Miesięczne archiwum: Maj 2006

odrzuty ziomy

Jako ?e nic nowego sie nie pojawia na razie, a najblizsze wyjazdy czy tematy s? na razie poza moim zasi?giem, wrzucam stare rzeczy, odrzewane na czarnobia?e kotlety, których wczesniej nie bylo.

Guatemala, stycze?-luty 2066


 Luca Sbisa Authentic Jersey

Otagowano

Good Morning Vietnam

Zdj?cia z Wietnamu

Zerwa?em si? z ?ó?ka w moim pokoju – saunie w Phnom Penh. Promienie s?o?ca przecieka?y przez kiczowate zas?ony i by?o wystarczaj?co gor?co. Nerwowo spojrza?em na zegarek i ju? wiedzia?em, ?e spó?ni?em si? na autobus do Sajgonu. To by? mój siódmy dzie? nielegalnie w Kambod?y (przekroczy?em wa?no?? wizy) – co oznacza?o 5 dolarów do zap?acenia na granicy za ka?dy dzie? extra. Poszed?em si? dowiedzie? czy s? jeszcze jakie? inne autobusy do Sajgonu tego dnia. Niestety – pozostawa?y mi tylko dwie opcje – ?ódka do granicy za 15 dolarów albo taksówka za 4$. Po sprawdzeniu finansów wci?? wychodzi?o mi wszystko na styk. W Kambod?y nie ma bankomatów wi?c nie mia?em wyj?cia jak zaryzykowa? i jecha? do granicy z Wietnamem. Po?egna?em Phnom Penh i wbi?em si? w zapchan? Toyot? Camry. Wczesnym popo?udniem by?em na miejscu. Ignoruj?c natarczywych naganiaczy oferuj?cych rajd do Sajgonu za 15$ podrepta?em do przej?cia granicznego. Ku mojemu zdumieniu kambod?a?ski urz?dnik na granicy przetar? czo?o brudn? chusteczk?, spojrza? na mnie, potem w mój paszport i wymamrota? „Why are you late?” – u?miechn??em si? g?upio a ten odda? mi paszport z piecz?tk? wyjazdow? – uff… nie musia?em p?aci? kary – 35$. Jak na ka?dym przej?ciu granicznym w Kambod?y tak?e i tutaj okolica pe?na by?a kasyn (w Wietnamie jak i Tajlandii hazard jest nielegalny wi?c obywatele tych krajów t?umnie odwiedzaj? granice aby odda? si? wszelakim uciechom jak i przegra? co nie co w ruletk? czy Black Jack’a). Tu? za kasynami zaczyna?a si? szeroka droga prowadz?ca do Wietnamu. Ogromny, monumentalny budynek wietnamskiej s?u?by granicznej nie wygl?da? na zaludnione miejsce. W?a?ciwie o tej godzinie nie by?o ju? ?adnych samochodów i autobusów wi?c przekroczy?em granic? bezproblemowo.

Na pierwszy rzut oka Wietnam wydaje si? by? bardziej cywilizowany od Kambod?y. Szerokie i dobre drogi, miasta pe?ne banków, reklam, sklepów z telewizorami, tysi?ce nowiutkich motorowerów – wszyscy gdzie? gnaj?, pracuj? jak mróweczki, brak tego luzu i olewactwa typowego dla Khmerów. Na granicy wymieniam dolary na dongi – ponownie ignoruj?c propozycje przeja?d?ki taksówk? za kosmiczn? kas? do Sajgonu lub jak kto woli Ho Shi Minh City. Za dolara przeje?d?am równiutk? autostrad? do pierwszego miasta za granic?. Tam próbuj? si? dowidzie? jak dojecha? do celu mojej podró?y tego dnia. Niestety – ja nie znam wietnamskiego, a Wietnamczycy nie wydaj? si? zaznajomieni z angielskim – przynajmniej w ma?ych miasteczkach. Na migi, gestykuluj?c wyja?niam napotkanym typom, ?e szukam stacji autobusowej. W ko?cu jeden z nich zajarzy?. Kwadrans pó?niej siedz? w autobusie podmiejskim do Ho Shi Minh. Niestety nie wszystko wygl?da tak kolorowo – czuj? si? bardzo ?le, gor?czka, ból g?owy, ?upanie w ko?ciach – jestem chodz?cym trupem. Znalaz?em niewielki pokoik, potem uda?em si? do apteki, w której zaopatrzy?em si? w par? worków ró?nokolorowych pigu?ek. Wizyta w sklepie z pirackimi DVD (zakupuj? pi?? wspó?czesnych wietnamskich filmów „Cycol” „Three Seasons” „Scent of the green papaya” jak i klasyki w stylu „?owca Jeleni” „Czas Apokalipsy” „Rambo – pierwsza krew” i zamykam si? w pokoju na par? dni, opuszczaj?c go tylko aby co? przek?si? i kupi? wi?cej wody.

Par? dni pó?niej poczu?em si? lepiej – nadszed? czas na pierwszy spacer po mie?cie.

Wietnam nie taki z?y, ale dziwny. Co? nie mog? si? zdecydowa? w jakim systemie chc? ?y?. Komunizm nie komunizm, socjalizm, kapitalizm – jaki?tamizm – wsz?dzie plakaty z Ho Szi Minem (lub jak kto woli – Wujkiem Ho), czerwone flagi z ?ó?t? gwiazd? oraz sierpem i m?otem. Jednak coraz bardziej widoczna jest nowa kapitalistyczna propaganda – Samsung, Sony, Hitachi etc. – ogromne billboardy zmieniaj? wizerunek miasta.
Wcze?niej Wietnam kojarzy? mi si? przede wszystkim z wojn?, d?ungl?, zapachem napalmu o poranku, budkami z ?arciem wietnamskim („kuczak na otro”) porozrzucanymi po ca?ej Warszawie. No i chyba tyle. Nic wi?cej. Warto by?o skonfrontowa? moj? mizern? wiedz? z rzeczywisto?ci?.

30 kwietnia – 30 rocznica zwyci?stwa nad imperializmem (czyli USA) – najwi?ksza parada w historii Wietnamu (na mod?? pierwszomajow?). Ulicami przeszli weterani wojny w której zgin??o ponad dwa miliony Wietnamczyków (i oko?o 60 tysi?cy ?o?nierzy ameryka?skich). Wieczorne niebo roz?wietli?y fajerwerki, a ulice zape?ni?y si? obywatelami miasta – mia?em wra?enie jakby wszyscy wsiedli na skutery – ha?as, zgie?k, spaliny – po ca?ym dniu biegania po mie?cie mia?em do??.

Wydobrza?em na tyle, ?e postanowi?em wyruszy? dalej w drog?, wzd?u? przepi?knego wybrze?a rozci?gaj?cego si? na d?ugo?ci prawie 3000 kilometrów. Kolejnym przystankiem mia?o by? Mui Ne.

Dojecha?em do Mui Ne. Wszystko ?licznie, ?adnie, kolorowo, pla?a, domeczki, palmy. I znów nuda. Wszystko zrobione pod turystów.

Par? s?ów o przemy?le turystycznym. Wi?kszo?? podró?nych przybywaj?cych do Wietnamu narzeka na mafi? autobusow? – „open tour” to najta?sza metoda podró?owania po kraju – jednak mo?e przyprawi? o ból g?owy. Niestety – chc?c odwiedzi? wiele miejsc i nie maj?c w?asnego ?rodka transportu trzeba by? zdanym na ludzi z biznesu. Turysta z Zachodu jest tylko „workiem pe?nym dolarów” i niczym wi?cej. Id?c ulicami miasta co par? kroków kto? oferuje ci kartki pocztowe, zapaliczki zippo z czasów wojny wietnamskiej (nowe zapalniczki spreparowane w taki sposób aby wygl?da?y na trzydziestoletnie rupiecie), owoce, papierosy. „Helloooou” „Helloooou” s?yszysz non stop – to rykszarze albo moto-taxi, którym chyba jest naprawd? ?al, ?e turysta z zachodu porusza si? o w?asnych si?ach po rozgrzanych ulicach miast. W ci?gu pierwszych dni grzecznie odpowiada?em „no, thanks” albo „cam, cam on” (co oznacza to samo po wietnamsku), po 2 tygodniach przesta?em zwraca? na nich uwag?. Szybko pozna?em rzeczywist? warto?? rzeczy w sklepach – cho? tak naprawd? wci?? obowi?zuj? podwójne ceny (Wietnamczycy p?ac? mniej) – dochodzi wi?c do takich sytuacji jak d?ugie targowanie si? o butelk? wody mineralnej. Takie rzeczy potrafi? zabi? zapa? do podró?owania nawet u najbardziej odpornych osobników. Wietnamczycy ?ciemniaj? – nawet nie s? w tym mistrzami – prosto w twarz k?amstwa, aby osi?gn?? swój cel. Na przyk?ad przyje?d?asz autobusem do miasta – kierowca autobusu oznajmia wszystkim, ?e wszystkie hotele s? pe?ne ale on zabierze nas do takiego w którym s? jeszcze wolne pokoje.

Ca?e szcz??cie, ?e nie wszyscy s? tacy sami – mia?em okazj? spotka? naprawd? wspania?ych ludzi, wi?c nie nale?y si? zniech?ca?. Wietnam ma wspania?? histori?, niesamowite krajobrazy, genialne pla?e. W?a?ciwie ka?dy znajdzie tu co? dla siebie. S?ynna „China Beach” – pla?a znana z filmu „Czas Apokalipsy” jest teraz Mekk? dla surferów (w ostatnich latach kitesurfing sta? si? bardzo popularny). Tak?e na wydmach w okolicach Mui Ne mo?na spróbowa? sandboardingu. Kraj od tysi?cy lat le?a? na styku wielu kultur. Chi?skie napisy, francuska architektura, socrealistyczne budynki, stare radzieckie samochody, japo?skie motocykle – jeden wielki melan?. Oczywi?cie jak w ka?dym z poprzednich krajów jeden miesi?c pobytu nie starczy aby naprawd? nasi?kn?? atmosfer? i przynajmniej odrobin? pozna? kultur? danego kraju. Bariera j?zykowa i spo?eczna jest zbyt du?a.

Niestety wi?kszo?? podró?nych nie lubi Wietnamu, co innego ci którzy przyjechali tu na d?u?ej i zdo?ali zaadoptowa? si? w nowym ?rodowisku.

W Hue spotykam Ricka, Amerykanin, powy?ej pi??dziesi?tki. W latach sze??dziesi?tych by? surferem w Kaliforni, gdy wybuch?a wojna w Wietnamie zaci?gn?? si? do marines na dwa lata. Dwa lata które zmieni?y wszystko w jego ?yciu. Siedzimy w kafejce i rozmawiamy. Gdy zaczynam narzeka? na ludzi w Wietnamie i opowiadam mu o problemach na jakie natrafi?em podczas podró?owania wzd?u? kraju, u?miecha si? tylko i opowiada mi swoj? histori?. Po wojnie wróci? do Stanów, do San Diego. Nie móg? jednak ponownie odnale?? si? w nowej rzeczywisto?ci, heroina, alkohol, problemy w ma??e?stwie, koszmary. Mówi, ?e strzeli? do 15 osób, ale nie wie czy zabi? kogokolwiek. „Mia?e? kiedy? wypadek samochodowy? To sobie wyobra? podobny strumie? adrenaliny jaki dociera do twojego mózgu gdy jeste? na polu walki, kule lataj? woko?o g?owy, z boku umiera twój przyjaciel, towarzysz broni, przez pierwszych par? minut tkwisz w amoku a potem dopada ci? zm?czenie i oboj?tno?? na to co si? dzieje woko?o. Wojna to bagno. Jednak ludzie to ludzie – nie bior? przyk?adów z historii i wojny zawsze b?d? mia?y miejsce”. Rick przyjecha? do Wietnamu w 1993 roku. Wcze?niej zaadaptowa? dziewczynk? w Wietnamie, która straci?a rodziców na pocz?tku lat osiemdziesi?tych. Na pocz?tku wysy?a? jej pieni?dze a? w ko?cu spotka? j? osobi?cie. Dzi? jego córka ma 26 lat i spodziewa si? dziecka. Rick co roku sp?dza par? miesi?cy w Wietnamie, tu czuj? si? najlepiej, mówi, ?e zrehabilitowa? si? za z?e rzeczy, które pope?ni? s?u??c w armii. Przez lata pomaga? budowa? szko?y i szpitale w Wietnamie (jak i par? tysi?cy innych ameryka?skich weteranów wojny). W samym Danang mieszka oko?o 50 by?ych marines. „Nie móg?bym teraz mieszka? w Stanach na sta?e. Jestem na emeryturze, wi?c co móg?bym tam robi?? ?ycie tutaj jest znacznie spokojniejsze, teraz czekam tylko na swoj? desk?, nied?ugo znów przyjd? dobre fale na China Beach – nie mog? si? doczeka?, aby znów posurfowa? po wschodzie s?o?ca”

Uwielbiam obudzi? si? z rana i wyruszy? na fotograficzne ?owy przed wschodem s?o?ca – wtedy wszyscy zaj?ci s? w?asnymi sprawami i nikt nie zwraca na mnie uwagi. Ulice s? pe?ne ludzi uprawiaj?cych porann? gimnastyk?, markety zape?niaj? si? ?wie?ymi kwiatami, owocami morza. Potem ?niadanie, mocna kawa i „pho” czyli zupa z kluskami i warzywami.
Jestem w Hanoi, okre?lanym jako „Pary? wschodu” – wspania?a architektura, przepi?kne kobiety w tradycyjnych strojach i kapeluszach chroni?cych przed s?o?cem przemykaj? rowerami po szerokich alejach. Po po?udniu ?ycie zamiera, temperatura skacze powy?ej 40 stopni. Najlepiej si? nie rusza?, przysi??? w jednej z mikroskopijnych kafejek i zamówi? mro?on? kaw?. Byle do wieczora. Wtedy wszystko zaczyna si? od pocz?tku. M?odzi Wietnamczycy zbieraj? si? w grupkach i pij? tanie piwko, rykszarze znów namawiaj? na przeja?d?k? (oni si? nigdy nie poddaj?).

Wygl?da na to, ?e chyba polubi?em Wietnam. Choroba, szalony Sajgon i ludzie zwi?zani z biznesem turystycznym dali mi si? we znaki. Ale wystarczy?o wyjecha? bardziej na pó?noc, wsi??? na motor i oddali? si? od tego wszystkiego – w jednej chwili wszystko si? zmieni?o. Nie chodzi o to przecie? aby wszyscy byli mili dla ciebie i si? u?miechali. Jak sobie pomy?le, co te? musz? prze?ywa? niektórzy tury?ci w Polsce – wszystkie te zaci?te twarze w autobusach i tramwajach, problemy z kupieniem biletu na dworcu i inne – nie zawsze musi by? przyjemnie i kolorowo. Czasem trzeba zacisn?? pi??ci, u?miechn?? si? do siebie samego i ruszy? dalej w drog?…

Wkrótce potem ruszy?em pod granic? chi?sk? a? do Sapy. Znakomite zako?czenie podró?y po Wietnamie. Wspaniali ludzie, jazdy motorem po wioskach woko?o Sapy, plemiona górskie. Wiza ju? prawie wygasa?a wi?c po 5 dniach w Sapie przejecha?em minibusem do granicy z Chinami aby rozpocz?? kolejny rozdzia? w podró?y. A Chiny to b?dzie przygoda jakich MAO.

 Nate Thurmond Womens Jersey

Otagowano

Śladami Khmer Rouge

Zdj?cia z Kambod?y

Pakuj? dwie torby z aparatem, laptopem, 2 koszulki, krótkie spodnie i opuszczam Phnom Penh. Moim celem jest Pailin.

„Droga” jest tu najwa?niejsza. Nieistotne zabytki, punkty widokowe, ko?cio?y, ?wi?tynie i inne „atrakcje” turystyczne. Droga uzale?nia, wci?ga, nakr?ca. Wci?ni?ty pomi?dzy worki z ry?em, zapasowe ko?o i pi?tnastu Khmerów przemierzam bezdro?a Kambod?y. Odcinki w kilometrach nie s? zbyt imponuj?ce – za to czas jaki trzeba po?wieci? aby przemie?ci? si? z miejsca na miejsca mo?e przyprawi? o ból g?owy.

W Kambod?y nale?y wstawa? wcze?nie rano aby gdzie? dotrze? na czas – bior?c pod uwag? stan dróg, po??czenia i popo?udniowe deszcze zmieniaj?ce drog? w b?otnist? udr?k?. Drogi w tym kraju to temat rzeka. Niewiele jest tu tras o s?usznej nawierzchni – chlubne wyj?tki to po??czenia pomi?dzy Phnom Penh a S’ville, Sajgonem oraz niektórymi miastami w innych cz??ciach kraju. Nawet do Siem Reap najbardziej nawiedzanego przez hordy turystów z ca?ego ?wiata prowadz? marne drogi pe?en dziur wybojów rachitycznych mostków. Nieistotne – bogaci tury?ci i tak przylatuj? tu samolotem (Siem Reap dysponuje mi?dzynarodowym lotniskiem).

Przed zachodem s?o?ca docieram do Pailin. Tu wci?? ?yj? Khmer Rouge – znajduj? przewodnika – Votha ?wietnie mówi po angielsku i doskonale wie jak porusza? si? po okolicy. I nagle miejsce, które w?a?ciwie nie ma za wiele do zaoferowania przeci?tnemu tury?cie pokazuje swoj? drug? twarz. Walki kogutów, domy by?ych dowódców Khmer Rouge, kopalnie diamentów, kasyna dla Tajskich turystów na granicy, pola minowe. Wszystko to w trzy bardzo intensywne dni. Zbieram materia?y dotycz?ce historii kraju i fotografuj? kolejne miejsca.

Wyruszam do Anlong Veng – ostatniego bastionu Khmer Rouge. Tutaj w tajemniczych okoliczno?ciach umar? Pol Pot – brat numer 1 w tzw. Organizacji (Ankgar). Zanim odszed? z tego ?wiata cze?? jego wspó?pracowników dokona?a przewrotu. By? rok 1998. Wed?ug oficjalnych relacji zmar? na zawa? serce – jego cia?o zosta?o spalone na stosie zrobionym ze starych opon samochodowych. ?adnej ceremonii – na pogrzebie nie by?o nawet jego ?ony ani córki.

Wed?ug przewodnika droga z Siem Reap powinna zaj?? 2 godziny. By?em parokrotnie bliski zw?tpienia – w rankingu najgorszych dróg, po jakich je?dzi?em ta trasa trafia na pierwsze miejsce. Sze?? godzin po masakrycznych wybojach, dziurach. Parokrotnie by?em bliski wypadni?cia z ci??arówki.

Jak Pailin jest dzikim zachodem Kambod?y to Anlong Veng to jej dzika pó?noc. Ma?e zakurzone biedne miasteczko na granicy z Tajlandi?. Dok?adnie wiem jak móg? si? czu? samotny kowboj wje?d?aj?cy do obcego miasta gdzie? na dzikim zachodzie Stanów. Czuj? na sobie wzrok ka?dego – sklepikarze, kobiety sprzedaj?ce owoce, dzieciaki hasaj?ce po jedynej drodze w mie?cie. Zachodz? do jedynego hotelu wymienionego w Lonely Planet. Maj? jeden pokój. Tylko jeden. W?a?cicielka na migi co? mi próbuje opowiedzie? – z dum? wskazuje na wiatrak i wychodek w stylu obskurnej toalety z „Trainspotting”. Chce 5 dolców za ten syf. Wychodz? i szukam czego? innego. 3 dolary w hoteliku Dragon co?tam. W?a?ciciel mówi po francusku. Uff… parle odrobin? wi?c u?ywaj?c czasowników i rzeczowników francuskich od odbywam z nim ca?kiem ca?kiem pogaw?dk?. Po chwili pojawia si? cz?owiek z r?cznikiem przepasanym wokó? bioder. Jest z Kalifornii. Wyjecha? z Kambod?y 10 lat temu. „Jak masz problem, potrzebujesz dziewczyny na noc czy czego? innego wal jak w dym” rzecze Khmer z Long Beach.

Pobudka bardzo wcze?nie rano i wizyta w naturalnej fortecy wysoko w górach – grób Pol Pota, rozpadaj?ce si? domy innych Czerwonych Khmerów. Dziwne miejsce – tu strasz? z?e duchy przesz?o?ci.

Jak to mo?liwe? Wci?? pytam samego siebie i nie znajduj? odpowiedzi. Jak to mo?liwe, ?e ?ycie tutaj toczy si? w miar? normalnie, ?e jest tak wspaniale, ciekawie, podniecaj?co? Jak to mo?liwe, ?e ci ludzie u?miechaj? si? szeroko na twój widok i przyjmuj? ci? z otwartymi ramionami? Kambod?a jest jednym z najbardziej do?wiadczonych przez histori? krajów na ?wiecie. Kiedy? ogromne imperium – rozci?gaj?ce si? od Wietnamu przez Laos, Tajlandi? a? do Malezji. Imperium Khmerów – jego pozosta?o?ci do dzi? mo?na podziwia? w Angkor Wat. Potem totalne zamieszanie – w?adcy, królowie, obce mocarstwa, Francja, Wietnam, USA no i w ko?cu Czerwoni Khmerowie.

Spogl?dam na moich rówie?ników w Kambod?y. Zdaj? sobie spraw?, ?e nie mieli dzieci?stwa. Psychopatyczny i krwio?erczy re?im Pol Pota zabra? im te lata. Zabra? im o wiele wi?cej. Khmer Rouge czyli Czerwoni Khmerowie urz?dzili prawdziw? rze? w latach 1975-1979. Prawie 2 miliony Khmerów straci?o ?ycie – tortury, g?ód, egzekucje, choroby – wszystko w imi? stworzenia spo?ecze?stwa doskona?ego – bez pieni?dzy, klas, podzia?ów. Ludno?? miejska zosta?a wys?ana na wie? – tam w pocie czo?a od rana do nocy zbierali marny ry?. Ca?a inteligencja, ludzie znaj?cy j?zyki, lekarze, nauczyciele, ca?a klasa ?rednia zosta?a wymazana. Jak to mo?liwe? Znów pytam samego siebie i zag??biam si? w histori? tego kraju, kupuj? gazety, rozmawiam z lud?mi.

Odwiedzam S21 oraz Killing Fields (Pola ?mierci) – to namacalny dowód zbrodni przeciwko ludzko?ci. ?zy same p?yn? do oczu zwiedzaj?c muzeum. Ofiary Pol Pota spogl?daj? ze zdj?? zawieszonych w muzeum S21. Wychodz? wstrz??ni?ty. Auschwitz Azji Po?udniowo Wschodniej nikogo nie pozostawia oboj?tnym. Dopiero jazda po mie?cie i roze?miane g?by Khmerów zasuwaj?cych ca?ymi rodzinami na motorkach pomagaj? wróci? do normalno?ci.

Przemierzam ulice Phnom Penh. Na piechot?, motocyklem lub rowerem. Wch?aniam atmosfer? – po raz pierwszy w jakimkolwiek z miast Azji czuj?, ?e ludzie ?YJ?. ?yj? mocno. Czasem za mocno. To jedyne takie miejsce gdzie w?a?ciwie mo?esz zrobi? wszystko (a przynajmniej masz tak? mo?liwo??). Niemo?liwe staje si? mo?liwe. Chcesz zastrzeli? krow? z rakiety? Nie ma sprawy – dolary zrobi? wszystko. Seks? Nie ma sprawy. Gandzia? 20 dolarów za kilogram.

Oprócz pi?knych widoków, pi?knych ludzi, niesamowitej historii, s? ofiary min (prawie 6 milionów min w ca?ej Kambod?y), AIDS, prostytucja dzieci?ca i ogromna bieda. Terenowe Toyoty skorumpowanych urz?dników stoj? na czerwonym ?wietle obok zdezelowanych mopedów. Kraj tonie w d?ugach, potrzebni s? specjali?ci wszelakiej ma?ci – ekonomia w powijakach – wszystko trzeba zaczyna? od pocz?tku. B??dy polityczne, niew?a?ciwe osoby na niew?a?ciwym miejscu, 30 lat po wojnie domowej ludzie chc? ?y? normalnie nie ma znaczenia kto by? w Khmer Rouge a kto nie. Przynajmniej takie wra?enie sprawiaj? w codziennych rozmowach. ?ycie toczy si? dalej, teraz wa?na jest przysz?o??.
 Trevor Linden Jersey

Otagowano

Hitchhiker’s guide to Japan

Zdj?cia z Japonii

Tokio

Zostawi?em daleko za sob? parne ulice Hong Kongu. 5 godzin pó?niej by?em ju? w innej rzeczywisto?ci. Japonia. Kraj kwitn?cej wi?ni, która ju? o tej porze roku nie kwitnie. Tokio.

Nie próbuj? nawet szuka? podobie?stw pomi?dzy tym co widz? teraz a rzeczami z przesz?o?ci. Ulice Tokio s? wysokokaloryczn? po?ywk? dla moich oczu – wszystko co sobie wcze?niej wyobra?a?em mog?em spokojnie zzipowa? i wyrzuci? do kosza.

„Dude, nie ma co wstawa? zbyt wcze?nie – je?eli b?dziemy le?e? w ?ó?ku do po?udnia mniej kasy wydamy na ?arcie” – rzek? Thorben z Niemiec do Andrew z Australii. G?upie to ale jak?e prawdziwe. Kasa idzie straszna – oszcz?dza si? na wszystkim a i tak schodzi 40-45 dolców na dzie?. KaoSanTokyo.com – najta?sza opcja w Tokio za 2000 jenów za noc – nie ?adne kapsu?y metr na dwa (tam za noc 3500 jenów). 100 jenów to 3 zeta. Za 100 jenów kupisz najwy?ej ma?? wod? mineraln?, zupk? w proszku lub te? 3 banany. Za 500 masz obiad w barze gdzie kuponik na ?arcie kupujesz z automatu i przynosisz go do kuchni. Aby dosta? si? do miasta i z niego wróci? kolejne 400 jenów. Piwo kosztuje 300 a Santory Whiskey 250 za ma?? butelk?. W?a?ciwie da si? ?y?, ale minimalnie. O jeny…

O 17 ko?czy si? praca. Metro wype?nia si? do granic mo?liwo?ci, wtedy pojawiaj? si? upychacze ?aduj?cy ludzi w wagonach tak, aby umo?liwi? zamkni?cie si? drzwi. Ludzie jad? do domów, do barów, na spotkania ze znajomymi – miasto t?tni ?yciem a? do pó?nocy – potem odje?d?a ostatni poci?g. Tych których sta? na nieprzyzwoicie drogie taxi nie maj? co si? martwi? – reszta zostaje w mie?cie do rana, niektórzy id? przespa? si? w kapsule albo w lovehoteru (Love Hotel), gdzie niekoniecznie si? ?pi. Czasem zbyt zatr?bieni sararymen (urz?dnicy) le?? na parkowych ?awkach czekaj?c na nowy dzie? – wtedy obudz? si? w wymi?tym garniaku i znów pójd? do pracy. ?ycie sararymana to poci?g, praca, picie, spanie, poci?g, praca i znów picie. I tak codziennie – nie mo?na przecie? odmówi? kolegom, a tym bardziej szefowi. Szef idzie si? napi? – idziesz z nim, lata temu podpisa?e? pakt ze sko?nookim diab?em. Kolektywnie w grupkach, g?o?no i alkoholowo sp?dzaj? kolejne dni po pracy.

Miasto, pono? 34 miliony ludzi – wraz z Jokoham? i Chib? oraz setkami mniejszych miasteczek tworz? najwi?ksz? metropoli? ?wiata, jeden wielki betonowy organizm pracuj?cy jak silnik Toyoty, bezproblemowo i d?ugowiecznie – chyba ?e co? padnie – to wtedy jest krótkotrwa?a katastrofa – tajfuny, tsunami czy trz?sienia ziemi to chleb poprzedni…

Metro zm?czonych ludzi. Jest cichutko. S?ycha? jak kartkuj? ksi??ki czy te? komiksy. Rano wyprasowani biegn? korytarzami wielkiego spaghetti, w poci?gu gapi? si? w okno, ekrany komórek, gejmbojów czy kieszonkowych playstation. W okolicach Shibuya albo Shinjuku pojawia si? kolorowy t?um szalonych ludzi – wszystkie odmiany wariatów, niesamowite Japoneczki, punki, dresiarze (tak, tak), uczennice szkó? ?rednich w podkolanówkach, blond w?osach, wyci?gaj? lusterka z plastikowych torebek i zaczynaj? poprawia? mejkap, wszystko to nie przerywaj?c ?wiergotania i konferencji mi?dzykomórkowych. Tokio jest stolica KNJ – Konfederacji Narodów Jednokomórkowych – za par? lat wi?kszo?? pop-ulacji b?dzie mia?o problemy z kciukami.

Postanowi?em przejecha? autostopem przez ca?y kraj. Z pó?nocy na po?udnie. Jako, ?e by?em w samym ?rodku wyspy uda?em si? na pó?noc na drug? najwi?ksz? wysp? Japonii – Hokkaido.

Autostopem przez Japonie. Hokkaido.

Dzie? pierwszy na Tohoku Expressway

Z Ueno zakupi?em bilet za 650 jenów do stacji Hasuda (JR Utsunomiya). Prawie przespa?em stacj?, poci?g si? buja?, chyba po?owa pasa?erów spa?a, wi?c podda?em si? sennym wibracjom. Otworzy?em oczy, gdy zamyka?y si? drzwi, chwyci?em plecak i crumplera ze sprz?tem i wyskoczy?em na peron stacji Hasuda. Szare, o?owiane niebo, leniwa atmosfera w miasteczku, szybko znajduj? przystanek autobusowy numer 3. Potem podje?d?a autobus jad?cy do Shiyakusho-mae – dzi?ki pomocy kobiety jad?cej na s?siednim siedzeniu wyskakuj? tu? przy wje?dzie na autostrad?. Robi? z kilkaset metrów mijaj?c niewielkie domki, po?o?one przy czystych uliczkach. Jest do?? ciep?o, staruszkowie podcinaj? krzaki w ogrodach, dzieciaki je?d?? na rowerach, a ja zasuwam z plecakiem.

Powrót do autostopu jak za dawnych czasów. Podobnie jak w Niemczech czy w Europie Zachodniej najlepszym miejscem s? parkingi po?o?one przy autostradzie – w Japonii te miejscóweczki nazywaj? si? SA/PA. SA (sabisu eria) s? wi?ksze ni? PA (parkingu eria), które s? tylko parkingami z jednym barem, toaletami i stacj? benzynow?. Sabisu eria to znacznie wi?ksze przystanki, jest nawet bezprzewodowy internet (szkoda, ?e zabezpieczony) i st?d w?a?nie pisze te s?owa.

Po 15 minutach machania zatrzymuje si? pierwszy samochód. Przedstawiciel serwisu zajmuj?cego si? napraw? robotów i maszyn – 30 lat, jedzie do Utsunomiya, wyrzuca mnie 37 km przed tym miastem – na du?ym SA sk?d mam nadzieje z?apa? nast?pn? okazj?. Stoj? z godzin? – same samochody dostawcze, urz?dnicy wracaj? z roboty, w?a?ciwie nic si? nie dzieje, s?ucham lekcji japo?skiego i ?uj? gum?. Yoshihiro Nakamizu od 13 lat eksportuje drzewka bonsai– zabiera mnie 10 kilometrów wraz ze swoj? rodzink? (dzieciaki wgapione w ma?y telewizor nadaj?cy anime i cicha ?ona, która tylko na ko?cu po?egna?a mnie wi?zank? mi?ych japo?skich s?ów). Yoshihiro zna Porandu (Polsk?), sprzedaje tam swoje drzewka, kiedy? te? je?dzi? stopem, wi?c zawsze zabiera takich typów jak ja. Wszystko pi?knie, ale zaczyna pada? – dostaj? w prezencie parasolk? i dobre s?owo na po?egnanie. Zachodzi s?o?ce wi?cej chyba dzi? kilometrów nie zrobi?. Z do?wiadczenia wiem, ?e w nocy si? stopowiczów nie zabiera – jeszcze jeden kole? mnie zabiera, jednak te? z 10 kilometrów, na szcz??cie na dobry SA.

Drugi dzie? – Tohoku Expressway

Znalaz?em doskona?e miejsce, aby si? wyspa? – w lesie, na trawie, roz?o?y?em karimat?, nakry?em si? kocem zawini?tym z United Airlines, polskie tygodniki przywiezione od ?ukasza, lekcje japo?skiego z iPoda a? w ko?cu zasn??em.

Obudzi?o mnie ostre s?o?ce w okolicach 8 rano, otrzepa?em si? z setek mrówek (spa?em w mrowisku jak si? okaza?o), pozdrowi?em g??bokim sk?onem dwóch dziadków siedz?cych na ?awce obok (ohayo gozaimas), spakowa?em graty, zjad?em ?niadanko w sali pe?nej podró?nych, kawa, du?a woda i ruszy?em w stron? autostrady.

Cel jaki za?o?y?em sobie na dzisiaj – czyli Aomori – wydawa? si? odleg?y jak ksi??yc, który przy?wieca? mi w nocy. Znów iPod i 5 lekcja z 9 które ?ci?gn??em z netu – jeszcze 2 dni i przerobie to wszystko i b?d? potrzebowa? ca?o?ci kursu. Po 15 minutach zatrzyma? si? pierwszy kole? – 45 letni fan Deep Purple (akurat lecia?o Smoke On The Water), co? po angielsku mówi? (zreszt? jak wi?kszo?? tych co mnie zabra?a po drodze) – podrzuci? mnie mo?e z 30 kilometrów do nast?pnego parkingu. 30 minut czekania i z piskiem opon zatrzyma?o si? BMW wyprodukowane w D?ermani z kierownic? po lewej stronie – dobroczy?ca nazywa? si? Kodo Hanabusa i by? prezydentem Hanabusa Co. LTD firmy zajmuj?cej si? dostarczaniem lunchów do du?ych firm w Tokio. Spoko go?? – zapalony golfista, podwióz? mnie mo?e z 20 kilometrów do kolejnego parkingu, z którego od razu zabra?a mnie starsza para jad?ca na wakacje do Akity (2 dni wakacji w Japonii to du?o). Akita znajduje si? na zachodnim wybrze?u Honsiu wi?c obiecali mi podrzuci? mnie a? do rozjazdu dróg znajduj?cego si? przed Moriok?. ?wietnie si? z?o?y?o – zapakowa?em graty do wypasionego Nissana w stylu ameryka?skich kr??owników i ruszyli?my w drog?. Kole? mówi? odrobin? po angielsku i rozumia? wszystko, wi?c przez pó? godziny toczy?a si? rozmowa zanim nie zapad?em w g??boki sen na tylnej kanapie. Obudzili mnie na parkingu tu? przed rozjazdem zapraszaj?c na lunch – nie mog?em odmówi?, zreszt? bior?c uwag? stan moich finansów wcale nie chcia?em – wypasiony obiadek, potrenowa?em japo?ski i przemili pa?stwo po?egnali si? ze mn? zostawiaj?c mi kaw? w puszce i kawowe dropsy co prawdopodobnie mia?o mnie obudzi? (niestety tak si? nie zdarzy?o).

Nie zd??y?em nawet si? podrapa? w ty?ek, a tu si? zatrzyma? kolejny cz?owiek. Podrzuci? mnie pod sam? Moriok?, na kompletnie jak si? okaza?o pusty parking – lecz i tam nie zagrza?em miejsca – dos?ownie par? minut pó?niej m?ode ma??e?stwo z 3 letni? córeczk? podwioz?o mnie na lepszy i wi?kszy parking.

Tam sta?em i sta?em – zachodzi?o s?o?ce i by?o ju? ca?kiem pó?no – nie by?em przekonany czy chcia?bym rzeczywi?cie tu biwakowa? bior?c pod uwag? znaki ostrzegaj?ce o aktywno?ci misiów w okolicy – zjedzony przez nied?wiedzia w Japoni – marny koniec marnego cz?owieczka.

Sta?em tak i sta?em – a? ze stacji benzynowej ruszy? w moim kierunku jeden z jej pracowników nios?c dwa kartony z nazwami zapisanymi w Kanji (ten sam alfabet co chi?ski, zreszt? potem napisz? wi?cej o j?zyku).

– Konnichiwa
– Konnichiwa, ogenki deska?
– Hai, genki des, anatawa? Aomori e ikimas – rzek?em

Okaza?o si?, ?e mistrzowie zrobili mi dwa kartony, zak?adaj?c, ?e jad? albo do Aomori albo do Morioki. Podzi?kowa?em, uni?enie, k?aniaj?c si? w pas – ale dalej sta?em jak ten ko?ek i nikt nie chcia? si? zatrzyma?. Po godzinie znów ci sami d?entelmeni przyszli z pomoc? – okaza?o si?, ?e pytali si? ka?dego na stacji benzynowej czy mnie nie zabierze. No i tak si? sta?o – podjecha? van z go?ciem o szarych w?osach, ró?owej koszuli i butach za pierdyliard jenów – ten nie mówi? a nic po angielsku, ale w ci?gu 2 dni nauczy?em si? na tyle japo?skiego, ?e mogli?my rozmawia? przez 15 minut (sam by?em zaskoczony) a? znów odpad?em. Obudzi?em si? przed samym Aomori, wypili?my kaw? na parkingu i po 15 minutach by?em w przystani promowej. Za 1400 jenów zakupi?em bilet na Hokkaido do Hakodate i b?d? tam o 4 rano.

Podsumowuj?c – jestem totalnie uradowany – b?d? na Hokkaido w nieca?e pó?tora dnia odk?d opu?ci?em Tokio. Zak?ada?em minimalnie 3-4 dni, aby si? tam dosta? – Japo?czycy zaskoczyli mnie kompletnie – ka?dy dzie? jest lepszy od poprzedniego i jak si? uda chcia?bym zosta? tu przynajmniej miesi?c. Je?d??c stopem schodzi mi maksymalnie 50 zeta dziennie – co jest chyba wyczynem, po dniach sp?dzonych w Tokio.

Nie wiele spa?em w ostatnich 3 dniach – w?a?ciwie od paru tygodni sen jest nierówny, zasypiam o dziwnych porach, czasem wraz z brzaskiem, w godzinach popo?udniowych na par? godzin. Teraz to si? odbija – nie mam si?y nawet macha? lew? ?ap? na nadje?d?aj?ce samochody – na szcz??cie nie trzeba wiele wysi?ku – maksymalnie kwadrans z górk? i znów jestem na swojej drodze. Tyle, ?e pó?niej zasypiam w samochodach swoich dobroczy?ców i nie wiem czy jest to mile widziane, w ko?cu kto? zabiera mnie ze sob?, aby mie? towarzystwo na d?ugiej drodze do domu.

J?zyk

Japo?ski to po japo?sku „nihongo”. W?a?ciwie naukowcy do ko?ca nie s? pewni korzeni j?zyka – prawdopodobnie ma du?o wspólnego z dialektami tureckimi i mongolskimi a tak?e powstawa? pod du?ym wp?ywem chi?skiego i korea?skiego. Pomi?dzy XVI i XIX wiekiem kupcy europejscy oprócz syfilisu i innych chorób przywie?li tak?e par? s?ów, które wesz?y do codziennego japo?skiego. Oczywi?cie w wieku XX nast?pi?a g??boka amerykanizacja kultury i tym samym na toalet? mówi si? toyre, na silnik enjin, telewizor to terebi, love hotel to rabuhoteru i móg?bym tak d?ugo wymienia?. Judo, harakiri, seppuku, kamikaze, karaoke, bonzai, sake, aikido, ninja, jakuza, suszi, orgiami, tsunami, wasali, gejsza, sumo – spisa?em sobie s?owa japo?skie, które zna?em wcze?niej. Potem jak wyruszy?em w drog? mia?em mnóstwo czasu na nauk? – wcze?niej do iPoda za?adowa?em sobie Japanese-Pimsleur (pierwszy unit) i powoli, z lekkim zdziwieniem, zacz??em przyswaja?. Gramatyka prosta, dwa czasy jedynie (przysz?y mo?na wyrazi? za pomoc? tera?niejszego), wymowa prosta, ?adnych intonacji jak w chi?skim, wietnamskim czy tajskim – tylko si? uczy?. Trudniejsza sprawa z czytaniem – s?owa pochodzenia chi?skiego zapisuje si? w kanji (taki sam alfabet jak chi?ski) w po??czeniu z japo?skim alfabetem hiragana i katakana (w nowoczesnym japo?skim wyst?puje ponad 2000 znaków kanji, natomiast 46 znaki w hiraganie odpowiadaj? sylabom – w sumie w ró?nych kombinacjach mo?emy u?ywa? a? 100 znaków; co do katakany – u?ywa si? jej aby opisa? wszelkie s?owa zapo?yczone z innych j?zyków – proste prawda?).

Oprócz Nihongo (którym pos?uguje si? prawie 130 milionów ludzi na ca?ym ?wicie) w Japonii u?ywa si? równie? Ainu (na Hokkaido i Sachalinie w Rosji) oraz Ryukyuan na Okinawie (po?udniowa tropikalna wyspa, bardzo blisko Tajwanu).

Automaty

Sprzedaje si? w nich wszystko – napoje, lodowat? b?d? gor?c? kaw?, browary, papierosy (ca?a Japonia jara jak lokomotywa, a ?redni? ?ycia maj? jedn? z najd?u?szych na ?wiecie), hotdogi, czekoladki, chrupki, kondomy, cz??ci komputerowe, komórki, karty sim, filmy pornograficzne i komiksy – w Japonii jest najwi?ksza ilo?? automatów na ?wiecie – s? dos?ownie wsz?dzie, nawet w miejscach gdzie cz?owiek pojawia si? z rzadka (mo?e nied?wiedzie na Hokkaido te? zakupuj? rybne chipsy w automatach?)

Dzie? trzeci – Hakodate, Hokkaido

Prom przybi?y do wybrze?y Hokkaido o 3.30 rano. Przysta? promowa w Hakodate opustosza?a jak trybuny stadionu marnego zespo?u ligi okr?gowej. By?o jeszcze ciemno – nigdzie nie widzia?em przystanku autobusowego czy te? torów kolejowych – a do centrum miasta by?o ?adnych par? kilometrów. Podrepta?em zatem przed siebie, beznadziejnie machaj?c ko?czyn? z kciukiem, niestety ?aden z niewielu pojazdów mijaj?cych moj? objuczon? plecakiem posta? nawet nie zwolni?.

Wzd?u? morskiego betonowego brzegu w?dkarze porozstawiali stoliki i krzese?ka w milczeniu gapi?c si? w ciemn? wod?. Przeszed?em wzd?u? przystani, potem mostem a? w ko?cu zobaczy?em ?wiat?a budz?cego si? centrum miasta. Zlokalizowa?em wzrokiem stacj? kolejow?, gdzie wrzuci?em plecak do przechowalni. By?y trzy rodzaje lockerów – za 700, 500 i 400 jenów. Ten ostatni z pocz?tku, wizualnie, wydawa? si? za ma?y na mój plecak. Lecz po otwarciu okaza?o si?, ?e oprócz mojego dobytku zmie?ci?bym tam nawet poci?te na kawa?ki zw?oki (po przeczytaniu przepisów na ?cianie okaza?o si?, ?e by?oby jednak to wbrew prawu, tak jak i przechowywanie broni, bomb oraz narkotyków).

Zostawiam plecak i id? na poranny market Asa-Ichi. Tysi?ce homarów, ikry, ryb i innych owoców morza. Zamawiam za 1400 jenów donburi z ikr? z ?ososia i lobsterami. Niebo w g?bie. W radiu lecia?y japo?skie przeboje z lat 60tych, zaczyna? si? nowy dzie?.

Trzeba si? w ko?cu umy? – publiczna ?a?nia (Olsen) to chyba najlepsze miejsce. Za 370 jenów zakupuje bilet wst?pu. W sporej sali 50 nagich Japo?czyków w wieku od 18 do 99, siedz? na plastikowych sto?eczkach, przed lustrami, namydlaj? cia?a, gol? si? aby wej?? do jednego z d?akuzi (s? 4 i jedno na zewn?trz – testuje wszystkie, ró?ni? si? intensywno?ci? bulgotu i temperatur? od 42 do 45 stopni). Rewelacja. Sp?dzam tam godzin? paraduj?c z fujark? po onsenie – no big deal – to samo robi? inni, ?adnego zas?aniania si? i wstydu…

Oko?o 14 ruszam poza miasto. 8 kilometrów zanim z?apa?em pierwsz? okazj?, tu? poza miastem, zaraz przed wjazdem na g?ówn? drog?. Zatrzyma? si? typek w kolorowych ciuchach, tuningowanej furce – nie jecha? do Sapporo, ale zgodzi? si? podrzuci? mnie za miasto na pierwszy lepszy parking. Po drodze wst?pi? jeszcze do domu na przedmie?ciach, aby zabra? swojego kumpla – jechali w góry na jak?? imprez?. Potem siedzia?em jeszcze w trzech autach, za ka?dym razem po par? kilometrów, zachodzi?o s?o?ce, a mnie ogarn??o zm?czenie. Zrobi?em zakupy w seven eleven, postanowi?em posta? jeszcze chwil? i poszuka? miejsca do spania na pla?y. 3 minuty pó?niej siedzia?em w samochodzie Nishi Masanori, 26 letni mieszkaniec Sapporo zabra? mnie z rado?ci? i jak powiedzia? po raz pierwszy mia? sposobno?? rozmawia? po angielsku z gaijnem (obcokrajowcem). 3 godziny pó?niej by?em w Sapporo – czas przelecia? szybko na rozmowie, s?uchaniu muzy, zatrzymali?my si? te? na kolacj? gdzie? w górach, potem zasn??em, Nishi obudzi? mnie w Sapporo.

Zdecydowa?em si? nie i?? do Youth Hotelu za 3700 jenów. Za 1900 mog? przesiedzie? 7 godzin w kafejce netowej – prysznic, prywatna kabina, tysi?ce filmów na DVD, picie i jedzenie za friko, szybkie ??cze i super wygodny fotel…

Dzie? czwarty – Sapporo

Wczorajszego dnia w okolicach popo?udnia ledwo ju? pow?óczy?em nogami. Silny wicher powiewa?, by?o zimno jak cholera, zjad?em obiad w knajpie dla robotników (schabowy !!!, ry?, nieograniczona surówka) i czu?em, ?e wi?cej nie wyrobie. By?o za zimno aby spa? w parku, lukn??em do portfela, jeszcze troch? kaski by?o. W informacji turystycznej znale?li mi najta?sz? kapsu??, wsiad?em w metro i pojecha?em do dzielnicy Susukino – bary, rabuhoteru (Love Hotels). Sapporo Kapsule Inn za 3200 jenów za noc. Wchodzisz bez butów, które zostawiasz w szafce. Wje?d?am na 3 pi?tro (wszystkich jest 7, na 7 prysznic komunalny i d?akuzi) i odnajduj? swoj? kapsu?? – wszystko wygl?da tak jakbym mia? zaraz odlecie? w kosmos. Ale zamiast tego odpadam w 16 godzinny sen. W ?rodku kapsu?y (metr na dwa) telewizor, radio, budzik, po?ciel – wygodna sprawa. Terebi (telewizor) nie dzia?a jednak – trzeba wykupi? kart? za 1000 jenów. Znajduj? jeszcze ulotki z programem telewizyjnym na czerwiec – hm… same pornosy. Na moim pi?trze jest jeszcze pusto i cicho. Bardzo szybko zasypiam, aby obudzi? si? dwa razy na siusiu.

Sapporo poprzedniego dnia sprawia?o wra?enie pustego miasta – dzi? wysz?o s?o?ce i sprawy przybra?y inny obrót, mnóstwo ludzi na ulicach, ciep?o i czuj? si? znacznie lepiej. Popracowa?em troch? na kompie i trzeba b?dzie wyjecha? z miasta w jaki? sposób. Jad? na wschód w stron? parków narodowych…

Dzie? pi?ty – autostopem przez Hokkaido.

Czego szukasz b?d?c w drodze? Czy chcesz odnale?? samego siebie czy te? szukasz innych? Samotno?? ma swoje plusy, ale bez innych ludzi nie masz opowie?ci. Tylko interakcja ma sens. Czytaj?c ksi??k? Marka Kami?skiego o tym jak szed? na biegun stwierdzi?em, ?e to nie dla mnie. Lubi? samotno??, wtedy uk?adam w sobie my?li, planuj? co robi?, jestem zaj?ty samym sob?, lecz jednocze?nie gdzie? szukam innych ludzi. Na pewno jest z tego satysfakcja – ?e doszed?e? na ten biegun – d??enie do celu jak najbardziej. Ja si? z?apa?em na tym, ?e nie mam celu – droga ma sens sam w sobie i basta.

Piony poziomy wahania klimatu w t? i we t?. Najlepsze pomys?y i rozwi?zania przychodz? jednak gdy ma si? z górki, wtedy mózg szybciej pracuje i daje to nieoczekiwane wyniki.

?lizgam si?. Tego znie?? czasem si? nie da. ?lizgania si? po powierzchni kulturowej. Od tygodnia ucz? si? j?zyka. O ile ?atwiej jest znaj?c par? s?ów i maj?c czasem mgliste poj?cie co te? do ciebie mówi?.

Hokkaido jest super. Ale nie do zdj?? – tzn. na pewno jest znakomitym miejscem dla mi?o?ników fotografii przyrodniczej czy te? krajobrazów. Ale nie dla mnie. Wol? miejsk? d?ungl?, a na wsi to lubi? sobie odpocz?? od aparatu. Dlatego ostatnie zdj?cia s? tylko zapisem drogi, brak jaki? spektakularnych szotów. Ale postanowi?em wrzuca? codziennie krótki film z podró?y autostopem, zamiast zdj?? (które te? si? czasem pojawi?). Wieczorem co? sklec?.

Oko?o 16 opu?ci?em Akan aby jednym samochodem dojecha? do Kawa?u Onsen. Kolejne emeryckie miasteczko – drewniane domki, sklepy z szajsem w stylu poro?a jeleni i wypchane bobry. Nie trawi? w?a?ciwie ca?ej tej cepelii, cho? teraz pochodz? do tego z dystansem. Krajobrazy s? super, wulkany, jeziora, mg?a osnuwa wszystko dooko?a. Jest zimno – jakie? 10 stopni Celsjusza. Zasuwam w sanda?ach i krótkich gaciach – nie mam ca?ego tego trekingowego ekwipunku. Brak namiotu, ?piwora, odpowiednich butów. Wi?c czeka?em na okazj? oko?o 20 minut – in?ynier z Kushiro nadrobi? drogi aby z Teshikagi podrzuci? mnie pod wulkan oddalony o 3 kilosy od Kawayu Onsen. Zobaczy?em sobie gejzery, ?mierdz?ce siark? i piek?em a potem spokojnie przeszed?em sobie 3 kilosy nie próbuj?c nawet autostopu – dziennie ?rednio robi? z plecakiem z 7-10 kilometrów – niez?a gimnastyka. W miasteczku znalaz?em raida hausu – za 800 jenów (plus 200 za ko?dr? i materac). W?a?ciciel jest wiekowym dziadkiem, co ledwo chodzi, ale m?czy? mi dup? przez godzin?, obja?niaj?c mi ?e to jest kibel, to jest TV a to jest pilot, który s?u?y do jego w??czania, tam jest lampka, a tu drzwi – uwa?aj na schodach jak schodzisz bo s? strome, wy??czaj ?wiat?o, zdejmuj buty, tam musisz je?? (gdzie indziej nie mo?esz i na mapie wskaza? mi jak?? knajpk?). Strasznie upierdliwy typ – ale miejscówka fajna, typowy japo?ski domek, z rozsuwanymi drzwiami z papieru i drewna, raida hausu jest pusty wi?c dzi? na spokojnie zasi?d? na tatami i pomontuj? filmy.

Utoro

Na pierwszy rzut oka Utoro rzeczywi?cie wydawa?o si? miejscem zapomnianym przez wszystkich (oprócz japo?skich turystów i nowo?e?ców). Pó?wysep Shiretoko (na którym le?y Utoro) w j?zyku Ainu oznacza ni mniej ni wi?cej „koniec ?wiata”. Wulkany, klify, niedost?pne zatoki, wszystko wygl?da na nie ruszone. Czasem a? do sierpnia na szczytach górskich le?y ?nieg, a czasem nie topnieje wcale i utrzymuje si? przez ca?y rok.

Dojecha?em do Utoro w niedziel? wieczorem. Dwie szybkie okazje autostopem z Kawayu, a na miejscu nie mia?em w gruncie rzeczy poj?cia do b?d? robi?. Postanowi?em wi?c nie robi? nic i poczeka?. Czasem przydaje si? rzut monet?, albo ko??mi – czasem wystarczy zda? si? na intuicj?. Poszed?em wi?c w lewo, cho? mog?em w prawo jak i do ty?u a w opcji by?o tak?e pod górk?. Po drodze wst?pi?em do pierwszego lepszego sklepu pytaj?c o raida house. Chuda Japonka z wystaj?cymi z?bami by?a tak przemi?a, ?e zadzwoni?a gdzie trzeba, a w?a?ciwie 200 metrów dalej do Cafe Fox. Miejsce okaza?o si? domem dla ekipy pracuj?cej na miejscu, a tak?e biurem turystycznym, knajp?, kafejk? internetow? i domem dla podró?nych (easy raiderów).

Dokona?em w?a?ciwie przes?uchania dziewczyny za kas?. Ruda odpowiada?a pos?uguj?c si? ca?kiem przyzwoitym angielskim – co ile kosztuje, gdzie i jak, zapyta?em si? jeszcze gdzie tu mo?na owoce morza i rybk? skonsumowa?. Odpowied? znajdowa?a si? 10 metrów dalej w knajpie Pana Tanedy.

Taneda

Zasiad?em wi?c u Taneda-san. W?a?ciwie ju? zamyka?, ale zdo?a?em zamówi? rybk? (koniec ko?ców zjad?em 2, o?miornic?, krewetki i inne tam). Gadka szmatka – Taneda kumaty cz?owiek, po angielsku rozumia?, wi?c na migi i w mieszance japo?sko – angielskiej uci?li?my sobie pogaw?dk? przy browczyku, morskich robakach i gumowych oktopusach. Dosz?o do wymiany wizytówek – a ja nie?mia?o zapyta?em czy mog? si? z nim wybra? na po?ów w nocy. Taneda zastanawia? si? i zastanawia? i chyba nie wiedzia? co powiedzie? (poznaj? ju? ten stan u Japo?czyków – za?enowanie i wstydliwy u?miech) – ale dogadali?my, ?e ja robi? zdj?cia a on mo?e sobie wydrukowa? i powiesi? w knajpie (która zosta?a otwarta tydzie? temu). Wypili?my jeszcze po jednym Asahi i umówili?my si? na 1:15 w nocy.

Cafe Fox

Powróci?em do Cafe Fox. Zamówi?em kaw? i usadowi?em si? z laptopem przy piecyku, bo strasznie pi?dzi?o. Okaza?o si?, ?e jest hotspot, ale zanim zd??y?em cokolwiek wbi? w firefoxie dosiad? si? kole? w kurtce z napisem Cafe Fox. 3 minuty pó?niej siedzia?em przy stoliku z Kantoro i ca?? ekip? z Foxa. Pokaza?am im foty na laptopie, Kantoro podrapa? si? w rozczochran? ?epetyn?, szeroko u?miechn?? i rzek? „a mo?e porobisz te? fotki dla nas na rejsie, w zamian za piwo i wieczorn? kolacj?, przez okres jaki tu zostaniesz?”. Nawet mi nie przysz?o do g?owy aby odmówi?. Ojciec Kantoro – Masta (?adne imi?) jest w?a?cicielem ca?ego biznesu. Ma dwie ?odzie Fox 1 i Fox 2. Pierwsza p?ywa na krótkiej trasie, a? do wodospadu, rejs trwa godzin? i kosztuje 3000 jenów. Drugi lisek robi 3 godzinny rejs a? do ko?ca pó?wyspu za cen? 8000 jenów. Codziennie robi? ze 3 kursy, wieczorem wi?c jest czas na piwko i rozmowy przy stole. Kantoro pracuje do ko?ca sezonu a na zim? wyje?d?a do Nowej Zelandii. Nie po to aby pracowa?, podró?owa? szlakiem W?adcy Pier?cieni, czy p?ywa? na desce. On tam je?dzi aby pi?, bo akurat jest lato i trenuje swój angielski (bardzo dobry). Na tej samej ?odzi p?ywa równie? jego brat Dzodz (nie wiem dok?adnie jak si? pisze) a mniejszym liskiem steruje jeszcze jeden ziomu? (z 4 razy si? pyta?em jak ma na imi?, pami?? moja niestety zawodna) – ten natomiast by? niez?ym wariatem. Generalnie par? nast?pnych wieczorów sp?dzili?my na melan?owaniu (czy jest jakie? nowe s?owo zamiast tego?).

12 godzin na ?ajbie

W nocy nie spa?em. Przerzuca?em sajty, pracowa?em na kompie. Ubra?em wszystko co mia?em ciep?ego (czyli nic) i zszed?em na dó?. O 1:15 zjawi? si? Taneda, punktualnie, z zapuchni?tymi oczami, rzuci? mi kurtk? i gumiaki (niestety by?y za ma?e) wi?c zosta?em w trampkach. Wypompowa? wod? z ?odzi, a potem zasiad? u steru, zapu?ci? wszystkie urz?dzenia, radar, gps, autopilota (ustawia? w komputerze kierunek i ?ód? p?yn??a sama). Oprócz niego na ?odzi by? jeszcze Nakamuri-san i dwóch m?odziaków z farbowanymi w?osami. Wida?, ?e pracuj? razem od dawna, bo zasuwali jak dobrze naoliwiona maszyna. Zacz?li od zwijania starych lin i sieci, nast?pnie zatrzymali si? na ?ci?gniecie tych co zarzucili poprzedniego dnia. Tylu ró?nych morskich dziwade? nie widzia?em – bardzo szybko je wyci?gali i segregowali w du?ych plastikowych pojemnikach. Czego tam nie by?o? Homary, krewetki królewskie, kraby, ?limaki, kalmary, o?miornice, ryby mniejsze i wi?ksze, manty, koniki morskie i sam nie wiem co. W ka?dym razie by?o mnóstwo stworów.

Oko?o godziny 8 poczu?em, ?e s?abn?. Tu? po ?niadaniu – znakomite, ry?, owoce morza, surówki, zupa miso – schowa?em si? w niewielkiej dziurze pod pok?adem i zasn??em s?uchaj?c POE – przez co ?ni?y mi si? jakie? polskie klimaty, dopóki nie co? zacz??o la? mi si? na g?ow?. Poza tym hu?ta?o niemi?osiernie i dobrze, ?e nie jestem podatny na choroby morskie. Spa?em dwie godziny, uderzy?em si? z p?askiej w twarz par? razy, wypi?em kaw? mro?on? i wylaz?em z nory. Rzuci?o mnie o ?cian? i o ma?o co zmy?oby mnie z pok?adu – byli?my za pó?wyspem, 15 km od Wysp Kurylskich – jedyna pociecha, ?e s?onko ?wieci?o inaczej by?o by krucho. Próbowa?em robi? zdj?cia, niestety nie za wiele, s?ona woda b?yskawicznie pokrywa?a ca?y aparat.

Par? dni pó?niej musia?em wraca? do Tokio.

Powrót do Tokio

Prom do Hachihoke jest znacznie wi?kszy ni? ten z Aomori do Hakodate. Par? pok?adów, sale zbiorowe i prywatne. Uda?o mi si? bilecik kupi? za cen? noclegu (3650 jenów) ale i tak koszt dzisiejszej jazdy wyniós? mnie 10000. Strach pomy?le? gdybym tak si? ca?y czas porusza?. Prawdopodobnie nie by?o by mnie sta?. Poci?gi i autobusy na trasie (jak? zrobi?em autostopem) Tokio – Sapporo – Kushiro – Kawayu – Utoro – Sapporo – Tokio kosztowa?yby mniej wi?cej – 80000 jenów czyli prawie 2500 zeta. Samolot tyle samo, lub odrobin? wi?cej.

Prom przybi? do wybrze?y Honsiu o 4:15 rano. Pó?przytomny szed?em portow? ulic? w stron? autostrady, znów intuicyjnie, nie wiedz?c dok?adnie jak si? wydosta? na Tohoku Expressway w stron? Tokio. W ko?cu znalaz?em kierunkowskaz na autostrad?. Zrzuci?em plecak i zanim zd??y?em zamacha?, zatrzyma?y si? dwie kobiety, które widzia?y mnie na promie. I tym samym znalaz?em si? na w?a?ciwiej drodze.

Sta?em przez 1,5 godziny, bezskutecznie, a? w okolicach godziny szóstej zosta?em porwany przez m?odocianych cyklistów z Hochinnohe. Ch?opaki i dziewczyny do Sendai na zawody rowerowe jechali cho? na sportowców nie wygl?dali. 420 km do godziny 11 przed po?udniem zosta?o zrobione, wi?c pojawi?a si? szansa na dotarcie dzisiejszego dnia do Tokio. Ekipa cyklistów porusza?a si? dwiema furkami, ja siedzia?em w wozie wraz z Masatak?, Katsuhiro, Tsuyoshi i Yasuhiko. Ch?opaki spoko ziomy, cho? komunikacja j?zykowa trudna, ich angielski by? odorbin? lepszy ni? mój japo?ski, wiec du?o gestykulacji i machania r?koma. 3 godziny spa?em jak zabity, w?a?ciwie nie pami?tam co si? dzia?o, wiem ?e si? zatrzymywali?my, wtedy ja zostawa?em w vanie rozk?adaj?c si? na tylnym siedzeniu, aby 15 minut pó?niej wróci? do spania na siedz?co, obijaj?c sobie czaszk? o szyb?.

I tym samym mia?em tylko 300 kilometrów do Tokio. Nast?pnie zrobi?em oko?o 100 kilometrów dwoma pojazdami – ze starszym Japo?czykiem a potem dos?ownie 10 kilometrów na du?y parking z innym. Tam utkn??em na dwie godziny, przemok?em ca?kowicie stoj?c w kapu?niaczku, szcz?kaj?c z?bami liczy?em na szans? dotarcia do Tokio. I sta?o si?. Tutui podrzuci? mnie a? pod stacj? superszybkiego poci?gu i kupi? mi bilet do Ueno w Tokio. Powinienem odmówi?, ale prawdopodobnie obrazi?bym go ?miertelnie.

Ponownie w Tokio

Utkn??em w Tokio. Przesta?em robi? zdj?cia, pisa?, czyta? – w??czy?em „rec” w mózgu a nie w elektronicznym urz?dzeniu. Czasem chowa?em aparat do torby albo zostawia?em go w Guess T House i rusza?em w miasto – schody ruchome, windy, chodniki, przej?cia, tunele, poci?gi i ludzie. Miasto dzia?a jak narkotyk, soma, jest zapychaj?ce jak 10 kawa?ków suszi zjedzonych w minute. Ale my?l?, ?e ju? do??. M?czy mnie ta sama co w Nowym Jorku czy innych ogromnych metropoliach, które naprawd? polubi?em – my?l, ?e nie mog? tutaj normalnie pomieszka? cho? przez par? miesi?cy – bardziej zanurzy? si? w tutejsze ?ycie.

Kyoto

?rodek lata w ?rodku Japonii. Kyoto si? topi, jak czekolada z zak?adów „22 lipca”. Asfalt mi?knie w oczach a tory kolejki podmiejskiej deformuj?. Kawa mro?ona i litry p?ynów. Ludzie zasypiaj? w metrze, na ulicy, wycieraj? r?cznikami zroszone potem czo?a.

Ju? siedem miesi?cy w drodze. Tak du?o i tak niewiele.

Kobe

Id? tam gdzie id?, czyli donik?d. Pow?ócz?c ko?czynami ze zm?czenia, w bezsennym rytmie, os?oni?ty przezroczystym parasolem za 210 jenów, p?yn? po pustych, mokrych, niedzielnych ulicach Kobe. Od dworca do Chinatown, z Chinatown na wybrze?e. A potem wyrzuci?em map?. Odkr?ci?em szeroki k?t z aparatu i za?o?y?em standard, co zaw?zi?o mi pole widzenia, pozwalaj?c skupi? na szczegó?ach, nie wychylaj?c si? za bardzo spod parasola.

Sp?dzi?em trzy godziny w centrum handlowym obserwuj?c jednokomórkowców z mozo?em wklepuj?cych telehaiku. Tu wszyscy maj? telefony i bawi? si? nimi bez przerwy. Tu nie wysy?a si? esemesów tu u?ywa si? emaili z mo?liwo?ci? wklepania do 10000 znaków (kanji), co za rado??, doje?d?aj?c z do pracy i z powrotem cztery godziny ka?dego dnia mo?na napisa? spor? ksi??k? albo poci?g-aj?cy tomik z wierszami. Subway Haiku.

Id? przed siebie bez celu. Nie mam kasy na muzea, atrakcje turystyczne, oszcz?dzam na metrze i zdzieram sanda?y. Co jaki? czas zatrzymuj? si? w ró?nych budynkach. Centra handlowe, informacje turystyczne, przysta? promowa, byle by?o siedzenie i dach nad g?ow?.

Na osiedlu nie by?o nikogo. Japo?skie blokowisko. Takie jak z Ringu. Ani ?ywej duszy. W ko?cu po spo?yciu kawy na stacji benzynowej, zawróci?em w stron? stacji na której zostawi?em plecak. Przeszed?em przez dzielnic? zapomnian? przez wszystkich, pe?nej salonów fryzjerskich, szemranych barów, t?uste koty wylegiwa?y si? przed sklepami z u?ywanymi rzeczami a matuzalemowi staruszkowie ?migali elektrycznymi pojazdami (jedna taka 125 letnia prawie mnie zabi?a, dobrze, ?e taki pojazd jedzie 3km/h, ale ja by?em nieprzytomny i nie patrzy?em przed siebie).

W ko?cu dobrn??em do stacji. Wysz?o s?o?ce a w podziemnych przej?ciach i na ulicach pojawili si? ludzie. W?a?ciwa pora, po sobotniej imprezie, niedzielne zakupy i przesiadywanie w centrach handlowych. Ludzie na ca?ym ?wiecie jaraj? si? tym samym szajsem.

Noc sp?dzi?em na pla?y w Kobe. Pad?em jak zabity w piasek i zasn??em.

Ostre s?o?ce obudzi?o mnie o 8 rano. Pusta pla?a, trzech znudzonych w?dkarzy i moje zw?oki. K?piel dobrze zrobi?a, potem prysznic, kawa w knajpie i ruszy?em w stron? drogi numer 2 prowadz?cej do Hiroshimy i Hakaty. Ja g?upi. My?la?em, ?e to nic takiego. Nie by?o jednak ?adnej zatoczki gdzie potencjalny samochód móg?by si? zatrzyma? i tym samym zrobi?em 5 kilometrów wzd?u? drogi bezskutecznie szukaj?c miejsca to z?apania okazji. Doszed?em do nast?pnego miasta i padni?ty (30 stopni upa?, ostre s?o?ce, plecak) wskoczy?em do poci?gu do Abashi. Niestety to miejsce by?o za du?e aby do?? do drogi wi?c przejecha?em jeszcze ze dwie stacje i tam?e w ko?cu znalaz?em si? na drodze numer dwa. Par? minut czekania i zatrzyma?y si? dwie zreformowane pandy, s?odkie niunie dla których wszytsko by?o sugoi, kakoki, kawai, ne? By?y tak s?odkie, ?e wywioz?y mnie na parking na autostradzie 40 kilosów od Sumy i kaza?y siedzie? w samochodzie. Po 10 minutach wróci?y tryumfuj?c – znalaz?y mi dobroczy?ców. Kole? z Korei i jego japo?ska laska. Kim mówi? ?wietnie po angielsku, wraz ze swoj? rodzin? mieszka? w Toskanii w tamtejszej Mekce dla artystów rze?biarzy (jego ojciec jest jednym z nich), przegadali?my ca?? drog? o sztukach wizualnych które studiowa?, czasem on przerywa? aby przet?umaczy? o czym mówili?my swojej japo?skiej narzeczonej (która wydawa?a typowe dla Japonek d?wi?ki zachwytu: yyyyyy, uuuu, eeeee ummmmm, sugoiiiiii). Zawie?li mnie a? za Okayam? sk?d po paru minutach zabra?y mnie dwie dobrze wychowane paniusie z bia?ym pieskiem nikczemnego rozmiaru, na widok którego nie jeden Wietnamczyk obliza?by si? ?akomie (nie za du?o mi?sa ale pewnie dobrej jako?ci). Te lalunie by?y kompletnym przeciwie?stwem tych pierwszy – ?adny samochodzik, wysprz?tane, piesek cichutko siedz?cy pani na kolanach, zero angielskiego, zero japo?skiego, zero. Chichota?y zas?aniaj?c usta, po 15 minutach zachcia?o mi si? spa?. Pobudka w samej Hiroshimie.

60 lat temu wielki grzyb pojawi? si? nad tym Hiroszim?. Wypadkowa ró?nych zdarze?, szale?stwo wojny, zaci?cie i nieust?pliwo?? wojskowych i polityków z obu stron doprowadzi?y do cierpienia setek tysi?cy ludzi. Nikt tu nie jest bez winy. Japo?czycy urz?dzili wcze?niej piek?o w innych krajach Azji (Chiny, Korea, Azja Po?udniowo Wschodnia, Pacyfik). Amerykanie poszli na ca?o?? i po zlokalizowaniu wielu celów (mi?dzy innymi Kyoto, Tokyo, Nagasaki, Nagoya) w ko?cu wybrali Nagasaki i Hiroshim?. Pierwsza w historii bomba atomowa wykorzystana przeciwko ludziom wybuch?a 500 metrów nad centrum Hiroshimy 6 sierpnia 1945 roku o 8:15 rano. Siedzia?em w muzeum po?wi?conym ofiarom bomby i Memorial Parku ca?y dzien. Ostatni raz tak czu?em si? po wizycie w Tuol Sleng w Phnom Penh. Ludzie przeciwko ludziom. A od ostatniej próby nuklearnej min??o tylko 460 dni.

Ostatnie dni w Japonii to Hiroshima i wyjazd do Fukuoki sk?d przep?yn??em do Korei. Ci??ko by?o mi prze?y? w Japonii za niewielkie pieni?dze i jeszcze gorzej by?o mi opu?ci? ten wspania?y kraj. Jedno wiem, cytuj?c z Terminatora – „I’ll be back”.

 Trey Burton Womens Jersey

Otagowano

honduras i nicaragua


Santa Fe / wioska ludzi Garifuna. Honduras, okolice Trujillo


Santa Fe. wioska ludzi Garifuna. Richard w swoim pokoju. Honduras, okolice Trujillo


Nicaragua, Granada. Grabarz ze starego cmentarza.


Gdzie? w Hondurasie.
 Lavonte David Jersey

Otagowano

Kuba


 Nick Vigil Womens Jersey

Otagowano

polgaria

66 ministrów, 5 premierow, 2 prezydentów
 Alex Okafor Authentic Jersey

Otagowano

Wzdłuż Gangesu

Staram si? znale?? w tej ca?ej egzotycznej chaotycznej kiczowatej mieszance CO?. Tak bardzo nieokre?lone co?. Je?eli kto? poniesiony wspó?czesn? lektur? na temat Indii my?li, ?e zaraz po przyje?dzie odnajdzie tam samego siebie, zg??bi istot? wszechrzeczy i odszuka z?oty ?rodek, jest w potwornym b??dzie. Pierwsze doznania po przybyciu nale?? do tych nieprzyjemnych i irytuj?cych: upa?, jeszcze raz upa? i niewys?uchane modlitwy o zdolno?? aklimatyzacji. Cz?owiek zamiast ch?on?? now? kultur? zamyka si? w pokoju hotelowym, poruszaj?c si? wci?? po tej samej nieskomplikowanej trasie: kierunek prysznic i powrót w stron? wiatraka. Zreszt?, có? czeka go na zewn?trz? Brud, kleiste i pe?ne kurzu powietrze i ulice upstrzone przez ?wi?te krowy. Ale to tylko pozory, niewygodny, wr?cz dokuczliwy jak nagabywanie kupców, test, który musi przej?? ka?dy, kto bardziej lub mniej jest zaanga?owany w swoja wypraw?. Indie s? jak nieufna kobieta os?oni?ta warstwami sari: onie?miela kolorami i pstrokacizn?, ale jednocze?nie kusi skrywan? wewn?trz tajemnic?. Niby banalne, a jednak fascynuj?ce.

Delhi.
W po?owie kwietnia znalaz?em si? w Indiach. Znajomi „fachowcy” od Indii jak najbardziej odradzali mi wyprawy w tak ma?o korzystnym okresie – niesamowite upa?y, zbli?aj?cy si? monsun, z?a widoczno??. Có? by?em jak najbardziej zdecydowany i ani si? spostrzeg?em jak jecha?em zdezelowan? taksówk? z lotniska do dzielnicy Paharganj. Bez planu, pomys?u co dalej, znalaz?em si? w Delhi.

Pierwsze dni mia?y pozwoli? mi przystosowa? si? do panuj?cych warunków. Nic bardziej b??dnego. Jakiekolwiek przystosowanie nie by?o mo?liwe. W czasie dnia mo?na by?o jedynie le?e? pod wiatrakiem, czy te? w zacienionej knajpce, co chwil? wracaj?c do hotelu wzi?? prysznic. Egzystowa?em rano i w wieczorem. Czasem w ogóle nie k?ad?em si? spa?, wybiera?em si? robi?c zdj?cia, wykorzystuj?c znakomite ?wiat?o jakie daje wschodz?ce s?o?ce.

Pierwszy kontakt z Indiami mo?e by? pora?aj?cy, wkurzaj?cy, przyprawiaj?cy o ból g?owy. Brud, krowy i „placki”, kleiste i pe?ne kurzu powietrze, niesamowity ha?as, ?cisk na ulicach. No i ludzie. Wsz?dzie, ani chwili spokoju, wci?? co? oferuj?, pytaj?, nagabuj?. Tak, pierwszy kontakt mo?e by? szokiem.

Ale zapomnij o tym. Daj si? wie?? zapachom, kolorom, s?uchaj ludzi, lecz jednocze?nie nie ufaj nikomu, tylko sobie. Znale?? balans, równowag? w tym wszystkim, to trudna sztuka. Pewnie potrzeba czasu. Aby zrozumie?.

Trzeciego dnia przykry incydent. Trac? kamer? cyfrow? – kr?ci?em film i robi?em zdj?cia. Teraz pozostaj? tylko zdj?cia.

Postanawiam opu?ci? Delhi. Które chcia?o mnie zje?? w ca?o?ci. Moja droga wiedzie na pó?noc. Do miejsca gdzie Ganges wyp?ywa z gór na nizin?.

Rishikesh.

W latach 60 tych wpadli tu John, Paul, George i Ringo – ale z ca?ej czwórki tylko Georgowi zosta?o zami?owanie to sitaru, hinduskich klimatów. Od tego czasu zje?d?a?o tu coraz wi?cej przybyszów z zachodu. Pomedytowa?, znale?? si? w innym ?wiecie, nie je?? mi?sa, mie? swojego guru, powygina? si? na jednym z kursów jogi, czy te? zapali? sobie co nieco dobrego charash (?ywica z konopi z?uszczana w d?oniach i formowana w plastelin?), którego zachwalaj? „pseudo-sadhus”.

15 godzin w autobusie z Delhi, znajduj? nocleg i aplikuj? sobie 16 godzinny sen. Mieszkam w asramie, woko?o same ?wi?tynie, 20 metrów poni?ej pla?a nad czystym jeszcze Gangesem. Budz? si? o 4 rano, pada deszcz, powietrze czyste i rze?kie. Stoj? nago na tarasie, potem ubieram gatki i schodz? nad Ganges, zanurzam d?onie i myj? twarz.

Indie coraz bardziej mnie wci?gaj?, tyle rzeczy nie wiem, tak wiele nie rozumiem, i nie zrozumiem nigdy. Staram si? znale?? w tej ca?ej egzotycznej chaotycznej kiczowatej mieszance CO?. Tak bardzo nieokre?lone co?.

Nad brzegiem Gangi kobiety susz? Sari. D?ugie na 6 metrów, szerokie na metr. Wiatr rozwiewa i nadyma je jak bajecznie kolorowe paralotnie. Wchodz? pomi?dzy nie, te tylko si? u?miechaj? i mocno trzymaj? materia? aby wiatr nie porwa? go gdzie? daleko. Ten rytua? – powinno?? – obowi?zek powtarza si? ca?y czas. Ludzie ?yj? z rzeki, przy niej i w niej rozp?ywaj? si? ich prochy.

Samotno?? jest zbawieniem i przekle?stwem zarazem. Jeste? wolny w tym co robisz, jednocze?nie szukasz towarzystwa innych. Nie jest to trudne raczej, bo w Indiach non stop otaczaj? ci? ludzie. Czy to tubylcy czy te? inni podró?nicy. Czasem si? wy??czam. Siadam gdzie? na dachu hotelu, czy jak wczoraj w ?wi?tyni, w której na samej górze nie by?o nikogo. Jednak w dalszym ci?gu nie potrafi? oddali? si? tak do ko?ca, uspokoi?, oddycha? równomiernie, uspokoi? my?li, uporz?dkowa? dysk twardy w mózgu.

Da?em sobie spokój z namiastk? jogi. W ca?ym mie?cie oferuje si? kursy jogi. Niektóre za darmo, inne co ?aska, s? te? takie, gdzie kursy odbywaj? si? po par? tygodni czy miesi?cy. Zamykasz si? wtedy w asramie i zg??biasz w?asne wn?trze. Mowi? o namiastce, bo hatha joga traktowana jest przez trawelersów jak kolejna atrakcja, co? jak rafting, jazda wielb??dem, safari czy wyprawa w góry. 2-3 dni i dalej w inne miejsce. Oczywi?cie wiele osób zostaje d?u?ej. Ja niestety nie mam takich mo?liwo?ci czasowych (finansowe raczej odpadaj?, bo mo?na si? za grosze tu utrzyma?) wi?c tym razem daj? sobie spokój, cho? jestem pono? w ?wiatowej stolicy jogi.

Obrazowanie Boga (czy tez bóstw, w przypadku Indii) jako? nie przemawia do mnie. Nie daje pracowa? wyobra?ni. Indie to wszechobecny kicz- wiec tak?e i ?wi?tynie nie pozostaj? w tyle je?eli chodzi o kosmiczny sposób dobrania kolorów czy sposób wykonania rze?b rocznych bóstw. Pstrokacizna masakryczna. Prawdopodobnie nie dzia?a to na mnie, na pewno jednak na Hindusów, którzy ca?ymi wycieczkami przybywaj? do ?wi?ty? Rishikeshu czy te? innych ?wi?tych miast.

HARIDWAR

W tym 200 tys. mie?cie Ganges wyp?ywa na nizin? i p?ynie w stron? Varanasi, Kalkuty, a? do oceanu.

Haridwar to jedno z naj?wi?tszych miast Indii. Co 12 lat go?ci miliony pielgrzymów na ?wiecie na festiwalu na cze?? Wisznu – Kumbh Mela.

Uciekam z Rishikeshu. Na po?udnie. Wyskakuj? przy g?ównej drodze, zabieram plecak z dachu rozsypuj?cej si? rykszy i sadystycznym upale id? szuka? hotelu Ashok. Przechodz? przez jeden z mostów na Gandze. Mieszam si? z t?umem na bazarze i powoli id? do hotelu, tu? przy stacji hinduskich PKP. Zadekowa?em si? w brudnym i zapuszczonym hotelu za 2 dolce i na miasto. Ryksza i p?dzimy w kurzu i s?o?cu, pomi?dzy innymi uczestnikami tego ulicznego chaosu.

Har-ki-pairi (?lady stóp boga – Wisznu) – dok?adnie w tym miejscu rzeka opuszcza Himalaje. Jeszcze w miar? czysta (przynajmniej w Rishikeshu, tutaj ju? raczej nie) z ka?dym kilometrem poch?ania coraz to wi?ksze ilo?ci ?mieci, ?cieków, chemikaliów i innych okropie?stw.

Pod mostami, przy ghatach, ?wi?tyni i na brudnych kamienistych pozosta?o?ciach po wyschni?tym nurcie rzeki tysi?ce ludzi siedzi w g??bokich dziurach, kopi?c zapami?tale. Pono? szukaj? z?ota. Tu? obok gromada dzieciaków tapla si? w b?ocie, 10 metrów dalej przy schodach ?wi?tyni obmywa si? cala rodzina. Na wschodnim brzegu ogromne koparki marki Tatra przekopuj? i reguluj? brzeg rzeki.

Nie ma innych turystów. Gdziekolwiek si? nie pojawiam kto? mnie zaczepia, pyta, oferuje, chce sobie zrobi? zdj?cie, czasem tylko spojrzenia, gdy siedz? w knajpie zajadaj?c si? thali za 20 rupii.

Poci?g do Varanasi. Ca?? noc przespa?em, budz?c si? dopiero o 9. Ca?y czas bior? kodein? na ból z?ba.

W poci?gu ju? prawie pusto – przez ostatnie godziny le?a?em na górnym siedzeniu, teraz ?a?? tu i tam. Upa? si? zwi?ksza, przez otwarte, zakratowane okna wida? spalon? s?o?cem ziemi?, co jaki? czas kawa?ek zieleni, ale dominuj?ce kolory to ?ó?ty, br?zowy, i wszechobecny szary. W dolinie Gangesu ko?cz? si? ?niwa. Kolorowo ubrane kobiety p?yn? polami z ogromnymi snopkami siana na g?owach.

Sko?czy?a mi si? woda. Pragnienie rozwala mnie, na szcz??cie stajemy na jakiej? stacji i kupuj? 2 butelki ciep?ej wody (tylko tak? maj?, poza tym podejrzanie zakr?cona, wi?c pewnie z jakiego? niewiadomego ?ród?a)
3 dnia pobytu w Varanasi trac? z?ba, dentystka w b??kitnym sari i z kompletnie niezrozumia?ym angielskim m?czy?a si? z 15 minut. Koniec bólu i brania leków – Varanasi od razu wydaje si? bardziej przyjazne.

Wybra?em si? nad rzek?. ?ódka za 40 rupii – musz? sam macha? bambusowymi wios?ami, odrobina gimnastyki zawsze mile widziana. Pocz?tek problematyczny – lawirowanie pomi?dzy innymi ?odziami zaparkowanymi przy kamiennych schodach schodz?cych do Gangi. P?yniemy na wschodni brzeg rzeki. Piach, dzikie psy, krowy, wo?y, tony ?mieci no i nieboszczyki. Napuchni?te, opatulone w szmaty le?? na brzegu lub te? sm?tnie unosz? si? w wodzie. Psy nigdy tu nie g?oduj?.

P?on?ce zw?oki nie ?mierdz? tak jak my?la?em. Dzi?ki u?yciu drzewa sanda?owego odór nie jest tak silny, wr?cz znikomy, ginie w innych zapachach miasta. W bocznych uliczkach le?? tony drzewa, kilogram kosztuje 120-200 rupii, do ca?kowitego spalenia przeci?tnych zw?ok potrzeba pono? 200 kg tego cennego drewna. Niebagatelny to wydatek, nie wszystkich na to sta?. Nieopodal znajduje si? te? ta?sze – elektryczne krematorium. Lecz ci, których nawet na to nie sta? wrzucaj? zw?oki po prostu do rzeki. W Varanasi codziennie pali si? 500-600 zw?ok. Non stop. 24 godziny na dob?.

Z tarasu budynku zbudowanego tu? nad krematorium mo?na obserwowa? ca?? ceremoni?. Przykleja si? do mnie m?ody Hindus, wkr?ca historie o tym jak to powinienem zrobi? co? dobrego dla swojej karmy. Np. zasponsorowa? par? kilo drewna dla wysuszonych kobiet czekaj?cych na ?mier? w rogu pokoju. Dwie staruchy natarczywie patrz? na mnie. Niestety nic dla swojej karmy zrobi? nie mog?. Wszystko zosta?o przecie? ju? zapisane, no nie?

10 rupii – z?a karma, 1000 rupi – dobra karma. Indie jak wida? s? wyj?tkowo uduchowione i wznios?e. Ju? dawno ten kraj, zreszt? jak i wszystkie inne zosta?y przeliczone na dolaresy.

Wszyscy wiedz? ze Ganges w Varanasi jest tak brudny, ?e jakiekolwiek normy przekracza kilkaset tysi?cy razy. Có? z tego – herbat? robi? z wody pompowanej z rzeki, przez ca?y dzie? tysi?ce ludzi za?ywa „orze?wiaj?cej” k?pieli w nurtach, ?owi si? ryby i wszystko niby wygl?da w porz?dku.

G?osy ulicy.

– Hellou Sir!
– Which Country?
– I am the Yoga Master
– Hasish, hasish, veri cheap
– massage? veri good for your body
– ryksza, ryksza
– wanna to see my shop?
– you want something, sir?
– etc.

Jest to nie do zniesienia, wiele ju? widzia?em, ale takiej natarczywo?ci w ?adnym kraju nie odczu?em. 24/7 – totalna nagonka.

Brak jakiekolwiek uporz?dkowania, brak FORMY. Nieregularno??, kicz, zaniedbanie, wszystko wydaje si? zakurzone, bardzo stare. Pi?kno miesza si? z pod?? brzydot?.

Oprócz d?wi?ków i obrazów dochodz? jeszcze zapachy. Pora?aj?ce, nos przyzwyczaja si? z czasem lecz ich intensywno?? przygniata, ?adna z woni nie pozwala si? skupi? na sobie nawet przez chwil?. Tutaj zapach sma?onych potraw i przypraw, 5 sekund nie mija, idziesz dalej i ju? dusisz si? od zapachu ?cieków. Ciekawie jest, gdy spadnie deszcz – który zdaje si? zmywa? to wszystko dodaj?c odrobin? orze?wienia, lecz tylko na chwil?.

Deszcz. Nie widzia?em go od czasu wyjazdu z Polski. Spad? wieczorem. Zamieni? ulice w p?yn?cy rynsztok. Ga?nie ?wiat?o, w ruch ruszaj? generatory pr?du, ulice roz?wietla nik?e ?wiat?o ?wiec i lamp naftowych. Próbuj? po omacku wróci? do domu, lecz daj? sobie spokój, siadaj?c na schodach sklepiku z herbat?, w dzielnicy arabskiej. Jestem niewidzialny w ko?cu. Ca?a ulica jest niewidzialna. Zamawiam herbat? z mlekiem i betel – ma?e li?ciaste zawini?tko które ?uj? przez par? minut.

Deszcz wci?? pada. To znak zbli?aj?cego si? monsunu. Wody Gangesu zatopi? schody na których teraz przesiaduj? t?umy ludzi, rozlej? si? a? po niskie drzewa, daleko na horyzoncie.

Nie mo?na by? oboj?tnym wobec tego subkontynentu. Bo Indie to nie jeden kraj. To wiele pa?stewek, d???cych wci?? do wi?kszej autonomii. To kraj wielu kultur, wyzna?, j?zyków, twarzy ludzkich. Przera?a i wci?ga. Nie jeste? oboj?tnym, to nie kolejne wczasy w kurorcie, trzeba si? zm?czy? i napracowa?, aby uzyska? cho? odrobin? prawdy o tym miejscu.

 Kenny Vaccaro Womens Jersey

Otagowano

średni format – skanowanie

Szukam skanera do ?redniego formatu – czy kto? z Was zna miejsce lub osob? która mog?aby mi pomóc w tej materii? prosz? o kontakt… bartpogoda@gmail.com

Z adomasem dodali?my reporta?e na moim blogu, w miar? up?ywu lat nielatwo jest znale?? co? sensownego na moim blogu, postanowilem powrzuca? jakie? bardziej spójne historyjki… ale nad tym b?d? pracowa?…

Tymczasem sprz?tam chat?, ?yj? pe?ni? wiosny i trzymam kciuki za mojego dziadka.
 Brian Leetch Jersey

Otagowano

O podróżowaniu

Wszystko zaczyna si? w dzieci?stwie. Wtedy zara?asz si? t? chorob?. Mapy, globusy, literatura przygodowo – awanturnicza po?yczana kilogramami z biblioteki M?odzie?owego Domu Kultury. To dzia?a na wyobra?ni? – przygody Tomka Szklarskiego, „Piraci z Wysp ?piewaj?cych” i inne lektury po?ykane pod ko?dr? aby rodzice nie widzieli, ?e wci?? nie ?pi?. Potem pierwsze podró?e ze staruszkami po krajach Demokracji Ludowej – wtedy po raz pierwszy zobaczy?em Cyganów w kolorowych wozach gdzie? nad brzegiem Dunaju. I sam nie wiem co nale?y do moich wspomnie? a co us?ysza?em z opowiada? moich rodziców. To by?y dobre lata, mo?e dlatego, ?e w g?owie mam zapisane tylko te dobre chwile. Pami?? czasem zawodzi i po latach postanowi?em to wszystko spisywa? i dokumentowa?. Ale o tym pó?niej…

Wraz z otwarciem granic w latach dziewi??dziesi?tych wszystko sta?o si? mo?liwe. Nie mia?em poj?cia jak ?atwo jest wsi??? w poci?g do granicy z Niemcami a potem w?a?ciwie za darmo, autostopem, p?dzi? „autobahnem” na zachód, bez granic, a? do miejsca z którego wida? Afryk?. Europa zaczyna?a si? kurczy?, w dalszym ci?gu wertowa?em mapy i nie?mia?o spogl?da?em na Bliski Wschód. Mo?e dlatego, ?e nazwa brzmia?a tak obiecuj?co, blisko w?a?ciwie ca?kiem niedaleko – tylko 3 dni poci?giem przez Ba?kany i zmys?y zaatakowa?a nowa, tajemnicza, nieznana wcze?niej mieszanka barw, zapachów i zgie?ku ulicznego Istambu?u.

Moje uzale?nienie by?o coraz wi?ksze i na odwyk by?o ju? za pó?no. Zdecydowanie za pó?no. Rok dzieli?em na szare dni w Warszawie po?owy lat dziewi??dziesi?tych i te 2 miesi?ce w roku gdy mog?em wyjecha?. Studia, studia i po studiach – lata które mia?y by? najlepsze min??y jeszcze szybciej. Woko?o mnie to niewiarygodne ci?nienie aby znale?? dobr? prac? i wpa?? w b??dne (przynajmniej dla mnie) ko?o. Praca, dom, samochód, pralka, zmywarka, telewizor pi?? godzin dziennie, kac z rana i znów do pracy. Praca to chleb, ale praca to te? du?a cz??? ?ycia i nale?y j? kocha?, albo przynajmniej lubi?. Ucieczka. Tak, kiedy? wyjazd by? ucieczk? – zdecydowanie. Ju? podczas studiów mia?em to szcz??cie pracowa? i podró?owa? po drugiej stronie Atlantyku. Meksyk, Gwatemala, USA – po raz pierwszy samotnie dwa miesi?ce sp?dzone w rozklekotanych autobusach, rozpadaj?cych si? ci??arówkach, autostopem i na piechot?. Mia?em 22 lata i coraz wi?ksz? g?ow? – pe?n? dobrych i z?ych pomys?ów na dalsze lata. No i te moje uzale?nienie od „bycia w drodze” i „za?apywania si? na to wszystko dooko?a”. Dokona?em wyboru – prawdopodobnie bardzo nierozs?dnie, wbrew tradycji i polskiej kulturze– ale ró?ne drogi prowadz? do kresu podró?y.

Wci?? maj?c szcz??cie, odrobin? samozaparcia, wiary i mocy oraz wspania?ych ludzi woko?o udawa?o mi si? rok w rok wyjecha?. Ameryka Po?udniowa, Centralna, Indie, Azja Po?udniowo-Wschodnia. Im wi?cej je?dzi?em tym mniej wiedzia?em czego chc? od ?ycia, a pono? podró?e kszta?c?. Cho? z drugiej strony b?d?c w domu, w Warszawie, wiedzia?em jeszcze mniej.

To bardzo banalne – podró?e i zdj?cia – w?a?ciwie nierozerwalnie po??czone – czapka z daszkiem, krótkie gacie i aparat na szyi i masz typowego turyst?. Moja natura taka, ?e i to przesta?o mi si? podoba?. Zwiedzanie podobnych do siebie ko?cio?ów, muzeum, zabytków – w jaki? zastraszaj?cym tempie, odhaczaj?c kolejne pozycje z przewodnika Lonely Planet.

W moim przypadku jakby si? nie liczy?o to, ?e zwiedzam, ?e ogl?dam te zabytki, ?e zaliczam kolejne miasto, tylko to ?e jestem w drodze. Czyli ludzi których spotykasz, klimaty na które si? za?apujesz, d?wi?ki, zapachy, muzyka, cokolwiek, to jest w?a?nie bycie w drodze. Wcze?niej pisa? o tym Keruac w „On the Road” („W drodze”). Co? nie tak – wra?enie zmarnowanego czasu i s?owa w g?owie, które us?ysza?em parokrotnie w Polsce, ?e marnuje swój czas i nie robi? kariery. Jednak remedium okaza?a si? fotografia i blog (to te? brzmi tak zwyczajnie, ale to szczera prawda). Po??czenie tych trzech elementów sta?o si? sposobem na ?ycie, przynajmniej przez ostatnie i najbli?sze lata. Stabilizacja, powrót do rzeczywisto?ci, pouk?adanie sobie ?ycia ju? nie s? priorytetem – zreszt? nigdy nie by?y. Zreszt? czym jest stabilizacja? Czym jest rzeczywisto??? Jest wiele poziomów rzeczywisto?ci i przenikanie pomi?dzy nimi to niez?y sposób na ?ycie, cho? oczywi?cie nie dla ka?dego.

Pisz? te s?owa z Chin. Siedz?c w niewielkim hoteliku, gdzie? na ty?ach deptaka pe?nego turystów w niewielkiej miejscowo?ci Yangshou. Zatrzyma?em si? na par? dni aby odpocz?? od podró?owania. Ostatnie trzy tygodnie przemierza?em Chiny Po?udniowo-Wschodnie tuktukiem, czyli czym? w rodzaju trójko?owego motoroweru. Kupi?em to cudo chi?skiej techniki na spó?k? wraz ze spotkanym Anglikiem. Znów z?apa?em wiatr w ?agle – ten sposób podró?owania, samodzielnie, zapominaj?c o autobusach, taksówkach, poci?gach jest zarazem najlepsz? drog? aby pozna? kraj i ludzi, jak i zaoszcz?dzi? troch? kasy. Oczywi?cie równocze?nie trzeba w?o?y? troch? wysi?ku i pracy – chi?skie drogi nie nale?? do najbezpieczniejszych – ogromne ci??arówki, setki autobusów, ludzie pracuj?cy na drodze, dziury w nawierzchni, zmienna pogoda i oczywi?cie psuj?cy si? motor, w którym zepsu?o si? dos?ownie wszystko – od hamulców po silnik. Chi?czycy spotkani w drodze entuzjastycznie pozdrawiaj? nas gdy p?dzimy kr?tymi górskimi serpentynami – bariera j?zykowa jest ogromna – ale to tak?e cz??? przygody – chi?skie kalambury dos?ownie ca?y dzie?. W dalszym ci?gu pomys?y ewaluuj? w g?owie – rowerem przez Japonie, motorem przez Now? Zelandi?, na piechot? przez Andy, deskorolk? przez Europ? – wszystko jest mo?liwe.

Podró?owanie to znakomita szko?a ?ycia – j?zyki, zwyczaje i kultura kraju w którym przebywam, ludzie poznani w drodze, nowe kontakty. Ka?dego dnia ucz? si? czego? nowego, czasem zupe?nie nie?wiadomie. To czerpanie inspiracji i pomys?ów na dalsze lata – aby potem ju? jako zm?czony trzydziestolatek osi??? w kraju, za?o?y? rodzin? i wymy?li? sobie zaj?cie, które b?dziesz mi?owa?.

Wci?? wracam do Warszawy, czasem nie ma mnie 3 miesi?ce a teraz wygl?da na to, ?e wyby?em na 15. Warszawa to kolejny przystanek w drodze. Kiedy? zauwa?y?em t w barze w Kolumbii: „Podró?nik szuka czego? po ca?ym ?wiecie i znajduje to w domu”. Spotka?em pewnego razu cz?owieka z Nowej Zelandii, mia? 45 lat i od 25 lat w drodze, pracuj?c gdzie popadnie, zmieniaj?c kontynenty, kraje i miasta. Nie za?o?y? rodziny, nie mia? domu, samochodu i tysi?ca innych rzeczy. Mia? plecak, torb?, stare sanda?y i zniszczon? przez wiatr i s?o?ce skór?. Opowiedzia? mi histori? o zdj?ciu kobiety i dzieci, które ma w portfelu. By? parokrotnie w krajach gdzie rodzina to podstawa – na pytanie „gdzie twoja ?ona” wyci?ga? to stare, zniszczone zdj?cie swojej siostry i jej dzieci. Ja sobie pomy?la?em, ?e ten cz?owiek co? zyskuje, ale co? traci, czyli nie znajduje punktu równowagi w tym co robi. Wydaje mi si?, ?e wszyscy tak robimy w naszym ?yciu. Albo za du?o pracujemy, albo za du?o pijemy, albo za du?o podró?ujemy, albo wydajemy za du?o pieni?dzy, albo w ogóle ich nie mamy. Mo?e jestem za m?ody, za ma?o wiem, ale staram si? znale?? ten punkt równowagi. Masz jedno ?ycie i trzeba si? nie za?apywa?.
 Doug Kotar Authentic Jersey

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Otagowano