powrót do bloga
negatyw | 2004-02-01
AZJA POŁUDNIOWO WSCHODNIA | 2004-02-01
We wtorek rano zmykam. Najpierw Londek na pare godzin. Potem na wschod 12 h w samolocie i Hong-Kong. Tam 6 dni i zlot do Bangkoku. Tyle wiem na razie. Reszta wykluje się podczas. Jak zwykle zresztą. Na pewno Tajlandia. Inne kraje w opcji - Laos, Kambodża, Wietnam, Malezja, Singapur - wszystko w zależności od pomyślnych wiatrów, epidemi, kataklizmów etc.
Na blogu i fotoblogu co jakiś czas relacja i zdjęcia w zależnosci od stopnia zaawansowania sieciowego danego miejsca.... :)
pozdrawiam , w razie pytan jestem pod mailem
brand new studio :) | 2004-02-01

SOUTH EAST ASIA | 2004-02-02
Zmykam do Azji we wtorek. Więc nie bedzie tu za dużo uaktualnien - w zaleznosci od jakosci lacz i mozliwosci przesyłu. Pozdrawiam....
tutaj przez najbliższe 3 miechy relacje i czasem zdjęcia / filmy
londek zdroj hitrou | 2004-02-03
juz londyn. przespalem caly lot, a teraz jeszcze pare godzin na lotnisku.... czekam na wiolke, pije kawae, znow zapisuje co nie co w notatniku... zaczynam znow miec uczucie bycia w drodze. lotnisko twierdza, anonimowy tlum, sprawdzannie bagazu, i inne atrakcje
jutro HongKong,.... tyle w telegraficznym skrocie... pieprzona klawiatura
Hong Kong | 2004-02-04
Miasto przyszlosci. Nie wiem czy Wawa bedzie tak wygladac w 2045 roku czy 3214. Niewazne. Porazajaca sprawa.
Deszcz plynie z nieba, wspaniale wzgorza nad miastem i szklane domy ociekaja woda i tona we mgle.
Mieszkam na 16 pietrze w Chungking Mansions , budnek A. Karaluchow jeszcze nie spotkalem, choc cena za hotel karalusza czyli jak najbardziej mila - czyli 50 HK$ (25 zeta)
Spotkalem kolesia z Polski w samolocie co jest tu juz 6 raz, wiesz bujamy sie szybko po miescie i wiem mniej wiecej juz jak sie poruszac.
W Londynie tez milo bylo - przyjechaly Wiola i Ewa, spozylismy mnostwo kawicy i obstrykalismy twierdze Heathrow...
Lot samolotem spoko - piekny film zapodali LOST IN TRANSLATION Sofii Coppoli.... jestem zachwycony...
Na razie tyle. Pisze z biegu i na goraco (albo na zimno, bo cieplo nie jest) Jutro zrzuce zdjecia. Padam tadam...
chiny, hong kong
chinskie bzdety | 2004-02-05
nie moge zainstalowac shitu, wszystko po chinsku, nie da tez sie zmienic tego na jakis normalny jezyk....
wiec na razie zdjec nie bedzie
zaliczam zrzut dzis, tempo ostatnich tygodni, samolot, no i impreza do 6 rano w hotelu - no i spanie do 18 .
jutro wyruszam na wyspe. wszystko nadal zamglone, a wg. prognozy slonca nie bedzie az do mojego wyjazdu, wiec pewnie zostane w HK w maju (na poczatku)
jestem przytloczony troche tym wszytskim... ale spokojnie - to dopiero pierwszy dzien.
victoria peak | 2004-02-06
wlasnie wjechalem, net za darmo przez 15 minut wiec korzystam
za oknem panorama HK, zimno jak cholera, ubrany na cebulke zasuwam po miescie,
dzis pobudka o 6 rano. na korytarzu wciaz trwala impreza (tuz za sciana mojego pokoju - celi).wypilem dwie herbaty, wysluchalem zwierzen jakies chinki a propos jej marzen o japonii i o tym ze chce sobie kupic dom.
sterylnie czyste ulice z rana, niewiele ludzi, szybko docieram Star Ferry na druga strone ciesniny, na wyspe, gdzie miesci sie centrum biznesowe miasta
kawa w starbucks i z buta. martwi mnie kompletny brak swiatla, wszystko szare i plaskie. na pewno zmienie rezerwacje aby wpasc tu po raz drugi w drodze powrotnej
platanina korytarzy, przejsc, tuneli. tlum porusza sie sprawnie, wg strzalek, znakow. nie ma balaganu. wszystko jak w futurystycznym snie. masy urzednikow zasuwaja w uniformach, jak w filmie Gattaca
zaraz czeka mnie zejscie z gory, wiec uciekam... pozdro
hong kong | 2004-02-06

widok z dachu mojego hotelu... wrzucam zdjecia tylko z ixusa, z duzego nie ida, bo nie da sie dysku podlaczyc... co jakis czas cos wpadnie ;)
skok | 2004-02-06

HK | 2004-02-07
Cala wczesniejsza wiedza o HK opierala na filmach kung fu, produkcjach z Jackie Chanem, czy filmach Won Kar Wai. Takze kostiumowe filmidla z dzielnymi Brytolami wywarly na mnie "niezapomniane" wrazenie. Cos tam czytalem, cos tam widzialem, ale bez glebokich analiz. Wyobrazenia czesto mijaja sie z rzeczywistoscia. I wiedza na temat danego regionu moze byc zapdejtowana tylko i wylacznie przez kontakt - z zapachami, ludzmi, jezykiem i calym mnostwem szczegolow. NIe mam zadnego przewodnika z soba, cala wiedze czerpie z tego co widze, badz uslysze, wiec prosze nie brac rzeczy jako pewnik. To po prostu bardzo subiektywna sprawa - tak ja moje zdjecia i teksty... (takie ostrzezenie)
Szmal, kasa, mamona, mani, mani, mani
To pierwsze co uderza. Jeszcze nie czuc zapachow, nie slyszysz dzwiekow ulicy, szczegolnie gdy pierwszy kontakt to sterylne lotnisko polozone na 2 wyspach, 25 km od centrum HK. Wszedzie ostrzezenia o zakazie palenia, smiecenia, plucia i podobnych, podlegajacych karze do 5000-1000 HK (1 HK$ = 0,5 zeta). Potem jazda do centrum. Najtansza opcja to autobus a21 za 33 hk$ - zawozi cie prosto pod hotel. Ale o tym pozniej. Mialo byc o kasie. Widac ja wszedzie - fantazyjne wiezowce (w tym trzeci pod wzgledem wysokosci na swiecie), drogie samochody, niesamowita infrastukura, wiszace mosty,tunele, wielopasmowe autostrady, lacza wyspy HK w jeden wielki pulsujacy i niesamowicie oswietlony o zmroku organizm. Genialni i przebiegli Chinczycy czekali do konca zanim Angole oddali zajebiscie przygotowane miasto - pelne siedzib bankow, instytucji, z najwiekszym przeladunkowym portem na swiecie. To musi sie samo krecic (no byl maly krach na poacztku lat 90tych).
Wybor towarow, dobr z calego swiata zadowoli kazdego porzadnego gadzeciarza. Sam prawie wpadlem w pulapke, na szczescie nie mam kasy na bzdeciki (pozwolilem sobie tylko na obudowe wodoszczelna do ixusa, przyda sie na nurkowaniu w Tajlandii). Jestem fanem sprzetu foto - jest go tu za duzo. O wiele. Najnowsze aparaty, szkla, akcesoria po zajebistych cenach - jezeli chodzi o zakupy to HK to raj dla konsumentow ;)
Ludzie
7000000 zjadaczy ryzu, owocow morza. Przede wszystkim Chinczycy - zarowno ci stad jak i nowi Chinczycy, ktorzy sa wlasciwie tania sila robacza. Oczywiscie tez biali - widoczni wlasciwie tylko w centrum na wyspie, sa kadra menadzerska, pracuja w wielkich korporacjach. W wiekoszosci wszyscy mieszkaja w klitkach, szarych wiezowcach - wciaz nie wiem w jaki sposob zbudowanych (tzn wiem, konstrukcje z bambusa sa najlepsze) - na dole w garazach stoja mercedesy, royce rollsy, beeeeemki. Myslalem tez ze wszyscy mowia tu po angielsku. EEEERR - blad - trudno sie dogadac w miejscach gdzie przebywasz najczesciej czyli na ulicy, pytajac o droge czy tez w knajpie (hehe to jest problem, szczegolnie gdy menu w najtanszych miejscowach jest po chinsku). Jeszcze jedno - brak usmiechu - ludzie jak maszyny zasuwaja przez miasto. Moze tez tak jest ze jest zimno, dzdzyscie, mlgiscie i deszczowo. Ale idzie wiosna...
Oczywiscie nie brak tez przybyszow z innych stron swiata... Sa tu wlasciwie wszyscy
Skojarzenie jedno - wielkie miasta swiata - Londyn, NYC ....
Ordnung muss sein!
Jak juz wspomnialem. Na pewno nie tak jak w Singapurze (gdzie moze dojade w najblizszym czasie) - przadek musi byc - na Kowloon nie tak bardzo - szczegolnie w okolic Temple Street, gdzie bardziej czuc Chiny. Wystraczy jednak wziac Stary Ferry na wyspe i od razu wszystko sie zmienia. Mozna jesc z chodnika . Ostrzezenia, nakazy, zakazy sa wszedzie "trzymaj psa na smyczy" "zbieraj jego kupke" "nie pluj" "nie pal" "nie jedz" ... nie oddychaj. choc przez to oczywiscie jest milo i ladnie. Beton nie przygniata. Wystarczy pojsc na wzgorza, pelne sciezek, miejsc biwakowych. W samym miescie jest wiele parkow, miejscowek gdzie mozna usiasc, sa tez ogrody botaniczne, parki zabaw dla dzieci, boiska. Wszystko niewiadomo jak upchane. Nie zdazylem jeszcze pojechac za miasto (pewnie za drugim razem, przy powrocie sie uda), lecz jak mi wiadomo sa tu miejsca (HK ma 1000 km kwadratowych) gdzie latwo mozna uciec od cywilizacji.
Chunging Mansions
Mieszkam tu. Tzn jestem, nie wiem czy mozna nazwac to mieszkaniem, raczej cela, ktora dzielilem do dzis z Erykiem z Krakowa (spadl do Chin dzis wieczorem). Teraz jestem w innej celi - jedno osobowej, z widokiem na ciesnine i futurystczne wiezowce. Chungking to kilka wielopietrowych wiezowcow, ze wspolnym parterem, pelnym sklepow, sprzedawcow wszelakich dobr, jak i cial (tu chodzi bardziej o sprzedawczynie), hinduskich knajp; wokolo kraza sprzedawcy "oridzinal" rolexow z Pakistanu, Indii, Mongolii - nawiedzeni naganiacze za kazdym razem probuja zapodac ci pokoj w swoim hotelu (nie rozpoznaja cie - zgodnie z regula - white is white, black is black, yellow is yellow). Mieszkam w Travellers Hotel - fajne i tanie miejsce. I dziwne. Pelne przygodnych podroznych, jak i stalych bywalcow. Czesc z nich pracuje tu jako nauczyciele angielskiego czasem trafi sie tez rola (tlumu) w tanim filmie made in hongkong. Jest tez John - obsikany i brudny Anglik chory na Parkinsona, ktory przyjechal tu 25 lat temu i juz zostal. Dzis kupilem mu fish and chips - w barze Loko Lak. Szef hotelu niejaki William, Chinczyk z HK, wlasciwie nie wie co z nim zrobic, bo on Angol juz tu byl zanim ten zdazyl pojawic sie na swiecie. Smutna sprawa. Reszta ekipy caly dzien wlasciwie siedzi w tzw "livinig room" i gapi sie w TV na ktorym zapodaja Animal Planet czy Discovery Travel (hehe, choc masz egzotyke i nieznane za oknem, twoim oknem jest wciaz telewiozor, chyba latwiej go ujarzmic, ale bardziej uzaleznia, rzeczywistosci nie przelaczysz pilotem... chyba tacy jestesmy)
SARS i inne
Hm. Nie widac ludzi w maskach. Oprocz pracownikow na ulicach (ale to raczej o smog idzie sprawa). Kurczaki jak sprzedawali tak sprzdaja - psy widzialem tez - ale takie mile puszyste pieski rasowe na wystawie robiace kupe - wszystkie na sprzedaz, jako nawieksi przyjaciele czlowieka. :)
.....
luzne mysli i spostrzezenia... jak zawsze zreszta. w poniedzialek jade do Bangkoku. Mam nadzieje ze kasa bedzie mniej szla niz tu.
z HK do BKK | 2004-02-09
Juz Bangkok. Rano obudzilo mnie slonce. Zawsze tak jest - akurat w dzien wyjazdu. Spadowa z HK, szybka jazda busem a21, odprawa blyskawiczna, lot rowniez (przespalem).
Na lotnisku w BKK koszmarna kolejka do odprawy paszportowej. Stalem z godzine. Potem autobus do miasta. Hm.... ogromne korki, brak jakichkolwiek punktow orientacyjnych, nawet za bardzo nie wiedzialem gdzie jade. 28 km z lotniska do centrum - prawie 2 godziny. Wyskoczylem gdzies po drodze z Gavinem z Angli - byl tu pare lat temu wiec znal droge mas o menos. Koh San Road - slynna ulica - gdzie wszyscy przyjezdzaja od lat. Widzialem juz takie miejsca - o tym bedzie pozniej.
Mam hotel za 180 baht - trudno wlasciwie bylo jedynke znalezc, w ogole miejsc nie bylo. mala ale czysta cela bez kibla z wiatrakiem. Musze wyprac rzeczy, zjesc cos, zaplanowac podroz, bo chyba wypada cos wiedziec na najblizszy czas.
padam. jest 30 stopni, czas wyrzucic ubranie
chungking | 2004-02-10

chiny, hong kong
hk miasto | 2004-02-10

chiny, hong kong
bangkok | 2004-02-10
na razie nie wiele zobaczylem z miasta. wlasciwie nic. tylko koh san rd. w nocy sie nie wyspalem - impreza, krzki, rozbijanie butelek do 2 rano za oknem, potem lola w pokoju obok stekala cala noc (przyszedl jej chlopak do niej chyba). Tekturowe sciany w spaniu nie pomagaja.
Dzis zdjecia zrzucam. tu
potem bedzie wiecej.... chill out
HONGKONG FOTO! | 2004-02-11
Londyn Lotnisko
Hong Kong Miasto
Hong Kong Ludzie
Hong Kong Chungking Mansions
Hong Kong rozne foty, imprezy, etc.
wrzucam tyle. i z cyfry tylko oczywiscie. zreszta HK bedzie raz jeszcze , zostanie powtorzony na poczatku maja 04
chiny, hong kong
noc | 2004-02-12
jest noc. granica pomiedzy dniem a noca dawno sie zatarla. to co pisze w notatniku w ogole nie trafia na bloga. jakos mi z tym dobrze, bo odrobina prywaty sie nalezy.
wlasciwie nie pamietam jak sie nazywa moj hostel, w kazdym razie dobrze tu , blisko a zarazem daleko od zatloczonej i glosnej miedzynarodowej kao san.
wsiakam atmosfere, choc raczej korci mnie aby ruszyc dupe pojutrze, pociagiem na polnoc, i ladnym lukiem przejechac rzez laos do wietnamu a stamtad do kambodzi i bek tu tajland agein.
bangkok przytlacza. moloch w ktorym wszyscy umieraja od spalin. nie poszedlem spac w nocy. o 5 rano wbilem sie w tuk tuka (tuk tuk - rodzaj moto rykszy, jak te w Indiach) i pojechalem do chinatown. krazac o wschodzie slonca po budzacych sie ze snu ulicach poczulem sie bardzo maly, bardzo sam, choc nie zagubiony. lepiej sie zgubic i zatracic czasem niz wlepiac oczy w mape (ktora w BK i tak jest bezsensu jak sie zdaje). Niesamowita sprawa, obserowac jak mieszkancy miasta przygotowuja sie na caly dzien, smazac potrawy, wystawiajac towar ze sklepow, przeladowujac, ukladajac czy sprzatajac ulice. targ miesno-warzywny rozwalil mnie totalnie - takich rybek w zyciu nie widzialem, najlepsze ze lazilem tam p tych tlustych posadzkach, obijajac sie o stragany pelne dobr, zupelnie sam. bez natarczywego tlumu turystow....
pare ladnych km zrobilem tego ranka, padniety doszedlem do rzeki, wbilem sie w lodz ktora za 10 bhatow przewiozla mnie do przystani niedaleko mojego hotelu
pare mysli
aby zrobic dobrze dany temat foto - trzeba go wymyslec, miec kontakty, miec kase, czas, cierpliwosc i jeszcze raz generalny zamysl. na razie plyne, uczac sie slow tajskich, kumajac zwyczaje, zapisujac pomysly. zobaczymy co sie wykluje. a zdjecia sie robia codziennie...
.....
kao san rd - miejsce zabaw, uciech, jest bardzo cool, jest jak koszulki z che, jak dredy, jak bob marley. stoiska z ciuchami, ksiazkami, knajpy otwarte na okraglo, tanie hotele, tanie piwo, tani seks. seks seks seks. wrecz plynie ulicami, seks + kasa + seks + kasa. na razie mam chyba tego dosc (choc kasy i seksu nigdy za wiele ;)
no dobra. nara
Sawatdii | 2004-02-13
Lubie takie poranki. Po calej nieprzespanej nocy, przy lekturze "Oswajania swiata" (Nicolas Bouvier), czekam na sniadanie, nocna zmiana jeszcze sie krzata, choc ospale, wyglupiajac sie, zaraz pojda do domu. Przed hotelem przemykaja sznurem turysci z plecakami. Niektorzy wyjezdzaja inni przyjezdzaja. Zycie sie toczy, tylko w ktorym kierunku?
Popijam kawe, zaraz przyniosa skwierczace sadzone jajka z bekonem, tosty, dzem i sok pomaranczowy. Pare tajskich lasek nakreca podchmielonych farangow (farang - bialy, gringo). Wiatraki na suficie leniwie mloca i tak juz schlodzone przez cala noc powietrze. Atmosfera kolonialnie senna, przesycona kacem, potem i napalmem. W koncu caly ten seks biznes nakrecil sie przez stacjonujacych tu amerykanskich zolnierzy podczas wojny w Wietnamie. Mloda Tajka lezy na 30-latku o czerwonej twarzy i rozczochranych wlosach. "take me with you" cieniutkim glosem miauczy dziewczyna, ten zbyt pijany nie moze ruszyc dupy, a ta zasypuje go kissami. Jem jajko. Do srodka wsypuje sie tlum spoconych nowych przyjezdnych. Ide zrobic poranna kupe, zabieram aparat i szybko przemieszczam sie w strone rzeki do przystani Tha Phra Athit. Za 6 batow plyne promem na poludnie do Tha Tien (tu przy swityni Wat Po), aby od razu przeskoczyc na mniejszy prom za 2 baty, na druga strone, gdzie znajduje sie Wat Arun, z charakterystyczna wysoka wieza. Ehh ... wschod slonca nad Bangkokiem i Chao Phraya, rzeka ktora dzieli miasto i jest chyba jego najbardziej przepustowa droga komunikacji miejskiej. Leb mnie boli jak pomysle o jezdzie autobusem, tuk tukiem czy innym po zatloczonych duszacych ulicach tego molocha. Staram sie wiec w ogole w dzien nie poruszac pojazdami, najwyzej w nocy badz o poranku.
Coraz szybciej przyswajam nowe nazwy, zapisuje sobie zwroty i podstawowe slowa. Oczywiscie wiem ze wymawiam je nie do konca prawidlowo, ale co robic - tajski ma az 5 intonacji - niska, srednia, wysoka, opadajaca i wznoszaca sie. amen
Wzruszam siem wiec jak dzieciak tym wschodem slonca i wlaze do Wat Arun. Swiatynia jest pusta o tej porze, 3 psy bawia sie na dziedzincu, slysze jak male postacie zamiataja okolice bambusowymi miotlami, straznicy ziewaja, jest rozkosznie. Swiatynia jak to swiatynia. Jak oddawac czesc Bogu to na maksa. Nasrane ozdobami wieze, rzezby, plaskorzezby, mienia sie kolorami i lsnia zlotem - szczegolnie w blasku tego wschodzacego doprowadzajacego do lez slonca, haha...
Aby wejsc do swiatyni trzeba zabulic. Ale bez histerii to nie Angkor Wat (30$ za dzien tamze, bede musial wyciagnac sakiewke jak tam sie znajde), tutaj uiszczamy oplate 10-20 batow. Wczoraj troche mnie rozwalila sprawa Zlotego Buddy z Wat Traimit w Chinatown. W malej niepozornej swiatyni, gdzie lazilem sobie sam bez nikogo zadnych straznkow, krat, czolgow i w ogole arsenalu zolnierzy stoi (albo raczej siedzi) posag buddy. 3 metry, 5 i pol tony czystego zlota, wartego 14 milionow zielonych papierkow. Tuz obok jest szkola, dzieci graja w pilke, leniwe koty wyciagaja sie na schodach. Hm... ale to jeszcze nic. Dzis w Wat Po widzialem jeszcze innego budde, tym razem lezacego. 55 metrow na 18 wysoki czy cos w tym guscie. Blyszczacy, swiecacy z heroinistycznie otwartymi oczetami. Tlum luda w okolo. Hm... no i po co to ? Chyba raczej dla turystow. Ktorzy jezdza po swiecie aby sobie zrobic zdjecie przed czyms co jest nawieksze, najdluzsze, najdrozsze najnajnaj. Przerost formy nad trescia, zreszta bardzo generalizujac jak w wiekszosci religii. Ja tam nic nie mam do religii (przestalem na nia chodzic w 3 klasie podstawowki) ale Boga w ktorego wierzysz masz w sobie a nie w kawalku jakies wiekszej czy wiekszej materii. taki banal bananowy...
A potem przyszla porareraksu - czyli masaz tajski. Nie ma nic on wspolnego z erotyka. Tutaj bardziej chodzi o ugniatanie, wykrecanie, masowanie, wyciaganie. prawie godzinka i jestem jak nowy. Mala tajka o silnych dloniach dala naprawde rade. A na koniec dostalem jeszcze specjalna ziolowa herbatke. Milusio. Zrelaksowany, powyciagany polazlem wiec do swiatyni gdzie zlozylem sie na krotka drzemke, zjadajac wczesniej jakies chwasty z orzechami.
No i z powrotem na Khao San. Nie spalem od ladnych kilkunastu godzin. Ale jest ok. aha, hepi walentajns ewribodi
bangkok chinatown | 2004-02-14

rzeznia | 2004-02-14

nici z trojkacika | 2004-02-14

wat arun | 2004-02-14

bangkok foty | 2004-02-14
Bangkok Foto - pare foteczek przed zjazdem na polnoc wrzucam. na razie taki maly wglad - w BK bede jeszcze ze 2 razy minimum.
potem cos napisze. aloha
Chiang Mai | 2004-02-15
uff wyrwalem sie z BK - cala noc autobusem - no i jestem na polnocy w drugim co do wielkosci miescie Tajlandii - Chiang Mai... co za ulga, za 3,5 $ hotel z basenem z widokiem na miasto, o wiele taniej niz w BK, przyjemna atmosfera, wlasciwie dopiero dotarlem, jestem po sniadanku i zmykam sie powloczyc.
lenizm | 2004-02-16
W Chiang Mai czas sie dluzy. I w ogole jakos sie wolniej zrobilo. Choc nudno. Nudno nie znaczy zle. PO prostu. Wczoraj od rana biegalem probujac znalezc cos ciekawego do sfocenia - taa, zrobilem pare kaskow motocyklowych w smieciach, paru zasuszonych dziadkow, jakies abstrakcje. Nie jaraja mnie mnisi w pomaranczowych ciuszkach, i te swiatynie, setki swiatyn. ile mozna.
Atmo w miescie dziwna. Obok ogromnych hoteli, powstajacych non stop, w kurzu i pocie, stoja male drewniane chatki, zapuszczajac sie w uliczki znajdziesz tajemnicze ogrody i rozpadajace sie swiatynie.
Mnostwo knajp, ksiegarni, udogdnien dla turystow. biura podrozy polecaja wycieczke na sloniu, nauke gotowania, masazu,i innych. w sam raz dla niemieckich emerytow. na razie tajlandia to wspanialy kraj na wakacje, ale wakacje beda potem, teraz zmykam do laosu, splynac mekongiem. Choc wczesniej jeszcze pod granice z Birma sie udam, jest tam jakis oboz uchodzcow. zobaczymy.
Czuje ze na nastepna podroz pojade na jakas wojne, bo potrzeba mi wrazen (jezeli moja mama to czyta to oczywiscie puszczam oko i wcale tego nie mowilem)...
poza tym rozpieprzyly mi si moje sandaly ecco - po 4 latach i paru tysiacach kilosow - dostal je w prezencie kierowca tuktuka, siedzial na boso wiec dostal :) ja tymczasem zapodalem sobie za gorsze tajskie podroby sandalow TEVA - ktore kosztuja 100$ - a tutaj 10$
no i jeszcze z innych strat - rozjebka magazynka do rollei - na tyle ze nie za bardzo da sie to zreperowac, szczegolnie tutaj bo nie wiedza co to jest - wiec uzywam splecionych gumek aby przypadkiem back sie nie otworzyl i jakos zdjecia sie robia. troche to mozolne. aby wyjasc filmm musze zdjec gumki, ale spoko - lepsze to niz nic.
ehhh tyle... milego lepienia balwanow
party w chiang mai i spadowa do pai | 2004-02-17
okazalo sie ze chiang mai to miejsce na niezla impreze - z kolesiem ze wschodnich niemiec - Dirkiem czy cos takiego (menago zespolow hardkorowych z Erfurtu, powspominalismy stare dobre czasy enerde peerel czeskie polskie ruskie bajki i w ogole klimaty Good Bye Lenin) zrobilismy mala rundke po nocnym miescie - w szczegoly nie wchodze ;)
tekst wieczoru. wysiadamy z tuktuka - Taj pyta skad jestesmy - Germany Poland - "aaaaa ju al nazi?" wyraznie ucieszyl sie koles. Nie za bardzo kumam o co chodzi z poczatku, ale po chwili pada monumentalna fraza - "hai hitlel !" radosnie wykrzykuje kierowca tuktuka. Dirk jest wyraznie nietego, ja umieram ze smiechu, a Taj z hitlerowskim pozdrowieniem podnosi prawa dlon. coz .... ;)
rano gettapa sniadanko pakowanko i zmykam na polnoc do Pai, potem sie zobaczy. w dalszym ciagu nie wiadomo jak z tymi wizami do Laosu - info jakie dostaje sa conajmniej sprzeczne
jesien w dolinie muminkow | 2004-02-17
pzez cala droge pachnialo palona trawa - mowie oczywiscie o takiej co sie na polach pod koniec lata wypala - liscie opadly z drzew, pomaranczowe swiatlo stroboskopowo przez drzewa walilo po oczach - siedzenia byly twarde, ale co tam. przesluchalem Love Belove, Outcasta i ostatnia Fisza plytke. droga wila sie w gore i w dol i w gore, czasem mrozne powietrze podwieczorkowe mrozilo uszy mojej glowy wystawionej przez okno
w koncu zjechalismy do doliny, gdzie nad rzeczka mala wioska Pai sie znajduje
znalazlem chatke z bambusa na kurzej stopce, tuz przy wodzie za 3 dolce. wlasciwie nie ma tam nic oprocz materaca na podlodze i moskitery, ale o to chodzi.
zreszta napisze wiecej ide pochodzic i pozyczyc skuter
hot springs | 2004-02-19

burned out | 2004-02-19

wcale nie krwawy sport | 2004-02-19

pai times | 2004-02-19
Lagodne wzgorza porosniete przez wysuszone po goracym lecie drzewa. Wyplone laki i pola. Green rice fields forever. Rozrzucone po dolinie niewielkie osady. Gorace zrodla, strumienie i wodospady. Zrelaksowana atmosfera. Male bungalowy zbudowane z chwiejnego bambusa wzdluz rzeki. Pasace sie krowy. Spiew muezina z pobliskiego meczetu o 4 rano przy akompaniamencie chudych kogotow, spasionych ropuch i bzyczacych insektow. Wieczorem ogniska rozwietlaja przystanie dla przyjezdnych, ogrzewajac lekko chlodnawy wieczor. Z glosnikow snuje sie muza, czasem dla odmiany ktos szarpie struny gitar. Dziesiatki mniejszych i wiekszych knajp zachecaja do pochloniecia czegos smakowitego za niewielka ilosc batow. Dla umeczonego ciala masaz, dla duszy medytacja oraz piwo + ziola dla wszystkich. Dla hardkorowcow lekcje tai boxingu, dla niemieckich emerytow przejzadzka na sloniu, dla milosnikow sztuki male galerie z bzdetami mamiacymi oczy. Mozna wyrzucic buty i na boso przemykac po rozpalonych sloncem ulicach, zatrzymujac sie na przygodna rozmowe. Mozna tez czytac ksiazki lezac w hamaku. No i nie robic nic tez mozna. W dolinie Pai.
...
wczoraj caly dzien na skuterze, zrobilem jakies 100 km, jezdzac do upadlego po okolicy. bez mapy, gubiac sie co chwile i znajdujac ponownie droge.
,,,
CHANG MAI FOTO
PAI FOTO
still pai | 2004-02-21
ciagle tu. az do wtorku. czekam na wize do Laosu - wlasnie wyslali moj paszport do BKK - troche kosztuje 30$ za 30 dni - ale lepszy rydz niz nic.
relaks kompletny. laze z aparatem - pstrykam - dni leca szybko, mimo spowolnionej atmosfery
Oak - wlasciciel Drifter's zapodaje jaja sadzone, na stole talerze z anansem i arbuzem, kawa, laduje baterie w urzadzeniach elektronicznych, zapuszczam Kind of Blue, potem zdrowa kupa i na miasto
dzis znow pozyczam skuter - mysle o tym aby wziac najpotrzebniejsze rzeczy i spac gdzies w jednej z wiosek.
moglbym tez opisac postacie ktore codziennie spotykam - dziwna mieszanke bezpanstwocow przemieszczajacych sie wg por roku z miejsca na miejsce - uczacych tu angielskiego, budujacych szkoly czy swiatynie, artystow szukajacych natchnienia w okolicznych krajobrazach, zwyklych frikow z dredami co zyja o misce ryzu i gownianym joincie "made in Lisu Hill Tribe", sa tez starzy hippisi z dlugimi wlosami upstrzonymi srebrnymi nitkami siwizny, czasem zaplacze sie jakas para emerytow ze Szwecji,nowi Chinczycy upper-class - milczacy jak chinski mur, nie znajacy angielskiego, w najnowszych trendowych ciuchach North Face, kosmicznych sandalach; czasem trafi sie Japoniec zdziwiony tym ze zyje, sa tez hardkorowcy przyjezdzajacy tu aby sie troche poobijac na obozie Muay Thai (boks). Nie brak oczywiscie zwyklych podroznych - zyjacych w rytmie, pobudka, sniadanie, drugie sniadanie, Internet, snucie sie, czasem jakas atrakcja, drzemka poobiednia, ksiazka, kolacja, browiec, joint czasem impreza i lulu, pobeda tu tydzien i pojada dalej, wg. wkazowek innych podroznych czy tez przewodnika Lonely Planet -ktory ogolnie chyba przestal byc wyrocznia - wlasciwie nie widac go za bardzo.
Oprocz Kaski w Bangkoku i Erciego w HK nie spotykam zadnych Polakow - wlasciwie znow jestem tym pierwszym - i wszyscy pytaja "how's Poland now" - eee co mam mowic, o czym tu mowic - piekny kraj, zimno w zimie, cieplo w lecie blablabla...
wypad do Soppong | 2004-02-23
Droga z Pai do Soppong wije sie serpentynami w gore aby chwile potem stromo opadac w dol. Honda Dream mruczy niczym ogromny chopper gdy z mozolem na 1 lub 2 biegu wspinam sie w strone przeleczy, polozonej na wyskosci 2000 m. Zapomnialem okularow przeciwslonecznych - muchy wpadaja w oczy, popoludniowe slonce razi, ale wiatr ochladza. Na przeleczy spotykam Grega i Regine - wyjechali wczesniej bo w dwojke na 110 cc hondzie nie wyciagniesz za wiele. Generalnie powolna sprawa. Ale nie ma gdzie sie spieszyc - krajobrazy bajeczne - pola ryzowe, palmy, wypalone wzgorza. Na przeleczy Regina przesiada sie na moj bajk i zjezdzamy w dol do Soppong. Regina jest z Bawarii - choc wcale nie przypomina bawarskich cycatych dziewoj roznoszacych litry browca na Oktober Fest.
W okolicach jaskinii Tham Lot jestesmy na godzine przed zachodem slonca. Mamy wiec czas aby zwiedzic Jaskinie Kolumny z ogromnym 20 metrowym stalagmitem a potem niewielka Grote Lalek. Klimat jak w grotach Moiry z Wladcy Pierscieni. Po wyjsciu z ciemnosci idziemy wzdluz rzeki do miejsca gdzie kazdego dnia o wschodzie i zachodzie slonca tysiace nietoperzy wyruszaja badz tez wracaja do domu. Miejsce zwane jest Grota Trumien - znaleziono tam zwloki sprzed tysiecy lat poza tym smierdzi jak trupiarni - guano i czyms jeszcze.
Zmrok nadchodzi raptownie, kluczac po okolicy, przejezdzajac obok stada wolow dojezdzamy do Cave Lodge - gdzie kobieta z plemienia Shan i jej australiski maz zawsze znajda cieply posilek i miejsce za 60 bathow w sali zbiorowej. Zapodajemy piwo, smazone warzywa z ryzem i tofu. Greg, Walijczyk o aparycji Kevina Costnera, 42 lata, raczy nas opowiesciami o miejscach ktore zobaczyl, o pracy jako nauczyciel czy instruktor scuba diving. Mowi okropnie wolno - ale on tak zawsze - jako maly chlopiec strasznie szybko mowil i mieszal walijski z angielskim - wiec musieli go przeprogramowac w jednej z mugolskich szkol z internatem gdzie molestuja cie zlosliwi ksiazeta czy inna arystokracja-sracja.
Nazajutrz wracamy powoli do Pai. Nasza uwage przykuwa drogowskaz kierujacy podroznych do goracych zrodel. Z asfaltowej rownej drogi zjezdzamy na zakurzona, waska droge. Czeka nas pol godziny walki z motorami, jazdy po wertepach, przez bambusowe chybotliwe mostki czy tez przez plytkie kamieniste strumienie. Pot leje sie strumieniami, mam sraczke w majtkach, szczegolnie gdy musze podjechac pod super strome wzniesienie. Wiem ze nie moge sie zatrzymac bo motor za ciezki aby hamulce zadzialaly, latwo obsunalby sie w dol i bylbym w dupie. Chwila nerwow i po minucie jestem na gorze. Potem jeszcze 2 razy podobna sprawa, ale lapie w mig co i jak i jest spoko. Same gorace zrodla sa raczej tylko cieple - ale w zajebistym miejscu - zielony zagajnik, palmy, krystalicznie czysta woda, kapiace sie dzieciaki z okolicznych wiosek zamieszkalych przez plemiona gorskie.
Dzis rano jeszcze raz relaks w hot springs - sniadanie ogladajac srajace slonie i powrot. Ziewam okropnie, przed chwila wrocilem z jeszcze jednej przejazdzki po okolicy. dzis relaks. Jutro mam paszport z wiza laotanska i spadam w srode rano do Chiang Mai a stamtad do Chiang Kong - tuz nad brzegiem Mekongu, gdzie Tajlandia z Laosem graniczy.
zdjecia beda dzis jeszcze, ale potem
water girl | 2004-02-23

PAI & SOPPONG FOTO | 2004-02-24
PAI + SOPPONG fotki fotki
thailand
water girl 2 | 2004-02-24

chiang rai | 2004-02-26
siedze w bakery czekam na kawe i ciastko. zaraz mam bus do granicy z laosem. znow spotkalem ossie - dirka jedziemy wiec razem w tym samym kierunku.
nie bedzie mnie pare dni - nie wiem ile trwa splyw mekongiem i czy maja net w laosie.
salut amigos
luang prabang - laos | 2004-02-28
doplynalem - 2 dni na rzece. jutro tekst. yo
PS.
laos zachwyca od poczatku... wiec miesiac sie tu pobujam
powrót do bloga
|