
Yearly Archives: 2008
Harar
Zupelnie inny “vibe” niz polnoc kraju. Wschodnia Etiopia – blisko do granicy z Dzibuti i Somalia. Inny klimat, ludzie, architektura. “Wszyscy” zuja chat, coraz wiecej wielbladow i ludzi pustyni.
Przeskoczylem z Mekele do Addis, pare godzin na lotnisku, godzinka lotu do Dire Dawa, taxi na dworzec i w koncu busik do Hararu.
Rano znow akcja z przewodnikiem, ktory na mnie czeka w recepcji hotelu. Znow czuje sie jak “amerykanski turysta” czy tez “niemiecki emeryt” no ale coz – ten czlowiek akurat sie przydaje. Informuje mnie o zwierzecym markecie w Babille. Wskakujemy w autobus do Dzidzigi (stolicy prowincji Somali). W autobusie spotykam Marcela z Montrealu, ktory od lat wlasciwie robi to samo co ja – zdjecia, podroze, pilotowanie grup, filmy, dzialanosc edukacyjna. Choc ma 40 lat, wyglada na 10 mlodziej – kursowanie pomiedzy Afryka, Ameryka i Azja dobrze mu robi – zdazyl tez zalozyc rodzine w miedzyczasie – ma zone z ludu Mon ( z Tajlandii) i coreczke. Jakos w kupe wszystko ogarnia.
Ludzie na markecie przyjazni i wyluzowani. Nie robia problemow ze dwoch faranadzi robi zdjecia. Sami sa nas ciekawi. Setki wielbladow, koz, krow, wolow, owiec. Ludzie z Dzibuti, Somali, lud Afar, Oromo, Harari. Dzieje sie i to mocno. 6 godzin robienia zdjec wystarczy. Wracamy do Babille.
Dzis jeszcze spie poza murami starego miasta – z balkonu ogladam chaotyczny market. Ludzkie szalenstwo. Przed chwila ciezarowka przejezdza kobiete sprzedajaca chat na ulicy. Histeria i obled. Policja, rekoczyny, wrzask.
Chat to wielki problem w krajach Afrykanskiego Rogu. To nie heroina czy koks, ale i tak uzaleznia. Dziesiatki ludzi leza pod murami z wielkimi torbami wypchanymi chwastem, zujac zielone liscie, wyciagaja reke w blagalnym gescie aby cos im rzucic. Nie pracuja, nie mysla, sa na haju – kwiaty raju im w tym wystarczajaco pomagaja aby mogli nic nierobic.
Jedna z “atrakcji turystycznych” jest karmienie hien. Ludzie z Hararu zyja od lat w swoistej symbiozie z hienami, ktore nie nabraly smaku na ludzkie miesa. Walesaja sie na smietnikach licza na padline ktora podrzucaja im zaprzyjaznieni mieszkancy miasta. Ten zwyczaj przerodzil sie w atrakcje turystyczna. Turysci placa za mieso i maja mozliwosc obserwowania tego szalonego spektaklu.
Wbijamy sie tuktukiem o 19 poza bramu starego miasta. Tuktuka ustawiamy tak aby snopami swiatel z reflektorow oswietlal widowisko. 15 hien skomli, chichocze, miauczy skrada sie na krotszych tylnich nogach, swiecac ogromnymi oczami osadzonymi w poczciwych przemilusich ryjkach.
Zdjecia zdjecia. W pewnym momencie hyena-man proponuje abym sam podjal sie karmienia bestii. W lewa reke biore kawalek miecha na patyku. Blyskawicznie porwane jest przez jedna z hien. Potem biore patyk w usta nakladam mieso – ogromny leb hieny zbliza sie na 5 centrymetrow od moich ust i wyrywa padline.
Na sam koniec etiopskiej podrozy doskonale odnalazlem sie w Hararze. Zachwycajaca platanina, alejek, uliczek, przejsc. Labirynt 368 pasazy w ktorym jednak nie sposob sie zgubic. Zawsze dojedziesz do jednej z bram. Nie przeszkadzaja mi naganiacze, samozwancy – przewodnicy, dzieciaki krzyczace “faranadzooooo!”. Ja na to krzycze “ethiopiaaaannn!!” na “you you you” odpowiadam “ante, anchee, nante!!!”
Mekele i Wukro
Pierwsze miasto gdzie nie przesladuja czlowieka. Mozna spokojnie chodzic po ulicach a miasto przyjemne. Sniadanie w postaci platkow kukurydzianych na goracym mleku. Wkrajam banana. Kawa i sok. Na wielkim TV ogladam newsy ze swiata – Mumbai, bomby, cholera w Zimbabwe, krach, Obama z usmiechem na twarzy ale i zatroskanym czolem przemawia do ludzi – wyglada na to ze wszyscy jedziemy na tym samym wozku – w dol i dol.
Wukro to dziura ale sympatyczna. Lokalny autobus przywiozl mnie tu z Mekele. To tylko godzina drogi. Postanawiam spedzic tu noc. Luwam Hotel – bez robali i tani. Zostawiam pare zbednych rzeczy – zabieram tylko wode, orzeszki, banany i aparaty z filmami. Trzeba poszukac transportu do Megab. Akurat wypadla niedziela wiec nie bylo to takie latwe.
Na odcinku pomiedzy Wukro a Megab mozna naliczyc okolo 120 kosciolow. Roznia sie one od tych w Lalibeli ze zostaly zbudowane w gorach, w jaskiniach, na skalistych wystepach, ukryte w przepastynych dolinach, schowane przed oczyma tych co mogliby miec zle zamiary. Bez wynajetego samochodu mozna spedzic cale dni szukajac tych kosciolow. Jako ze nie jestem zbyt religijny mam jeden cel – Abune Yemata.
Wyszedlem za miasto, na droge prowadzaca do Megab. Siedzialem pod drzewem dwie godziny. Nic z tego. Zero okazji. Wrocilem wiec na dworzec autobusowy aby wynajac busika. Ciezkie targowanie – jak zwykle z 80 dolarow za dzien zszedlem do 50. Po drodze kupujemy wode i chat – kierowca musi miec liscie do zucia. Ja po raz pierwszy probuje tego narkotyku – ktory w Etiopii jest legalny i oprocz kawy jest jednym z glownych produktow exportowych (glownie do Dzibuti i Somalii). Zuje cala droge ale nic nie odczuwam – lipa w porownaniu z liscmi koki. Lapiemy gume ze dwa razy, podroz ciagnie sie i ciagnie – ale widoki przegenialne. Zabieramy kolejnych tubylcow i rozwozimy ich po wioskach az w koncu dojezdzamy do Megab.
Tam wraz z przewodnikiem (znow to samo – bez przewodnika moglbym sie przeciez zgubic, zginac, spasc ze skaly, utopic sie w wyschietym korycie rzeki) ruszamy w 4 kilometrowy spacer az pod kilkusetmetrowa gore przypominajaca te z Monument Valley w USA. Wspinaczka pod gorke az stajemy przed pionowa skala. Przewodnik wskazuje mi wyzlobione, ledwo widoczne uchwyty na stopy i dlonie. No to ladnie. Poczatek jest zdecydowanie trudny, bo nielatwo znalezc odpowiedny uchwyt. 100 metrow do gory. W koncu udaje mi sie dowlec do kosciola, ktory zostal umiejscowiony w niewielkiej jaskini. Swiat tonie w pomaranczach i czerwieniach. Slonce odbija sie od skal – widok genialny. Ale trzeba juz wracac – bo zaraz zajdzie slonce.
Kierowca busa jest cieciem nie z tej ziemi. Okazalo sie ze jego umiejetnosci jazdy sa zadne. Zakopuje sie w piachu ze trzy razy, zachodzi zmrok, ten rzuca przeklenstwa i zuje chat. Gdy nadchodzi zmrok kierowca dostaje malpiego rozumu, chce jak najszybciej dojechac do Wukro. Boi sie widocznie jezdzic w ciemnosciach. Upewniam sie ze ma swiatla. Ma – ale opony sa zupelnie lyse. A ten pedzi w tumanach kurzu. Na jednej z serpentyn nie wyrabia i bokiem zaczynamy sie zsuwac w kierunku przepasci. Zatrzymujemy sie na pol metra od krawedzi. Jakos w koncu dojezdzamy do Wukru. Wypijam piwo i ide spac totalnie wyczerpany…
W drodze z Lalibeli do Mekele.
Autobus z Lalibeli do Woldi. Szyba jest zapackana blotem i opieczetowana naklejkami z podobiznami Marleya, Haile Sellasje i Matki Boskiej. Wschodzace slonce ledwo przebija sie przez szklo. Mam miejsce z przodu kolo kierowcy – dobre aby robic czasem zdjecia. Kurz i pyl. Ja budze sie i zasypiam – kolejne wioski sa jak urywki z dobrego przygodowego filmu. Po pieciu godzinach jazdy po wertepach wysiadam w Woldi. Klasyczne opedzanie sie od natretow na stacji dworca. Ide dobry kilometr do rozwidlenia drog. Jezdnia jest w remoncie. Chinscy inzynierowie w koszulkach polo wciagnietych w spodnie podciagniete pod same cyce, w okularach slonecznych z nieodlacznym papierosem nadzoruja etiopskich robotnikow. Chiny Ludowe buduja w Afryce. Taki obrazek mozna zobaczyc w wielu krajach kontynentu. Przy stacji Shella lapie okazje – do Mekele jade jako pasazer ogromnego tira. Moj kierowca Gebre jest z Debre Berhan (100 km na pln-sch od Addis). Czestuje mnie pomaranczami, potem zatrzymujemy sie jeszcze na obiad. Wspolna indzera za 9 birow. Wioski, stada baranow, dzieciaki machajace w naszym kierunku, na przemian asfalt z dziurawa kamienista jezdnia. Z gorki i pod gorke. Na godzine przed Mekele lapiemy gume. Znow przystanek. Kawa, podgladanie lokalnego zycia, ktore toczy sie wzdluz drogi. No i w koncu Mekele.
Lalibela
Ta nazwa od dawna chodzila mi po glowie. Nie pamietam kiedy po raz pierwszy przeczytalem o tym miejscu. Czy to stare numery National Geo czy tez Heban. Ale pewnie bylo to wczesniej. Mniejsza z tym.
11 kosciolow wykutych w skale od lat przyciagaja historykow, badaczy, podroznikow, pielgrzymow z calego swiata.Taka mala Jerozolima. Miejsce swiete dla etiopskich chrzescian – magiczne i frapujace i pewnie zostanie zadeptane przez turystow.
Zanim wylecialem z Bahir Dar odwiedzilem apteke aby cos na katar i gardelko kupic. No pan aptekarz sprzedal mi lek na alergie czy cos takiego. Myslalem ze zejde po nim. Odmienne stany swiadomosci przez 24 godziny juz myslalem ze mam malarie czy w ogole umieram. Sprawdzilem rzecz u lekarza – aptekarz z Bahir Dar chcial mnie chyba ukatrupic.
Czujac sie obloznie chory tuz po przylocie zadekowalem sie w Tukol Village – ogromny pokoj, w ograglym tradycyjnym domu z czerwonego piaskowca z widokiem na okoliczne gory. Dobrze mi to miejsce zrobilo.
Nastepnego dnia umawiam sie z moim przewodnikiem o 5:30 rano. Przewodnicy w ogole sa nie potrzebni w Etiopii – ale narzucaja sie oni niemalze sila. Choc ten akurat sie przydal – moglem sie wbic na teren kosciolow o 6 rano – na dwie godziny przed otwarciem dla turystow. Chcialem uniknac spotkania z wycieczkami, ktore zjezdzaja sie busami, terenowymi toyotami oblegajac najbardziej efektowne wizualnie miejsca juz od momentu otwarcia.
Bylem wiec w stanie zrobic zdjecia podczas porannej mszy. Koscioly pelne lokalesow opatulonych w “gabi” – biala szate. Koscioly robia wrazenie – choc od paru miesiecy poludniowa i polnoca grupa kosciolow (granica jest rzeka Jordan) przykryte sa konstrukcjami z betonu i stali.
“Kosioly przetrwaly 900 lat i musza kolejne 900″ – rzuca Abraham, moj przewodnik.
Pytam czy widzial “Piaty element” – ten nie wie o co chodzi. Ale wlasnie takie wrazenie wywieraja na mnie te konstrukcje – jakby nad starozytnimi budowlami wyladowaly ogromne statki obcej cywilizacji.
Labirynt przejsc, uliczek, tuneli, zakamarki, jaskinie, koscioly – zanurzam sie w ten swiat na caly dzien. Wracam w te same miejsca o roznych porach dnia. Najwieksze wrazenie robi kosciol Swietego Jerzego, wykuty w skale na ksztalt greckiego krzyza. Jego doskonaly ksztalt mozna podziwiac z gory albo wejsc tunelem do jego wnetrza.
Po poludniu spotykam dziadka, ma jasna skore chodz wyglada jak Etiopczyk. Wita mnie Bon Giorno , parla Italiano? – odpowiadam ze rozumiem troche i wymieniamy pare zdan. Starszy pan pochodzi z Erytrei choc jest Wlochem ma 82 lata i przyjechal do lalibeli w pielgrzymce.
Samo miasteczko jest straszna dziura. Mecza dzieciaki, ktore scigaja turystow przez caly dzien. Wieczorem gasnie swiatlo gdy siedze w jednej z malych knajpek – jem okropny ryz z warzywami slonymi na maxa. Postanawiam nie konczyc posilku i wychodzac z knajpy nie zauwazam rowu betonowego – dziury pol metrowej. Rozpierdzielam sobie lewa noga – klaycznie to samo miejsce co wczesniej w Indiach a potem w Kolumbii. Dobrze ze nic nie zlamalem. Doczlapuje do hotelu – opatrunki i gleba spac.
Spotkanie w Bahir Dar
Dojechalem do Bahir Dar. Nie moglem sie dostac samolotem z Gondaru do Lalibeli wiec zakupilem bilet z Bahir Dar, lezacym nad Jeziorem Tana. Miejsce znane przede wszystkim z monastyrow i kosciolow polozonych na wyspach i polwyspie. Mialem sobie odpuscic no ale jezeli los mnie tu rzucil to czemu nie.
Awantura na dworcu – naganiacze napadali na busa – wiec kierowca spierdalal po placyku oganiajac sie od namolnych typow. Nie wiem o co chodzilo – pewnie o pieniadze jak zwykle w Etiopii. W kazdym razie ja po prostu wysiadlem i rura na zewnatrz placyku, rzucajac pare postrych slow do “brzeczacych owadow – pasozytow”. Dorwalem tuktuka i do hotelu.
Zasiadlem, zamowilem St George Beer i uslyszalem jezyk polski ze stolika obok. Nie namyslajac sie dluzej podszedlem do panstwa z Polski. Nie wygladali na backpackerow, anie na grupe turystow. Zagadalem, dzien dobry dobry wieczor, witam. Po wymianie zdan, skad i dokad etc czlowiek z dluzszym wlosem, plastrem na czole i torba ze sprzetem wideo lezaca przy krzesle spojrzal na mnie jakos tak intensywnie
- Bartek? Bartek Pogoda?
Zrobilem wielkie oczy i przytaknalem.
- Czesc Jestem Bogdan Lecznar, tato Agnieszki Lecznar :)
Spotkanie niesamowite. Maly swiat zaiste. Przysiadlem sie do stolika i rozmowa poplynela. Ekipa to naukowcy zajmujacy sie problemem nawadniania i irygacji. Generalnie chodzilo o rozwiazanie problemow jakie nawiedzaja Etiopie. Profesor, asystenci i Pan Lecznar, ojciec Agi – jako filmowiec.
Na drugi dzien ogarnelismy razem ladna wycieczke po jeziorze i klasztorach. No ale o tym innym razem.
PS.
jestem do tylu z wpisywaniem tych notek, bo wlasnie siedze na lotnisku w Addis i lece do Dire Dawa a stamatd do Harraru.
Gory Simien
Ponoc to jedne z najpiekniejszych pasm gorskich w calej Afryce. Wlasciwie sam 10 dniowy trekking moglby byc dobrym powodem aby przyjechac do Etiopii. W Gondarze zalatwiam transport do Debarku – gdzie miesci sie kwatera glowna parku narodowego. Pomimo ze udaje sie tylko na dwa dni wraz ze mna jedzie przewodnik, skaut (lokales ze staroswiecka flinta, w wielkiej welnianej czapie), kucharz + pomocnicy, kierowca i jego nieletni pomocnik. Nie lubie takich rzeczy – czuje sie jak angielski turysta w XIX wieku przemierzajacy Afryke z cala karawana. No ale takie sa reguly w parku narodowym .
Dziele koszty samochodu z laska z Danii i Tino ze wschodnich Niemiec. Oni startuja w 10 dniowy trek z Debark a ja tylko dwa dni i zaczynam w polowie drogi pomiedzy Debark a Sankanber
Znajduje kolejne osoby do podzielenia kosztow samochodu – Bridget i Bena (tez na dwa dni i wracaja ze mna do Gondaru). Wiec masakryczny koszt 240 dolarow za samochod terenowy sie zmniejsza.
Jezu znow chce opisywac jak to “droga sie wila i slonce pieknie swiecilo” ale to bedzie na zdjeciach. Nie ma co sie bawic w romantyka – grafomana.
W kazdym razie – dobry trip. Dawno juz na treka nie uderzalem. Poza tym spanie w namiocie, kolacja na ognisku – normalnie jak na Mazurach czy w Bieszczadach ;)
Trasa latwizna, choc na 4000 metrow. Dopiero jak stromizna sie zaczyna to czuc brak tlenu i mojej formy. Serce prawie wyskakuje i rozbija sie na drobne kawaleczki 800 metrow ponizej. Widoki przegenialne, szczegolnie drugiego dnia o 6 rano. Mysle ze dwa dni to za malo. Przynajmniej 4-5 aby poczuc klimat. Po drodze mijamy stada pawianow – normalnie jakbym przegladal sie w lustrze…
W nocy mialem sen jak z dokumentu Contacts. Widzialem dokladnie kazdy negatyw kazda klatke , bardzo wyraznie – wszystkie zdjecia ktore zrobilem na wyjezdzie – pomimo ze jeszcze nie wywolalem klisz. Dziwna akcja….
Gondar.
Ze snu wyrwalo mnie twarde ladowanie na lonisku oddalonym o 20 km od Gonderu. Poranne slonce milo grzalo. Gory ktore wyrastaly na horyzoncie osnuwala delikatna mgielka. Poza tym ani jednej chmurki na niebie. Powietrze czyste i rzeskie. Wyszedlem w poszukiwaniu kogos aby podzielic koszty transportu. Dlugo nie szukalem. Zaraz po mnie wyszly dwie Hiszpanki – trajkoczac cos wpadly na mnie gdy przepakowywalem plecak. Hola, hola – Trinty i Maite – jedziemy razem do Belegez Pension.
Zatyczki do uszu, opaska na oczy. Odpadam na ladnych pare godzin.
Po przebudzeniu nie wiedzialem gdzie jestem. Zajelo mi to pare chwil aby zdac sobie sprawe z nowej lokalizacji. Wylazlem z nory.
Gondar – nic specjalnego – miasteczko jest przede wszystkim baza wypadowa w gory Simien. W centrum miasta wznosi sie ufortyfikowany komplek palacow – siedziba Fasiladasa – cesarza Etiopii, ktory ustanowil w Gonder stolice swojego imperium w 1636 roku. Straszna nuda – ale moze warto zobaczyc – w koncu w Afryce takich miejsc jest niewiele.
“You, you, you” “You, you, you” – powtarzane bez konca, slysze na kazym kroku. Molestowanie w stylu hinduskim – zaczepki i zaczepki. Tak naprawde nalezy to po prostu zlac i zupelnie zignorowac. Turysta = kasa. Albo cukierek czy dlugopis. Nalezy dorwac bialasa, omamic, stlamsic, osaczyc i wydoic. Tak to jest na turystycznym szlaku. Wystarczy miec troche wiecej czasu i zjechac z marszruty Lonely Planet aby spotkac zajebistych, bezinteresownych ludzi.
Biegam z aparatem. Mysle ze dobrym posunieciem bylo zabranie malej lajki z 35mm obiektywem. Wisi sobie z boku, nie rzuca sie w oczy. Szybko sie nia ustawia co trzeba – wlasciwie point and shoot – jezeli sie dobrze pozna aparat. Chodze i strzelam – choc nie jest latwo. Najlepiej sie nie pytac – choc to oczywiscie wbrew zasadom “dobrego turysty” z zachodu. Ja jestem zlym turysta. Widze moment robie zdjecie i w nogi. Aparat jest cichy i dyskretny. Tak naprawde przede wszystkim lokalesi widza bialasa z dziwnymi wlosami, zoltymi od slonca i z 4 tygodniowa broda. A aparat w drugiej kolejnosci.
Lotnisko. Addis Ababa.
Wciaz czulem w zaladku resztki lokalnego bimbru jakim zostalem uraczony poprzedniego wieczoru. Siedzialem niewyspany na lotnisku i z braku innego zajecia skrobalem w notesie.
W nocy nie spalem. O 4 rano mialem zamowiona taksowke na lotnisko. Nie moglem zasnac. Czesto to mam – wiem ze rano musze na lotnisko czy na dworzec a tu trzeba jeszcze ogarnac pare rzeczy. Czlowiek nakrecony myslami i koniec koncow nie moze zasnac w ogole. Poza tym 100 metrow od hotelu do poznych godzin rozbrzmiewaly dzwieki disco.
Taksowkarz juz na mnie czekal. Znow stara lada. Taksiarz – charczacy dziadek, owiniety kocem, gnal szerokimi i pustymi ulicami Addis Ababy – otwierajac na co drugim rondzie drzwi – aby splunac siarczyscie.
Przed lotniskiem zatrzymano nas – rewizja. Wychodzic- rece do gory – a potem nastepowalo macanie w poszukiwaniu bomb i pistoletow.
Rano wszystko sie strasznie wlecze. Na lotnisku kolejna kontrola. A potem jeszcze jedna przed samym boardingiem. Zawsze tak jest ale w Europie jakos to szybciej idzie. Etiopczycy nic nie robia sobie z wykrywaczy metalu. Doslownie co drugi spedza 5 minut na przechodzeniu i cofaniu sie przez bramke. A to pasek, a to cos metalowego na szyi. A no tak zapomnial o butach. Wisiorki, kurtki, zegarki, drobne w kieszeni, zapalniczka. Trwa to dobra godzine zanim przejde.
Addis Ababa. Dzien drugi.
Pierwszego dnia w Addis nie moge sie dobudzic. W pol snie slysze jezyk polski z podworka na ktore wychodza okna mojego pokoju. Zapuchniety wychodze na zewnatrz I spotykam ekipe z Gdanska i Wawy – 3 kolezkow jezdzi po Etiopii wynajetym samochodem. Z nimi siedzi Gosia z Poznania – ktora czeka swoja kumpele Jagode. Tego samego dnia wieczorem okaze sie ze swiat jest maly i wszyscy jakos sie znaja – czy to poprzez net czy tez poprzez wspolnych znajomych…
Wraz z Gosia ruszamy na miasto. Ja musze zalatwic gotowke (wymiana albo z visy) a ona wlasciwie nie ma co robic i postanawia mi potowarzyszyc. Aby sie nieco nakrecic odwiedzamy kafeterie Tomoca – gdzie parza swietne esspreso. Etiopia to ojczyzna kawy – nie jest wiec dziwnego ze kafejki sa na kazym kroku. Potem odwiedzam 5 bankow po kolei – niestety w kazdym jednym odsylaja mnie do nastepnego. Jak juz wczesniej pisalem – banknoty 50dolarowe sprzed 1996 roku sa nieakceptowane.w wielu krajach. W koncu trafiam do Banku Narodowego – gdzie z okienka do okienka przechodzac laduje u samego menadzera glownego dzialu transakcji miedzynarodowych i walutowych. Przez otwarte drzwi (siedze w sekretariacie) slysze jak zalatwia z kims jakas duza finansowa transakcje. Po 45 minutach zaprasza mnie do srodka. Musialo to smiesznie wygladac gdy wyjalem te pomiete szmaciane dolary skomlac o wymiane. Niestety – bankier poradzil mi abym wymienil to na czarnym rynku ;) Poddalem sie – i zdecydowalem sie na wyciagniecie gotowki z visy – tym razem zupelnie nie ma problemu. Place niewielka prowizje i nie ma sprawy.
Miasto nie zachwyca – na pierwszy rzut oka. Chaotyczny mix klimatow wloskich, imperialistycznych, komunistycznych plus slumsy na przemian z nowoczesnymi szkaradnymi wytworami szalonych architektow.
Pewnie przed powrotem bede mogl spedzic tu wiecej czasu – ale to sie jeszcze okaze – plany zmieniaja sie wlasciwie z dnia na dzien.
16 marca 2001 roku – Bahir Dar, Etiopia
Cala ten pomysl aby to przyjechac to niezla jazda. Teraz sie zastanawiam czemu ja do Afryki nie jezdzilem, jak w okolo zgnilego jaja lazilem, nie bylo mi po drodze, sam nie wiem. Intesywnosc doznan na samy poczatku moge porownac jedynie z pierwszym tygodniem w Indiach w 2003 roku
Unikatowosc Etiopii na pewno sie w jednym zdaniu opisac nie da. Mila wiadomoscia dla mnie samego ze wg tutejszego kalendarza mam 25 lat. Dzis jest 16 marca 2001 roku (Khedar 16, 2001). Czyli 11 wrzesnia 2001 roku dopiero nastapi (bo to Nowy Rok w Etiopii). Rok ma 13 miesiecy – 12 miesiecy po 30 dni i jeden po 5 albo 6. To nie wszystko – dzien liczy sie godzinowo od 6 rano czyli od wschodu slonca. Czyli o 10 rano jest tutaj 4 rano. I tak dalej.
Jestem w Bahir Dar. Lece do Lalibeli.
addis ababa – etiopia
Wtorek.
Zostalem sam. Skonczyla sie laba na Zanzi. Troche brak mi dzis pary i mocy. Zaczyna sie wielka niewiadoma – Etiopia. Mam niewiele czasu – jedynie 3 tygodnie. Zdecydowalem sie na polnoc kraju – choc w moze sie duzo jeszcze zmienic – stawiam na brak planu – najwyzej co jego szkielet.
Wieczor w Addis Ababa.
Lot minal szybko. Tylko 15 minut spoznienia. Moj sasiad z boku nie tknal jedzenia, modlil sie cala droge, spogladajac z nienawiscia na ekran video gdzie wyswietlano wyjatkowo debilny film Camp Rock czy cos takiego.
Lotnisko.
Obywatele 33 krajow dostaja wize “on arrival” – Polacy tez. Grzecznie namawiam pania z kontroli granicznej aby wbila mi calostronnicowa wize na istniejaca juz pieczatke jakiegos kraju. 32 strony w paszporcie to dla mnie zdecydowanie za malo. W kantorze probuje “przepchnac” 50 dolarowy banknot z “mala glowa prezydenta” – nie udaje sie – ale ponoc mozna to zrobic w centrum miasta w Commercial Bank. Sprobuje jutro.
Wypijam powitalna kawe – potrojne esspreso i laduje sie do rozpadajacej sie starej Lady. Po drodze do dzielnicy Piazza taksowkarz musi sie zatrzymac u “gommisty” aby napompowac kola.
10 stopni. Zimno. Ciemna noc w jednym z najwiekszych afrykanskich miast. Zatrzymuje sie w Hotelu Baro – 10 dolkow za noc w nedznym pokoiku.
Szukajac czegos do jedzenia trafiam do Ristorante Castelli – slynna wloska knajpa, ponoc najlepsza w calej Etiopii. Jest tu nieprzerwanie od lat 30 – przetrwala wszelkie zawirowania historii. Na scianie zdjecia gosci – Geldof, Clinton, Brangelina etc.
Nie mam juz sily – rano trzba wstac. Wbijam sie do spiwora z polaru, zagrzebuje sie pod sterta kocy i zasypiam
jumbo, zanzibar
27 godzin w samolotach, pociagach i minibusem. Wawa – Amsterdam (4 h w miescie zalanym deszczem) – Nairobi (5 godzin spania na betonie) – Zanzibar
Matemwe, Zanzibar – kawalek zagubionego swiata nad Oceanem Indyjskim – od jutra zaczynam nurkowania, Kasia od dzis zaczela kurs na nurka ;)
No i tyle… daje znaki ze zyje….
Afryka, Africa.
Klocki układanki zeskanowane – teraz trzeba to złożyć w całość i zostawić 10 zdjęć. A to zrobie po powrocie. W sobote zmykamy na Zanzibar i wschodnie wybrzeże Tanzanii, potem Kaśka do PL a ja do Etiopii… worki filmów, aparat, mały plecak i wygodne buty. Zero łączności, telefonów, klawiatur i ekranów.
Birma. Początek skanowania
Odebrałem worek filmów z labu. Okazało się (słusznie przewidywałem wcześniej) ze około 30 filmów (przeterminowanych slajdów) ktore za grosze kupilem w Yangon ma wywaloną czerń i kolory. Pozostało mi tylko przeglądnąc je i zacząc wybierac. Troche kicha ale wiedzialem na co sie decyduję. Przyzwyczajenia z cyfry ze wszystko jest widoczne od razu i gotowe do obrobki w Lightroomie powoduja ze czlowiek jest niecierpliwy i chcialby widziec rezultat natychmiastowo. A tak dobrze nie jest. Decyzja przezucenia sie na analog z powrotem wydaje mi sie kontrowersyjna w dzisiejszych czasach , ale trzeba probowac …
pewnie z tydzien mi to zajmie zanim zeskanuje…
zova + le visage + bartek pogoda / wroclaw chillout / 12.X.2008
Yangon, Rangoon, Rangun
Tropikalne deszcze atakuja Yangon z kazdej strony i o kazdej porze dnia. Parasol i sandaly, broczac w kaluzach po kostki , oslaniajac aparat przed deszczem przeciskam sie przez tlum. Przez moment jestem w Chinach, gdzie grubasy w majtach z podwinietymi koszulinami po cyce klepia sie po brzuchach. Przycupniety na czerwonym taboreciku na rogu ulicy, siorbiac herbate, obserwuje jeden wielki uliczny market. Chwile potem jestem w Indiach – Hindusi przywiezieni przez Brytyjczykow sa jedna z wielu mniejszosci narodowowych. Jest jak w Indiach, Bollywood, zapachy, betel spluwany wprost pod nogi przechodniow. Zasiadam w knajpce na chwile aby posilic sie wegetarianskim thali i podrobka coca – coli zwana tu star cola (wg mnie jest lepsza od oryginalu, nie tak slodka, przyjemnie kwaskowata).
Wszystko wokolo gnije, stare budynki powstale podczas panowania Brytyjczykow porasta bujna roslinnosc. Podobnie te rzadowe , opuszczone siedziby premiera, ministrow – rozpadja sie i obrastaja krzakami. W Birmie rzadza astrolodzy – jeden szepna premierowi ze teraz dobry czas aby przeniesc stolice. I Rangun (Yangun) juz nia nie jest. Nowa stolica wybudowana zostala w dzungli – Naypyidaw to od 2005 roku siedziba rzadu. Wjechac tam nie sposob. Trzeba zezwolen i papierkow.
cdn
yangon foto
Jedyne zdjecia jakie zrobilem cyfrowka w Birmie. Reszta po 15 pazdziernika – jak wywolam, zeskanuje, przebiore zdjecia.
Jutro Kambodza.
bagan
przez moment blog byl zepsuty, adam przenosil serwery (i dzieki za to jo)
wciaz w birmie, po Yangon przeskoczylem nad Inle Lake, potem Mandalay teraz siedze w Bagan. Generalnie trip klasyczny choc kazdy dzien dlugi i ciekawy… tyle w telegraficznym skroce, zdjec nie bedzie zadnych dopiero jak wroce i po selekcji i ogarnieciu skanow – trzeba zwolnic troche… za tydzien Phnom Penh
1986 birma
cofam sie pamiecia
kiedy ostatni raz mialem oczy tak szeroko otwarte ze az popekaly mi naczynka
jeden maly skok samolotem-wehikulem czasu
w miejsce gdzie zyja niesamowici ludzie
mieszanka ras, kultur
zapomniane przez swiat
rzadzane przez bardzo absurdalna dyktature
przez najblisze dwa tygodnie
nie bede tu za bardzo pisal
telefony nie dzialaja rowniez
wiec powiedzmy ze zaginalem
w czasie i przestrzeni
Rainy Bangkok
Rainy Bangkok from Bart Pogoda on Vimeo.
sorry znow ukradlem piosenke,
chyba sam zaczne grac na cybalkach i harmoszce
zdjęcia z odlotu



nie wziąłem ze sobą żadnej cyfry oprócz canona g9 – zdjęcia zatem ze sredniego formatu po powrocie…
Bangkok, Bangkok
przed chwilą się obudziłem i nie wiedziałem gdzie jestem
nic nie mówiące mi otoczenie pokoju hotelowego, anonimowe, gdzie myśli gubią się w szumie klimatyzacji
jest 4 rano
i dzień od wschodu słońca należy rozpocząć
dziś czeka mnie załatwianie wizy do Birmy – w poniedziałek wylot
a tymczasem tropikalny moloch, w którym od 3 lat nie byłem
Balkan Trip 2004
Balkans Trip from Bart Pogoda on Vimeo.
4 lata temu pojechaliśmy z Bedurem na olimpiade do Aten . I w parę innych miejsc.
Jan Żdżarski Jr – Chiny 431 km/h
Chiny 431 km/h – Janek Żdżarski – polecam książkę Juniora :)
Książka przedstawia zmiany, jakie dokonały się w przeciągu ostatniej dekady w Chinach, a także pokazuje te zachodząc właśnie teraz, niejako na naszych oczach, na chwilę przed Igrzyskami. Właśnie to wydarzenie potęguje w ostatnim czasie prędkość przeobrażeń, które i tak już ciężko ogarnąć nawet przeciętnemu Chińczykowi.
Ogłuszają wielkością, obezwładniają szybkością, paraliżują nowoczesnością. Chiny. Te dzisiaj, ale nie te jutro. Jutro będą większe. Nowocześniejsze. Właśnie do tych zmian i ich tempa nawiązuje tytuł, „Chiny 431km/h”, który zaczerpnięty jest z maksymalnej prędkości, jaką osiąga MAGLEV – chińska kolej poruszającej się w tym zawrotnym tempie w Szanghaju. To symbol rozwoju gospodarczego Chin, ale także niebezpieczeństwa jakie niesie ze sobą.
Codzienność zamknięta w setkach zdjęć, przybliża czytelnikowi obraz jutrzejszych Chin, dzisiejszych jej budowniczych i magię jej niegdysiejszej świetności. Obraz marzeń Chińczyków złapany na ulicach wielkich miast i na głębokiej prowincji.. Kontrast pomiędzy wielkim i biednym, ustępującym starym i pędzącym nowym, złapany w gonitwie… na chwilę.
Zamknięte do tej pory na świat, chcą pokazać swoją potęgę gospodarcza, ale również zachwycić swoją wielkości i nowoczesnością. Wszystkie te próby i starania podgląda autor, dziennikarz i fotograf, na co dzień mieszkający w Chinach. Poza często poruszanymi w mediach kwestiami braku poszanowania jednostki, konfliktu tybetańskiego, czy problemów ekologicznych, stara się dostrzec i pokazać codzienność Chińczyków, ich ducha, determinacje, piękno i to coś, co fascynuje, wciąga i każe niedowierzać … Pokazuje nowe, mniej znane twarze Chin.
Tel Aviv – moja publikacja w Morning Calm Korean Airlines
publikacja w Morning Calm Korean Airlines – zdjęcia z Tel Avivu i Jaffy – niestety tylko część mojego autorstwa.
Life with my neighbour Madonna | Betonowe Mohery sabotują w Kłodzku.
Nie wysypiam się. Poprzestawiany organizm – efekt piwnej krucjaty i pracy nocnej – zmęczone oczy i mózg przechodzą w stan “sleep” o 4-5 rano każdego dnia. No ale do 12 nie pośpie. Już o 8, najpóźniej 9 budzi mnie Madonna. Nie znosze jej. Mam dość i znam wszystkie kawałki z koncertu na dvd na pamięć. Rok temu ktoś nowy wprowadził się piętro wyżej – nie wiem czy ta osoba siedzi cały dzień w domu i kim ona jest – charakteryzuje się natomiast pewną przypadłością – uwielbia słuchać jednej płyty czy kawałka – ale nie przez dzień dwa czy tydzien. Trwa to miesiącami. Rok temu na tapecie była Gwen Stefani i Akon w debilnym kawalku tytulu nie pamietam – puszczanym na okraglo caly dzien przez 2 miesiace. Jako ze siedze w domu jak nie mam roboty wyjazdowej czy zlecenia jestem teraz zmuszony do sluchania Ladislaf Banita, Papa Donpricz, Lajka Werdżin 33 razy dziennie.
Karma – to kara za lata męczenia sąsiada z dołu – ale ja przynajmniej jestem róźnorodny i mam bardzo urozmaiconą kolekcję emeprtrójek.
Móglbym postąpić jak Sabotażysta Wysłannik Moherów i Fanatyków z Kłodzka (moje rodzinne miastO) – odłączyć prąd tym z góry. Skandal i pogrzebanie i tak martwego miasta – w którym ludzie tacy jak Krokodyl i Jeżu próbuja zrobic coś fajnego – niestety spotyka się to z murem sprzeciwu ze strony religyjnych i mentalnych betono-fanatyków.
komputery komputery
Ślęczę przed kompem odkąd wróciłem i nie wygląda na to, aby cos miało się zmienić w najblizszych tygodniach. Poza tym detox, jutro kupuje rower, zero imprez, po 2 miesiacach pubingu – kulturalny grzeczny pan bartek – lato w mieście i tyle.

Podziękowania
Dzięki wielkie wszystkim za pomoc podczas wyprawy – za dziesiątki maili, porady, pomysły – sorry ze nie każdemu odpisałem, ale tempo zabójcze…
Po tropikalnym Berlinie lece do Monachium… a potem juz Polska.
spać, spać, spać….
First we take Manhattan, then we take Berlin
ostatni tydzień piwnej krucjaty….
poczet mieszkańcow kowieńskiej lata 1999-2008

gdy wyjeżdżałem chata na pradze szła w czyjeś ręce… w przedpokoju powstała wystawa… ;)
Dwie publikacje
CNN TRAVELLER | Turn off the red light – zdjęcia z Hamburga (do kupienia w Empikach zapewne)
Die Gazette – okładka w niemieckim magazynie polityczno – kulturalnym.
Stadion w Cape Town vs. targowisko.
W Cape Town pełną parą trwają prace przed World Cup 2010. A Greenmarket wciąż działa, choć tylko w niedzielę.





Table Mountain
Od 3 dni robie jako turysta – wena foto spadla lekko. Zrobilem za to pare widoczkow…. ;) A w niedziele powrot do zasniezonej Polgarii…





cape town / kontrasty kontrasy
aj , drugi dzien i jestem zachwycony choc bardzo malo zobaczylem, od jutra dwa dni roboty a potem free time…













Agustin Egurrola na Kubie. Zdjęcia dla Magazynu VIVA












Zdjęcia dla Magazynu VIVA. Reszta w numerze z 6 marca 2008 roku. Stylizacja Ania Męczyńska, produkcja Tomek Czmuda.
Spotkanie z Vladimírem Birgusem
W cyklu spotkań z wybitnymi twórcami tym razem zapraszamy do Starej Galerii ZPAF 13 marca o godz. 18.00 na spotkanie z Vladimirem Birgusem, czołowym współczesnym fotografem, krytykiem i teoretykiem fotografii, wybitnym animatorem i organizatorem czeskiej kultury, dyrektorem Instytutu Twórczej Fotografii Uniwersytetu Śląskiego w Opave (Czechy).
Tematem spotkania będzie organizacja pracy w Instytucie Twórczej Fotografii Uniwersytetu Śląskiego w Opave, program i metody nauczania, a także system egzaminów wstępnych.
wstęp wolny
last week

Tokiyo robi teczke

Na podłodze

Papa i Kuba

Mibalin. 4 drops.

Po Minimalnej imprezie nad jeziorem
zagubione odnalezione na kliszy w zepsutej holdze

Pan Bedur i Pan Makao

Pan Makao i Pani Ania

Pan Enerdowski

Pan Kuba i Pani Paula + cień Pana Maćka
wawa
juz w PL. Intensywny to byl miesiąc…
Zapraszam na Halogenki
I gratulacje dla Rafała Milacha za World Press Photo :)
tokyo
Genialnie w tym miescie. I tyle. Wczoraj 14 godzin chodzenia. Viva lipovitan!











hamburg, st. pauli
samoloty, lotniska, przejscia, granice, przeloty, przejazdy, pare godzinw domu – wszystko w takim tempie ze w pewnym momencie nie wiedzialem co sie dzieje….
Kijów niesamowity – miałem małą tragedie – dysk sie wywalił zanim zrobiłem backup i straciłem wszystkie zdjecia z Kijowa. Na szczęście pomógl mi doktór Adomas
Do rana walczylem aby odzyskac 50 gb materialu i sie udalo. Potem od razu taxi na dworzec, pociag do gdanska, samolot do Lubeki stamtad autobusem do Hamburga.
A w nocy zrobilem sobie pranie mozgu . klasycznie.

Hamburg / nocleg/ poszukiwany
elo, szukam noclegu w Hamburgu od 23 do 25 lub 26 stycznia, dajcie znaki jakby ktoś coś wiedział.
Tymczasem zaliczam kiepską śniegową sobotę przed ekranem kompa w Kijowie
gadusradu
po latach używania gadugadu rezygnuje z tego czegoś. mozna mnie dorwac przez maila, na skajpie (skype: bartpogoda) albo przez gtalk czyli gmaila (bartpogoda@gmail.com)
oczywiscie nie trzeba zakladac konta jabber wystarczy konto na gmailu . Zreszta Adomas napisal wszytsko
Kijów, Ukraina

Kijów przywitał mnie jeszcze większą szarówką niż Warszawa po przylocie z Hawany. Na razie oprócz szpitala i odziałow operacyjnych dla małych dzieci (praca dla Need Magazine) widzialem tylko nocny Kijów…. ale jeszcze pare dni zostało. Nici z wyjazdu do Czernobyla – zalatwic wjazdu sie nie da w tak krotkim czasie, a organizacja nie mogla tego wczesniej zalatwic. Next time.






































































































































































































































































































































































































































