzeba było aby wskoczyć do tramwaju jadącego dotacji końcowej. Trzeba się w końcu umyć – publiczna łaźnia (Olsen) to chyba najlepsze miejsce. Za 370 jenów zakupuje bilet wstępu. W sporej sali 50 nagich Japończyków w wieku od 18 do 99, siedzą na plastikowych stołeczkach, przed lustrami, namydlają ciała, golą się aby wejść do jednego z dżakuzi (są 4 i jedno na zewnątrz – testuje wszystkie, różnią się intensywnością bulgotu i temperaturą od 42 do 45 stopni). Rewelacja. Spędzam tam godzinę paradując z fujarką po onsenie – no big deal – to samo robią inni, żadnego zasłaniania się i wstydu…

Po zważeniu się na elektronicznej wadze stwierdzam, że ubyło mi 10 kg od czasów piwnego brzucha którego nabawiłem się jesienną porą w Polandii.

Po zejściu do lobby zauważam salę w której śpią ludzie na bambusowych matach. Tego mi trzeba, na 4 godziny odpadam.

Około 14 ruszam poza miasto. 8 kilometrów zanim złapałem pierwszą okazję, tuż poza miastem, zaraz przed wjazdem na główną drogę. Zatrzymał się typek w kolorowych ciuchach, tuningowanej furce – nie jechał do Sapporo, ale zgodził się podrzucić mnie za miasto na pierwszy lepszy parking. Po drodze wstąpił jeszcze do domu na przedmieściach aby zabrać swojego kumpla – jechali w góry na jakąś imprezę. Potem siedziałem jeszcze w trzech autach, za każdym razem po parę kilometrów, zachodziło słońce, a mnie ogarnęło zmęczenie. Zrobiłem zakupy w seven eleven, postanowiłem postać jeszcze chwilę i poszukać miejsca do spania na plaży. 3 minuty później siedziałem w samochodzie Nishi Masanori, 26 letni mieszkaniec Sapporo zabrał mnie z radością i jak powiedział po raz pierwszy miał sposobność rozmawiać po angielsku z gaijnem (obcokrajowcem). 3 godziny później byłem w Sapporo – czas przeleciał szybko na rozmowie, słuchaniu muzy, zatrzymaliśmy się też na kolację gdzieś w górach, potem zasnąłem, Nishi obudził mnie w Sapporo.

Zdecydowałem się nie iść do Youth Hotelu za 3700 jenów. Za 1900 mogę przesiedzieć 7 godzin w kafejce netowej – prysznic, prywatna kabina, tysiące filmów na DVD, picie i jedzenie za friko, szybkie łącze i super wygodny fotel. Z tego co widze wcale nie trzeba mieszkać w hotelach - są łaźnie, kafejki netowe, przechowalnie bagażu, parki - naprawdę można zaoszczędzić...








16 godzin zamknięty w kosmicznym śnie w kapsule lecącej do nikąd. | 2005-06-28



Wczorajszego dnia w okolicach popołudnia ledwo już powłóczyłem nogami. Silny wicher powiewał, było zimno jak cholera, zjadłem obiad w knajpie dla robotników (schabowy !!!, ryż, nieograniczona surówka) i czułem, że więcej nie wyrobie. Było za zimno aby spać w parku, luknąłem do portfela, jeszcze trochę kaski było. W informacji turystycznej znaleźli mi najtańszą kapsułę, wsiadłem w metro i pojechałem do dzielnicy Susukino – bary, rabuhoteru (Love Hotels). Sapporo Kapsule Inn za 3200 jenów za noc. Wchodzisz bez butów, które zostawiasz w szafce. Wjeżdżam na 3 piętro (wszystkich jest 7, na 7 prysznic komunalny i dżakuzi) i odnajduję swoją kapsułę – wszystko wygląda tak jakbym miał zaraz odlecieć w kosmos. Ale zamiast tego odpadam w 16 godzinny sen. W środku kapsuły (metr na dwa) telewizor, radio, budzik, pościel – wygodna sprawa. Terebi (telewizor) nie działa jednak – trzeba wykupić kartę za 1000 jenów. Znajduję jeszcze ulotki z programem telewizyjnym na czerwiec – hm… same pornosy. Na moim piętrze jest jeszcze pusto i cicho. Bardzo szybko zasypiam, aby obudzić się dwa razy na siusiu.

Sapporo poprzedniego dnia sprawiało wrażenie pustego miasta – dziś wyszło słońce i sprawy przybrały inny obrót, mnóstwo ludzi na ulicach, ciepło i czuję się znacznie lepiej. Popracowałem trochę na kompie i trzeba będzie wyjechać z miasta w jakiś sposób. Jadę na wschód w stronę parków narodowych…











mgła w Kushito | 2005-06-28




Kana i Asuka podwiozły mnie z Sapporo 50 kilosów za miasto... Asuka ledwo co potrafiła prowadzić samochód więc siedziałem z tyłu martwiąc się aby nie zakończyć żywota gdzieś na japońskiej wyspie...


Przystanek - kiełbaska, i galaretki z witaminami i innymi proteinami dla ludzi którzy nie mają czasu, japońskie wytwory całkiem smaczne i pożywne



Kakkoi !! Najbardziej wyluzowani ludzie którzy zabrali mnie prawie 400 kilometrów aż do Kushiro.





W drodze do parku narodowego Akan | 2005-06-29



Wczoraj prawie zamarzłem na ulicy więc postanowiłem poszukać kapsuły za resztki mojej kasy. Niestety w okolicy nie było raida hausu (raider house - 1000 jenów za noc) więc pozostała mi tylko opcja kapsułowa za 2500. Wyspałem się - a na drugi dzień 10 kilometrów za miasto z trampka, nikt nie chciał się w mieście zatrzymać. W końcu lalunia w mikrosamochodziku pełnym pluszowych misiaczków zabrała mnie na drogę w stronę parku Akan. 3 minuty poźniej zatrzymał się pracownik kurortu który zaprosił mnie do onsenu za darmoche - sauna, prysznic, gorące źródełko, kawa i wifi za free. Morale mi wzrosły - mam jeszcze z 40 kilometrów do parku narodowego - mam nadzieje że znajdę raida hausu...

Napiszę potem więcej, trzeba jechać....



















Akan. | 2005-06-30



Czego szukasz będąc w drodze? Czy chcesz odnaleźć samego siebie czy też szukasz innych? Samotność ma swoje plusy, ale bez innych ludzi nie masz opowieści. Tylko interakcja ma sens. Czytając książkę Marka Kamińskiego o tym jak szedł na biegun stwierdziłem, że to nie dla mnie. Lubię samotność, wtedy układam w sobie myśli, planuję co robić, jestem zajęty samym sobą, lecz jednocześnie gdzieś szukam innych ludzi. Na pewno jest z tego satysfakcja – że doszedłeś na ten biegun – dążenie do celu jak najbardziej. Ja się złapałem na tym, że nie mam celu – droga ma sens sam w sobie i basta. Aha, to było tego dnia gdy Japonka która mnie podwoziła gdzieś na Hokkaido zapytała (albo inaczej, znalazła w słowniku – what’s your destinantion?). Nie wiedziałem co jej odpowiedzieć.

Piony poziomy wahania klimatu w tą i we tę. Najlepsze pomysły i rozwiązania przychodzą jednak gdy ma się z górki, wtedy mózg szybciej pracuje i daje to nieoczekiwane wyniki.

Ślizgam się. Tego znieść czasem się nie da. Ślizgania się po powierzchni kulturowej. Od tygodnia uczę się języka. O ile łatwiej jest znając parę słów i mając czasem mgliste pojęcie co też do ciebie mówią.

Mimo że Japonia może nie być brana pod uwagę jako kraj egzotyczny taki jak Indie czy Kambodża (które uwielbiam) czuję się tu jak w innej bajce, każdego dnia wstaję podekscytowany jak cholera, a czasem gdy zasypiam gdzieś to przebudzeniu nie mogę uwierzyć, że tu jestem.

Trudno mi się określić. Jak tu jest, co mi się podoba.

Zbyt wiele do opisania i opowiedzenia, całej masy rzeczy nie doświadczyłem jeszcze. Będę się starał opisywać po kolei. Jezu… spojrzawszy na mapę świata (zresztą polecam niesamowite programy do oglądania map – World Wind, Keyhole i Google Map – chrzanić globusy i papierowe mapy, to jest jazda) widzę jak wiele jeszcze do zobaczenia...














Sanatorium pod wulkanem. | 2005-06-30



Hokkaido jest super. Ale nie do zdjęć – tzn. na pewno jest znakomitym miejscem dla miłośników fotografii przyrodniczej czy też krajobrazów. Ale nie dla mnie. Wolę miejską dżunglę, a na wsi to lubię sobie odpocząć od aparatu. Dlatego ostatnie zdjęcia są tylko zapisem drogi, brak jakiś spektakularnych szotów. Ale postanowiłem wrzucać codziennie krótki film z podróży autostopem, zamiast zdjęć (które też się czasem pojawią). Wieczorem coś sklecę.

Około 16 opuściłem Akan aby jednym samochodem dojechać do Kawału Onsen. Kolejne emeryckie miasteczko – drewniane domki, sklepy z szajsem w stylu poroża jeleni i wypchane bobry. Nie trawię właściwie całej tej cepelii, choć teraz pochodzę do tego z dystansem. Krajobrazy są super, wulkany, jeziora, mgła osnuwa wszystko dookoła. Jest zimno – jakieś 10 stopni Celsjusza. Zasuwam w sandałach i krótkich gaciach – nie mam całego tego trekingowego ekwipunku. Brak namiotu, śpiwora, odpowiednich butów. Więc czekałem na okazję około 20 minut – inżynier z Kushiro nadrobił drogi aby z Teshikagi podrzucić mnie pod wulkan oddalony o 3 kilosy od Kawayu Onsen. Zobaczyłem sobie gejzery, śmierdzące siarką i piekłem a potem spokojnie przeszedłem sobie 3 kilosy nie próbując nawet autostopu – dziennie średnio robię z plecakiem z 7-10 kilometrów – niezła gimnastyka. W miasteczku znalazłem raida hausu – za 800 jenów (plus 200 za kołdrę i materac). Właściciel jest wiekowym dziadkiem, co ledwo chodzi, ale męczył mi dupę przez godzinę, objaśniając mi że to jest kibel, to jest TV a to jest pilot, który służy do jego włączania, tam jest lampka, a tu drzwi – uważaj na schodach jak schodzisz bo są strome, wyłączaj światło, zdejmuj buty, tam musisz jeść (gdzie indziej nie możesz i na mapie wskazał mi jakąś knajpkę). Strasznie upierdliwy typ – ale miejscówka fajna, typowy japoński domek, z rozsuwanymi drzwiami z papieru i drewna, raida hausu jest pusty więc dziś na spokojnie zasiądę na tatami i pomontuję filmy.

Wieczorem wizyta w onsenie – bulgoczące wanny, prysznic, golenie. Jutro muszę zrobić jeszcze pranie, bo wszystko śmierdzi martwym kretem.

Nie mam ochoty na trekingi i łażenie po górach, szczególnie, że jest zimno i nie mam butów –popracuję więc nad tekstami, stroną i zajmę się rzeczami które odkładałem na bok.







powrót do bloga

Since 1997 | [c] copyrights Bart Pogoda 1997 - 2010 | moc daje Adomas