Miesięczne archiwum: Maj 2006

odrzuty ziomy

Jako że nic nowego sie nie pojawia na razie, a najblizsze wyjazdy czy tematy są na razie poza moim zasięgiem, wrzucam stare rzeczy, odrzewane na czarnobiałe kotlety, których wczesniej nie bylo.

Guatemala, styczeń-luty 2066

Otagowano

Good Morning Vietnam

Zdjęcia z Wietnamu

Zerwałem się z łóżka w moim pokoju – saunie w Phnom Penh. Promienie słońca przeciekały przez kiczowate zasłony i było wystarczająco gorąco. Nerwowo spojrzałem na zegarek i już wiedziałem, że spóźniłem się na autobus do Sajgonu. To był mój siódmy dzień nielegalnie w Kambodży (przekroczyłem ważność wizy) – co oznaczało 5 dolarów do zapłacenia na granicy za każdy dzień extra. Poszedłem się dowiedzieć czy są jeszcze jakieś inne autobusy do Sajgonu tego dnia. Niestety – pozostawały mi tylko dwie opcje – łódka do granicy za 15 dolarów albo taksówka za 4$. Po sprawdzeniu finansów wciąż wychodziło mi wszystko na styk. W Kambodży nie ma bankomatów więc nie miałem wyjścia jak zaryzykować i jechać do granicy z Wietnamem. Pożegnałem Phnom Penh i wbiłem się w zapchaną Toyotę Camry. Wczesnym popołudniem byłem na miejscu. Ignorując natarczywych naganiaczy oferujących rajd do Sajgonu za 15$ podreptałem do przejścia granicznego. Ku mojemu zdumieniu kambodżański urzędnik na granicy przetarł czoło brudną chusteczkę, spojrzał na mnie, potem w mój paszport i wymamrotał „Why are you late?” – uśmiechnąłem się głupio a ten oddał mi paszport z pieczątką wyjazdową – uff… nie musiałem płacić kary – 35$. Jak na każdym przejściu granicznym w Kambodży także i tutaj okolica pełna była kasyn (w Wietnamie jak i Tajlandii hazard jest nielegalny więc obywatele tych krajów tłumnie odwiedzają granice aby oddać się wszelakim uciechom jak i przegrać co nie co w ruletkę czy Black Jack’a). Tuż za kasynami zaczynała się szeroka droga prowadząca do Wietnamu. Ogromny, monumentalny budynek wietnamskiej służby granicznej nie wyglądał na zaludnione miejsce. Właściwie o tej godzinie nie było już żadnych samochodów i autobusów więc przekroczyłem granicę bezproblemowo.

Na pierwszy rzut oka Wietnam wydaje się być bardziej cywilizowany od Kambodży. Szerokie i dobre drogi, miasta pełne banków, reklam, sklepów z telewizorami, tysiące nowiutkich motorowerów – wszyscy gdzieś gnają, pracują jak mróweczki, brak tego luzu i olewactwa typowego dla Khmerów. Na granicy wymieniam dolary na dongi – ponownie ignorując propozycje przejażdżki taksówką za kosmiczną kasę do Sajgonu lub jak kto woli Ho Shi Minh City. Za dolara przejeżdżam równiutką autostradą do pierwszego miasta za granicą. Tam próbuję się dowidzieć jak dojechać do celu mojej podróży tego dnia. Niestety – ja nie znam wietnamskiego, a Wietnamczycy nie wydają się zaznajomieni z angielskim – przynajmniej w małych miasteczkach. Na migi, gestykulując wyjaśniam napotkanym typom, że szukam stacji autobusowej. W końcu jeden z nich zajarzył. Kwadrans później siedzę w autobusie podmiejskim do Ho Shi Minh. Niestety nie wszystko wygląda tak kolorowo – czuję się bardzo źle, gorączka, ból głowy, łupanie w kościach – jestem chodzącym trupem. Znalazłem niewielki pokoik, potem udałem się do apteki, w której zaopatrzyłem się w parę worków różnokolorowych pigułek. Wizyta w sklepie z pirackimi DVD (zakupuję pięć współczesnych wietnamskich filmów „Cycol” „Three Seasons” „Scent of the green papaya” jak i klasyki w stylu „Łowca Jeleni” „Czas Apokalipsy” „Rambo – pierwsza krew” i zamykam się w pokoju na parę dni, opuszczając go tylko aby coś przekąsić i kupić więcej wody.

Parę dni później poczułem się lepiej – nadszedł czas na pierwszy spacer po mieście.

Wietnam nie taki zły, ale dziwny. Coś nie mogą się zdecydować w jakim systemie chcą żyć. Komunizm nie komunizm, socjalizm, kapitalizm – jakiśtamizm – wszędzie plakaty z Ho Szi Minem (lub jak kto woli – Wujkiem Ho), czerwone flagi z żółtą gwiazdą oraz sierpem i młotem. Jednak coraz bardziej widoczna jest nowa kapitalistyczna propaganda – Samsung, Sony, Hitachi etc. – ogromne billboardy zmieniają wizerunek miasta.
Wcześniej Wietnam kojarzył mi się przede wszystkim z wojną, dżunglą, zapachem napalmu o poranku, budkami z żarciem wietnamskim („kuczak na otro”) porozrzucanymi po całej Warszawie. No i chyba tyle. Nic więcej. Warto było skonfrontować moją mizerną wiedzę z rzeczywistością.

30 kwietnia – 30 rocznica zwycięstwa nad imperializmem (czyli USA) – największa parada w historii Wietnamu (na modłę pierwszomajową). Ulicami przeszli weterani wojny w której zginęło ponad dwa miliony Wietnamczyków (i około 60 tysięcy żołnierzy amerykańskich). Wieczorne niebo rozświetliły fajerwerki, a ulice zapełniły się obywatelami miasta – miałem wrażenie jakby wszyscy wsiedli na skutery – hałas, zgiełk, spaliny – po całym dniu biegania po mieście miałem dość.

Wydobrzałem na tyle, że postanowiłem wyruszyć dalej w drogę, wzdłuż przepięknego wybrzeża rozciągającego się na długości prawie 3000 kilometrów. Kolejnym przystankiem miało być Mui Ne.

Dojechałem do Mui Ne. Wszystko ślicznie, ładnie, kolorowo, plaża, domeczki, palmy. I znów nuda. Wszystko zrobione pod turystów.

Parę słów o przemyśle turystycznym. Większość podróżnych przybywających do Wietnamu narzeka na mafię autobusową – „open tour” to najtańsza metoda podróżowania po kraju – jednak może przyprawić o ból głowy. Niestety – chcąc odwiedzić wiele miejsc i nie mając własnego środka transportu trzeba być zdanym na ludzi z biznesu. Turysta z Zachodu jest tylko „workiem pełnym dolarów” i niczym więcej. Idąc ulicami miasta co parę kroków ktoś oferuje ci kartki pocztowe, zapaliczki zippo z czasów wojny wietnamskiej (nowe zapalniczki spreparowane w taki sposób aby wyglądały na trzydziestoletnie rupiecie), owoce, papierosy. „Helloooou” „Helloooou” słyszysz non stop – to rykszarze albo moto-taxi, którym chyba jest naprawdę żal, że turysta z zachodu porusza się o własnych siłach po rozgrzanych ulicach miast. W ciągu pierwszych dni grzecznie odpowiadałem „no, thanks” albo „cam, cam on” (co oznacza to samo po wietnamsku), po 2 tygodniach przestałem zwracać na nich uwagę. Szybko poznałem rzeczywistą wartość rzeczy w sklepach – choć tak naprawdę wciąż obowiązują podwójne ceny (Wietnamczycy płacą mniej) – dochodzi więc do takich sytuacji jak długie targowanie się o butelkę wody mineralnej. Takie rzeczy potrafią zabić zapał do podróżowania nawet u najbardziej odpornych osobników. Wietnamczycy ściemniają – nawet nie są w tym mistrzami – prosto w twarz kłamstwa, aby osiągnąć swój cel. Na przykład przyjeżdżasz autobusem do miasta – kierowca autobusu oznajmia wszystkim, że wszystkie hotele są pełne ale on zabierze nas do takiego w którym są jeszcze wolne pokoje.

Całe szczęście, że nie wszyscy są tacy sami – miałem okazję spotkać naprawdę wspaniałych ludzi, więc nie należy się zniechęcać. Wietnam ma wspaniałą historię, niesamowite krajobrazy, genialne plaże. Właściwie każdy znajdzie tu coś dla siebie. Słynna „China Beach” – plaża znana z filmu „Czas Apokalipsy” jest teraz Mekką dla surferów (w ostatnich latach kitesurfing stał się bardzo popularny). Także na wydmach w okolicach Mui Ne można spróbować sandboardingu. Kraj od tysięcy lat leżał na styku wielu kultur. Chińskie napisy, francuska architektura, socrealistyczne budynki, stare radzieckie samochody, japońskie motocykle – jeden wielki melanż. Oczywiście jak w każdym z poprzednich krajów jeden miesiąc pobytu nie starczy aby naprawdę nasiąknąć atmosferą i przynajmniej odrobinę poznać kulturę danego kraju. Bariera językowa i społeczna jest zbyt duża.

Niestety większość podróżnych nie lubi Wietnamu, co innego ci którzy przyjechali tu na dłużej i zdołali zaadoptować się w nowym środowisku.

W Hue spotykam Ricka, Amerykanin, powyżej pięćdziesiątki. W latach sześćdziesiątych był surferem w Kaliforni, gdy wybuchła wojna w Wietnamie zaciągnął się do marines na dwa lata. Dwa lata które zmieniły wszystko w jego życiu. Siedzimy w kafejce i rozmawiamy. Gdy zaczynam narzekać na ludzi w Wietnamie i opowiadam mu o problemach na jakie natrafiłem podczas podróżowania wzdłuż kraju, uśmiecha się tylko i opowiada mi swoją historię. Po wojnie wrócił do Stanów, do San Diego. Nie mógł jednak ponownie odnaleźć się w nowej rzeczywistości, heroina, alkohol, problemy w małżeństwie, koszmary. Mówi, że strzelił do 15 osób, ale nie wie czy zabił kogokolwiek. „Miałeś kiedyś wypadek samochodowy? To sobie wyobraź podobny strumień adrenaliny jaki dociera do twojego mózgu gdy jesteś na polu walki, kule latają wokoło głowy, z boku umiera twój przyjaciel, towarzysz broni, przez pierwszych parę minut tkwisz w amoku a potem dopada cię zmęczenie i obojętność na to co się dzieje wokoło. Wojna to bagno. Jednak ludzie to ludzie – nie biorą przykładów z historii i wojny zawsze będą miały miejsce”. Rick przyjechał do Wietnamu w 1993 roku. Wcześniej zaadaptował dziewczynkę w Wietnamie, która straciła rodziców na początku lat osiemdziesiątych. Na początku wysyłał jej pieniądze aż w końcu spotkał ją osobiście. Dziś jego córka ma 26 lat i spodziewa się dziecka. Rick co roku spędza parę miesięcy w Wietnamie, tu czuję się najlepiej, mówi, że zrehabilitował się za złe rzeczy, które popełnił służąc w armii. Przez lata pomagał budować szkoły i szpitale w Wietnamie (jak i parę tysięcy innych amerykańskich weteranów wojny). W samym Danang mieszka około 50 byłych marines. „Nie mógłbym teraz mieszkać w Stanach na stałe. Jestem na emeryturze, więc co mógłbym tam robić? Życie tutaj jest znacznie spokojniejsze, teraz czekam tylko na swoją deskę, niedługo znów przyjdą dobre fale na China Beach – nie mogę się doczekać, aby znów posurfować po wschodzie słońca”

Uwielbiam obudzić się z rana i wyruszyć na fotograficzne łowy przed wschodem słońca – wtedy wszyscy zajęci są własnymi sprawami i nikt nie zwraca na mnie uwagi. Ulice są pełne ludzi uprawiających poranną gimnastykę, markety zapełniają się świeżymi kwiatami, owocami morza. Potem śniadanie, mocna kawa i „pho” czyli zupa z kluskami i warzywami.
Jestem w Hanoi, określanym jako „Paryż wschodu” – wspaniała architektura, przepiękne kobiety w tradycyjnych strojach i kapeluszach chroniących przed słońcem przemykają rowerami po szerokich alejach. Po południu życie zamiera, temperatura skacze powyżej 40 stopni. Najlepiej się nie ruszać, przysiąść w jednej z mikroskopijnych kafejek i zamówić mrożoną kawę. Byle do wieczora. Wtedy wszystko zaczyna się od początku. Młodzi Wietnamczycy zbierają się w grupkach i piją tanie piwko, rykszarze znów namawiają na przejażdżkę (oni się nigdy nie poddają).

Wygląda na to, że chyba polubiłem Wietnam. Choroba, szalony Sajgon i ludzie związani z biznesem turystycznym dali mi się we znaki. Ale wystarczyło wyjechać bardziej na północ, wsiąść na motor i oddalić się od tego wszystkiego – w jednej chwili wszystko się zmieniło. Nie chodzi o to przecież aby wszyscy byli mili dla ciebie i się uśmiechali. Jak sobie pomyśle, co też muszą przeżywać niektórzy turyści w Polsce – wszystkie te zacięte twarze w autobusach i tramwajach, problemy z kupieniem biletu na dworcu i inne – nie zawsze musi być przyjemnie i kolorowo. Czasem trzeba zacisnąć pięści, uśmiechnąć się do siebie samego i ruszyć dalej w drogę…

Wkrótce potem ruszyłem pod granicę chińską aż do Sapy. Znakomite zakończenie podróży po Wietnamie. Wspaniali ludzie, jazdy motorem po wioskach wokoło Sapy, plemiona górskie. Wiza już prawie wygasała więc po 5 dniach w Sapie przejechałem minibusem do granicy z Chinami aby rozpocząć kolejny rozdział w podróży. A Chiny to będzie przygoda jakich MAO.

Otagowano

Śladami Khmer Rouge

Zdjęcia z Kambodży

Pakuję dwie torby z aparatem, laptopem, 2 koszulki, krótkie spodnie i opuszczam Phnom Penh. Moim celem jest Pailin.

„Droga” jest tu najważniejsza. Nieistotne zabytki, punkty widokowe, kościoły, świątynie i inne „atrakcje” turystyczne. Droga uzależnia, wciąga, nakręca. Wciśnięty pomiędzy worki z ryżem, zapasowe koło i piętnastu Khmerów przemierzam bezdroża Kambodży. Odcinki w kilometrach nie są zbyt imponujące – za to czas jaki trzeba poświecić aby przemieścić się z miejsca na miejsca może przyprawić o ból głowy.

W Kambodży należy wstawać wcześnie rano aby gdzieś dotrzeć na czas – biorąc pod uwagę stan dróg, połączenia i popołudniowe deszcze zmieniające drogę w błotnistą udrękę. Drogi w tym kraju to temat rzeka. Niewiele jest tu tras o słusznej nawierzchni – chlubne wyjątki to połączenia pomiędzy Phnom Penh a S’ville, Sajgonem oraz niektórymi miastami w innych częściach kraju. Nawet do Siem Reap najbardziej nawiedzanego przez hordy turystów z całego świata prowadzą marne drogi pełen dziur wybojów rachitycznych mostków. Nieistotne – bogaci turyści i tak przylatują tu samolotem (Siem Reap dysponuje międzynarodowym lotniskiem).

Przed zachodem słońca docieram do Pailin. Tu wciąż żyją Khmer Rouge – znajduję przewodnika – Votha świetnie mówi po angielsku i doskonale wie jak poruszać się po okolicy. I nagle miejsce, które właściwie nie ma za wiele do zaoferowania przeciętnemu turyście pokazuje swoją drugą twarz. Walki kogutów, domy byłych dowódców Khmer Rouge, kopalnie diamentów, kasyna dla Tajskich turystów na granicy, pola minowe. Wszystko to w trzy bardzo intensywne dni. Zbieram materiały dotyczące historii kraju i fotografuję kolejne miejsca.

Wyruszam do Anlong Veng – ostatniego bastionu Khmer Rouge. Tutaj w tajemniczych okolicznościach umarł Pol Pot – brat numer 1 w tzw. Organizacji (Ankgar). Zanim odszedł z tego świata cześć jego współpracowników dokonała przewrotu. Był rok 1998. Według oficjalnych relacji zmarł na zawał serce – jego ciało zostało spalone na stosie zrobionym ze starych opon samochodowych. Żadnej ceremonii – na pogrzebie nie było nawet jego żony ani córki.

Według przewodnika droga z Siem Reap powinna zająć 2 godziny. Byłem parokrotnie bliski zwątpienia – w rankingu najgorszych dróg, po jakich jeździłem ta trasa trafia na pierwsze miejsce. Sześć godzin po masakrycznych wybojach, dziurach. Parokrotnie byłem bliski wypadnięcia z ciężarówki.

Jak Pailin jest dzikim zachodem Kambodży to Anlong Veng to jej dzika północ. Małe zakurzone biedne miasteczko na granicy z Tajlandią. Dokładnie wiem jak mógł się czuć samotny kowboj wjeżdżający do obcego miasta gdzieś na dzikim zachodzie Stanów. Czuję na sobie wzrok każdego – sklepikarze, kobiety sprzedające owoce, dzieciaki hasające po jedynej drodze w mieście. Zachodzę do jedynego hotelu wymienionego w Lonely Planet. Mają jeden pokój. Tylko jeden. Właścicielka na migi coś mi próbuje opowiedzieć – z dumą wskazuje na wiatrak i wychodek w stylu obskurnej toalety z „Trainspotting”. Chce 5 dolców za ten syf. Wychodzę i szukam czegoś innego. 3 dolary w hoteliku Dragon cośtam. Właściciel mówi po francusku. Uff… parle odrobinę więc używając czasowników i rzeczowników francuskich od odbywam z nim całkiem całkiem pogawędkę. Po chwili pojawia się człowiek z ręcznikiem przepasanym wokół bioder. Jest z Kalifornii. Wyjechał z Kambodży 10 lat temu. „Jak masz problem, potrzebujesz dziewczyny na noc czy czegoś innego wal jak w dym” rzecze Khmer z Long Beach.

Pobudka bardzo wcześnie rano i wizyta w naturalnej fortecy wysoko w górach – grób Pol Pota, rozpadające się domy innych Czerwonych Khmerów. Dziwne miejsce – tu straszą złe duchy przeszłości.

Jak to możliwe? Wciąż pytam samego siebie i nie znajduję odpowiedzi. Jak to możliwe, że życie tutaj toczy się w miarę normalnie, że jest tak wspaniale, ciekawie, podniecająco? Jak to możliwe, że ci ludzie uśmiechają się szeroko na twój widok i przyjmują cię z otwartymi ramionami? Kambodża jest jednym z najbardziej doświadczonych przez historię krajów na świecie. Kiedyś ogromne imperium – rozciągające się od Wietnamu przez Laos, Tajlandię aż do Malezji. Imperium Khmerów – jego pozostałości do dziś można podziwiać w Angkor Wat. Potem totalne zamieszanie – władcy, królowie, obce mocarstwa, Francja, Wietnam, USA no i w końcu Czerwoni Khmerowie.

Spoglądam na moich rówieśników w Kambodży. Zdaję sobie sprawę, że nie mieli dzieciństwa. Psychopatyczny i krwiożerczy reżim Pol Pota zabrał im te lata. Zabrał im o wiele więcej. Khmer Rouge czyli Czerwoni Khmerowie urządzili prawdziwą rzeź w latach 1975-1979. Prawie 2 miliony Khmerów straciło życie – tortury, głód, egzekucje, choroby – wszystko w imię stworzenia społeczeństwa doskonałego – bez pieniędzy, klas, podziałów. Ludność miejska została wysłana na wieś – tam w pocie czoła od rana do nocy zbierali marny ryż. Cała inteligencja, ludzie znający języki, lekarze, nauczyciele, cała klasa średnia została wymazana. Jak to możliwe? Znów pytam samego siebie i zagłębiam się w historię tego kraju, kupuję gazety, rozmawiam z ludźmi.

Odwiedzam S21 oraz Killing Fields (Pola Śmierci) – to namacalny dowód zbrodni przeciwko ludzkości. Łzy same płyną do oczu zwiedzając muzeum. Ofiary Pol Pota spoglądają ze zdjęć zawieszonych w muzeum S21. Wychodzę wstrząśnięty. Auschwitz Azji Południowo Wschodniej nikogo nie pozostawia obojętnym. Dopiero jazda po mieście i roześmiane gęby Khmerów zasuwających całymi rodzinami na motorkach pomagają wrócić do normalności.

Przemierzam ulice Phnom Penh. Na piechotę, motocyklem lub rowerem. Wchłaniam atmosferę – po raz pierwszy w jakimkolwiek z miast Azji czuję, że ludzie ŻYJĄ. Żyją mocno. Czasem za mocno. To jedyne takie miejsce gdzie właściwie możesz zrobić wszystko (a przynajmniej masz taką możliwość). Niemożliwe staje się możliwe. Chcesz zastrzelić krowę z rakiety? Nie ma sprawy – dolary zrobią wszystko. Seks? Nie ma sprawy. Gandzia? 20 dolarów za kilogram.

Oprócz pięknych widoków, pięknych ludzi, niesamowitej historii, są ofiary min (prawie 6 milionów min w całej Kambodży), AIDS, prostytucja dziecięca i ogromna bieda. Terenowe Toyoty skorumpowanych urzędników stoją na czerwonym świetle obok zdezelowanych mopedów. Kraj tonie w długach, potrzebni są specjaliści wszelakiej maści – ekonomia w powijakach – wszystko trzeba zaczynać od początku. Błędy polityczne, niewłaściwe osoby na niewłaściwym miejscu, 30 lat po wojnie domowej ludzie chcą żyć normalnie nie ma znaczenia kto był w Khmer Rouge a kto nie. Przynajmniej takie wrażenie sprawiają w codziennych rozmowach. Życie toczy się dalej, teraz ważna jest przyszłość.

Otagowano

Hitchhiker’s guide to Japan

Zdjęcia z Japonii

Tokio

Zostawiłem daleko za sobą parne ulice Hong Kongu. 5 godzin później byłem już w innej rzeczywistości. Japonia. Kraj kwitnącej wiśni, która już o tej porze roku nie kwitnie. Tokio.

Nie próbuję nawet szukać podobieństw pomiędzy tym co widzę teraz a rzeczami z przeszłości. Ulice Tokio są wysokokaloryczną pożywką dla moich oczu – wszystko co sobie wcześniej wyobrażałem mogłem spokojnie zzipować i wyrzucić do kosza.

„Dude, nie ma co wstawać zbyt wcześnie – jeżeli będziemy leżeć w łóżku do południa mniej kasy wydamy na żarcie” – rzekł Thorben z Niemiec do Andrew z Australii. Głupie to ale jakże prawdziwe. Kasa idzie straszna – oszczędza się na wszystkim a i tak schodzi 40-45 dolców na dzień. KaoSanTokyo.com – najtańsza opcja w Tokio za 2000 jenów za noc – nie żadne kapsuły metr na dwa (tam za noc 3500 jenów). 100 jenów to 3 zeta. Za 100 jenów kupisz najwyżej małą wodę mineralną, zupkę w proszku lub też 3 banany. Za 500 masz obiad w barze gdzie kuponik na żarcie kupujesz z automatu i przynosisz go do kuchni. Aby dostać się do miasta i z niego wrócić kolejne 400 jenów. Piwo kosztuje 300 a Santory Whiskey 250 za małą butelkę. Właściwie da się żyć, ale minimalnie. O jeny…

O 17 kończy się praca. Metro wypełnia się do granic możliwości, wtedy pojawiają się upychacze ładujący ludzi w wagonach tak, aby umożliwić zamknięcie się drzwi. Ludzie jadą do domów, do barów, na spotkania ze znajomymi – miasto tętni życiem aż do północy – potem odjeżdża ostatni pociąg. Tych których stać na nieprzyzwoicie drogie taxi nie mają co się martwić – reszta zostaje w mieście do rana, niektórzy idą przespać się w kapsule albo w lovehoteru (Love Hotel), gdzie niekoniecznie się śpi. Czasem zbyt zatrąbieni sararymen (urzędnicy) leżą na parkowych ławkach czekając na nowy dzień – wtedy obudzą się w wymiętym garniaku i znów pójdą do pracy. Życie sararymana to pociąg, praca, picie, spanie, pociąg, praca i znów picie. I tak codziennie – nie można przecież odmówić kolegom, a tym bardziej szefowi. Szef idzie się napić – idziesz z nim, lata temu podpisałeś pakt ze skośnookim diabłem. Kolektywnie w grupkach, głośno i alkoholowo spędzają kolejne dni po pracy.

Miasto, ponoć 34 miliony ludzi – wraz z Jokohamą i Chibą oraz setkami mniejszych miasteczek tworzą największą metropolię świata, jeden wielki betonowy organizm pracujący jak silnik Toyoty, bezproblemowo i długowiecznie – chyba że coś padnie – to wtedy jest krótkotrwała katastrofa – tajfuny, tsunami czy trzęsienia ziemi to chleb poprzedni…

Metro zmęczonych ludzi. Jest cichutko. Słychać jak kartkują książki czy też komiksy. Rano wyprasowani biegną korytarzami wielkiego spaghetti, w pociągu gapią się w okno, ekrany komórek, gejmbojów czy kieszonkowych playstation. W okolicach Shibuya albo Shinjuku pojawia się kolorowy tłum szalonych ludzi – wszystkie odmiany wariatów, niesamowite Japoneczki, punki, dresiarze (tak, tak), uczennice szkół średnich w podkolanówkach, blond włosach, wyciągają lusterka z plastikowych torebek i zaczynają poprawiać mejkap, wszystko to nie przerywając świergotania i konferencji międzykomórkowych. Tokio jest stolica KNJ – Konfederacji Narodów Jednokomórkowych – za parę lat większość pop-ulacji będzie miało problemy z kciukami.

Postanowiłem przejechać autostopem przez cały kraj. Z północy na południe. Jako, że byłem w samym środku wyspy udałem się na północ na drugą największą wyspę Japonii – Hokkaido.

Autostopem przez Japonie. Hokkaido.

Dzień pierwszy na Tohoku Expressway

Z Ueno zakupiłem bilet za 650 jenów do stacji Hasuda (JR Utsunomiya). Prawie przespałem stację, pociąg się bujał, chyba połowa pasażerów spała, więc poddałem się sennym wibracjom. Otworzyłem oczy, gdy zamykały się drzwi, chwyciłem plecak i crumplera ze sprzętem i wyskoczyłem na peron stacji Hasuda. Szare, ołowiane niebo, leniwa atmosfera w miasteczku, szybko znajduję przystanek autobusowy numer 3. Potem podjeżdża autobus jadący do Shiyakusho-mae – dzięki pomocy kobiety jadącej na sąsiednim siedzeniu wyskakuję tuż przy wjeździe na autostradę. Robię z kilkaset metrów mijając niewielkie domki, położone przy czystych uliczkach. Jest dość ciepło, staruszkowie podcinają krzaki w ogrodach, dzieciaki jeżdżą na rowerach, a ja zasuwam z plecakiem.

Powrót do autostopu jak za dawnych czasów. Podobnie jak w Niemczech czy w Europie Zachodniej najlepszym miejscem są parkingi położone przy autostradzie – w Japonii te miejscóweczki nazywają się SA/PA. SA (sabisu eria) są większe niż PA (parkingu eria), które są tylko parkingami z jednym barem, toaletami i stacją benzynową. Sabisu eria to znacznie większe przystanki, jest nawet bezprzewodowy internet (szkoda, że zabezpieczony) i stąd właśnie pisze te słowa.

Po 15 minutach machania zatrzymuje się pierwszy samochód. Przedstawiciel serwisu zajmującego się naprawą robotów i maszyn – 30 lat, jedzie do Utsunomiya, wyrzuca mnie 37 km przed tym miastem – na dużym SA skąd mam nadzieje złapać następną okazję. Stoję z godzinę – same samochody dostawcze, urzędnicy wracają z roboty, właściwie nic się nie dzieje, słucham lekcji japońskiego i żuję gumę. Yoshihiro Nakamizu od 13 lat eksportuje drzewka bonsai– zabiera mnie 10 kilometrów wraz ze swoją rodzinką (dzieciaki wgapione w mały telewizor nadający anime i cicha żona, która tylko na końcu pożegnała mnie wiązanką miłych japońskich słów). Yoshihiro zna Porandu (Polskę), sprzedaje tam swoje drzewka, kiedyś też jeździł stopem, więc zawsze zabiera takich typów jak ja. Wszystko pięknie, ale zaczyna padać – dostaję w prezencie parasolkę i dobre słowo na pożegnanie. Zachodzi słońce więcej chyba dziś kilometrów nie zrobię. Z doświadczenia wiem, że w nocy się stopowiczów nie zabiera – jeszcze jeden koleś mnie zabiera, jednak też z 10 kilometrów, na szczęście na dobry SA.

Drugi dzień – Tohoku Expressway

Znalazłem doskonałe miejsce, aby się wyspać – w lesie, na trawie, rozłożyłem karimatę, nakryłem się kocem zawiniętym z United Airlines, polskie tygodniki przywiezione od Łukasza, lekcje japońskiego z iPoda aż w końcu zasnąłem.

Obudziło mnie ostre słońce w okolicach 8 rano, otrzepałem się z setek mrówek (spałem w mrowisku jak się okazało), pozdrowiłem głębokim skłonem dwóch dziadków siedzących na ławce obok (ohayo gozaimas), spakowałem graty, zjadłem śniadanko w sali pełnej podróżnych, kawa, duża woda i ruszyłem w stronę autostrady.

Cel jaki założyłem sobie na dzisiaj – czyli Aomori – wydawał się odległy jak księżyc, który przyświecał mi w nocy. Znów iPod i 5 lekcja z 9 które ściągnąłem z netu – jeszcze 2 dni i przerobie to wszystko i będę potrzebował całości kursu. Po 15 minutach zatrzymał się pierwszy koleś – 45 letni fan Deep Purple (akurat leciało Smoke On The Water), coś po angielsku mówił (zresztą jak większość tych co mnie zabrała po drodze) – podrzucił mnie może z 30 kilometrów do następnego parkingu. 30 minut czekania i z piskiem opon zatrzymało się BMW wyprodukowane w Dżermani z kierownicą po lewej stronie – dobroczyńca nazywał się Kodo Hanabusa i był prezydentem Hanabusa Co. LTD firmy zajmującej się dostarczaniem lunchów do dużych firm w Tokio. Spoko gość – zapalony golfista, podwiózł mnie może z 20 kilometrów do kolejnego parkingu, z którego od razu zabrała mnie starsza para jadąca na wakacje do Akity (2 dni wakacji w Japonii to dużo). Akita znajduje się na zachodnim wybrzeżu Honsiu więc obiecali mi podrzucić mnie aż do rozjazdu dróg znajdującego się przed Morioką. Świetnie się złożyło – zapakowałem graty do wypasionego Nissana w stylu amerykańskich krążowników i ruszyliśmy w drogę. Koleś mówił odrobinę po angielsku i rozumiał wszystko, więc przez pół godziny toczyła się rozmowa zanim nie zapadłem w głęboki sen na tylnej kanapie. Obudzili mnie na parkingu tuż przed rozjazdem zapraszając na lunch – nie mogłem odmówić, zresztą biorąc uwagę stan moich finansów wcale nie chciałem – wypasiony obiadek, potrenowałem japoński i przemili państwo pożegnali się ze mną zostawiając mi kawę w puszce i kawowe dropsy co prawdopodobnie miało mnie obudzić (niestety tak się nie zdarzyło).

Nie zdążyłem nawet się podrapać w tyłek, a tu się zatrzymał kolejny człowiek. Podrzucił mnie pod samą Moriokę, na kompletnie jak się okazało pusty parking – lecz i tam nie zagrzałem miejsca – dosłownie parę minut później młode małżeństwo z 3 letnią córeczką podwiozło mnie na lepszy i większy parking.

Tam stałem i stałem – zachodziło słońce i było już całkiem późno – nie byłem przekonany czy chciałbym rzeczywiście tu biwakować biorąc pod uwagę znaki ostrzegające o aktywności misiów w okolicy – zjedzony przez niedźwiedzia w Japoni – marny koniec marnego człowieczka.

Stałem tak i stałem – aż ze stacji benzynowej ruszył w moim kierunku jeden z jej pracowników niosąc dwa kartony z nazwami zapisanymi w Kanji (ten sam alfabet co chiński, zresztą potem napiszę więcej o języku).

– Konnichiwa
– Konnichiwa, ogenki deska?
– Hai, genki des, anatawa? Aomori e ikimas – rzekłem

Okazało się, że mistrzowie zrobili mi dwa kartony, zakładając, że jadę albo do Aomori albo do Morioki. Podziękowałem, uniżenie, kłaniając się w pas – ale dalej stałem jak ten kołek i nikt nie chciał się zatrzymać. Po godzinie znów ci sami dżentelmeni przyszli z pomocą – okazało się, że pytali się każdego na stacji benzynowej czy mnie nie zabierze. No i tak się stało – podjechał van z gościem o szarych włosach, różowej koszuli i butach za pierdyliard jenów – ten nie mówił a nic po angielsku, ale w ciągu 2 dni nauczyłem się na tyle japońskiego, że mogliśmy rozmawiać przez 15 minut (sam byłem zaskoczony) aż znów odpadłem. Obudziłem się przed samym Aomori, wypiliśmy kawę na parkingu i po 15 minutach byłem w przystani promowej. Za 1400 jenów zakupiłem bilet na Hokkaido do Hakodate i będę tam o 4 rano.

Podsumowując – jestem totalnie uradowany – będę na Hokkaido w niecałe półtora dnia odkąd opuściłem Tokio. Zakładałem minimalnie 3-4 dni, aby się tam dostać – Japończycy zaskoczyli mnie kompletnie – każdy dzień jest lepszy od poprzedniego i jak się uda chciałbym zostać tu przynajmniej miesiąc. Jeżdżąc stopem schodzi mi maksymalnie 50 zeta dziennie – co jest chyba wyczynem, po dniach spędzonych w Tokio.

Nie wiele spałem w ostatnich 3 dniach – właściwie od paru tygodni sen jest nierówny, zasypiam o dziwnych porach, czasem wraz z brzaskiem, w godzinach popołudniowych na parę godzin. Teraz to się odbija – nie mam siły nawet machać lewą łapą na nadjeżdżające samochody – na szczęście nie trzeba wiele wysiłku – maksymalnie kwadrans z górką i znów jestem na swojej drodze. Tyle, że później zasypiam w samochodach swoich dobroczyńców i nie wiem czy jest to mile widziane, w końcu ktoś zabiera mnie ze sobą, aby mieć towarzystwo na długiej drodze do domu.

Język

Japoński to po japońsku „nihongo”. Właściwie naukowcy do końca nie są pewni korzeni języka – prawdopodobnie ma dużo wspólnego z dialektami tureckimi i mongolskimi a także powstawał pod dużym wpływem chińskiego i koreańskiego. Pomiędzy XVI i XIX wiekiem kupcy europejscy oprócz syfilisu i innych chorób przywieźli także parę słów, które weszły do codziennego japońskiego. Oczywiście w wieku XX nastąpiła głęboka amerykanizacja kultury i tym samym na toaletę mówi się toyre, na silnik enjin, telewizor to terebi, love hotel to rabuhoteru i mógłbym tak długo wymieniać. Judo, harakiri, seppuku, kamikaze, karaoke, bonzai, sake, aikido, ninja, jakuza, suszi, orgiami, tsunami, wasali, gejsza, sumo – spisałem sobie słowa japońskie, które znałem wcześniej. Potem jak wyruszyłem w drogę miałem mnóstwo czasu na naukę – wcześniej do iPoda załadowałem sobie Japanese-Pimsleur (pierwszy unit) i powoli, z lekkim zdziwieniem, zacząłem przyswajać. Gramatyka prosta, dwa czasy jedynie (przyszły można wyrazić za pomocą teraźniejszego), wymowa prosta, żadnych intonacji jak w chińskim, wietnamskim czy tajskim – tylko się uczyć. Trudniejsza sprawa z czytaniem – słowa pochodzenia chińskiego zapisuje się w kanji (taki sam alfabet jak chiński) w połączeniu z japońskim alfabetem hiragana i katakana (w nowoczesnym japońskim występuje ponad 2000 znaków kanji, natomiast 46 znaki w hiraganie odpowiadają sylabom – w sumie w różnych kombinacjach możemy używać aż 100 znaków; co do katakany – używa się jej aby opisać wszelkie słowa zapożyczone z innych języków – proste prawda?).

Oprócz Nihongo (którym posługuje się prawie 130 milionów ludzi na całym świcie) w Japonii używa się również Ainu (na Hokkaido i Sachalinie w Rosji) oraz Ryukyuan na Okinawie (południowa tropikalna wyspa, bardzo blisko Tajwanu).

Automaty

Sprzedaje się w nich wszystko – napoje, lodowatą bądź gorącą kawę, browary, papierosy (cała Japonia jara jak lokomotywa, a średnią życia mają jedną z najdłuższych na świecie), hotdogi, czekoladki, chrupki, kondomy, części komputerowe, komórki, karty sim, filmy pornograficzne i komiksy – w Japonii jest największa ilość automatów na świecie – są dosłownie wszędzie, nawet w miejscach gdzie człowiek pojawia się z rzadka (może niedźwiedzie na Hokkaido też zakupują rybne chipsy w automatach?)

Dzień trzeci – Hakodate, Hokkaido

Prom przybiły do wybrzeży Hokkaido o 3.30 rano. Przystań promowa w Hakodate opustoszała jak trybuny stadionu marnego zespołu ligi okręgowej. Było jeszcze ciemno – nigdzie nie widziałem przystanku autobusowego czy też torów kolejowych – a do centrum miasta było ładnych parę kilometrów. Podreptałem zatem przed siebie, beznadziejnie machając kończyną z kciukiem, niestety żaden z niewielu pojazdów mijających moją objuczoną plecakiem postać nawet nie zwolnił.

Wzdłuż morskiego betonowego brzegu wędkarze porozstawiali stoliki i krzesełka w milczeniu gapiąc się w ciemną wodę. Przeszedłem wzdłuż przystani, potem mostem aż w końcu zobaczyłem światła budzącego się centrum miasta. Zlokalizowałem wzrokiem stację kolejową, gdzie wrzuciłem plecak do przechowalni. Były trzy rodzaje lockerów – za 700, 500 i 400 jenów. Ten ostatni z początku, wizualnie, wydawał się za mały na mój plecak. Lecz po otwarciu okazało się, że oprócz mojego dobytku zmieściłbym tam nawet pocięte na kawałki zwłoki (po przeczytaniu przepisów na ścianie okazało się, że byłoby jednak to wbrew prawu, tak jak i przechowywanie broni, bomb oraz narkotyków).

Zostawiam plecak i idę na poranny market Asa-Ichi. Tysiące homarów, ikry, ryb i innych owoców morza. Zamawiam za 1400 jenów donburi z ikrą z łososia i lobsterami. Niebo w gębie. W radiu leciały japońskie przeboje z lat 60tych, zaczynał się nowy dzień.

Trzeba się w końcu umyć – publiczna łaźnia (Olsen) to chyba najlepsze miejsce. Za 370 jenów zakupuje bilet wstępu. W sporej sali 50 nagich Japończyków w wieku od 18 do 99, siedzą na plastikowych stołeczkach, przed lustrami, namydlają ciała, golą się aby wejść do jednego z dżakuzi (są 4 i jedno na zewnątrz – testuje wszystkie, różnią się intensywnością bulgotu i temperaturą od 42 do 45 stopni). Rewelacja. Spędzam tam godzinę paradując z fujarką po onsenie – no big deal – to samo robią inni, żadnego zasłaniania się i wstydu…

Około 14 ruszam poza miasto. 8 kilometrów zanim złapałem pierwszą okazję, tuż poza miastem, zaraz przed wjazdem na główną drogę. Zatrzymał się typek w kolorowych ciuchach, tuningowanej furce – nie jechał do Sapporo, ale zgodził się podrzucić mnie za miasto na pierwszy lepszy parking. Po drodze wstąpił jeszcze do domu na przedmieściach, aby zabrać swojego kumpla – jechali w góry na jakąś imprezę. Potem siedziałem jeszcze w trzech autach, za każdym razem po parę kilometrów, zachodziło słońce, a mnie ogarnęło zmęczenie. Zrobiłem zakupy w seven eleven, postanowiłem postać jeszcze chwilę i poszukać miejsca do spania na plaży. 3 minuty później siedziałem w samochodzie Nishi Masanori, 26 letni mieszkaniec Sapporo zabrał mnie z radością i jak powiedział po raz pierwszy miał sposobność rozmawiać po angielsku z gaijnem (obcokrajowcem). 3 godziny później byłem w Sapporo – czas przeleciał szybko na rozmowie, słuchaniu muzy, zatrzymaliśmy się też na kolację gdzieś w górach, potem zasnąłem, Nishi obudził mnie w Sapporo.

Zdecydowałem się nie iść do Youth Hotelu za 3700 jenów. Za 1900 mogę przesiedzieć 7 godzin w kafejce netowej – prysznic, prywatna kabina, tysiące filmów na DVD, picie i jedzenie za friko, szybkie łącze i super wygodny fotel…

Dzień czwarty – Sapporo

Wczorajszego dnia w okolicach popołudnia ledwo już powłóczyłem nogami. Silny wicher powiewał, było zimno jak cholera, zjadłem obiad w knajpie dla robotników (schabowy !!!, ryż, nieograniczona surówka) i czułem, że więcej nie wyrobie. Było za zimno aby spać w parku, luknąłem do portfela, jeszcze trochę kaski było. W informacji turystycznej znaleźli mi najtańszą kapsułę, wsiadłem w metro i pojechałem do dzielnicy Susukino – bary, rabuhoteru (Love Hotels). Sapporo Kapsule Inn za 3200 jenów za noc. Wchodzisz bez butów, które zostawiasz w szafce. Wjeżdżam na 3 piętro (wszystkich jest 7, na 7 prysznic komunalny i dżakuzi) i odnajduję swoją kapsułę – wszystko wygląda tak jakbym miał zaraz odlecieć w kosmos. Ale zamiast tego odpadam w 16 godzinny sen. W środku kapsuły (metr na dwa) telewizor, radio, budzik, pościel – wygodna sprawa. Terebi (telewizor) nie działa jednak – trzeba wykupić kartę za 1000 jenów. Znajduję jeszcze ulotki z programem telewizyjnym na czerwiec – hm… same pornosy. Na moim piętrze jest jeszcze pusto i cicho. Bardzo szybko zasypiam, aby obudzić się dwa razy na siusiu.

Sapporo poprzedniego dnia sprawiało wrażenie pustego miasta – dziś wyszło słońce i sprawy przybrały inny obrót, mnóstwo ludzi na ulicach, ciepło i czuję się znacznie lepiej. Popracowałem trochę na kompie i trzeba będzie wyjechać z miasta w jakiś sposób. Jadę na wschód w stronę parków narodowych…

Dzień piąty – autostopem przez Hokkaido.

Czego szukasz będąc w drodze? Czy chcesz odnaleźć samego siebie czy też szukasz innych? Samotność ma swoje plusy, ale bez innych ludzi nie masz opowieści. Tylko interakcja ma sens. Czytając książkę Marka Kamińskiego o tym jak szedł na biegun stwierdziłem, że to nie dla mnie. Lubię samotność, wtedy układam w sobie myśli, planuję co robić, jestem zajęty samym sobą, lecz jednocześnie gdzieś szukam innych ludzi. Na pewno jest z tego satysfakcja – że doszedłeś na ten biegun – dążenie do celu jak najbardziej. Ja się złapałem na tym, że nie mam celu – droga ma sens sam w sobie i basta.

Piony poziomy wahania klimatu w tą i we tę. Najlepsze pomysły i rozwiązania przychodzą jednak gdy ma się z górki, wtedy mózg szybciej pracuje i daje to nieoczekiwane wyniki.

Ślizgam się. Tego znieść czasem się nie da. Ślizgania się po powierzchni kulturowej. Od tygodnia uczę się języka. O ile łatwiej jest znając parę słów i mając czasem mgliste pojęcie co też do ciebie mówią.

Hokkaido jest super. Ale nie do zdjęć – tzn. na pewno jest znakomitym miejscem dla miłośników fotografii przyrodniczej czy też krajobrazów. Ale nie dla mnie. Wolę miejską dżunglę, a na wsi to lubię sobie odpocząć od aparatu. Dlatego ostatnie zdjęcia są tylko zapisem drogi, brak jakiś spektakularnych szotów. Ale postanowiłem wrzucać codziennie krótki film z podróży autostopem, zamiast zdjęć (które też się czasem pojawią). Wieczorem coś sklecę.

Około 16 opuściłem Akan aby jednym samochodem dojechać do Kawału Onsen. Kolejne emeryckie miasteczko – drewniane domki, sklepy z szajsem w stylu poroża jeleni i wypchane bobry. Nie trawię właściwie całej tej cepelii, choć teraz pochodzę do tego z dystansem. Krajobrazy są super, wulkany, jeziora, mgła osnuwa wszystko dookoła. Jest zimno – jakieś 10 stopni Celsjusza. Zasuwam w sandałach i krótkich gaciach – nie mam całego tego trekingowego ekwipunku. Brak namiotu, śpiwora, odpowiednich butów. Więc czekałem na okazję około 20 minut – inżynier z Kushiro nadrobił drogi aby z Teshikagi podrzucić mnie pod wulkan oddalony o 3 kilosy od Kawayu Onsen. Zobaczyłem sobie gejzery, śmierdzące siarką i piekłem a potem spokojnie przeszedłem sobie 3 kilosy nie próbując nawet autostopu – dziennie średnio robię z plecakiem z 7-10 kilometrów – niezła gimnastyka. W miasteczku znalazłem raida hausu – za 800 jenów (plus 200 za kołdrę i materac). Właściciel jest wiekowym dziadkiem, co ledwo chodzi, ale męczył mi dupę przez godzinę, objaśniając mi że to jest kibel, to jest TV a to jest pilot, który służy do jego włączania, tam jest lampka, a tu drzwi – uważaj na schodach jak schodzisz bo są strome, wyłączaj światło, zdejmuj buty, tam musisz jeść (gdzie indziej nie możesz i na mapie wskazał mi jakąś knajpkę). Strasznie upierdliwy typ – ale miejscówka fajna, typowy japoński domek, z rozsuwanymi drzwiami z papieru i drewna, raida hausu jest pusty więc dziś na spokojnie zasiądę na tatami i pomontuję filmy.

Utoro

Na pierwszy rzut oka Utoro rzeczywiście wydawało się miejscem zapomnianym przez wszystkich (oprócz japońskich turystów i nowożeńców). Półwysep Shiretoko (na którym leży Utoro) w języku Ainu oznacza ni mniej ni więcej „koniec świata”. Wulkany, klify, niedostępne zatoki, wszystko wygląda na nie ruszone. Czasem aż do sierpnia na szczytach górskich leży śnieg, a czasem nie topnieje wcale i utrzymuje się przez cały rok.

Dojechałem do Utoro w niedzielę wieczorem. Dwie szybkie okazje autostopem z Kawayu, a na miejscu nie miałem w gruncie rzeczy pojęcia do będę robił. Postanowiłem więc nie robić nic i poczekać. Czasem przydaje się rzut monetą, albo kośćmi – czasem wystarczy zdać się na intuicję. Poszedłem więc w lewo, choć mogłem w prawo jak i do tyłu a w opcji było także pod górkę. Po drodze wstąpiłem do pierwszego lepszego sklepu pytając o raida house. Chuda Japonka z wystającymi zębami była tak przemiła, że zadzwoniła gdzie trzeba, a właściwie 200 metrów dalej do Cafe Fox. Miejsce okazało się domem dla ekipy pracującej na miejscu, a także biurem turystycznym, knajpą, kafejką internetową i domem dla podróżnych (easy raiderów).

Dokonałem właściwie przesłuchania dziewczyny za kasą. Ruda odpowiadała posługując się całkiem przyzwoitym angielskim – co ile kosztuje, gdzie i jak, zapytałem się jeszcze gdzie tu można owoce morza i rybkę skonsumować. Odpowiedź znajdowała się 10 metrów dalej w knajpie Pana Tanedy.

Taneda

Zasiadłem więc u Taneda-san. Właściwie już zamykał, ale zdołałem zamówić rybkę (koniec końców zjadłem 2, ośmiornicę, krewetki i inne tam). Gadka szmatka – Taneda kumaty człowiek, po angielsku rozumiał, więc na migi i w mieszance japońsko – angielskiej ucięliśmy sobie pogawędkę przy browczyku, morskich robakach i gumowych oktopusach. Doszło do wymiany wizytówek – a ja nieśmiało zapytałem czy mogę się z nim wybrać na połów w nocy. Taneda zastanawiał się i zastanawiał i chyba nie wiedział co powiedzieć (poznaję już ten stan u Japończyków – zażenowanie i wstydliwy uśmiech) – ale dogadaliśmy, że ja robię zdjęcia a on może sobie wydrukować i powiesić w knajpie (która została otwarta tydzień temu). Wypiliśmy jeszcze po jednym Asahi i umówiliśmy się na 1:15 w nocy.

Cafe Fox

Powróciłem do Cafe Fox. Zamówiłem kawę i usadowiłem się z laptopem przy piecyku, bo strasznie piździło. Okazało się, że jest hotspot, ale zanim zdążyłem cokolwiek wbić w firefoxie dosiadł się koleś w kurtce z napisem Cafe Fox. 3 minuty później siedziałem przy stoliku z Kantoro i całą ekipą z Foxa. Pokazałam im foty na laptopie, Kantoro podrapał się w rozczochraną łepetynę, szeroko uśmiechnął i rzekł „a może porobisz też fotki dla nas na rejsie, w zamian za piwo i wieczorną kolację, przez okres jaki tu zostaniesz?”. Nawet mi nie przyszło do głowy aby odmówić. Ojciec Kantoro – Masta (ładne imię) jest właścicielem całego biznesu. Ma dwie łodzie Fox 1 i Fox 2. Pierwsza pływa na krótkiej trasie, aż do wodospadu, rejs trwa godzinę i kosztuje 3000 jenów. Drugi lisek robi 3 godzinny rejs aż do końca półwyspu za cenę 8000 jenów. Codziennie robią ze 3 kursy, wieczorem więc jest czas na piwko i rozmowy przy stole. Kantoro pracuje do końca sezonu a na zimę wyjeżdża do Nowej Zelandii. Nie po to aby pracować, podróżować szlakiem Władcy Pierścieni, czy pływać na desce. On tam jeździ aby pić, bo akurat jest lato i trenuje swój angielski (bardzo dobry). Na tej samej łodzi pływa również jego brat Dzodz (nie wiem dokładnie jak się pisze) a mniejszym liskiem steruje jeszcze jeden ziomuś (z 4 razy się pytałem jak ma na imię, pamięć moja niestety zawodna) – ten natomiast był niezłym wariatem. Generalnie parę następnych wieczorów spędziliśmy na melanżowaniu (czy jest jakieś nowe słowo zamiast tego?).

12 godzin na łajbie

W nocy nie spałem. Przerzucałem sajty, pracowałem na kompie. Ubrałem wszystko co miałem ciepłego (czyli nic) i zszedłem na dół. O 1:15 zjawił się Taneda, punktualnie, z zapuchniętymi oczami, rzucił mi kurtkę i gumiaki (niestety były za małe) więc zostałem w trampkach. Wypompował wodę z łodzi, a potem zasiadł u steru, zapuścił wszystkie urządzenia, radar, gps, autopilota (ustawiał w komputerze kierunek i łódź płynęła sama). Oprócz niego na łodzi był jeszcze Nakamuri-san i dwóch młodziaków z farbowanymi włosami. Widać, że pracują razem od dawna, bo zasuwali jak dobrze naoliwiona maszyna. Zaczęli od zwijania starych lin i sieci, następnie zatrzymali się na ściągniecie tych co zarzucili poprzedniego dnia. Tylu różnych morskich dziwadeł nie widziałem – bardzo szybko je wyciągali i segregowali w dużych plastikowych pojemnikach. Czego tam nie było? Homary, krewetki królewskie, kraby, ślimaki, kalmary, ośmiornice, ryby mniejsze i większe, manty, koniki morskie i sam nie wiem co. W każdym razie było mnóstwo stworów.

Około godziny 8 poczułem, że słabnę. Tuż po śniadaniu – znakomite, ryż, owoce morza, surówki, zupa miso – schowałem się w niewielkiej dziurze pod pokładem i zasnąłem słuchając POE – przez co śniły mi się jakieś polskie klimaty, dopóki nie coś zaczęło lać mi się na głowę. Poza tym huśtało niemiłosiernie i dobrze, że nie jestem podatny na choroby morskie. Spałem dwie godziny, uderzyłem się z płaskiej w twarz parę razy, wypiłem kawę mrożoną i wylazłem z nory. Rzuciło mnie o ścianę i o mało co zmyłoby mnie z pokładu – byliśmy za półwyspem, 15 km od Wysp Kurylskich – jedyna pociecha, że słonko świeciło inaczej było by krucho. Próbowałem robić zdjęcia, niestety nie za wiele, słona woda błyskawicznie pokrywała cały aparat.

Parę dni później musiałem wracać do Tokio.

Powrót do Tokio

Prom do Hachihoke jest znacznie większy niż ten z Aomori do Hakodate. Parę pokładów, sale zbiorowe i prywatne. Udało mi się bilecik kupić za cenę noclegu (3650 jenów) ale i tak koszt dzisiejszej jazdy wyniósł mnie 10000. Strach pomyśleć gdybym tak się cały czas poruszał. Prawdopodobnie nie było by mnie stać. Pociągi i autobusy na trasie (jaką zrobiłem autostopem) Tokio – Sapporo – Kushiro – Kawayu – Utoro – Sapporo – Tokio kosztowałyby mniej więcej – 80000 jenów czyli prawie 2500 zeta. Samolot tyle samo, lub odrobinę więcej.

Prom przybił do wybrzeży Honsiu o 4:15 rano. Półprzytomny szedłem portową ulicą w stronę autostrady, znów intuicyjnie, nie wiedząc dokładnie jak się wydostać na Tohoku Expressway w stronę Tokio. W końcu znalazłem kierunkowskaz na autostradę. Zrzuciłem plecak i zanim zdążyłem zamachać, zatrzymały się dwie kobiety, które widziały mnie na promie. I tym samym znalazłem się na właściwiej drodze.

Stałem przez 1,5 godziny, bezskutecznie, aż w okolicach godziny szóstej zostałem porwany przez młodocianych cyklistów z Hochinnohe. Chłopaki i dziewczyny do Sendai na zawody rowerowe jechali choć na sportowców nie wyglądali. 420 km do godziny 11 przed południem zostało zrobione, więc pojawiła się szansa na dotarcie dzisiejszego dnia do Tokio. Ekipa cyklistów poruszała się dwiema furkami, ja siedziałem w wozie wraz z Masataką, Katsuhiro, Tsuyoshi i Yasuhiko. Chłopaki spoko ziomy, choć komunikacja językowa trudna, ich angielski był odorbinę lepszy niż mój japoński, wiec dużo gestykulacji i machania rękoma. 3 godziny spałem jak zabity, właściwie nie pamiętam co się działo, wiem że się zatrzymywaliśmy, wtedy ja zostawałem w vanie rozkładając się na tylnym siedzeniu, aby 15 minut później wrócić do spania na siedząco, obijając sobie czaszkę o szybę.

I tym samym miałem tylko 300 kilometrów do Tokio. Następnie zrobiłem około 100 kilometrów dwoma pojazdami – ze starszym Japończykiem a potem dosłownie 10 kilometrów na duży parking z innym. Tam utknąłem na dwie godziny, przemokłem całkowicie stojąc w kapuśniaczku, szczękając zębami liczyłem na szansę dotarcia do Tokio. I stało się. Tutui podrzucił mnie aż pod stację superszybkiego pociągu i kupił mi bilet do Ueno w Tokio. Powinienem odmówić, ale prawdopodobnie obraziłbym go śmiertelnie.

Ponownie w Tokio

Utknąłem w Tokio. Przestałem robić zdjęcia, pisać, czytać – włączyłem „rec” w mózgu a nie w elektronicznym urządzeniu. Czasem chowałem aparat do torby albo zostawiałem go w Guess T House i ruszałem w miasto – schody ruchome, windy, chodniki, przejścia, tunele, pociągi i ludzie. Miasto działa jak narkotyk, soma, jest zapychające jak 10 kawałków suszi zjedzonych w minute. Ale myślę, że już dość. Męczy mnie ta sama co w Nowym Jorku czy innych ogromnych metropoliach, które naprawdę polubiłem – myśl, że nie mogę tutaj normalnie pomieszkać choć przez parę miesięcy – bardziej zanurzyć się w tutejsze życie.

Kyoto

Środek lata w środku Japonii. Kyoto się topi, jak czekolada z zakładów „22 lipca”. Asfalt mięknie w oczach a tory kolejki podmiejskiej deformują. Kawa mrożona i litry płynów. Ludzie zasypiają w metrze, na ulicy, wycierają ręcznikami zroszone potem czoła.

Już siedem miesięcy w drodze. Tak dużo i tak niewiele.

Kobe

Idę tam gdzie idę, czyli donikąd. Powłócząc kończynami ze zmęczenia, w bezsennym rytmie, osłonięty przezroczystym parasolem za 210 jenów, płynę po pustych, mokrych, niedzielnych ulicach Kobe. Od dworca do Chinatown, z Chinatown na wybrzeże. A potem wyrzuciłem mapę. Odkręciłem szeroki kąt z aparatu i założyłem standard, co zawęziło mi pole widzenia, pozwalając skupić na szczegółach, nie wychylając się za bardzo spod parasola.

Spędziłem trzy godziny w centrum handlowym obserwując jednokomórkowców z mozołem wklepujących telehaiku. Tu wszyscy mają telefony i bawią się nimi bez przerwy. Tu nie wysyła się esemesów tu używa się emaili z możliwością wklepania do 10000 znaków (kanji), co za radość, dojeżdżając z do pracy i z powrotem cztery godziny każdego dnia można napisać sporą książkę albo pociąg-ający tomik z wierszami. Subway Haiku.

Idę przed siebie bez celu. Nie mam kasy na muzea, atrakcje turystyczne, oszczędzam na metrze i zdzieram sandały. Co jakiś czas zatrzymuję się w różnych budynkach. Centra handlowe, informacje turystyczne, przystań promowa, byle było siedzenie i dach nad głową.

Na osiedlu nie było nikogo. Japońskie blokowisko. Takie jak z Ringu. Ani żywej duszy. W końcu po spożyciu kawy na stacji benzynowej, zawróciłem w stronę stacji na której zostawiłem plecak. Przeszedłem przez dzielnicę zapomnianą przez wszystkich, pełnej salonów fryzjerskich, szemranych barów, tłuste koty wylegiwały się przed sklepami z używanymi rzeczami a matuzalemowi staruszkowie śmigali elektrycznymi pojazdami (jedna taka 125 letnia prawie mnie zabiła, dobrze, że taki pojazd jedzie 3km/h, ale ja byłem nieprzytomny i nie patrzyłem przed siebie).

W końcu dobrnąłem do stacji. Wyszło słońce a w podziemnych przejściach i na ulicach pojawili się ludzie. Właściwa pora, po sobotniej imprezie, niedzielne zakupy i przesiadywanie w centrach handlowych. Ludzie na całym świecie jarają się tym samym szajsem.

Noc spędziłem na plaży w Kobe. Padłem jak zabity w piasek i zasnąłem.

Ostre słońce obudziło mnie o 8 rano. Pusta plaża, trzech znudzonych wędkarzy i moje zwłoki. Kąpiel dobrze zrobiła, potem prysznic, kawa w knajpie i ruszyłem w stronę drogi numer 2 prowadzącej do Hiroshimy i Hakaty. Ja głupi. Myślałem, że to nic takiego. Nie było jednak żadnej zatoczki gdzie potencjalny samochód mógłby się zatrzymać i tym samym zrobiłem 5 kilometrów wzdłuż drogi bezskutecznie szukając miejsca to złapania okazji. Doszedłem do następnego miasta i padnięty (30 stopni upał, ostre słońce, plecak) wskoczyłem do pociągu do Abashi. Niestety to miejsce było za duże aby dość do drogi więc przejechałem jeszcze ze dwie stacje i tamże w końcu znalazłem się na drodze numer dwa. Parę minut czekania i zatrzymały się dwie zreformowane pandy, słodkie niunie dla których wszytsko było sugoi, kakoki, kawai, ne? Były tak słodkie, że wywiozły mnie na parking na autostradzie 40 kilosów od Sumy i kazały siedzieć w samochodzie. Po 10 minutach wróciły tryumfując – znalazły mi dobroczyńców. Koleś z Korei i jego japońska laska. Kim mówił świetnie po angielsku, wraz ze swoją rodziną mieszkał w Toskanii w tamtejszej Mekce dla artystów rzeźbiarzy (jego ojciec jest jednym z nich), przegadaliśmy całą drogę o sztukach wizualnych które studiował, czasem on przerywał aby przetłumaczyć o czym mówiliśmy swojej japońskiej narzeczonej (która wydawała typowe dla Japonek dźwięki zachwytu: yyyyyy, uuuu, eeeee ummmmm, sugoiiiiii). Zawieźli mnie aż za Okayamę skąd po paru minutach zabrały mnie dwie dobrze wychowane paniusie z białym pieskiem nikczemnego rozmiaru, na widok którego nie jeden Wietnamczyk oblizałby się łakomie (nie za dużo mięsa ale pewnie dobrej jakości). Te lalunie były kompletnym przeciwieństwem tych pierwszy – ładny samochodzik, wysprzątane, piesek cichutko siedzący pani na kolanach, zero angielskiego, zero japońskiego, zero. Chichotały zasłaniając usta, po 15 minutach zachciało mi się spać. Pobudka w samej Hiroshimie.

60 lat temu wielki grzyb pojawił się nad tym Hiroszimą. Wypadkowa różnych zdarzeń, szaleństwo wojny, zacięcie i nieustępliwość wojskowych i polityków z obu stron doprowadziły do cierpienia setek tysięcy ludzi. Nikt tu nie jest bez winy. Japończycy urządzili wcześniej piekło w innych krajach Azji (Chiny, Korea, Azja Południowo Wschodnia, Pacyfik). Amerykanie poszli na całość i po zlokalizowaniu wielu celów (między innymi Kyoto, Tokyo, Nagasaki, Nagoya) w końcu wybrali Nagasaki i Hiroshimę. Pierwsza w historii bomba atomowa wykorzystana przeciwko ludziom wybuchła 500 metrów nad centrum Hiroshimy 6 sierpnia 1945 roku o 8:15 rano. Siedziałem w muzeum poświęconym ofiarom bomby i Memorial Parku cały dzien. Ostatni raz tak czułem się po wizycie w Tuol Sleng w Phnom Penh. Ludzie przeciwko ludziom. A od ostatniej próby nuklearnej minęło tylko 460 dni.

Ostatnie dni w Japonii to Hiroshima i wyjazd do Fukuoki skąd przepłynąłem do Korei. Ciężko było mi przeżyć w Japonii za niewielkie pieniądze i jeszcze gorzej było mi opuścić ten wspaniały kraj. Jedno wiem, cytując z Terminatora – „I’ll be back”.

Otagowano

honduras i nicaragua


Santa Fe / wioska ludzi Garifuna. Honduras, okolice Trujillo


Santa Fe. wioska ludzi Garifuna. Richard w swoim pokoju. Honduras, okolice Trujillo


Nicaragua, Granada. Grabarz ze starego cmentarza.


Gdzieś w Hondurasie.

Otagowano

Kuba

Otagowano

polgaria

66 ministrów, 5 premierow, 2 prezydentów

Otagowano

Wzdłuż Gangesu

Staram się znaleźć w tej całej egzotycznej chaotycznej kiczowatej mieszance COŚ. Tak bardzo nieokreślone coś. Jeżeli ktoś poniesiony współczesną lekturą na temat Indii myśli, że zaraz po przyjeździe odnajdzie tam samego siebie, zgłębi istotę wszechrzeczy i odszuka złoty środek, jest w potwornym błędzie. Pierwsze doznania po przybyciu należą do tych nieprzyjemnych i irytujących: upał, jeszcze raz upał i niewysłuchane modlitwy o zdolność aklimatyzacji. Człowiek zamiast chłonąć nową kulturę zamyka się w pokoju hotelowym, poruszając się wciąż po tej samej nieskomplikowanej trasie: kierunek prysznic i powrót w stronę wiatraka. Zresztą, cóż czeka go na zewnątrz? Brud, kleiste i pełne kurzu powietrze i ulice upstrzone przez święte krowy. Ale to tylko pozory, niewygodny, wręcz dokuczliwy jak nagabywanie kupców, test, który musi przejść każdy, kto bardziej lub mniej jest zaangażowany w swoja wyprawę. Indie są jak nieufna kobieta osłonięta warstwami sari: onieśmiela kolorami i pstrokacizną, ale jednocześnie kusi skrywaną wewnątrz tajemnicą. Niby banalne, a jednak fascynujące.

Delhi.
W połowie kwietnia znalazłem się w Indiach. Znajomi „fachowcy” od Indii jak najbardziej odradzali mi wyprawy w tak mało korzystnym okresie – niesamowite upały, zbliżający się monsun, zła widoczność. Cóż byłem jak najbardziej zdecydowany i ani się spostrzegłem jak jechałem zdezelowaną taksówką z lotniska do dzielnicy Paharganj. Bez planu, pomysłu co dalej, znalazłem się w Delhi.

Pierwsze dni miały pozwolić mi przystosować się do panujących warunków. Nic bardziej błędnego. Jakiekolwiek przystosowanie nie było możliwe. W czasie dnia można było jedynie leżeć pod wiatrakiem, czy też w zacienionej knajpce, co chwilę wracając do hotelu wziąć prysznic. Egzystowałem rano i w wieczorem. Czasem w ogóle nie kładłem się spać, wybierałem się robiąc zdjęcia, wykorzystując znakomite światło jakie daje wschodzące słońce.

Pierwszy kontakt z Indiami może być porażający, wkurzający, przyprawiający o ból głowy. Brud, krowy i „placki”, kleiste i pełne kurzu powietrze, niesamowity hałas, ścisk na ulicach. No i ludzie. Wszędzie, ani chwili spokoju, wciąż coś oferują, pytają, nagabują. Tak, pierwszy kontakt może być szokiem.

Ale zapomnij o tym. Daj się wieść zapachom, kolorom, słuchaj ludzi, lecz jednocześnie nie ufaj nikomu, tylko sobie. Znaleźć balans, równowagę w tym wszystkim, to trudna sztuka. Pewnie potrzeba czasu. Aby zrozumieć.

Trzeciego dnia przykry incydent. Tracę kamerę cyfrową – kręciłem film i robiłem zdjęcia. Teraz pozostają tylko zdjęcia.

Postanawiam opuścić Delhi. Które chciało mnie zjeść w całości. Moja droga wiedzie na północ. Do miejsca gdzie Ganges wypływa z gór na nizinę.

Rishikesh.

W latach 60 tych wpadli tu John, Paul, George i Ringo – ale z całej czwórki tylko Georgowi zostało zamiłowanie to sitaru, hinduskich klimatów. Od tego czasu zjeżdżało tu coraz więcej przybyszów z zachodu. Pomedytować, znaleźć się w innym świecie, nie jeść mięsa, mieć swojego guru, powyginać się na jednym z kursów jogi, czy też zapalić sobie co nieco dobrego charash (żywica z konopi złuszczana w dłoniach i formowana w plastelinę), którego zachwalają „pseudo-sadhus”.

15 godzin w autobusie z Delhi, znajduję nocleg i aplikuję sobie 16 godzinny sen. Mieszkam w asramie, wokoło same świątynie, 20 metrów poniżej plaża nad czystym jeszcze Gangesem. Budzę się o 4 rano, pada deszcz, powietrze czyste i rześkie. Stoję nago na tarasie, potem ubieram gatki i schodzę nad Ganges, zanurzam dłonie i myję twarz.

Indie coraz bardziej mnie wciągają, tyle rzeczy nie wiem, tak wiele nie rozumiem, i nie zrozumiem nigdy. Staram się znaleźć w tej całej egzotycznej chaotycznej kiczowatej mieszance COŚ. Tak bardzo nieokreślone coś.

Nad brzegiem Gangi kobiety suszą Sari. Długie na 6 metrów, szerokie na metr. Wiatr rozwiewa i nadyma je jak bajecznie kolorowe paralotnie. Wchodzę pomiędzy nie, te tylko się uśmiechają i mocno trzymają materiał aby wiatr nie porwał go gdzieś daleko. Ten rytuał – powinność – obowiązek powtarza się cały czas. Ludzie żyją z rzeki, przy niej i w niej rozpływają się ich prochy.

Samotność jest zbawieniem i przekleństwem zarazem. Jesteś wolny w tym co robisz, jednocześnie szukasz towarzystwa innych. Nie jest to trudne raczej, bo w Indiach non stop otaczają cię ludzie. Czy to tubylcy czy też inni podróżnicy. Czasem się wyłączam. Siadam gdzieś na dachu hotelu, czy jak wczoraj w świątyni, w której na samej górze nie było nikogo. Jednak w dalszym ciągu nie potrafię oddalić się tak do końca, uspokoić, oddychać równomiernie, uspokoić myśli, uporządkować dysk twardy w mózgu.

Dałem sobie spokój z namiastką jogi. W całym mieście oferuje się kursy jogi. Niektóre za darmo, inne co łaska, są też takie, gdzie kursy odbywają się po parę tygodni czy miesięcy. Zamykasz się wtedy w asramie i zgłębiasz własne wnętrze. Mowię o namiastce, bo hatha joga traktowana jest przez trawelersów jak kolejna atrakcja, coś jak rafting, jazda wielbłądem, safari czy wyprawa w góry. 2-3 dni i dalej w inne miejsce. Oczywiście wiele osób zostaje dłużej. Ja niestety nie mam takich możliwości czasowych (finansowe raczej odpadają, bo można się za grosze tu utrzymać) więc tym razem daję sobie spokój, choć jestem ponoć w światowej stolicy jogi.

Obrazowanie Boga (czy tez bóstw, w przypadku Indii) jakoś nie przemawia do mnie. Nie daje pracować wyobraźni. Indie to wszechobecny kicz- wiec także i świątynie nie pozostają w tyle jeżeli chodzi o kosmiczny sposób dobrania kolorów czy sposób wykonania rzeźb rocznych bóstw. Pstrokacizna masakryczna. Prawdopodobnie nie działa to na mnie, na pewno jednak na Hindusów, którzy całymi wycieczkami przybywają do świątyń Rishikeshu czy też innych świętych miast.

HARIDWAR

W tym 200 tys. mieście Ganges wypływa na nizinę i płynie w stronę Varanasi, Kalkuty, aż do oceanu.

Haridwar to jedno z najświętszych miast Indii. Co 12 lat gości miliony pielgrzymów na świecie na festiwalu na cześć Wisznu – Kumbh Mela.

Uciekam z Rishikeshu. Na południe. Wyskakuję przy głównej drodze, zabieram plecak z dachu rozsypującej się rykszy i sadystycznym upale idę szukać hotelu Ashok. Przechodzę przez jeden z mostów na Gandze. Mieszam się z tłumem na bazarze i powoli idę do hotelu, tuż przy stacji hinduskich PKP. Zadekowałem się w brudnym i zapuszczonym hotelu za 2 dolce i na miasto. Ryksza i pędzimy w kurzu i słońcu, pomiędzy innymi uczestnikami tego ulicznego chaosu.

Har-ki-pairi (ślady stóp boga – Wisznu) – dokładnie w tym miejscu rzeka opuszcza Himalaje. Jeszcze w miarę czysta (przynajmniej w Rishikeshu, tutaj już raczej nie) z każdym kilometrem pochłania coraz to większe ilości śmieci, ścieków, chemikaliów i innych okropieństw.

Pod mostami, przy ghatach, świątyni i na brudnych kamienistych pozostałościach po wyschniętym nurcie rzeki tysiące ludzi siedzi w głębokich dziurach, kopiąc zapamiętale. Ponoć szukają złota. Tuż obok gromada dzieciaków tapla się w błocie, 10 metrów dalej przy schodach świątyni obmywa się cala rodzina. Na wschodnim brzegu ogromne koparki marki Tatra przekopują i regulują brzeg rzeki.

Nie ma innych turystów. Gdziekolwiek się nie pojawiam ktoś mnie zaczepia, pyta, oferuje, chce sobie zrobić zdjęcie, czasem tylko spojrzenia, gdy siedzę w knajpie zajadając się thali za 20 rupii.

Pociąg do Varanasi. Całą noc przespałem, budząc się dopiero o 9. Cały czas biorę kodeinę na ból zęba.

W pociągu już prawie pusto – przez ostatnie godziny leżałem na górnym siedzeniu, teraz łażę tu i tam. Upał się zwiększa, przez otwarte, zakratowane okna widać spaloną słońcem ziemię, co jakiś czas kawałek zieleni, ale dominujące kolory to żółty, brązowy, i wszechobecny szary. W dolinie Gangesu kończą się żniwa. Kolorowo ubrane kobiety płyną polami z ogromnymi snopkami siana na głowach.

Skończyła mi się woda. Pragnienie rozwala mnie, na szczęście stajemy na jakiejś stacji i kupuję 2 butelki ciepłej wody (tylko taką mają, poza tym podejrzanie zakręcona, więc pewnie z jakiegoś niewiadomego źródła)
3 dnia pobytu w Varanasi tracę zęba, dentystka w błękitnym sari i z kompletnie niezrozumiałym angielskim męczyła się z 15 minut. Koniec bólu i brania leków – Varanasi od razu wydaje się bardziej przyjazne.

Wybrałem się nad rzekę. Łódka za 40 rupii – muszę sam machać bambusowymi wiosłami, odrobina gimnastyki zawsze mile widziana. Początek problematyczny – lawirowanie pomiędzy innymi łodziami zaparkowanymi przy kamiennych schodach schodzących do Gangi. Płyniemy na wschodni brzeg rzeki. Piach, dzikie psy, krowy, woły, tony śmieci no i nieboszczyki. Napuchnięte, opatulone w szmaty leżą na brzegu lub też smętnie unoszą się w wodzie. Psy nigdy tu nie głodują.

Płonące zwłoki nie śmierdzą tak jak myślałem. Dzięki użyciu drzewa sandałowego odór nie jest tak silny, wręcz znikomy, ginie w innych zapachach miasta. W bocznych uliczkach leżą tony drzewa, kilogram kosztuje 120-200 rupii, do całkowitego spalenia przeciętnych zwłok potrzeba ponoć 200 kg tego cennego drewna. Niebagatelny to wydatek, nie wszystkich na to stać. Nieopodal znajduje się też tańsze – elektryczne krematorium. Lecz ci, których nawet na to nie stać wrzucają zwłoki po prostu do rzeki. W Varanasi codziennie pali się 500-600 zwłok. Non stop. 24 godziny na dobę.

Z tarasu budynku zbudowanego tuż nad krematorium można obserwować całą ceremonię. Przykleja się do mnie młody Hindus, wkręca historie o tym jak to powinienem zrobić coś dobrego dla swojej karmy. Np. zasponsorować parę kilo drewna dla wysuszonych kobiet czekających na śmierć w rogu pokoju. Dwie staruchy natarczywie patrzą na mnie. Niestety nic dla swojej karmy zrobić nie mogę. Wszystko zostało przecież już zapisane, no nie?

10 rupii – zła karma, 1000 rupi – dobra karma. Indie jak widać są wyjątkowo uduchowione i wzniosłe. Już dawno ten kraj, zresztą jak i wszystkie inne zostały przeliczone na dolaresy.

Wszyscy wiedzą ze Ganges w Varanasi jest tak brudny, że jakiekolwiek normy przekracza kilkaset tysięcy razy. Cóż z tego – herbatę robią z wody pompowanej z rzeki, przez cały dzień tysiące ludzi zażywa „orzeźwiającej” kąpieli w nurtach, łowi się ryby i wszystko niby wygląda w porządku.

Głosy ulicy.

– Hellou Sir!
– Which Country?
– I am the Yoga Master
– Hasish, hasish, veri cheap
– massage? veri good for your body
– ryksza, ryksza
– wanna to see my shop?
– you want something, sir?
– etc.

Jest to nie do zniesienia, wiele już widziałem, ale takiej natarczywości w żadnym kraju nie odczułem. 24/7 – totalna nagonka.

Brak jakiekolwiek uporządkowania, brak FORMY. Nieregularność, kicz, zaniedbanie, wszystko wydaje się zakurzone, bardzo stare. Piękno miesza się z podłą brzydotą.

Oprócz dźwięków i obrazów dochodzą jeszcze zapachy. Porażające, nos przyzwyczaja się z czasem lecz ich intensywność przygniata, żadna z woni nie pozwala się skupić na sobie nawet przez chwilę. Tutaj zapach smażonych potraw i przypraw, 5 sekund nie mija, idziesz dalej i już dusisz się od zapachu ścieków. Ciekawie jest, gdy spadnie deszcz – który zdaje się zmywać to wszystko dodając odrobinę orzeźwienia, lecz tylko na chwilę.

Deszcz. Nie widziałem go od czasu wyjazdu z Polski. Spadł wieczorem. Zamienił ulice w płynący rynsztok. Gaśnie światło, w ruch ruszają generatory prądu, ulice rozświetla nikłe światło świec i lamp naftowych. Próbuję po omacku wrócić do domu, lecz daję sobie spokój, siadając na schodach sklepiku z herbatą, w dzielnicy arabskiej. Jestem niewidzialny w końcu. Cała ulica jest niewidzialna. Zamawiam herbatę z mlekiem i betel – małe liściaste zawiniątko które żuję przez parę minut.

Deszcz wciąż pada. To znak zbliżającego się monsunu. Wody Gangesu zatopią schody na których teraz przesiadują tłumy ludzi, rozleją się aż po niskie drzewa, daleko na horyzoncie.

Nie można być obojętnym wobec tego subkontynentu. Bo Indie to nie jeden kraj. To wiele państewek, dążących wciąż do większej autonomii. To kraj wielu kultur, wyznań, języków, twarzy ludzkich. Przeraża i wciąga. Nie jesteś obojętnym, to nie kolejne wczasy w kurorcie, trzeba się zmęczyć i napracować, aby uzyskać choć odrobinę prawdy o tym miejscu.

Otagowano

średni format – skanowanie

Szukam skanera do średniego formatu – czy ktoś z Was zna miejsce lub osobę która mogłaby mi pomóc w tej materii? proszę o kontakt… bartpogoda@gmail.com

Z adomasem dodaliśmy reportaże na moim blogu, w miarę upływu lat nielatwo jest znaleźć coś sensownego na moim blogu, postanowilem powrzucać jakieś bardziej spójne historyjki… ale nad tym będę pracował…

Tymczasem sprzątam chatę, żyję pełnią wiosny i trzymam kciuki za mojego dziadka.

Otagowano

O podróżowaniu

Wszystko zaczyna się w dzieciństwie. Wtedy zarażasz się tą chorobą. Mapy, globusy, literatura przygodowo – awanturnicza pożyczana kilogramami z biblioteki Młodzieżowego Domu Kultury. To działa na wyobraźnię – przygody Tomka Szklarskiego, „Piraci z Wysp Śpiewających” i inne lektury połykane pod kołdrą aby rodzice nie widzieli, że wciąż nie śpię. Potem pierwsze podróże ze staruszkami po krajach Demokracji Ludowej – wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Cyganów w kolorowych wozach gdzieś nad brzegiem Dunaju. I sam nie wiem co należy do moich wspomnień a co usłyszałem z opowiadań moich rodziców. To były dobre lata, może dlatego, że w głowie mam zapisane tylko te dobre chwile. Pamięć czasem zawodzi i po latach postanowiłem to wszystko spisywać i dokumentować. Ale o tym później…

Wraz z otwarciem granic w latach dziewięćdziesiątych wszystko stało się możliwe. Nie miałem pojęcia jak łatwo jest wsiąść w pociąg do granicy z Niemcami a potem właściwie za darmo, autostopem, pędzić „autobahnem” na zachód, bez granic, aż do miejsca z którego widać Afrykę. Europa zaczynała się kurczyć, w dalszym ciągu wertowałem mapy i nieśmiało spoglądałem na Bliski Wschód. Może dlatego, że nazwa brzmiała tak obiecująco, blisko właściwie całkiem niedaleko – tylko 3 dni pociągiem przez Bałkany i zmysły zaatakowała nowa, tajemnicza, nieznana wcześniej mieszanka barw, zapachów i zgiełku ulicznego Istambułu.

Moje uzależnienie było coraz większe i na odwyk było już za późno. Zdecydowanie za późno. Rok dzieliłem na szare dni w Warszawie połowy lat dziewięćdziesiątych i te 2 miesiące w roku gdy mogłem wyjechać. Studia, studia i po studiach – lata które miały być najlepsze minęły jeszcze szybciej. Wokoło mnie to niewiarygodne ciśnienie aby znaleźć dobrą pracę i wpaść w błędne (przynajmniej dla mnie) koło. Praca, dom, samochód, pralka, zmywarka, telewizor pięć godzin dziennie, kac z rana i znów do pracy. Praca to chleb, ale praca to też duża część życia i należy ją kochać, albo przynajmniej lubić. Ucieczka. Tak, kiedyś wyjazd był ucieczką – zdecydowanie. Już podczas studiów miałem to szczęście pracować i podróżować po drugiej stronie Atlantyku. Meksyk, Gwatemala, USA – po raz pierwszy samotnie dwa miesiące spędzone w rozklekotanych autobusach, rozpadających się ciężarówkach, autostopem i na piechotę. Miałem 22 lata i coraz większą głowę – pełną dobrych i złych pomysłów na dalsze lata. No i te moje uzależnienie od „bycia w drodze” i „załapywania się na to wszystko dookoła”. Dokonałem wyboru – prawdopodobnie bardzo nierozsądnie, wbrew tradycji i polskiej kulturze– ale różne drogi prowadzą do kresu podróży.

Wciąż mając szczęście, odrobinę samozaparcia, wiary i mocy oraz wspaniałych ludzi wokoło udawało mi się rok w rok wyjechać. Ameryka Południowa, Centralna, Indie, Azja Południowo-Wschodnia. Im więcej jeździłem tym mniej wiedziałem czego chcę od życia, a ponoć podróże kształcą. Choć z drugiej strony będąc w domu, w Warszawie, wiedziałem jeszcze mniej.

To bardzo banalne – podróże i zdjęcia – właściwie nierozerwalnie połączone – czapka z daszkiem, krótkie gacie i aparat na szyi i masz typowego turystę. Moja natura taka, że i to przestało mi się podobać. Zwiedzanie podobnych do siebie kościołów, muzeum, zabytków – w jakiś zastraszającym tempie, odhaczając kolejne pozycje z przewodnika Lonely Planet.

W moim przypadku jakby się nie liczyło to, że zwiedzam, że oglądam te zabytki, że zaliczam kolejne miasto, tylko to że jestem w drodze. Czyli ludzi których spotykasz, klimaty na które się załapujesz, dźwięki, zapachy, muzyka, cokolwiek, to jest właśnie bycie w drodze. Wcześniej pisał o tym Keruac w „On the Road” („W drodze”). Coś nie tak – wrażenie zmarnowanego czasu i słowa w głowie, które usłyszałem parokrotnie w Polsce, że marnuje swój czas i nie robię kariery. Jednak remedium okazała się fotografia i blog (to też brzmi tak zwyczajnie, ale to szczera prawda). Połączenie tych trzech elementów stało się sposobem na życie, przynajmniej przez ostatnie i najbliższe lata. Stabilizacja, powrót do rzeczywistości, poukładanie sobie życia już nie są priorytetem – zresztą nigdy nie były. Zresztą czym jest stabilizacja? Czym jest rzeczywistość? Jest wiele poziomów rzeczywistości i przenikanie pomiędzy nimi to niezły sposób na życie, choć oczywiście nie dla każdego.

Piszę te słowa z Chin. Siedząc w niewielkim hoteliku, gdzieś na tyłach deptaka pełnego turystów w niewielkiej miejscowości Yangshou. Zatrzymałem się na parę dni aby odpocząć od podróżowania. Ostatnie trzy tygodnie przemierzałem Chiny Południowo-Wschodnie tuktukiem, czyli czymś w rodzaju trójkołowego motoroweru. Kupiłem to cudo chińskiej techniki na spółkę wraz ze spotkanym Anglikiem. Znów złapałem wiatr w żagle – ten sposób podróżowania, samodzielnie, zapominając o autobusach, taksówkach, pociągach jest zarazem najlepszą drogą aby poznać kraj i ludzi, jak i zaoszczędzić trochę kasy. Oczywiście równocześnie trzeba włożyć trochę wysiłku i pracy – chińskie drogi nie należą do najbezpieczniejszych – ogromne ciężarówki, setki autobusów, ludzie pracujący na drodze, dziury w nawierzchni, zmienna pogoda i oczywiście psujący się motor, w którym zepsuło się dosłownie wszystko – od hamulców po silnik. Chińczycy spotkani w drodze entuzjastycznie pozdrawiają nas gdy pędzimy krętymi górskimi serpentynami – bariera językowa jest ogromna – ale to także część przygody – chińskie kalambury dosłownie cały dzień. W dalszym ciągu pomysły ewaluują w głowie – rowerem przez Japonie, motorem przez Nową Zelandię, na piechotę przez Andy, deskorolką przez Europę – wszystko jest możliwe.

Podróżowanie to znakomita szkoła życia – języki, zwyczaje i kultura kraju w którym przebywam, ludzie poznani w drodze, nowe kontakty. Każdego dnia uczę się czegoś nowego, czasem zupełnie nieświadomie. To czerpanie inspiracji i pomysłów na dalsze lata – aby potem już jako zmęczony trzydziestolatek osiąść w kraju, założyć rodzinę i wymyślić sobie zajęcie, które będziesz miłował.

Wciąż wracam do Warszawy, czasem nie ma mnie 3 miesiące a teraz wygląda na to, że wybyłem na 15. Warszawa to kolejny przystanek w drodze. Kiedyś zauważyłem t w barze w Kolumbii: „Podróżnik szuka czegoś po całym świecie i znajduje to w domu”. Spotkałem pewnego razu człowieka z Nowej Zelandii, miał 45 lat i od 25 lat w drodze, pracując gdzie popadnie, zmieniając kontynenty, kraje i miasta. Nie założył rodziny, nie miał domu, samochodu i tysiąca innych rzeczy. Miał plecak, torbę, stare sandały i zniszczoną przez wiatr i słońce skórę. Opowiedział mi historię o zdjęciu kobiety i dzieci, które ma w portfelu. Był parokrotnie w krajach gdzie rodzina to podstawa – na pytanie „gdzie twoja żona” wyciągał to stare, zniszczone zdjęcie swojej siostry i jej dzieci. Ja sobie pomyślałem, że ten człowiek coś zyskuje, ale coś traci, czyli nie znajduje punktu równowagi w tym co robi. Wydaje mi się, że wszyscy tak robimy w naszym życiu. Albo za dużo pracujemy, albo za dużo pijemy, albo za dużo podróżujemy, albo wydajemy za dużo pieniędzy, albo w ogóle ich nie mamy. Może jestem za młody, za mało wiem, ale staram się znaleźć ten punkt równowagi. Masz jedno życie i trzeba się nie załapywać.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Otagowano