Miesięczne archiwum: Grudzień 2008

Pod Bazyleą.

Opublikowano small trips | Otagowano

Harar

Zupelnie inny „vibe” niz polnoc kraju. Wschodnia Etiopia – blisko do granicy z Dzibuti i Somalia. Inny klimat, ludzie, architektura. „Wszyscy” zuja chat, coraz wiecej wielbladow i ludzi pustyni.

Przeskoczylem z Mekele do Addis, pare godzin na lotnisku, godzinka lotu do Dire Dawa, taxi na dworzec i w koncu busik do Hararu.

Rano znow akcja z przewodnikiem, ktory na mnie czeka w recepcji hotelu. Znow czuje sie jak „amerykanski turysta” czy tez „niemiecki emeryt” no ale coz – ten czlowiek akurat sie przydaje. Informuje mnie o zwierzecym markecie w Babille. Wskakujemy w autobus do Dzidzigi (stolicy prowincji Somali). W autobusie spotykam Marcela z Montrealu, ktory od lat wlasciwie robi to samo co ja – zdjecia, podroze, pilotowanie grup, filmy, dzialanosc edukacyjna. Choc ma 40 lat, wyglada na 10 mlodziej – kursowanie pomiedzy Afryka, Ameryka i Azja dobrze mu robi – zdazyl tez zalozyc rodzine w miedzyczasie – ma zone z ludu Mon ( z Tajlandii) i coreczke. Jakos w kupe wszystko ogarnia.

Ludzie na markecie przyjazni i wyluzowani. Nie robia problemow ze dwoch faranadzi robi zdjecia. Sami sa nas ciekawi. Setki wielbladow, koz, krow, wolow, owiec. Ludzie z Dzibuti, Somali, lud Afar, Oromo, Harari. Dzieje sie i to mocno. 6 godzin robienia zdjec wystarczy. Wracamy do Babille.

Dzis jeszcze spie poza murami starego miasta – z balkonu ogladam chaotyczny market. Ludzkie szalenstwo. Przed chwila ciezarowka przejezdza kobiete sprzedajaca chat na ulicy. Histeria i obled. Policja, rekoczyny, wrzask.

Chat to wielki problem w krajach Afrykanskiego Rogu. To nie heroina czy koks, ale i tak uzaleznia. Dziesiatki ludzi leza pod murami z wielkimi torbami wypchanymi chwastem, zujac zielone liscie, wyciagaja reke w blagalnym gescie aby cos im rzucic. Nie pracuja, nie mysla, sa na haju – kwiaty raju im w tym wystarczajaco pomagaja aby mogli nic nierobic.

Jedna z „atrakcji turystycznych” jest karmienie hien. Ludzie z Hararu zyja od lat w swoistej symbiozie z hienami, ktore nie nabraly smaku na ludzkie miesa. Walesaja sie na smietnikach licza na padline ktora podrzucaja im zaprzyjaznieni mieszkancy miasta. Ten zwyczaj przerodzil sie w atrakcje turystyczna. Turysci placa za mieso i maja mozliwosc obserwowania tego szalonego spektaklu.

Wbijamy sie tuktukiem o 19 poza bramu starego miasta. Tuktuka ustawiamy tak aby snopami swiatel z reflektorow oswietlal widowisko. 15 hien skomli, chichocze, miauczy skrada sie na krotszych tylnich nogach, swiecac ogromnymi oczami osadzonymi w poczciwych przemilusich ryjkach.

Zdjecia zdjecia. W pewnym momencie hyena-man proponuje abym sam podjal sie karmienia bestii. W lewa reke biore kawalek miecha na patyku. Blyskawicznie porwane jest przez jedna z hien. Potem biore patyk w usta nakladam mieso – ogromny leb hieny zbliza sie na 5 centrymetrow od moich ust i wyrywa padline.

Na sam koniec etiopskiej podrozy doskonale odnalazlem sie w Hararze. Zachwycajaca platanina, alejek, uliczek, przejsc. Labirynt 368 pasazy w ktorym jednak nie sposob sie zgubic. Zawsze dojedziesz do jednej z bram. Nie przeszkadzaja mi naganiacze, samozwancy – przewodnicy, dzieciaki krzyczace „faranadzooooo!”. Ja na to krzycze „ethiopiaaaannn!!” na „you you you” odpowiadam „ante, anchee, nante!!!”

Opublikowano on the road, reportage, travel | Otagowano

Mekele i Wukro

Pierwsze miasto gdzie nie przesladuja czlowieka. Mozna spokojnie chodzic po ulicach a miasto przyjemne. Sniadanie w postaci platkow kukurydzianych na goracym mleku. Wkrajam banana. Kawa i sok. Na wielkim TV ogladam newsy ze swiata – Mumbai, bomby, cholera w Zimbabwe, krach, Obama z usmiechem na twarzy ale i zatroskanym czolem przemawia do ludzi – wyglada na to ze wszyscy jedziemy na tym samym wozku – w dol i dol.

Wukro to dziura ale sympatyczna. Lokalny autobus przywiozl mnie tu z Mekele. To tylko godzina drogi. Postanawiam spedzic tu noc. Luwam Hotel – bez robali i tani. Zostawiam pare zbednych rzeczy – zabieram tylko wode, orzeszki, banany i aparaty z filmami. Trzeba poszukac transportu do Megab. Akurat wypadla niedziela wiec nie bylo to takie latwe.

Na odcinku pomiedzy Wukro a Megab mozna naliczyc okolo 120 kosciolow. Roznia sie one od tych w Lalibeli ze zostaly zbudowane w gorach, w jaskiniach, na skalistych wystepach, ukryte w przepastynych dolinach, schowane przed oczyma tych co mogliby miec zle zamiary. Bez wynajetego samochodu mozna spedzic cale dni szukajac tych kosciolow. Jako ze nie jestem zbyt religijny mam jeden cel – Abune Yemata.

Wyszedlem za miasto, na droge prowadzaca do Megab. Siedzialem pod drzewem dwie godziny. Nic z tego. Zero okazji. Wrocilem wiec na dworzec autobusowy aby wynajac busika. Ciezkie targowanie – jak zwykle z 80 dolarow za dzien zszedlem do 50. Po drodze kupujemy wode i chat – kierowca musi miec liscie do zucia. Ja po raz pierwszy probuje tego narkotyku – ktory w Etiopii jest legalny i oprocz kawy jest jednym z glownych produktow exportowych (glownie do Dzibuti i Somalii). Zuje cala droge ale nic nie odczuwam – lipa w porownaniu z liscmi koki. Lapiemy gume ze dwa razy, podroz ciagnie sie i ciagnie – ale widoki przegenialne. Zabieramy kolejnych tubylcow i rozwozimy ich po wioskach az w koncu dojezdzamy do Megab.

Tam wraz z przewodnikiem (znow to samo – bez przewodnika moglbym sie przeciez zgubic, zginac, spasc ze skaly, utopic sie w wyschietym korycie rzeki) ruszamy w 4 kilometrowy spacer az pod kilkusetmetrowa gore przypominajaca te z Monument Valley w USA. Wspinaczka pod gorke az stajemy przed pionowa skala. Przewodnik wskazuje mi wyzlobione, ledwo widoczne uchwyty na stopy i dlonie. No to ladnie. Poczatek jest zdecydowanie trudny, bo nielatwo znalezc odpowiedny uchwyt. 100 metrow do gory. W koncu udaje mi sie dowlec do kosciola, ktory zostal umiejscowiony w niewielkiej jaskini. Swiat tonie w pomaranczach i czerwieniach. Slonce odbija sie od skal – widok genialny. Ale trzeba juz wracac – bo zaraz zajdzie slonce.

Kierowca busa jest cieciem nie z tej ziemi. Okazalo sie ze jego umiejetnosci jazdy sa zadne. Zakopuje sie w piachu ze trzy razy, zachodzi zmrok, ten rzuca przeklenstwa i zuje chat. Gdy nadchodzi zmrok kierowca dostaje malpiego rozumu, chce jak najszybciej dojechac do Wukro. Boi sie widocznie jezdzic w ciemnosciach. Upewniam sie ze ma swiatla. Ma – ale opony sa zupelnie lyse. A ten pedzi w tumanach kurzu. Na jednej z serpentyn nie wyrabia i bokiem zaczynamy sie zsuwac w kierunku przepasci. Zatrzymujemy sie na pol metra od krawedzi. Jakos w koncu dojezdzamy do Wukru. Wypijam piwo i ide spac totalnie wyczerpany…

Opublikowano on the road, reportage, travel | Otagowano

W drodze z Lalibeli do Mekele.

Autobus z Lalibeli do Woldi. Szyba jest zapackana blotem i opieczetowana naklejkami z podobiznami Marleya, Haile Sellasje i Matki Boskiej. Wschodzace slonce ledwo przebija sie przez szklo. Mam miejsce z przodu kolo kierowcy – dobre aby robic czasem zdjecia. Kurz i pyl. Ja budze sie i zasypiam – kolejne wioski sa jak urywki z dobrego przygodowego filmu. Po pieciu godzinach jazdy po wertepach wysiadam w Woldi. Klasyczne opedzanie sie od natretow na stacji dworca. Ide dobry kilometr do rozwidlenia drog. Jezdnia jest w remoncie. Chinscy inzynierowie w koszulkach polo wciagnietych w spodnie podciagniete pod same cyce, w okularach slonecznych z nieodlacznym papierosem nadzoruja etiopskich robotnikow. Chiny Ludowe buduja w Afryce. Taki obrazek mozna zobaczyc w wielu krajach kontynentu. Przy stacji Shella lapie okazje – do Mekele jade jako pasazer ogromnego tira. Moj kierowca Gebre jest z Debre Berhan (100 km na pln-sch od Addis). Czestuje mnie pomaranczami, potem zatrzymujemy sie jeszcze na obiad. Wspolna indzera za 9 birow. Wioski, stada baranow, dzieciaki machajace w naszym kierunku, na przemian asfalt z dziurawa kamienista jezdnia. Z gorki i pod gorke. Na godzine przed Mekele lapiemy gume. Znow przystanek. Kawa, podgladanie lokalnego zycia, ktore toczy sie wzdluz drogi. No i w koncu Mekele.

Opublikowano on the road, reportage, travel | Otagowano

Lalibela

Ta nazwa od dawna chodzila mi po glowie. Nie pamietam kiedy po raz pierwszy przeczytalem o tym miejscu. Czy to stare numery National Geo czy tez Heban. Ale pewnie bylo to wczesniej. Mniejsza z tym.

11 kosciolow wykutych w skale od lat przyciagaja historykow, badaczy, podroznikow, pielgrzymow z calego swiata.Taka mala Jerozolima. Miejsce swiete dla etiopskich chrzescian – magiczne i frapujace i pewnie zostanie zadeptane przez turystow.

Zanim wylecialem z Bahir Dar odwiedzilem apteke aby cos na katar i gardelko kupic. No pan aptekarz sprzedal mi lek na alergie czy cos takiego. Myslalem ze zejde po nim. Odmienne stany swiadomosci przez 24 godziny juz myslalem ze mam malarie czy w ogole umieram. Sprawdzilem rzecz u lekarza – aptekarz z Bahir Dar chcial mnie chyba ukatrupic.

Czujac sie obloznie chory tuz po przylocie zadekowalem sie w Tukol Village – ogromny pokoj, w ograglym tradycyjnym domu z czerwonego piaskowca z widokiem na okoliczne gory. Dobrze mi to miejsce zrobilo.

Nastepnego dnia umawiam sie z moim przewodnikiem o 5:30 rano. Przewodnicy w ogole sa nie potrzebni w Etiopii – ale narzucaja sie oni niemalze sila. Choc ten akurat sie przydal – moglem sie wbic na teren kosciolow o 6 rano – na dwie godziny przed otwarciem dla turystow. Chcialem uniknac spotkania z wycieczkami, ktore zjezdzaja sie busami, terenowymi toyotami oblegajac najbardziej efektowne wizualnie miejsca juz od momentu otwarcia.

Bylem wiec w stanie zrobic zdjecia podczas porannej mszy. Koscioly pelne lokalesow opatulonych w „gabi” – biala szate. Koscioly robia wrazenie – choc od paru miesiecy poludniowa i polnoca grupa kosciolow (granica jest rzeka Jordan) przykryte sa konstrukcjami z betonu i stali.

„Kosioly przetrwaly 900 lat i musza kolejne 900” – rzuca Abraham, moj przewodnik.

Pytam czy widzial „Piaty element” – ten nie wie o co chodzi. Ale wlasnie takie wrazenie wywieraja na mnie te konstrukcje – jakby nad starozytnimi budowlami wyladowaly ogromne statki obcej cywilizacji.

Labirynt przejsc, uliczek, tuneli, zakamarki, jaskinie, koscioly – zanurzam sie w ten swiat na caly dzien. Wracam w te same miejsca o roznych porach dnia. Najwieksze wrazenie robi kosciol Swietego Jerzego, wykuty w skale na ksztalt greckiego krzyza. Jego doskonaly ksztalt mozna podziwiac z gory albo wejsc tunelem do jego wnetrza.

Po poludniu spotykam dziadka, ma jasna skore chodz wyglada jak Etiopczyk. Wita mnie Bon Giorno , parla Italiano? – odpowiadam ze rozumiem troche i wymieniamy pare zdan. Starszy pan pochodzi z Erytrei choc jest Wlochem ma 82 lata i przyjechal do lalibeli w pielgrzymce.

Samo miasteczko jest straszna dziura. Mecza dzieciaki, ktore scigaja turystow przez caly dzien. Wieczorem gasnie swiatlo gdy siedze w jednej z malych knajpek – jem okropny ryz z warzywami slonymi na maxa. Postanawiam nie konczyc posilku i wychodzac z knajpy nie zauwazam rowu betonowego – dziury pol metrowej. Rozpierdzielam sobie lewa noga – klaycznie to samo miejsce co wczesniej w Indiach a potem w Kolumbii. Dobrze ze nic nie zlamalem. Doczlapuje do hotelu – opatrunki i gleba spac.

Opublikowano on the road, reportage, travel | Otagowano

Spotkanie w Bahir Dar

Dojechalem do Bahir Dar. Nie moglem sie dostac samolotem z Gondaru do Lalibeli wiec zakupilem bilet z Bahir Dar, lezacym nad Jeziorem Tana. Miejsce znane przede wszystkim z monastyrow i kosciolow polozonych na wyspach i polwyspie. Mialem sobie odpuscic no ale jezeli los mnie tu rzucil to czemu nie.

Awantura na dworcu – naganiacze napadali na busa – wiec kierowca spierdalal po placyku oganiajac sie od namolnych typow. Nie wiem o co chodzilo – pewnie o pieniadze jak zwykle w Etiopii. W kazdym razie ja po prostu wysiadlem i rura na zewnatrz placyku, rzucajac pare postrych slow do „brzeczacych owadow – pasozytow”. Dorwalem tuktuka i do hotelu.

Zasiadlem, zamowilem St George Beer i uslyszalem jezyk polski ze stolika obok. Nie namyslajac sie dluzej podszedlem do panstwa z Polski. Nie wygladali na backpackerow, anie na grupe turystow. Zagadalem, dzien dobry dobry wieczor, witam. Po wymianie zdan, skad i dokad etc czlowiek z dluzszym wlosem, plastrem na czole i torba ze sprzetem wideo lezaca przy krzesle spojrzal na mnie jakos tak intensywnie

– Bartek? Bartek Pogoda?

Zrobilem wielkie oczy i przytaknalem.

– Czesc Jestem Bogdan Lecznar, tato Agnieszki Lecznar :)

Spotkanie niesamowite. Maly swiat zaiste. Przysiadlem sie do stolika i rozmowa poplynela. Ekipa to naukowcy zajmujacy sie problemem nawadniania i irygacji. Generalnie chodzilo o rozwiazanie problemow jakie nawiedzaja Etiopie. Profesor, asystenci i Pan Lecznar, ojciec Agi – jako filmowiec.

Na drugi dzien ogarnelismy razem ladna wycieczke po jeziorze i klasztorach. No ale o tym innym razem.

PS.
jestem do tylu z wpisywaniem tych notek, bo wlasnie siedze na lotnisku w Addis i lece do Dire Dawa a stamatd do Harraru.

Opublikowano on the road, reportage, travel | Otagowano

Gory Simien

Ponoc to jedne z najpiekniejszych pasm gorskich w calej Afryce. Wlasciwie sam 10 dniowy trekking moglby byc dobrym powodem aby przyjechac do Etiopii. W Gondarze zalatwiam transport do Debarku – gdzie miesci sie kwatera glowna parku narodowego. Pomimo ze udaje sie tylko na dwa dni wraz ze mna jedzie przewodnik, skaut (lokales ze staroswiecka flinta, w wielkiej welnianej czapie), kucharz + pomocnicy, kierowca i jego nieletni pomocnik. Nie lubie takich rzeczy – czuje sie jak angielski turysta w XIX wieku przemierzajacy Afryke z cala karawana. No ale takie sa reguly w parku narodowym .

Dziele koszty samochodu z laska z Danii i Tino ze wschodnich Niemiec. Oni startuja w 10 dniowy trek z Debark a ja tylko dwa dni i zaczynam w polowie drogi pomiedzy Debark a Sankanber

Znajduje kolejne osoby do podzielenia kosztow samochodu – Bridget i Bena (tez na dwa dni i wracaja ze mna do Gondaru). Wiec masakryczny koszt 240 dolarow za samochod terenowy sie zmniejsza.

Jezu znow chce opisywac jak to „droga sie wila i slonce pieknie swiecilo” ale to bedzie na zdjeciach. Nie ma co sie bawic w romantyka – grafomana.

W kazdym razie – dobry trip. Dawno juz na treka nie uderzalem. Poza tym spanie w namiocie, kolacja na ognisku – normalnie jak na Mazurach czy w Bieszczadach ;)

Trasa latwizna, choc na 4000 metrow. Dopiero jak stromizna sie zaczyna to czuc brak tlenu i mojej formy. Serce prawie wyskakuje i rozbija sie na drobne kawaleczki 800 metrow ponizej. Widoki przegenialne, szczegolnie drugiego dnia o 6 rano. Mysle ze dwa dni to za malo. Przynajmniej 4-5 aby poczuc klimat. Po drodze mijamy stada pawianow – normalnie jakbym przegladal sie w lustrze…

W nocy mialem sen jak z dokumentu Contacts. Widzialem dokladnie kazdy negatyw kazda klatke , bardzo wyraznie – wszystkie zdjecia ktore zrobilem na wyjezdzie – pomimo ze jeszcze nie wywolalem klisz. Dziwna akcja….

Opublikowano on the road, reportage, travel | Otagowano