






teraz, za chwile, wlasciwie jutro pojade na lotnisko i polece do domu
13 grudnia juz w Polgarii
…
dobrze mi ten wyjazd zrobil – bez wyjazdow zyc nie moge . po prostu.
Varanasi otumania. Ilość momentów, kadrów, kompozycji jakie wychwytuje oko jest zastraszająca. Jak pokazać to aby nie bylo banalne? W jaki sposób w tym szaleństwie, orgii symboli i światła, znaleźć cos wyróżniającego sie i na tyle mocnego by zapadło w glowie na dłuższy moment, nie zabite przez kolejny oszałamiający obrazek?
Gąszcz ulic, labirynt alejek i przesmyków tak wąskich, ze tylko pies czy malpa sie przeciśnie. Trochę szerszymi wąwozami przeciskają sie rowery, motocykle, ludzie i zwierzęta. Rożnych rozmiarów bydło leży, stoi, idzie, przeżuwa nic nie robiąc sobie z tego, ze wlasnie tamuje caly ruch.
Na gorze miastem rządzą malpy. Te człekopodobne stwory bujają sie po dachach całego miasta. Siedząc w okratowanej knajpce na dachu (zabezpieczenie przeciwko zbyt zuchwałym malpa, które kradną dobytek, jedzenie i przeszkadzają turystom w kontemplowaniu chwil) sam czuje sie jak malpa w zoo. Malpy sa szybkie i zwinne – skaczą z budynku na budynek, smyraja sie na gzymsach dachów, kradną owoce ze straganu. Dziś rano wyrzucałem śmietnik, który nagromadził sie przez 4 dni zamieszkiwania. Wystarczył moment nieuwagi i przy czarnym worze przyczaiła sie malpa rozbebeszając go zupełnie. Chwile później przez otwarte drzwi przebiegła na dwóch lapach na środek mojego pokoju, z pewnym oszołomieniem w oczach szukając gorączkowo czegoś do jedzenia.
Sobotnie popołudnie nakręca iście plażowa atmosfera na ghatach. Mężczyźni przyodziani jedynie w skapa szmatę na przyrodzeniach zażywają odświeżającej i “oczyszczającej” kąpieli w Gangesie.Reszta spi, grzeje kości w słońcu. Male grupki zbite w zwarte kupki grają w karty w cieniu lichego rusztowania na którym suszy sie pranie i powiewają kolorowe szmaty. Ktoś musi cos jednak robić. Pracze zasuwają – na przybrzeżnych kamieniach tłuka zapamiętale ubrania, potem rozwieszają je na sznurkach lub tez po prostu rozkladaja na ghatach, na goracych schodach i kamieniach. Właściciele lodek, trochę zrezygnowani mantrują na widok turysty – boat, boat, 50 rupies, one hour, boat, sir. Ale kto by sie teraz wybrał na słoneczną patelnie rzeki?
Idąc ghatami w stronę słońca odnosi sie wrażenie uczestniczenia w prześwietlonym filmie, który przekazuje halucynogenne treści. Film ten jest długi, jak bollywodzki obraz. Zabija kolorami, mami widokami, zasmuca i raduje, odrzuca i przyciąga zarazem. Czasem słonce czasem wiesz. Dzieciaki otaczają japońskiego turystę, próbując wysępić rupie czy sprzedać pocztówki. Ten bezradny nie wie co robić. Żebrak nawołujący do każdego kto przeszedł mu w polu widzenia kiwa sie w dziwnej pozycji – wygląda na to ze zalozyl sobie martwe nogi na plecy. Stado wolow znużone, przeżuwając idzie na kąpiel prowadzone przez 10 letniego chłopaka.
Przysiadam na herbacie u sadhu. Baba ma bardzo kreatywnie wymodelowane siwe dready i szalony blysk czarnych oczu. Nie siedzi bezczynnie paląc czaras z chilluma z ziomami tylko sprzedaje czai. Baba mówi, ze jest sławny. Baba, one picture. Byl juz w wielu magazynach i książkach. Chyba na pieniądzach mu nie zależy – on chce być sławny.
Noc. Na ulicy istny spektakl. Główna ulica przy dworcu pomimo 1 w nocy tętni życiem jak w dzień. Dym, para, spaliny, ogień, światło jarzeniówek i ogromnych ciężarówek toczących sie przez ten bajzel. Ludzie opatuleni w koce w przykucu ogrzewają zmarznięte dłonie. Będąc w Varanasi w maju 2003 trafiłem na mega upaly. Nie dalo sie spać, chodzić – człowiek zamierał, zastygał w jednej pozycji przez caly słoneczny dzień. Teraz “zima” – zaledwie 25 stopni dzień i 10 w nocy.
Następnego dnia po przyjeździe do Allahabadu wstaliśmy bardzo wcześnie o 5 rano aby pojechać na Sangam.
Czerwona kula slonca wykluła sie z mgły gdzieś daleko na drugim końcu rzeki. Bylo zimno – ci którzy zanurzyli sie w rzece drżeli z zimna, reszta wrzucała wianki, kwiaty i zapalone świece na wodę. Tu wody zielonej Jamuny spotykają sie z Gangesem – żółtawym i zamulonym. Sangam to magiczne miejsce. Co 12 lat odbywa sie tu Kumbh Mela a co 6 – Ardh Mela. Wtedy przez prawie miesiąc czasu Allahabad staje sie miejscem pielgrzymki dla milionów ludzi.
Allahabad będzie mi sie kojarzyć z traumatycznym ruchem ulicznym w okolicach Civil Lines, z cierpliwymi i nieustępliwymi rykszarzami i tym dziwnym hotelem w którym dane mi bylo spędzić trzy noce.
Centrum handlowe. McDonald’s. Chaos, zgielk, muzyka na ful. Rodziny z dziećmi, młodzieńcy grupami paradują w zbyt ciasnych dżinsach, z komórka przy uchu, z sygnetem na palcu, z brylantyna we włosach. Pojecie obciachu w Indiach jest chyba nieznane.
What is your good name, sir? – młody typek, przysiadł sie do stolika obok. Nie mialem ochoty z nikim rozmawiać. Szczególnie ze wiem jak to sie kończy – blablabla – caly dzień to samo, mogę być mily i uprzejmy ale sa pewne granice.Udaje wiec ze nie doslyszalem i i gapie sie przez okno jak biała krowa zjada brudna gazetę. W okolo centrum handlowego zgroza i pożoga. Bardzo ciekawa rzecz – ktoś buduje centrum handlowe, stawia przed nim strażników – ale w życiu nie wpadnie na to aby wysprzątać okolice wokoło. Nie ma chodnika, przejścia – nikomu to jednak nie przeszkadza. Sir, are you upset ? chłopak nie daje za wygrana. Patrze na niego przekrwionymi oczami, bo wlasnie ziewnąłem. Nie za bardzo wiem o co mu chodzi? Ze niby ja upset? Zdołowany to bylem w Polsce jesiennej teraz chyba nie mam powodu. Jak wszyscy inni jest przekonany ze musze byc z UK – kazdy bialas jest Anglikiem. Pyta o prace o wize – chce koniecznie abym mu wyslal zaproszenie, zaprzyjaznil sie, polubił. Wcześniej tego samego dnia wąsacz na skuterze marki Bajaj zatrzymał sie radośnie – Hello! Are you English? i hope you’re english. Zawiedliśmy go strasznie ze byliśmy z Polski. Poland-Holland co to za kraj tak naprawdę – czarna dziura w umysłach wszystkich ludzi świata. Mam juz chyba dość. Wychodzę i znikam w czarna noc.
Pożegnałem sie z Karolina jeszcze w J&K Palace Hotel – udala sie do Kalkuty, aby zalatwic sprawy wizowe i inne (zreszta co ja bede pisal co ona robi, zapraszam tu http://karusiek.blog.pl).
Dworzec kolejowy. Stalem na peronie plując na tory. Szczury, setki tłustych gryzoni walczyło o resztki jedzenia rzucane przez pasażerów na torowisko. Juz dawno przestałem zwracać uwagę na SYF. Nie wierze aby ktokolwiek kiedykolwiek wyczyścił ten kraj. Chyba ze dojdzie do nuklearnej wojny która zmiecie ten burdel.
W nocy dojechalem do Varanasi.
Znalazłem miejsce na dachu w hotelu Deep Guest House. Na moment lekko unieruchomiony, zastały w miejscu, nie mogąc sie ruszyć z powodu kontuzji przemieszczam sie w kwadracie – hotel, internet, knajpa, dach. Miejscówka na dachu doskonala, aby obserwować życie ulicy. Droga niczym z westernu, ciągnąca sie wzdłuż niej parterowa zabudowa sklecona jest z betonu, lichych desek i blachy falistej. Znajdują sie tam domy, knajpki, zakłady usługowe. W zasięgu wzroku mam “Raaz Digital Studio”, “Sushima Sweets, Chat & Tea Corner”, “Tailouring House” czy “Hotel Budda”. Muchy karmią sie moja obojętnością. Zastygłem wewnątrz siebie.
Jeszcze w Delhi spiknąłem sie z Karolina. Z Delhi przedostaliśmy sie do Gai – 16 godzin pociągiem. Wychodząc z pociągu w miejscu popularnym wśród turystów należy liczyć sie z tłumem rykszarzy wierzących we własne szczęście ze to wlasnie on a nie jego kumpel upoluje parę białasów z plecakami. No i upolowali. Po ustaleniu ceny ruszyliśmy do rykszy – tłum wciąż za nami. Nie zauważyłem w tym chaosie wysokiego progu chodnika i upadłem uderzając kością piszczelowa lewej nogi w betonowy próg. Gdy sie podniosłem, spostrzegłem trzy centrymetrowa dziurę w nodze – nie powiem ze bylem bardzo szczęśliwy widząc kosc piszczelowa. Rykszarze zniknęli w jedna sekundę. “Ja-kosc” rany nie pozostawiała mi żadnych złudzeń – trzeba znaleźć szpital i szyć ranę. Szpital państwowy w Gai wyglądał nieco przerażająco ale krew ciekła z nogi i nie mialem wyjścia. Dwóch typów (chyba lekarzy ale bez służbowych ubranek) poszukało igły i nici – po odkażeniu duża ilością jodyny zaszyli mi ranę gruba dratwa – zamiast 3 szwów mialem tylko jeden. Noga wyglądala jak zaszyta szyneczka. Dostałem jeszcze zastrzyk i w drogę. Usługa darmowa – wzbraniali sie przed przyjęciem ode mnie zapłaty. W Bodhgai w lepszym punkcie medycznym jeszcze raz mi to oczyścili – dostałem lekarstwa. Chyba jakoś to będzie – nie pierwsza i nie ostatnia rana w moim życiu.
Bodhgaya niestety nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Wiem ze to miejsce bardzo ważne dla buddystow, którzy przyjeżdżają tu z całego świata aby medytować w zamkniętych miejscach gdzie budda doznał oświecenia. Niestety nic. Jak dla mnie. Wioska pelna much, żebraków i ludzi próbujących ubić interes na fakcie ze miasto jest miejscem pielgrzymek … nie ważne – nie mi osadzać cokolwiek. Poza tym moze pojawiłem sie tam w nieodpowiednim czasie…. kto wie?
Dnia trzeciego przyszedł czas aby opuscic Bodhgaye. Problem – dokąd?
Spojrzeliśmy na mapę – Karolina miala jechać do Kalkuty załatwiać sprawy i prawie sie z nia wybrałem. Ale nie bylo pociągu żadnego w tamtym kierunku. Postanowiliśmy pojechać do Allahabadu.
Budze sie po 12 godzinach i przez mala chwile nie wiem gdzie jestem. Wiatrak, waskie lozko z cienkim materacem. Zwykly tani pokoj w hotelu jakich wiele na Paharganj. Od noszenia torby ze szklami i aparatmi bola mnie plecy. Przewracam sie na bok, omiatam wzrokiem pare stron ksiazki Murakami. Za oknem ktore wychodzi na betonowe patio slysze glosy. To nie Izraelczycy mieszkajacy obok ale smiejacy sie do rozpuku Hindusi. Ogladaja film w klitce na lewo od mojej nory.
Wychodze na ulice. Tyle godzin w ciemnosci powoduje ze mruze oczy i nie wiem przez chwile co sie tu dzieje. Nienamyslajac sie zmierzam od razu do znajomego mi sklepiku z napojami gdzie robia najlepsze szejki w okolicy.
Swiadomosc tego ze mam 3 tygodnie tutaj w Indiach, samemu – tak jak 2 lata temu ekscytuje mnie. Zmeczenie materialu i zmiana mojego polozenia powoduje jednak ze musze chwile odpoczac i zastanowic sie co robic.
Indie nie zaskakuja jak kiedys. Choc wciaz sa tak jakby rownoleglym swiatem gdzie wszytsko jest tak odmienne i inne od tego co mam w PL.
dzien niesamowitych kontrastow – ze skrajnosci w skrajnosc, z 5 gwiazdek w czarna dziure, ze slumsow w blichtr i bollywoodzka elegancje
ekipa na lotnisku – niespodziewalem sie takiego wyjazdu – intensywne 12 dni po ktorych chcialbym sie w koncu wyspac
dobranoc
PS.
w koncu powinnienem zabrac sie do pisanaia i wrzucania rzeczy ale potrzeba jakiegos dobrego kompa bo laptopa niestety (stety) brak
zdjecia zdjecia zdjecia
9 Polakow biega z aparatu strzelajac do wszystkiego co sie rusza badz nie
w skrocie i szybko podaje ze zyje i nie mam na nic czasu
w delhi 20 juz ostaje sie sam i bede mial czas na pisanie
juz indie
jestem nieprzytomien – nie spalem prawidlowo w lozku (nie liczac 2 h w hotelu w delhi tuz po przylocie)
dzis caly dzien w pociagach, urwalem sie calej grupie na 30 minut przed kolacja aby przejsc sie po szimli
…
wystarczy ze zasuna sie automatyczne drzwi na lotnisku
po tym jak obmacaja przeswietla zidentyfikuja
gdy tylko wyjezdzam z polski
cos mi sie dzieje takiego przyjemnego dziwnego w mozgu
czyzbym nie byl stworzony do zycia w PL?
czy to tylko w mojej glowie jest?
…
W poprzednią sobotę Sylwia z Bedurasem się pobrali. Wszystkiego naj kochani…
I ja tam byłem, wino piłem i nawet zaświadkowałem :)
Teraz dochodzę do siebie.
Poniżej zdjęcia z poprawin i ześcia ogolnego tylko – reszta się zbierze, wywoła i zeskanuje…







mexico, bangkok, budapest, warszawa
…, …, …, …, …
tu i teraz
czasem myślisz – status quo
“rychły upadek zachodniej cywilizacji”
był wczoraj
już nie pamiętam kiedy ostatni raz tu cokolwiek pisałem… być może nie mam już nic do powiedzenia. polgaria zabrała mi rozum i poczucie czasu. kartki z kalendarza walają się po podłodze, wrzesień a ja siedzę nad rozgrzebanymi projektami, gorączkowo szukam pracy, sklejam, skanuje, robie kolejną wersję portfolio, uczę się nowych programow, probuję pisać (to trafia do kosza właściwie od razu). wiele rzeczy wlasciwie zaczynam od nowa. Malymi kroczkami, za duzo chcialbym zrobic na raz, koniec koncow rozsypują mi się klocki – lecz jest chyba nadzieja jeszcze…
napisałem ja – tylko dla siebie samego

Diaporama w Nantes, Francja | 16-22 września. Między innymi pokaz moich slajdów. Jakby ktoś był w okolicy to zapraszam … Salut.




outrageousbus.com tam na stronie więcej szczegółów – wg. mnie genialna sprawa :)


Żurawski
Ja tu płaczę, że mi komp wolno działa, że coś się wiesza, że po raz 3 spalil mi się dysk twardy w ciągu roku…
W Indiach nie mają takich problemów
Photoshop CS4 Indian Version
nic mi nie idzie z pracą, zresztą jak pewnie każdemu
“jak gorąco” występuje w ostatnich tygodniach zamiast powitania
nic mi nie idzie, więc postanowiłem wrocic do sklejania filmów bo to przyjemna i nienużąca robota
można sobie zassać
filmy wrzucam tez na YouTube’a ale tam gorsza parszywa jakość…
W dzielnicy żydowskiej w Pradze spotkałem starego znajomego. Jego pradziadek Jehuda Low ben Bezalel zrobił Golema a także wehikuł czasu.. Cofneliśmy się zatem 66 lat wstecz


















Inspirowane Annie Leibovitz ;) Na 30 urodziny Sylwii….

Jedyny papier toaletowy którego używam. Bo jest 100% ekologiczny.

Gdańsk

Gdańsk

Wawa

Wawa

Kowieńska

Pstrykanie kotków odpręża

grillowe reminiscencje

wrocławskie zblazy pod zamkniętym disko

bywalcy CSW

ravs, zejście, 6.66 rano czyli 7.06, niedziela, tuż po zniszczeniu nejborsów

Batman returns

Joker tambien

inhale exhale – sprawdziliśmy , działa doskonale, lepiej niż awiomarin, na chorobę loco’mocyjną

tu nie za bardzo wiem o co chodzi…

Asfalt sie topi, powietrze zamarło, Marcinkiewicza wyrzucili więc bez obaw mógł oficjalnie wpaść na browara aby podyskutować o postawie Zidane’a – jak powiedział były premier – Zizou ma honor, w przeciwieństwie do innych… wszystko sie wszystkim w tym upale pomieszało.








Wyobraziłem sobie wiatraczek, co poruszłby powietrze gorące i klejące, pełne roztoczy i kurzu z ulicy. Ale nic z tego. NIe ma wiatraczka, jest 35 stopni Celka, google calendar zapełnia się rzeczami do zrobienia. Weekend zaczął się w tamtą środę zakończył wczoraj w nocy. Opener, 3miasto, przednia ekipa a ja znów w Wawie.
to żmudna praca, szczegolnie jak sie nie ma juz w ogole obiektywnego podejsca do swoich zdjec. w takim razie wiec prosze o jakies wsparcie, slowa krytyki, moze jakies pomysly
portfolio wersja beta do poprawek i innych takich…. w miedzyczasie przeczesuje twarde dyski i jak sie okazuje da sie z tego shitu co zrobilem ulozyc pare historyi / cykli czy jak to nazwac….
prosze o kontakt, albo komentarze na flickrze…. pozdro
adomas – mój guru, dr trip, człowiek renesansu, zbudował dom, nie widziałem jeszcze drzewa, ale ponoć zrobił dziecko, które wykluje się za jakieś 8 miesięcy a obecnie ma całe trzy centymetry
bedur – wielki ziom, zajebiste fotki i inne takie, nie mógłby się tu nie znaleźć
lukasz – podrzucony w obozie cyganów, lubi dużo latać, i nie spać, ponoć nie robi kupy poza europą za co go szanuję
lu – żona kudłatego, też lubi latać, pić kawę, ruszać tyłkiem i zajmować się naprawdę fajnymi rzeczami…
ravs – łysy, z bródką, ma ciocię Krystynę, mieszka w Krakowie i czasem na planecie Ziemia, umie naprawdę wiele rzeczy, tak przynajmniej mówi…
…. będzie więcej
Grill u Adomasów

Madamme Pati

Mister Karabin smaży powietrze

Adomas łapie net z Marek

Madamme Pati again

Mister Kara Bin und Gazomasomdomasemonas
Wesele Michala i Uli.




Imieniny u Cioci Krysi

Bardzo daleki krewny Françoise Sagan

Sagan i anonimowy kibic reprezentacji Anglii.

Słaba gra reprezentacji i niepewność jutra wzbudziły sensacje żołądkowe.

Nowa deska klozetowa za 66,99 zeta.

Jak zwał tak zwał
Grill u Adomasów

Madamme Pati

Mister Karabin smaży powietrze

Adomas łapie net z Marek

Madamme Pati again

Mister Kara Bin und Gazomasomdomasemonas





zdjęcia się skanują… będzie więcej. ogladam mecze jednym okiem i zazdroszczę argentynie, tonę w negatywach, skaner się grzeje a ja tymczasem wbiłem się na FLICKR
W jednej ręce trzymałem browara, w drugiej tekturową foremkę z kiełbasą, musztardą, chlebkiem i plastikowymi sztućcami zaś w trzeciej miałem bilet na Guns and Roses. Gdybym miał taki bilet 15 lat temu byłbym pewnie mega szczęśliwcem, natomiast wczoraj czułem się jak dziadek idący zobaczyć dinozaurów. Z dawno składu ostał się jedynie Axl (i Izzy Stradlin, który pojawił się na parę kawałków). Dzięki nim poczułem jak dni nieuchronnie zapierdalają… Koncert natomiast był super.
żunior zrobił parę zdjęć…
Pewnego słonecznego popołudnia, zupełnie niedawno Jasio i Olusia powiedzieli Yes a potem odjechali ze swoją przyczepką kampingową do Meksyku…


Kair. Wielbłądzi targ



Kair. Dzielnica Koptyjska.

Kair. Nad Nilem.

Kair. Miasto Umarłych.
… ciąg dalszy nastąpi
Wracając z Kozakiem i Bedurem z pewnej bibki, postanowiliśmy potowarzyszyć Panu Kozie w spacerze z niejakim Kirkorem – rudym mieszańcem. Przechadzka zakończyła się bójką walecznego Kirkora z dwoma Husky. W efekcie musieliśmy zawieźć pechowca do szpitala dla zwierzaków. Tam dwie przemiłe pani i pan weterynarz zdragowali Kirkora, a potem zaszyli mu ranę.








Całą zaś akcję z szulfady obserwował Pan Kot.

W tym miejscu było kino Ambasady Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej – synom Kim “Ill” Dzonga nie przelewa się ostatnio więc pomieszczenia a właściwie terytorium tego państwa posżło pod wynajem. Teraz znajduje się tam siedziba 4fun.tv. Na fotelu rozwalił się niejaki Leonid były pracownik ambasady – a ścislej mówiąc osobisty kucharz jego ekscelencji ambasadora Pyong Oir Kima.

Dziś rano obudziłem się z gorączką. Bolała mnie głowa, raziło światło, miałem doła – kupując w warzywniaku kefir i bułki zaopatrzyłem się w gazetę codzienną. HUmor wrócił – w środku znalazłem plakat moich idoli – polskich orłów, biało czerwonych, geniuszy, nowatorów. Brakuje mi teraz tylko plakatu mojego jedynego autorytetu – Pana Trenera Pawła Janasa. Plakat Jerzego Dudka spłonął.
no i tyle … w takim momencie nie ma co mówić tylko do przodu spoglądać…
:)
Jako że nic nowego sie nie pojawia na razie, a najblizsze wyjazdy czy tematy są na razie poza moim zasięgiem, wrzucam stare rzeczy, odrzewane na czarnobiałe kotlety, których wczesniej nie bylo.
Guatemala, styczeń-luty 2066











Zerwałem się z łóżka w moim pokoju – saunie w Phnom Penh. Promienie słońca przeciekały przez kiczowate zasłony i było wystarczająco gorąco. Nerwowo spojrzałem na zegarek i już wiedziałem, że spóźniłem się na autobus do Sajgonu. To był mój siódmy dzień nielegalnie w Kambodży (przekroczyłem ważność wizy) – co oznaczało 5 dolarów do zapłacenia na granicy za każdy dzień extra. Poszedłem się dowiedzieć czy są jeszcze jakieś inne autobusy do Sajgonu tego dnia. Niestety – pozostawały mi tylko dwie opcje – łódka do granicy za 15 dolarów albo taksówka za 4$. Po sprawdzeniu finansów wciąż wychodziło mi wszystko na styk. W Kambodży nie ma bankomatów więc nie miałem wyjścia jak zaryzykować i jechać do granicy z Wietnamem. Pożegnałem Phnom Penh i wbiłem się w zapchaną Toyotę Camry. Wczesnym popołudniem byłem na miejscu. Ignorując natarczywych naganiaczy oferujących rajd do Sajgonu za 15$ podreptałem do przejścia granicznego. Ku mojemu zdumieniu kambodżański urzędnik na granicy przetarł czoło brudną chusteczkę, spojrzał na mnie, potem w mój paszport i wymamrotał „Why are you late?” – uśmiechnąłem się głupio a ten oddał mi paszport z pieczątką wyjazdową – uff… nie musiałem płacić kary – 35$. Jak na każdym przejściu granicznym w Kambodży także i tutaj okolica pełna była kasyn (w Wietnamie jak i Tajlandii hazard jest nielegalny więc obywatele tych krajów tłumnie odwiedzają granice aby oddać się wszelakim uciechom jak i przegrać co nie co w ruletkę czy Black Jack’a). Tuż za kasynami zaczynała się szeroka droga prowadząca do Wietnamu. Ogromny, monumentalny budynek wietnamskiej służby granicznej nie wyglądał na zaludnione miejsce. Właściwie o tej godzinie nie było już żadnych samochodów i autobusów więc przekroczyłem granicę bezproblemowo.
Na pierwszy rzut oka Wietnam wydaje się być bardziej cywilizowany od Kambodży. Szerokie i dobre drogi, miasta pełne banków, reklam, sklepów z telewizorami, tysiące nowiutkich motorowerów – wszyscy gdzieś gnają, pracują jak mróweczki, brak tego luzu i olewactwa typowego dla Khmerów. Na granicy wymieniam dolary na dongi – ponownie ignorując propozycje przejażdżki taksówką za kosmiczną kasę do Sajgonu lub jak kto woli Ho Shi Minh City. Za dolara przejeżdżam równiutką autostradą do pierwszego miasta za granicą. Tam próbuję się dowidzieć jak dojechać do celu mojej podróży tego dnia. Niestety – ja nie znam wietnamskiego, a Wietnamczycy nie wydają się zaznajomieni z angielskim – przynajmniej w małych miasteczkach. Na migi, gestykulując wyjaśniam napotkanym typom, że szukam stacji autobusowej. W końcu jeden z nich zajarzył. Kwadrans później siedzę w autobusie podmiejskim do Ho Shi Minh. Niestety nie wszystko wygląda tak kolorowo – czuję się bardzo źle, gorączka, ból głowy, łupanie w kościach – jestem chodzącym trupem. Znalazłem niewielki pokoik, potem udałem się do apteki, w której zaopatrzyłem się w parę worków różnokolorowych pigułek. Wizyta w sklepie z pirackimi DVD (zakupuję pięć współczesnych wietnamskich filmów „Cycol” „Three Seasons” „Scent of the green papaya” jak i klasyki w stylu „Łowca Jeleni” „Czas Apokalipsy” „Rambo – pierwsza krew” i zamykam się w pokoju na parę dni, opuszczając go tylko aby coś przekąsić i kupić więcej wody.
Parę dni później poczułem się lepiej – nadszedł czas na pierwszy spacer po mieście.
Wietnam nie taki zły, ale dziwny. Coś nie mogą się zdecydować w jakim systemie chcą żyć. Komunizm nie komunizm, socjalizm, kapitalizm – jakiśtamizm – wszędzie plakaty z Ho Szi Minem (lub jak kto woli – Wujkiem Ho), czerwone flagi z żółtą gwiazdą oraz sierpem i młotem. Jednak coraz bardziej widoczna jest nowa kapitalistyczna propaganda – Samsung, Sony, Hitachi etc. – ogromne billboardy zmieniają wizerunek miasta.
Wcześniej Wietnam kojarzył mi się przede wszystkim z wojną, dżunglą, zapachem napalmu o poranku, budkami z żarciem wietnamskim („kuczak na otro”) porozrzucanymi po całej Warszawie. No i chyba tyle. Nic więcej. Warto było skonfrontować moją mizerną wiedzę z rzeczywistością.
30 kwietnia – 30 rocznica zwycięstwa nad imperializmem (czyli USA) – największa parada w historii Wietnamu (na modłę pierwszomajową). Ulicami przeszli weterani wojny w której zginęło ponad dwa miliony Wietnamczyków (i około 60 tysięcy żołnierzy amerykańskich). Wieczorne niebo rozświetliły fajerwerki, a ulice zapełniły się obywatelami miasta – miałem wrażenie jakby wszyscy wsiedli na skutery – hałas, zgiełk, spaliny – po całym dniu biegania po mieście miałem dość.
Wydobrzałem na tyle, że postanowiłem wyruszyć dalej w drogę, wzdłuż przepięknego wybrzeża rozciągającego się na długości prawie 3000 kilometrów. Kolejnym przystankiem miało być Mui Ne.
Dojechałem do Mui Ne. Wszystko ślicznie, ładnie, kolorowo, plaża, domeczki, palmy. I znów nuda. Wszystko zrobione pod turystów.
Parę słów o przemyśle turystycznym. Większość podróżnych przybywających do Wietnamu narzeka na mafię autobusową – „open tour” to najtańsza metoda podróżowania po kraju – jednak może przyprawić o ból głowy. Niestety – chcąc odwiedzić wiele miejsc i nie mając własnego środka transportu trzeba być zdanym na ludzi z biznesu. Turysta z Zachodu jest tylko „workiem pełnym dolarów” i niczym więcej. Idąc ulicami miasta co parę kroków ktoś oferuje ci kartki pocztowe, zapaliczki zippo z czasów wojny wietnamskiej (nowe zapalniczki spreparowane w taki sposób aby wyglądały na trzydziestoletnie rupiecie), owoce, papierosy. „Helloooou” „Helloooou” słyszysz non stop – to rykszarze albo moto-taxi, którym chyba jest naprawdę żal, że turysta z zachodu porusza się o własnych siłach po rozgrzanych ulicach miast. W ciągu pierwszych dni grzecznie odpowiadałem „no, thanks” albo „cam, cam on” (co oznacza to samo po wietnamsku), po 2 tygodniach przestałem zwracać na nich uwagę. Szybko poznałem rzeczywistą wartość rzeczy w sklepach – choć tak naprawdę wciąż obowiązują podwójne ceny (Wietnamczycy płacą mniej) – dochodzi więc do takich sytuacji jak długie targowanie się o butelkę wody mineralnej. Takie rzeczy potrafią zabić zapał do podróżowania nawet u najbardziej odpornych osobników. Wietnamczycy ściemniają – nawet nie są w tym mistrzami – prosto w twarz kłamstwa, aby osiągnąć swój cel. Na przykład przyjeżdżasz autobusem do miasta – kierowca autobusu oznajmia wszystkim, że wszystkie hotele są pełne ale on zabierze nas do takiego w którym są jeszcze wolne pokoje.
Całe szczęście, że nie wszyscy są tacy sami – miałem okazję spotkać naprawdę wspaniałych ludzi, więc nie należy się zniechęcać. Wietnam ma wspaniałą historię, niesamowite krajobrazy, genialne plaże. Właściwie każdy znajdzie tu coś dla siebie. Słynna „China Beach” – plaża znana z filmu „Czas Apokalipsy” jest teraz Mekką dla surferów (w ostatnich latach kitesurfing stał się bardzo popularny). Także na wydmach w okolicach Mui Ne można spróbować sandboardingu. Kraj od tysięcy lat leżał na styku wielu kultur. Chińskie napisy, francuska architektura, socrealistyczne budynki, stare radzieckie samochody, japońskie motocykle – jeden wielki melanż. Oczywiście jak w każdym z poprzednich krajów jeden miesiąc pobytu nie starczy aby naprawdę nasiąknąć atmosferą i przynajmniej odrobinę poznać kulturę danego kraju. Bariera językowa i społeczna jest zbyt duża.
Niestety większość podróżnych nie lubi Wietnamu, co innego ci którzy przyjechali tu na dłużej i zdołali zaadoptować się w nowym środowisku.
W Hue spotykam Ricka, Amerykanin, powyżej pięćdziesiątki. W latach sześćdziesiątych był surferem w Kaliforni, gdy wybuchła wojna w Wietnamie zaciągnął się do marines na dwa lata. Dwa lata które zmieniły wszystko w jego życiu. Siedzimy w kafejce i rozmawiamy. Gdy zaczynam narzekać na ludzi w Wietnamie i opowiadam mu o problemach na jakie natrafiłem podczas podróżowania wzdłuż kraju, uśmiecha się tylko i opowiada mi swoją historię. Po wojnie wrócił do Stanów, do San Diego. Nie mógł jednak ponownie odnaleźć się w nowej rzeczywistości, heroina, alkohol, problemy w małżeństwie, koszmary. Mówi, że strzelił do 15 osób, ale nie wie czy zabił kogokolwiek. „Miałeś kiedyś wypadek samochodowy? To sobie wyobraź podobny strumień adrenaliny jaki dociera do twojego mózgu gdy jesteś na polu walki, kule latają wokoło głowy, z boku umiera twój przyjaciel, towarzysz broni, przez pierwszych parę minut tkwisz w amoku a potem dopada cię zmęczenie i obojętność na to co się dzieje wokoło. Wojna to bagno. Jednak ludzie to ludzie – nie biorą przykładów z historii i wojny zawsze będą miały miejsce”. Rick przyjechał do Wietnamu w 1993 roku. Wcześniej zaadaptował dziewczynkę w Wietnamie, która straciła rodziców na początku lat osiemdziesiątych. Na początku wysyłał jej pieniądze aż w końcu spotkał ją osobiście. Dziś jego córka ma 26 lat i spodziewa się dziecka. Rick co roku spędza parę miesięcy w Wietnamie, tu czuję się najlepiej, mówi, że zrehabilitował się za złe rzeczy, które popełnił służąc w armii. Przez lata pomagał budować szkoły i szpitale w Wietnamie (jak i parę tysięcy innych amerykańskich weteranów wojny). W samym Danang mieszka około 50 byłych marines. „Nie mógłbym teraz mieszkać w Stanach na stałe. Jestem na emeryturze, więc co mógłbym tam robić? Życie tutaj jest znacznie spokojniejsze, teraz czekam tylko na swoją deskę, niedługo znów przyjdą dobre fale na China Beach – nie mogę się doczekać, aby znów posurfować po wschodzie słońca”
Uwielbiam obudzić się z rana i wyruszyć na fotograficzne łowy przed wschodem słońca – wtedy wszyscy zajęci są własnymi sprawami i nikt nie zwraca na mnie uwagi. Ulice są pełne ludzi uprawiających poranną gimnastykę, markety zapełniają się świeżymi kwiatami, owocami morza. Potem śniadanie, mocna kawa i „pho” czyli zupa z kluskami i warzywami.
Jestem w Hanoi, określanym jako „Paryż wschodu” – wspaniała architektura, przepiękne kobiety w tradycyjnych strojach i kapeluszach chroniących przed słońcem przemykają rowerami po szerokich alejach. Po południu życie zamiera, temperatura skacze powyżej 40 stopni. Najlepiej się nie ruszać, przysiąść w jednej z mikroskopijnych kafejek i zamówić mrożoną kawę. Byle do wieczora. Wtedy wszystko zaczyna się od początku. Młodzi Wietnamczycy zbierają się w grupkach i piją tanie piwko, rykszarze znów namawiają na przejażdżkę (oni się nigdy nie poddają).
Wygląda na to, że chyba polubiłem Wietnam. Choroba, szalony Sajgon i ludzie związani z biznesem turystycznym dali mi się we znaki. Ale wystarczyło wyjechać bardziej na północ, wsiąść na motor i oddalić się od tego wszystkiego – w jednej chwili wszystko się zmieniło. Nie chodzi o to przecież aby wszyscy byli mili dla ciebie i się uśmiechali. Jak sobie pomyśle, co też muszą przeżywać niektórzy turyści w Polsce – wszystkie te zacięte twarze w autobusach i tramwajach, problemy z kupieniem biletu na dworcu i inne – nie zawsze musi być przyjemnie i kolorowo. Czasem trzeba zacisnąć pięści, uśmiechnąć się do siebie samego i ruszyć dalej w drogę…
Wkrótce potem ruszyłem pod granicę chińską aż do Sapy. Znakomite zakończenie podróży po Wietnamie. Wspaniali ludzie, jazdy motorem po wioskach wokoło Sapy, plemiona górskie. Wiza już prawie wygasała więc po 5 dniach w Sapie przejechałem minibusem do granicy z Chinami aby rozpocząć kolejny rozdział w podróży. A Chiny to będzie przygoda jakich MAO.
Pakuję dwie torby z aparatem, laptopem, 2 koszulki, krótkie spodnie i opuszczam Phnom Penh. Moim celem jest Pailin.
„Droga” jest tu najważniejsza. Nieistotne zabytki, punkty widokowe, kościoły, świątynie i inne „atrakcje” turystyczne. Droga uzależnia, wciąga, nakręca. Wciśnięty pomiędzy worki z ryżem, zapasowe koło i piętnastu Khmerów przemierzam bezdroża Kambodży. Odcinki w kilometrach nie są zbyt imponujące – za to czas jaki trzeba poświecić aby przemieścić się z miejsca na miejsca może przyprawić o ból głowy.
W Kambodży należy wstawać wcześnie rano aby gdzieś dotrzeć na czas – biorąc pod uwagę stan dróg, połączenia i popołudniowe deszcze zmieniające drogę w błotnistą udrękę. Drogi w tym kraju to temat rzeka. Niewiele jest tu tras o słusznej nawierzchni – chlubne wyjątki to połączenia pomiędzy Phnom Penh a S’ville, Sajgonem oraz niektórymi miastami w innych częściach kraju. Nawet do Siem Reap najbardziej nawiedzanego przez hordy turystów z całego świata prowadzą marne drogi pełen dziur wybojów rachitycznych mostków. Nieistotne – bogaci turyści i tak przylatują tu samolotem (Siem Reap dysponuje międzynarodowym lotniskiem).
Przed zachodem słońca docieram do Pailin. Tu wciąż żyją Khmer Rouge – znajduję przewodnika – Votha świetnie mówi po angielsku i doskonale wie jak poruszać się po okolicy. I nagle miejsce, które właściwie nie ma za wiele do zaoferowania przeciętnemu turyście pokazuje swoją drugą twarz. Walki kogutów, domy byłych dowódców Khmer Rouge, kopalnie diamentów, kasyna dla Tajskich turystów na granicy, pola minowe. Wszystko to w trzy bardzo intensywne dni. Zbieram materiały dotyczące historii kraju i fotografuję kolejne miejsca.
Wyruszam do Anlong Veng – ostatniego bastionu Khmer Rouge. Tutaj w tajemniczych okolicznościach umarł Pol Pot – brat numer 1 w tzw. Organizacji (Ankgar). Zanim odszedł z tego świata cześć jego współpracowników dokonała przewrotu. Był rok 1998. Według oficjalnych relacji zmarł na zawał serce – jego ciało zostało spalone na stosie zrobionym ze starych opon samochodowych. Żadnej ceremonii – na pogrzebie nie było nawet jego żony ani córki.
Według przewodnika droga z Siem Reap powinna zająć 2 godziny. Byłem parokrotnie bliski zwątpienia – w rankingu najgorszych dróg, po jakich jeździłem ta trasa trafia na pierwsze miejsce. Sześć godzin po masakrycznych wybojach, dziurach. Parokrotnie byłem bliski wypadnięcia z ciężarówki.
Jak Pailin jest dzikim zachodem Kambodży to Anlong Veng to jej dzika północ. Małe zakurzone biedne miasteczko na granicy z Tajlandią. Dokładnie wiem jak mógł się czuć samotny kowboj wjeżdżający do obcego miasta gdzieś na dzikim zachodzie Stanów. Czuję na sobie wzrok każdego – sklepikarze, kobiety sprzedające owoce, dzieciaki hasające po jedynej drodze w mieście. Zachodzę do jedynego hotelu wymienionego w Lonely Planet. Mają jeden pokój. Tylko jeden. Właścicielka na migi coś mi próbuje opowiedzieć – z dumą wskazuje na wiatrak i wychodek w stylu obskurnej toalety z „Trainspotting”. Chce 5 dolców za ten syf. Wychodzę i szukam czegoś innego. 3 dolary w hoteliku Dragon cośtam. Właściciel mówi po francusku. Uff… parle odrobinę więc używając czasowników i rzeczowników francuskich od odbywam z nim całkiem całkiem pogawędkę. Po chwili pojawia się człowiek z ręcznikiem przepasanym wokół bioder. Jest z Kalifornii. Wyjechał z Kambodży 10 lat temu. „Jak masz problem, potrzebujesz dziewczyny na noc czy czegoś innego wal jak w dym” rzecze Khmer z Long Beach.
Pobudka bardzo wcześnie rano i wizyta w naturalnej fortecy wysoko w górach – grób Pol Pota, rozpadające się domy innych Czerwonych Khmerów. Dziwne miejsce – tu straszą złe duchy przeszłości.
Jak to możliwe? Wciąż pytam samego siebie i nie znajduję odpowiedzi. Jak to możliwe, że życie tutaj toczy się w miarę normalnie, że jest tak wspaniale, ciekawie, podniecająco? Jak to możliwe, że ci ludzie uśmiechają się szeroko na twój widok i przyjmują cię z otwartymi ramionami? Kambodża jest jednym z najbardziej doświadczonych przez historię krajów na świecie. Kiedyś ogromne imperium – rozciągające się od Wietnamu przez Laos, Tajlandię aż do Malezji. Imperium Khmerów – jego pozostałości do dziś można podziwiać w Angkor Wat. Potem totalne zamieszanie – władcy, królowie, obce mocarstwa, Francja, Wietnam, USA no i w końcu Czerwoni Khmerowie.
Spoglądam na moich rówieśników w Kambodży. Zdaję sobie sprawę, że nie mieli dzieciństwa. Psychopatyczny i krwiożerczy reżim Pol Pota zabrał im te lata. Zabrał im o wiele więcej. Khmer Rouge czyli Czerwoni Khmerowie urządzili prawdziwą rzeź w latach 1975-1979. Prawie 2 miliony Khmerów straciło życie – tortury, głód, egzekucje, choroby – wszystko w imię stworzenia społeczeństwa doskonałego – bez pieniędzy, klas, podziałów. Ludność miejska została wysłana na wieś – tam w pocie czoła od rana do nocy zbierali marny ryż. Cała inteligencja, ludzie znający języki, lekarze, nauczyciele, cała klasa średnia została wymazana. Jak to możliwe? Znów pytam samego siebie i zagłębiam się w historię tego kraju, kupuję gazety, rozmawiam z ludźmi.
Odwiedzam S21 oraz Killing Fields (Pola Śmierci) – to namacalny dowód zbrodni przeciwko ludzkości. Łzy same płyną do oczu zwiedzając muzeum. Ofiary Pol Pota spoglądają ze zdjęć zawieszonych w muzeum S21. Wychodzę wstrząśnięty. Auschwitz Azji Południowo Wschodniej nikogo nie pozostawia obojętnym. Dopiero jazda po mieście i roześmiane gęby Khmerów zasuwających całymi rodzinami na motorkach pomagają wrócić do normalności.
Przemierzam ulice Phnom Penh. Na piechotę, motocyklem lub rowerem. Wchłaniam atmosferę – po raz pierwszy w jakimkolwiek z miast Azji czuję, że ludzie ŻYJĄ. Żyją mocno. Czasem za mocno. To jedyne takie miejsce gdzie właściwie możesz zrobić wszystko (a przynajmniej masz taką możliwość). Niemożliwe staje się możliwe. Chcesz zastrzelić krowę z rakiety? Nie ma sprawy – dolary zrobią wszystko. Seks? Nie ma sprawy. Gandzia? 20 dolarów za kilogram.
Oprócz pięknych widoków, pięknych ludzi, niesamowitej historii, są ofiary min (prawie 6 milionów min w całej Kambodży), AIDS, prostytucja dziecięca i ogromna bieda. Terenowe Toyoty skorumpowanych urzędników stoją na czerwonym świetle obok zdezelowanych mopedów. Kraj tonie w długach, potrzebni są specjaliści wszelakiej maści – ekonomia w powijakach – wszystko trzeba zaczynać od początku. Błędy polityczne, niewłaściwe osoby na niewłaściwym miejscu, 30 lat po wojnie domowej ludzie chcą żyć normalnie nie ma znaczenia kto był w Khmer Rouge a kto nie. Przynajmniej takie wrażenie sprawiają w codziennych rozmowach. Życie toczy się dalej, teraz ważna jest przyszłość.
Tokio
Zostawiłem daleko za sobą parne ulice Hong Kongu. 5 godzin później byłem już w innej rzeczywistości. Japonia. Kraj kwitnącej wiśni, która już o tej porze roku nie kwitnie. Tokio.
Nie próbuję nawet szukać podobieństw pomiędzy tym co widzę teraz a rzeczami z przeszłości. Ulice Tokio są wysokokaloryczną pożywką dla moich oczu – wszystko co sobie wcześniej wyobrażałem mogłem spokojnie zzipować i wyrzucić do kosza.
„Dude, nie ma co wstawać zbyt wcześnie – jeżeli będziemy leżeć w łóżku do południa mniej kasy wydamy na żarcie” – rzekł Thorben z Niemiec do Andrew z Australii. Głupie to ale jakże prawdziwe. Kasa idzie straszna – oszczędza się na wszystkim a i tak schodzi 40-45 dolców na dzień. KaoSanTokyo.com – najtańsza opcja w Tokio za 2000 jenów za noc – nie żadne kapsuły metr na dwa (tam za noc 3500 jenów). 100 jenów to 3 zeta. Za 100 jenów kupisz najwyżej małą wodę mineralną, zupkę w proszku lub też 3 banany. Za 500 masz obiad w barze gdzie kuponik na żarcie kupujesz z automatu i przynosisz go do kuchni. Aby dostać się do miasta i z niego wrócić kolejne 400 jenów. Piwo kosztuje 300 a Santory Whiskey 250 za małą butelkę. Właściwie da się żyć, ale minimalnie. O jeny…
O 17 kończy się praca. Metro wypełnia się do granic możliwości, wtedy pojawiają się upychacze ładujący ludzi w wagonach tak, aby umożliwić zamknięcie się drzwi. Ludzie jadą do domów, do barów, na spotkania ze znajomymi – miasto tętni życiem aż do północy – potem odjeżdża ostatni pociąg. Tych których stać na nieprzyzwoicie drogie taxi nie mają co się martwić – reszta zostaje w mieście do rana, niektórzy idą przespać się w kapsule albo w lovehoteru (Love Hotel), gdzie niekoniecznie się śpi. Czasem zbyt zatrąbieni sararymen (urzędnicy) leżą na parkowych ławkach czekając na nowy dzień – wtedy obudzą się w wymiętym garniaku i znów pójdą do pracy. Życie sararymana to pociąg, praca, picie, spanie, pociąg, praca i znów picie. I tak codziennie – nie można przecież odmówić kolegom, a tym bardziej szefowi. Szef idzie się napić – idziesz z nim, lata temu podpisałeś pakt ze skośnookim diabłem. Kolektywnie w grupkach, głośno i alkoholowo spędzają kolejne dni po pracy.
Miasto, ponoć 34 miliony ludzi – wraz z Jokohamą i Chibą oraz setkami mniejszych miasteczek tworzą największą metropolię świata, jeden wielki betonowy organizm pracujący jak silnik Toyoty, bezproblemowo i długowiecznie – chyba że coś padnie – to wtedy jest krótkotrwała katastrofa – tajfuny, tsunami czy trzęsienia ziemi to chleb poprzedni…
Metro zmęczonych ludzi. Jest cichutko. Słychać jak kartkują książki czy też komiksy. Rano wyprasowani biegną korytarzami wielkiego spaghetti, w pociągu gapią się w okno, ekrany komórek, gejmbojów czy kieszonkowych playstation. W okolicach Shibuya albo Shinjuku pojawia się kolorowy tłum szalonych ludzi – wszystkie odmiany wariatów, niesamowite Japoneczki, punki, dresiarze (tak, tak), uczennice szkół średnich w podkolanówkach, blond włosach, wyciągają lusterka z plastikowych torebek i zaczynają poprawiać mejkap, wszystko to nie przerywając świergotania i konferencji międzykomórkowych. Tokio jest stolica KNJ – Konfederacji Narodów Jednokomórkowych – za parę lat większość pop-ulacji będzie miało problemy z kciukami.
Postanowiłem przejechać autostopem przez cały kraj. Z północy na południe. Jako, że byłem w samym środku wyspy udałem się na północ na drugą największą wyspę Japonii – Hokkaido.
Autostopem przez Japonie. Hokkaido.
Dzień pierwszy na Tohoku Expressway
Z Ueno zakupiłem bilet za 650 jenów do stacji Hasuda (JR Utsunomiya). Prawie przespałem stację, pociąg się bujał, chyba połowa pasażerów spała, więc poddałem się sennym wibracjom. Otworzyłem oczy, gdy zamykały się drzwi, chwyciłem plecak i crumplera ze sprzętem i wyskoczyłem na peron stacji Hasuda. Szare, ołowiane niebo, leniwa atmosfera w miasteczku, szybko znajduję przystanek autobusowy numer 3. Potem podjeżdża autobus jadący do Shiyakusho-mae – dzięki pomocy kobiety jadącej na sąsiednim siedzeniu wyskakuję tuż przy wjeździe na autostradę. Robię z kilkaset metrów mijając niewielkie domki, położone przy czystych uliczkach. Jest dość ciepło, staruszkowie podcinają krzaki w ogrodach, dzieciaki jeżdżą na rowerach, a ja zasuwam z plecakiem.
Powrót do autostopu jak za dawnych czasów. Podobnie jak w Niemczech czy w Europie Zachodniej najlepszym miejscem są parkingi położone przy autostradzie – w Japonii te miejscóweczki nazywają się SA/PA. SA (sabisu eria) są większe niż PA (parkingu eria), które są tylko parkingami z jednym barem, toaletami i stacją benzynową. Sabisu eria to znacznie większe przystanki, jest nawet bezprzewodowy internet (szkoda, że zabezpieczony) i stąd właśnie pisze te słowa.
Po 15 minutach machania zatrzymuje się pierwszy samochód. Przedstawiciel serwisu zajmującego się naprawą robotów i maszyn – 30 lat, jedzie do Utsunomiya, wyrzuca mnie 37 km przed tym miastem – na dużym SA skąd mam nadzieje złapać następną okazję. Stoję z godzinę – same samochody dostawcze, urzędnicy wracają z roboty, właściwie nic się nie dzieje, słucham lekcji japońskiego i żuję gumę. Yoshihiro Nakamizu od 13 lat eksportuje drzewka bonsai– zabiera mnie 10 kilometrów wraz ze swoją rodzinką (dzieciaki wgapione w mały telewizor nadający anime i cicha żona, która tylko na końcu pożegnała mnie wiązanką miłych japońskich słów). Yoshihiro zna Porandu (Polskę), sprzedaje tam swoje drzewka, kiedyś też jeździł stopem, więc zawsze zabiera takich typów jak ja. Wszystko pięknie, ale zaczyna padać – dostaję w prezencie parasolkę i dobre słowo na pożegnanie. Zachodzi słońce więcej chyba dziś kilometrów nie zrobię. Z doświadczenia wiem, że w nocy się stopowiczów nie zabiera – jeszcze jeden koleś mnie zabiera, jednak też z 10 kilometrów, na szczęście na dobry SA.
Drugi dzień – Tohoku Expressway
Znalazłem doskonałe miejsce, aby się wyspać – w lesie, na trawie, rozłożyłem karimatę, nakryłem się kocem zawiniętym z United Airlines, polskie tygodniki przywiezione od Łukasza, lekcje japońskiego z iPoda aż w końcu zasnąłem.
Obudziło mnie ostre słońce w okolicach 8 rano, otrzepałem się z setek mrówek (spałem w mrowisku jak się okazało), pozdrowiłem głębokim skłonem dwóch dziadków siedzących na ławce obok (ohayo gozaimas), spakowałem graty, zjadłem śniadanko w sali pełnej podróżnych, kawa, duża woda i ruszyłem w stronę autostrady.
Cel jaki założyłem sobie na dzisiaj – czyli Aomori – wydawał się odległy jak księżyc, który przyświecał mi w nocy. Znów iPod i 5 lekcja z 9 które ściągnąłem z netu – jeszcze 2 dni i przerobie to wszystko i będę potrzebował całości kursu. Po 15 minutach zatrzymał się pierwszy koleś – 45 letni fan Deep Purple (akurat leciało Smoke On The Water), coś po angielsku mówił (zresztą jak większość tych co mnie zabrała po drodze) – podrzucił mnie może z 30 kilometrów do następnego parkingu. 30 minut czekania i z piskiem opon zatrzymało się BMW wyprodukowane w Dżermani z kierownicą po lewej stronie – dobroczyńca nazywał się Kodo Hanabusa i był prezydentem Hanabusa Co. LTD firmy zajmującej się dostarczaniem lunchów do dużych firm w Tokio. Spoko gość – zapalony golfista, podwiózł mnie może z 20 kilometrów do kolejnego parkingu, z którego od razu zabrała mnie starsza para jadąca na wakacje do Akity (2 dni wakacji w Japonii to dużo). Akita znajduje się na zachodnim wybrzeżu Honsiu więc obiecali mi podrzucić mnie aż do rozjazdu dróg znajdującego się przed Morioką. Świetnie się złożyło – zapakowałem graty do wypasionego Nissana w stylu amerykańskich krążowników i ruszyliśmy w drogę. Koleś mówił odrobinę po angielsku i rozumiał wszystko, więc przez pół godziny toczyła się rozmowa zanim nie zapadłem w głęboki sen na tylnej kanapie. Obudzili mnie na parkingu tuż przed rozjazdem zapraszając na lunch – nie mogłem odmówić, zresztą biorąc uwagę stan moich finansów wcale nie chciałem – wypasiony obiadek, potrenowałem japoński i przemili państwo pożegnali się ze mną zostawiając mi kawę w puszce i kawowe dropsy co prawdopodobnie miało mnie obudzić (niestety tak się nie zdarzyło).
Nie zdążyłem nawet się podrapać w tyłek, a tu się zatrzymał kolejny człowiek. Podrzucił mnie pod samą Moriokę, na kompletnie jak się okazało pusty parking – lecz i tam nie zagrzałem miejsca – dosłownie parę minut później młode małżeństwo z 3 letnią córeczką podwiozło mnie na lepszy i większy parking.
Tam stałem i stałem – zachodziło słońce i było już całkiem późno – nie byłem przekonany czy chciałbym rzeczywiście tu biwakować biorąc pod uwagę znaki ostrzegające o aktywności misiów w okolicy – zjedzony przez niedźwiedzia w Japoni – marny koniec marnego człowieczka.
Stałem tak i stałem – aż ze stacji benzynowej ruszył w moim kierunku jeden z jej pracowników niosąc dwa kartony z nazwami zapisanymi w Kanji (ten sam alfabet co chiński, zresztą potem napiszę więcej o języku).
- Konnichiwa
- Konnichiwa, ogenki deska?
- Hai, genki des, anatawa? Aomori e ikimas – rzekłem
Okazało się, że mistrzowie zrobili mi dwa kartony, zakładając, że jadę albo do Aomori albo do Morioki. Podziękowałem, uniżenie, kłaniając się w pas – ale dalej stałem jak ten kołek i nikt nie chciał się zatrzymać. Po godzinie znów ci sami dżentelmeni przyszli z pomocą – okazało się, że pytali się każdego na stacji benzynowej czy mnie nie zabierze. No i tak się stało – podjechał van z gościem o szarych włosach, różowej koszuli i butach za pierdyliard jenów – ten nie mówił a nic po angielsku, ale w ciągu 2 dni nauczyłem się na tyle japońskiego, że mogliśmy rozmawiać przez 15 minut (sam byłem zaskoczony) aż znów odpadłem. Obudziłem się przed samym Aomori, wypiliśmy kawę na parkingu i po 15 minutach byłem w przystani promowej. Za 1400 jenów zakupiłem bilet na Hokkaido do Hakodate i będę tam o 4 rano.
Podsumowując – jestem totalnie uradowany – będę na Hokkaido w niecałe półtora dnia odkąd opuściłem Tokio. Zakładałem minimalnie 3-4 dni, aby się tam dostać – Japończycy zaskoczyli mnie kompletnie – każdy dzień jest lepszy od poprzedniego i jak się uda chciałbym zostać tu przynajmniej miesiąc. Jeżdżąc stopem schodzi mi maksymalnie 50 zeta dziennie – co jest chyba wyczynem, po dniach spędzonych w Tokio.
Nie wiele spałem w ostatnich 3 dniach – właściwie od paru tygodni sen jest nierówny, zasypiam o dziwnych porach, czasem wraz z brzaskiem, w godzinach popołudniowych na parę godzin. Teraz to się odbija – nie mam siły nawet machać lewą łapą na nadjeżdżające samochody – na szczęście nie trzeba wiele wysiłku – maksymalnie kwadrans z górką i znów jestem na swojej drodze. Tyle, że później zasypiam w samochodach swoich dobroczyńców i nie wiem czy jest to mile widziane, w końcu ktoś zabiera mnie ze sobą, aby mieć towarzystwo na długiej drodze do domu.
Język
Japoński to po japońsku „nihongo”. Właściwie naukowcy do końca nie są pewni korzeni języka – prawdopodobnie ma dużo wspólnego z dialektami tureckimi i mongolskimi a także powstawał pod dużym wpływem chińskiego i koreańskiego. Pomiędzy XVI i XIX wiekiem kupcy europejscy oprócz syfilisu i innych chorób przywieźli także parę słów, które weszły do codziennego japońskiego. Oczywiście w wieku XX nastąpiła głęboka amerykanizacja kultury i tym samym na toaletę mówi się toyre, na silnik enjin, telewizor to terebi, love hotel to rabuhoteru i mógłbym tak długo wymieniać. Judo, harakiri, seppuku, kamikaze, karaoke, bonzai, sake, aikido, ninja, jakuza, suszi, orgiami, tsunami, wasali, gejsza, sumo – spisałem sobie słowa japońskie, które znałem wcześniej. Potem jak wyruszyłem w drogę miałem mnóstwo czasu na naukę – wcześniej do iPoda załadowałem sobie Japanese-Pimsleur (pierwszy unit) i powoli, z lekkim zdziwieniem, zacząłem przyswajać. Gramatyka prosta, dwa czasy jedynie (przyszły można wyrazić za pomocą teraźniejszego), wymowa prosta, żadnych intonacji jak w chińskim, wietnamskim czy tajskim – tylko się uczyć. Trudniejsza sprawa z czytaniem – słowa pochodzenia chińskiego zapisuje się w kanji (taki sam alfabet jak chiński) w połączeniu z japońskim alfabetem hiragana i katakana (w nowoczesnym japońskim występuje ponad 2000 znaków kanji, natomiast 46 znaki w hiraganie odpowiadają sylabom – w sumie w różnych kombinacjach możemy używać aż 100 znaków; co do katakany – używa się jej aby opisać wszelkie słowa zapożyczone z innych języków – proste prawda?).
Oprócz Nihongo (którym posługuje się prawie 130 milionów ludzi na całym świcie) w Japonii używa się również Ainu (na Hokkaido i Sachalinie w Rosji) oraz Ryukyuan na Okinawie (południowa tropikalna wyspa, bardzo blisko Tajwanu).
Automaty
Sprzedaje się w nich wszystko – napoje, lodowatą bądź gorącą kawę, browary, papierosy (cała Japonia jara jak lokomotywa, a średnią życia mają jedną z najdłuższych na świecie), hotdogi, czekoladki, chrupki, kondomy, części komputerowe, komórki, karty sim, filmy pornograficzne i komiksy – w Japonii jest największa ilość automatów na świecie – są dosłownie wszędzie, nawet w miejscach gdzie człowiek pojawia się z rzadka (może niedźwiedzie na Hokkaido też zakupują rybne chipsy w automatach?)
Dzień trzeci – Hakodate, Hokkaido
Prom przybiły do wybrzeży Hokkaido o 3.30 rano. Przystań promowa w Hakodate opustoszała jak trybuny stadionu marnego zespołu ligi okręgowej. Było jeszcze ciemno – nigdzie nie widziałem przystanku autobusowego czy też torów kolejowych – a do centrum miasta było ładnych parę kilometrów. Podreptałem zatem przed siebie, beznadziejnie machając kończyną z kciukiem, niestety żaden z niewielu pojazdów mijających moją objuczoną plecakiem postać nawet nie zwolnił.
Wzdłuż morskiego betonowego brzegu wędkarze porozstawiali stoliki i krzesełka w milczeniu gapiąc się w ciemną wodę. Przeszedłem wzdłuż przystani, potem mostem aż w końcu zobaczyłem światła budzącego się centrum miasta. Zlokalizowałem wzrokiem stację kolejową, gdzie wrzuciłem plecak do przechowalni. Były trzy rodzaje lockerów – za 700, 500 i 400 jenów. Ten ostatni z początku, wizualnie, wydawał się za mały na mój plecak. Lecz po otwarciu okazało się, że oprócz mojego dobytku zmieściłbym tam nawet pocięte na kawałki zwłoki (po przeczytaniu przepisów na ścianie okazało się, że byłoby jednak to wbrew prawu, tak jak i przechowywanie broni, bomb oraz narkotyków).
Zostawiam plecak i idę na poranny market Asa-Ichi. Tysiące homarów, ikry, ryb i innych owoców morza. Zamawiam za 1400 jenów donburi z ikrą z łososia i lobsterami. Niebo w gębie. W radiu leciały japońskie przeboje z lat 60tych, zaczynał się nowy dzień.
Trzeba się w końcu umyć – publiczna łaźnia (Olsen) to chyba najlepsze miejsce. Za 370 jenów zakupuje bilet wstępu. W sporej sali 50 nagich Japończyków w wieku od 18 do 99, siedzą na plastikowych stołeczkach, przed lustrami, namydlają ciała, golą się aby wejść do jednego z dżakuzi (są 4 i jedno na zewnątrz – testuje wszystkie, różnią się intensywnością bulgotu i temperaturą od 42 do 45 stopni). Rewelacja. Spędzam tam godzinę paradując z fujarką po onsenie – no big deal – to samo robią inni, żadnego zasłaniania się i wstydu…
Około 14 ruszam poza miasto. 8 kilometrów zanim złapałem pierwszą okazję, tuż poza miastem, zaraz przed wjazdem na główną drogę. Zatrzymał się typek w kolorowych ciuchach, tuningowanej furce – nie jechał do Sapporo, ale zgodził się podrzucić mnie za miasto na pierwszy lepszy parking. Po drodze wstąpił jeszcze do domu na przedmieściach, aby zabrać swojego kumpla – jechali w góry na jakąś imprezę. Potem siedziałem jeszcze w trzech autach, za każdym razem po parę kilometrów, zachodziło słońce, a mnie ogarnęło zmęczenie. Zrobiłem zakupy w seven eleven, postanowiłem postać jeszcze chwilę i poszukać miejsca do spania na plaży. 3 minuty później siedziałem w samochodzie Nishi Masanori, 26 letni mieszkaniec Sapporo zabrał mnie z radością i jak powiedział po raz pierwszy miał sposobność rozmawiać po angielsku z gaijnem (obcokrajowcem). 3 godziny później byłem w Sapporo – czas przeleciał szybko na rozmowie, słuchaniu muzy, zatrzymaliśmy się też na kolację gdzieś w górach, potem zasnąłem, Nishi obudził mnie w Sapporo.
Zdecydowałem się nie iść do Youth Hotelu za 3700 jenów. Za 1900 mogę przesiedzieć 7 godzin w kafejce netowej – prysznic, prywatna kabina, tysiące filmów na DVD, picie i jedzenie za friko, szybkie łącze i super wygodny fotel…
Dzień czwarty – Sapporo
Wczorajszego dnia w okolicach popołudnia ledwo już powłóczyłem nogami. Silny wicher powiewał, było zimno jak cholera, zjadłem obiad w knajpie dla robotników (schabowy !!!, ryż, nieograniczona surówka) i czułem, że więcej nie wyrobie. Było za zimno aby spać w parku, luknąłem do portfela, jeszcze trochę kaski było. W informacji turystycznej znaleźli mi najtańszą kapsułę, wsiadłem w metro i pojechałem do dzielnicy Susukino – bary, rabuhoteru (Love Hotels). Sapporo Kapsule Inn za 3200 jenów za noc. Wchodzisz bez butów, które zostawiasz w szafce. Wjeżdżam na 3 piętro (wszystkich jest 7, na 7 prysznic komunalny i dżakuzi) i odnajduję swoją kapsułę – wszystko wygląda tak jakbym miał zaraz odlecieć w kosmos. Ale zamiast tego odpadam w 16 godzinny sen. W środku kapsuły (metr na dwa) telewizor, radio, budzik, pościel – wygodna sprawa. Terebi (telewizor) nie działa jednak – trzeba wykupić kartę za 1000 jenów. Znajduję jeszcze ulotki z programem telewizyjnym na czerwiec – hm… same pornosy. Na moim piętrze jest jeszcze pusto i cicho. Bardzo szybko zasypiam, aby obudzić się dwa razy na siusiu.
Sapporo poprzedniego dnia sprawiało wrażenie pustego miasta – dziś wyszło słońce i sprawy przybrały inny obrót, mnóstwo ludzi na ulicach, ciepło i czuję się znacznie lepiej. Popracowałem trochę na kompie i trzeba będzie wyjechać z miasta w jakiś sposób. Jadę na wschód w stronę parków narodowych…
Dzień piąty – autostopem przez Hokkaido.
Czego szukasz będąc w drodze? Czy chcesz odnaleźć samego siebie czy też szukasz innych? Samotność ma swoje plusy, ale bez innych ludzi nie masz opowieści. Tylko interakcja ma sens. Czytając książkę Marka Kamińskiego o tym jak szedł na biegun stwierdziłem, że to nie dla mnie. Lubię samotność, wtedy układam w sobie myśli, planuję co robić, jestem zajęty samym sobą, lecz jednocześnie gdzieś szukam innych ludzi. Na pewno jest z tego satysfakcja – że doszedłeś na ten biegun – dążenie do celu jak najbardziej. Ja się złapałem na tym, że nie mam celu – droga ma sens sam w sobie i basta.
Piony poziomy wahania klimatu w tą i we tę. Najlepsze pomysły i rozwiązania przychodzą jednak gdy ma się z górki, wtedy mózg szybciej pracuje i daje to nieoczekiwane wyniki.
Ślizgam się. Tego znieść czasem się nie da. Ślizgania się po powierzchni kulturowej. Od tygodnia uczę się języka. O ile łatwiej jest znając parę słów i mając czasem mgliste pojęcie co też do ciebie mówią.
Hokkaido jest super. Ale nie do zdjęć – tzn. na pewno jest znakomitym miejscem dla miłośników fotografii przyrodniczej czy też krajobrazów. Ale nie dla mnie. Wolę miejską dżunglę, a na wsi to lubię sobie odpocząć od aparatu. Dlatego ostatnie zdjęcia są tylko zapisem drogi, brak jakiś spektakularnych szotów. Ale postanowiłem wrzucać codziennie krótki film z podróży autostopem, zamiast zdjęć (które też się czasem pojawią). Wieczorem coś sklecę.
Około 16 opuściłem Akan aby jednym samochodem dojechać do Kawału Onsen. Kolejne emeryckie miasteczko – drewniane domki, sklepy z szajsem w stylu poroża jeleni i wypchane bobry. Nie trawię właściwie całej tej cepelii, choć teraz pochodzę do tego z dystansem. Krajobrazy są super, wulkany, jeziora, mgła osnuwa wszystko dookoła. Jest zimno – jakieś 10 stopni Celsjusza. Zasuwam w sandałach i krótkich gaciach – nie mam całego tego trekingowego ekwipunku. Brak namiotu, śpiwora, odpowiednich butów. Więc czekałem na okazję około 20 minut – inżynier z Kushiro nadrobił drogi aby z Teshikagi podrzucić mnie pod wulkan oddalony o 3 kilosy od Kawayu Onsen. Zobaczyłem sobie gejzery, śmierdzące siarką i piekłem a potem spokojnie przeszedłem sobie 3 kilosy nie próbując nawet autostopu – dziennie średnio robię z plecakiem z 7-10 kilometrów – niezła gimnastyka. W miasteczku znalazłem raida hausu – za 800 jenów (plus 200 za kołdrę i materac). Właściciel jest wiekowym dziadkiem, co ledwo chodzi, ale męczył mi dupę przez godzinę, objaśniając mi że to jest kibel, to jest TV a to jest pilot, który służy do jego włączania, tam jest lampka, a tu drzwi – uważaj na schodach jak schodzisz bo są strome, wyłączaj światło, zdejmuj buty, tam musisz jeść (gdzie indziej nie możesz i na mapie wskazał mi jakąś knajpkę). Strasznie upierdliwy typ – ale miejscówka fajna, typowy japoński domek, z rozsuwanymi drzwiami z papieru i drewna, raida hausu jest pusty więc dziś na spokojnie zasiądę na tatami i pomontuję filmy.
Utoro
Na pierwszy rzut oka Utoro rzeczywiście wydawało się miejscem zapomnianym przez wszystkich (oprócz japońskich turystów i nowożeńców). Półwysep Shiretoko (na którym leży Utoro) w języku Ainu oznacza ni mniej ni więcej „koniec świata”. Wulkany, klify, niedostępne zatoki, wszystko wygląda na nie ruszone. Czasem aż do sierpnia na szczytach górskich leży śnieg, a czasem nie topnieje wcale i utrzymuje się przez cały rok.
Dojechałem do Utoro w niedzielę wieczorem. Dwie szybkie okazje autostopem z Kawayu, a na miejscu nie miałem w gruncie rzeczy pojęcia do będę robił. Postanowiłem więc nie robić nic i poczekać. Czasem przydaje się rzut monetą, albo kośćmi – czasem wystarczy zdać się na intuicję. Poszedłem więc w lewo, choć mogłem w prawo jak i do tyłu a w opcji było także pod górkę. Po drodze wstąpiłem do pierwszego lepszego sklepu pytając o raida house. Chuda Japonka z wystającymi zębami była tak przemiła, że zadzwoniła gdzie trzeba, a właściwie 200 metrów dalej do Cafe Fox. Miejsce okazało się domem dla ekipy pracującej na miejscu, a także biurem turystycznym, knajpą, kafejką internetową i domem dla podróżnych (easy raiderów).
Dokonałem właściwie przesłuchania dziewczyny za kasą. Ruda odpowiadała posługując się całkiem przyzwoitym angielskim – co ile kosztuje, gdzie i jak, zapytałem się jeszcze gdzie tu można owoce morza i rybkę skonsumować. Odpowiedź znajdowała się 10 metrów dalej w knajpie Pana Tanedy.
Taneda
Zasiadłem więc u Taneda-san. Właściwie już zamykał, ale zdołałem zamówić rybkę (koniec końców zjadłem 2, ośmiornicę, krewetki i inne tam). Gadka szmatka – Taneda kumaty człowiek, po angielsku rozumiał, więc na migi i w mieszance japońsko – angielskiej ucięliśmy sobie pogawędkę przy browczyku, morskich robakach i gumowych oktopusach. Doszło do wymiany wizytówek – a ja nieśmiało zapytałem czy mogę się z nim wybrać na połów w nocy. Taneda zastanawiał się i zastanawiał i chyba nie wiedział co powiedzieć (poznaję już ten stan u Japończyków – zażenowanie i wstydliwy uśmiech) – ale dogadaliśmy, że ja robię zdjęcia a on może sobie wydrukować i powiesić w knajpie (która została otwarta tydzień temu). Wypiliśmy jeszcze po jednym Asahi i umówiliśmy się na 1:15 w nocy.
Cafe Fox
Powróciłem do Cafe Fox. Zamówiłem kawę i usadowiłem się z laptopem przy piecyku, bo strasznie piździło. Okazało się, że jest hotspot, ale zanim zdążyłem cokolwiek wbić w firefoxie dosiadł się koleś w kurtce z napisem Cafe Fox. 3 minuty później siedziałem przy stoliku z Kantoro i całą ekipą z Foxa. Pokazałam im foty na laptopie, Kantoro podrapał się w rozczochraną łepetynę, szeroko uśmiechnął i rzekł „a może porobisz też fotki dla nas na rejsie, w zamian za piwo i wieczorną kolację, przez okres jaki tu zostaniesz?”. Nawet mi nie przyszło do głowy aby odmówić. Ojciec Kantoro – Masta (ładne imię) jest właścicielem całego biznesu. Ma dwie łodzie Fox 1 i Fox 2. Pierwsza pływa na krótkiej trasie, aż do wodospadu, rejs trwa godzinę i kosztuje 3000 jenów. Drugi lisek robi 3 godzinny rejs aż do końca półwyspu za cenę 8000 jenów. Codziennie robią ze 3 kursy, wieczorem więc jest czas na piwko i rozmowy przy stole. Kantoro pracuje do końca sezonu a na zimę wyjeżdża do Nowej Zelandii. Nie po to aby pracować, podróżować szlakiem Władcy Pierścieni, czy pływać na desce. On tam jeździ aby pić, bo akurat jest lato i trenuje swój angielski (bardzo dobry). Na tej samej łodzi pływa również jego brat Dzodz (nie wiem dokładnie jak się pisze) a mniejszym liskiem steruje jeszcze jeden ziomuś (z 4 razy się pytałem jak ma na imię, pamięć moja niestety zawodna) – ten natomiast był niezłym wariatem. Generalnie parę następnych wieczorów spędziliśmy na melanżowaniu (czy jest jakieś nowe słowo zamiast tego?).
12 godzin na łajbie
W nocy nie spałem. Przerzucałem sajty, pracowałem na kompie. Ubrałem wszystko co miałem ciepłego (czyli nic) i zszedłem na dół. O 1:15 zjawił się Taneda, punktualnie, z zapuchniętymi oczami, rzucił mi kurtkę i gumiaki (niestety były za małe) więc zostałem w trampkach. Wypompował wodę z łodzi, a potem zasiadł u steru, zapuścił wszystkie urządzenia, radar, gps, autopilota (ustawiał w komputerze kierunek i łódź płynęła sama). Oprócz niego na łodzi był jeszcze Nakamuri-san i dwóch młodziaków z farbowanymi włosami. Widać, że pracują razem od dawna, bo zasuwali jak dobrze naoliwiona maszyna. Zaczęli od zwijania starych lin i sieci, następnie zatrzymali się na ściągniecie tych co zarzucili poprzedniego dnia. Tylu różnych morskich dziwadeł nie widziałem – bardzo szybko je wyciągali i segregowali w dużych plastikowych pojemnikach. Czego tam nie było? Homary, krewetki królewskie, kraby, ślimaki, kalmary, ośmiornice, ryby mniejsze i większe, manty, koniki morskie i sam nie wiem co. W każdym razie było mnóstwo stworów.
Około godziny 8 poczułem, że słabnę. Tuż po śniadaniu – znakomite, ryż, owoce morza, surówki, zupa miso – schowałem się w niewielkiej dziurze pod pokładem i zasnąłem słuchając POE – przez co śniły mi się jakieś polskie klimaty, dopóki nie coś zaczęło lać mi się na głowę. Poza tym huśtało niemiłosiernie i dobrze, że nie jestem podatny na choroby morskie. Spałem dwie godziny, uderzyłem się z płaskiej w twarz parę razy, wypiłem kawę mrożoną i wylazłem z nory. Rzuciło mnie o ścianę i o mało co zmyłoby mnie z pokładu – byliśmy za półwyspem, 15 km od Wysp Kurylskich – jedyna pociecha, że słonko świeciło inaczej było by krucho. Próbowałem robić zdjęcia, niestety nie za wiele, słona woda błyskawicznie pokrywała cały aparat.
Parę dni później musiałem wracać do Tokio.
Powrót do Tokio
Prom do Hachihoke jest znacznie większy niż ten z Aomori do Hakodate. Parę pokładów, sale zbiorowe i prywatne. Udało mi się bilecik kupić za cenę noclegu (3650 jenów) ale i tak koszt dzisiejszej jazdy wyniósł mnie 10000. Strach pomyśleć gdybym tak się cały czas poruszał. Prawdopodobnie nie było by mnie stać. Pociągi i autobusy na trasie (jaką zrobiłem autostopem) Tokio – Sapporo – Kushiro – Kawayu – Utoro – Sapporo – Tokio kosztowałyby mniej więcej – 80000 jenów czyli prawie 2500 zeta. Samolot tyle samo, lub odrobinę więcej.
Prom przybił do wybrzeży Honsiu o 4:15 rano. Półprzytomny szedłem portową ulicą w stronę autostrady, znów intuicyjnie, nie wiedząc dokładnie jak się wydostać na Tohoku Expressway w stronę Tokio. W końcu znalazłem kierunkowskaz na autostradę. Zrzuciłem plecak i zanim zdążyłem zamachać, zatrzymały się dwie kobiety, które widziały mnie na promie. I tym samym znalazłem się na właściwiej drodze.
Stałem przez 1,5 godziny, bezskutecznie, aż w okolicach godziny szóstej zostałem porwany przez młodocianych cyklistów z Hochinnohe. Chłopaki i dziewczyny do Sendai na zawody rowerowe jechali choć na sportowców nie wyglądali. 420 km do godziny 11 przed południem zostało zrobione, więc pojawiła się szansa na dotarcie dzisiejszego dnia do Tokio. Ekipa cyklistów poruszała się dwiema furkami, ja siedziałem w wozie wraz z Masataką, Katsuhiro, Tsuyoshi i Yasuhiko. Chłopaki spoko ziomy, choć komunikacja językowa trudna, ich angielski był odorbinę lepszy niż mój japoński, wiec dużo gestykulacji i machania rękoma. 3 godziny spałem jak zabity, właściwie nie pamiętam co się działo, wiem że się zatrzymywaliśmy, wtedy ja zostawałem w vanie rozkładając się na tylnym siedzeniu, aby 15 minut później wrócić do spania na siedząco, obijając sobie czaszkę o szybę.
I tym samym miałem tylko 300 kilometrów do Tokio. Następnie zrobiłem około 100 kilometrów dwoma pojazdami – ze starszym Japończykiem a potem dosłownie 10 kilometrów na duży parking z innym. Tam utknąłem na dwie godziny, przemokłem całkowicie stojąc w kapuśniaczku, szczękając zębami liczyłem na szansę dotarcia do Tokio. I stało się. Tutui podrzucił mnie aż pod stację superszybkiego pociągu i kupił mi bilet do Ueno w Tokio. Powinienem odmówić, ale prawdopodobnie obraziłbym go śmiertelnie.
Ponownie w Tokio
Utknąłem w Tokio. Przestałem robić zdjęcia, pisać, czytać – włączyłem „rec” w mózgu a nie w elektronicznym urządzeniu. Czasem chowałem aparat do torby albo zostawiałem go w Guess T House i ruszałem w miasto – schody ruchome, windy, chodniki, przejścia, tunele, pociągi i ludzie. Miasto działa jak narkotyk, soma, jest zapychające jak 10 kawałków suszi zjedzonych w minute. Ale myślę, że już dość. Męczy mnie ta sama co w Nowym Jorku czy innych ogromnych metropoliach, które naprawdę polubiłem – myśl, że nie mogę tutaj normalnie pomieszkać choć przez parę miesięcy – bardziej zanurzyć się w tutejsze życie.
Kyoto
Środek lata w środku Japonii. Kyoto się topi, jak czekolada z zakładów „22 lipca”. Asfalt mięknie w oczach a tory kolejki podmiejskiej deformują. Kawa mrożona i litry płynów. Ludzie zasypiają w metrze, na ulicy, wycierają ręcznikami zroszone potem czoła.
Już siedem miesięcy w drodze. Tak dużo i tak niewiele.
Kobe
Idę tam gdzie idę, czyli donikąd. Powłócząc kończynami ze zmęczenia, w bezsennym rytmie, osłonięty przezroczystym parasolem za 210 jenów, płynę po pustych, mokrych, niedzielnych ulicach Kobe. Od dworca do Chinatown, z Chinatown na wybrzeże. A potem wyrzuciłem mapę. Odkręciłem szeroki kąt z aparatu i założyłem standard, co zawęziło mi pole widzenia, pozwalając skupić na szczegółach, nie wychylając się za bardzo spod parasola.
Spędziłem trzy godziny w centrum handlowym obserwując jednokomórkowców z mozołem wklepujących telehaiku. Tu wszyscy mają telefony i bawią się nimi bez przerwy. Tu nie wysyła się esemesów tu używa się emaili z możliwością wklepania do 10000 znaków (kanji), co za radość, dojeżdżając z do pracy i z powrotem cztery godziny każdego dnia można napisać sporą książkę albo pociąg-ający tomik z wierszami. Subway Haiku.
Idę przed siebie bez celu. Nie mam kasy na muzea, atrakcje turystyczne, oszczędzam na metrze i zdzieram sandały. Co jakiś czas zatrzymuję się w różnych budynkach. Centra handlowe, informacje turystyczne, przystań promowa, byle było siedzenie i dach nad głową.
Na osiedlu nie było nikogo. Japońskie blokowisko. Takie jak z Ringu. Ani żywej duszy. W końcu po spożyciu kawy na stacji benzynowej, zawróciłem w stronę stacji na której zostawiłem plecak. Przeszedłem przez dzielnicę zapomnianą przez wszystkich, pełnej salonów fryzjerskich, szemranych barów, tłuste koty wylegiwały się przed sklepami z używanymi rzeczami a matuzalemowi staruszkowie śmigali elektrycznymi pojazdami (jedna taka 125 letnia prawie mnie zabiła, dobrze, że taki pojazd jedzie 3km/h, ale ja byłem nieprzytomny i nie patrzyłem przed siebie).
W końcu dobrnąłem do stacji. Wyszło słońce a w podziemnych przejściach i na ulicach pojawili się ludzie. Właściwa pora, po sobotniej imprezie, niedzielne zakupy i przesiadywanie w centrach handlowych. Ludzie na całym świecie jarają się tym samym szajsem.
Noc spędziłem na plaży w Kobe. Padłem jak zabity w piasek i zasnąłem.
Ostre słońce obudziło mnie o 8 rano. Pusta plaża, trzech znudzonych wędkarzy i moje zwłoki. Kąpiel dobrze zrobiła, potem prysznic, kawa w knajpie i ruszyłem w stronę drogi numer 2 prowadzącej do Hiroshimy i Hakaty. Ja głupi. Myślałem, że to nic takiego. Nie było jednak żadnej zatoczki gdzie potencjalny samochód mógłby się zatrzymać i tym samym zrobiłem 5 kilometrów wzdłuż drogi bezskutecznie szukając miejsca to złapania okazji. Doszedłem do następnego miasta i padnięty (30 stopni upał, ostre słońce, plecak) wskoczyłem do pociągu do Abashi. Niestety to miejsce było za duże aby dość do drogi więc przejechałem jeszcze ze dwie stacje i tamże w końcu znalazłem się na drodze numer dwa. Parę minut czekania i zatrzymały się dwie zreformowane pandy, słodkie niunie dla których wszytsko było sugoi, kakoki, kawai, ne? Były tak słodkie, że wywiozły mnie na parking na autostradzie 40 kilosów od Sumy i kazały siedzieć w samochodzie. Po 10 minutach wróciły tryumfując – znalazły mi dobroczyńców. Koleś z Korei i jego japońska laska. Kim mówił świetnie po angielsku, wraz ze swoją rodziną mieszkał w Toskanii w tamtejszej Mekce dla artystów rzeźbiarzy (jego ojciec jest jednym z nich), przegadaliśmy całą drogę o sztukach wizualnych które studiował, czasem on przerywał aby przetłumaczyć o czym mówiliśmy swojej japońskiej narzeczonej (która wydawała typowe dla Japonek dźwięki zachwytu: yyyyyy, uuuu, eeeee ummmmm, sugoiiiiii). Zawieźli mnie aż za Okayamę skąd po paru minutach zabrały mnie dwie dobrze wychowane paniusie z białym pieskiem nikczemnego rozmiaru, na widok którego nie jeden Wietnamczyk oblizałby się łakomie (nie za dużo mięsa ale pewnie dobrej jakości). Te lalunie były kompletnym przeciwieństwem tych pierwszy – ładny samochodzik, wysprzątane, piesek cichutko siedzący pani na kolanach, zero angielskiego, zero japońskiego, zero. Chichotały zasłaniając usta, po 15 minutach zachciało mi się spać. Pobudka w samej Hiroshimie.
60 lat temu wielki grzyb pojawił się nad tym Hiroszimą. Wypadkowa różnych zdarzeń, szaleństwo wojny, zacięcie i nieustępliwość wojskowych i polityków z obu stron doprowadziły do cierpienia setek tysięcy ludzi. Nikt tu nie jest bez winy. Japończycy urządzili wcześniej piekło w innych krajach Azji (Chiny, Korea, Azja Południowo Wschodnia, Pacyfik). Amerykanie poszli na całość i po zlokalizowaniu wielu celów (między innymi Kyoto, Tokyo, Nagasaki, Nagoya) w końcu wybrali Nagasaki i Hiroshimę. Pierwsza w historii bomba atomowa wykorzystana przeciwko ludziom wybuchła 500 metrów nad centrum Hiroshimy 6 sierpnia 1945 roku o 8:15 rano. Siedziałem w muzeum poświęconym ofiarom bomby i Memorial Parku cały dzien. Ostatni raz tak czułem się po wizycie w Tuol Sleng w Phnom Penh. Ludzie przeciwko ludziom. A od ostatniej próby nuklearnej minęło tylko 460 dni.
Ostatnie dni w Japonii to Hiroshima i wyjazd do Fukuoki skąd przepłynąłem do Korei. Ciężko było mi przeżyć w Japonii za niewielkie pieniądze i jeszcze gorzej było mi opuścić ten wspaniały kraj. Jedno wiem, cytując z Terminatora – „I’ll be back”.

Santa Fe / wioska ludzi Garifuna. Honduras, okolice Trujillo

Santa Fe. wioska ludzi Garifuna. Richard w swoim pokoju. Honduras, okolice Trujillo

Nicaragua, Granada. Grabarz ze starego cmentarza.

Gdzieś w Hondurasie.
Staram się znaleźć w tej całej egzotycznej chaotycznej kiczowatej mieszance COŚ. Tak bardzo nieokreślone coś. Jeżeli ktoś poniesiony współczesną lekturą na temat Indii myśli, że zaraz po przyjeździe odnajdzie tam samego siebie, zgłębi istotę wszechrzeczy i odszuka złoty środek, jest w potwornym błędzie. Pierwsze doznania po przybyciu należą do tych nieprzyjemnych i irytujących: upał, jeszcze raz upał i niewysłuchane modlitwy o zdolność aklimatyzacji. Człowiek zamiast chłonąć nową kulturę zamyka się w pokoju hotelowym, poruszając się wciąż po tej samej nieskomplikowanej trasie: kierunek prysznic i powrót w stronę wiatraka. Zresztą, cóż czeka go na zewnątrz? Brud, kleiste i pełne kurzu powietrze i ulice upstrzone przez święte krowy. Ale to tylko pozory, niewygodny, wręcz dokuczliwy jak nagabywanie kupców, test, który musi przejść każdy, kto bardziej lub mniej jest zaangażowany w swoja wyprawę. Indie są jak nieufna kobieta osłonięta warstwami sari: onieśmiela kolorami i pstrokacizną, ale jednocześnie kusi skrywaną wewnątrz tajemnicą. Niby banalne, a jednak fascynujące.

Delhi.
W połowie kwietnia znalazłem się w Indiach. Znajomi “fachowcy” od Indii jak najbardziej odradzali mi wyprawy w tak mało korzystnym okresie – niesamowite upały, zbliżający się monsun, zła widoczność. Cóż byłem jak najbardziej zdecydowany i ani się spostrzegłem jak jechałem zdezelowaną taksówką z lotniska do dzielnicy Paharganj. Bez planu, pomysłu co dalej, znalazłem się w Delhi.
Pierwsze dni miały pozwolić mi przystosować się do panujących warunków. Nic bardziej błędnego. Jakiekolwiek przystosowanie nie było możliwe. W czasie dnia można było jedynie leżeć pod wiatrakiem, czy też w zacienionej knajpce, co chwilę wracając do hotelu wziąć prysznic. Egzystowałem rano i w wieczorem. Czasem w ogóle nie kładłem się spać, wybierałem się robiąc zdjęcia, wykorzystując znakomite światło jakie daje wschodzące słońce.
Pierwszy kontakt z Indiami może być porażający, wkurzający, przyprawiający o ból głowy. Brud, krowy i “placki”, kleiste i pełne kurzu powietrze, niesamowity hałas, ścisk na ulicach. No i ludzie. Wszędzie, ani chwili spokoju, wciąż coś oferują, pytają, nagabują. Tak, pierwszy kontakt może być szokiem.
Ale zapomnij o tym. Daj się wieść zapachom, kolorom, słuchaj ludzi, lecz jednocześnie nie ufaj nikomu, tylko sobie. Znaleźć balans, równowagę w tym wszystkim, to trudna sztuka. Pewnie potrzeba czasu. Aby zrozumieć.
Trzeciego dnia przykry incydent. Tracę kamerę cyfrową – kręciłem film i robiłem zdjęcia. Teraz pozostają tylko zdjęcia.
Postanawiam opuścić Delhi. Które chciało mnie zjeść w całości. Moja droga wiedzie na północ. Do miejsca gdzie Ganges wypływa z gór na nizinę.
Rishikesh.
W latach 60 tych wpadli tu John, Paul, George i Ringo – ale z całej czwórki tylko Georgowi zostało zamiłowanie to sitaru, hinduskich klimatów. Od tego czasu zjeżdżało tu coraz więcej przybyszów z zachodu. Pomedytować, znaleźć się w innym świecie, nie jeść mięsa, mieć swojego guru, powyginać się na jednym z kursów jogi, czy też zapalić sobie co nieco dobrego charash (żywica z konopi złuszczana w dłoniach i formowana w plastelinę), którego zachwalają “pseudo-sadhus”.

15 godzin w autobusie z Delhi, znajduję nocleg i aplikuję sobie 16 godzinny sen. Mieszkam w asramie, wokoło same świątynie, 20 metrów poniżej plaża nad czystym jeszcze Gangesem. Budzę się o 4 rano, pada deszcz, powietrze czyste i rześkie. Stoję nago na tarasie, potem ubieram gatki i schodzę nad Ganges, zanurzam dłonie i myję twarz.
Indie coraz bardziej mnie wciągają, tyle rzeczy nie wiem, tak wiele nie rozumiem, i nie zrozumiem nigdy. Staram się znaleźć w tej całej egzotycznej chaotycznej kiczowatej mieszance COŚ. Tak bardzo nieokreślone coś.
Nad brzegiem Gangi kobiety suszą Sari. Długie na 6 metrów, szerokie na metr. Wiatr rozwiewa i nadyma je jak bajecznie kolorowe paralotnie. Wchodzę pomiędzy nie, te tylko się uśmiechają i mocno trzymają materiał aby wiatr nie porwał go gdzieś daleko. Ten rytuał – powinność – obowiązek powtarza się cały czas. Ludzie żyją z rzeki, przy niej i w niej rozpływają się ich prochy.
Samotność jest zbawieniem i przekleństwem zarazem. Jesteś wolny w tym co robisz, jednocześnie szukasz towarzystwa innych. Nie jest to trudne raczej, bo w Indiach non stop otaczają cię ludzie. Czy to tubylcy czy też inni podróżnicy. Czasem się wyłączam. Siadam gdzieś na dachu hotelu, czy jak wczoraj w świątyni, w której na samej górze nie było nikogo. Jednak w dalszym ciągu nie potrafię oddalić się tak do końca, uspokoić, oddychać równomiernie, uspokoić myśli, uporządkować dysk twardy w mózgu.
Dałem sobie spokój z namiastką jogi. W całym mieście oferuje się kursy jogi. Niektóre za darmo, inne co łaska, są też takie, gdzie kursy odbywają się po parę tygodni czy miesięcy. Zamykasz się wtedy w asramie i zgłębiasz własne wnętrze. Mowię o namiastce, bo hatha joga traktowana jest przez trawelersów jak kolejna atrakcja, coś jak rafting, jazda wielbłądem, safari czy wyprawa w góry. 2-3 dni i dalej w inne miejsce. Oczywiście wiele osób zostaje dłużej. Ja niestety nie mam takich możliwości czasowych (finansowe raczej odpadają, bo można się za grosze tu utrzymać) więc tym razem daję sobie spokój, choć jestem ponoć w światowej stolicy jogi.
Obrazowanie Boga (czy tez bóstw, w przypadku Indii) jakoś nie przemawia do mnie. Nie daje pracować wyobraźni. Indie to wszechobecny kicz- wiec także i świątynie nie pozostają w tyle jeżeli chodzi o kosmiczny sposób dobrania kolorów czy sposób wykonania rzeźb rocznych bóstw. Pstrokacizna masakryczna. Prawdopodobnie nie działa to na mnie, na pewno jednak na Hindusów, którzy całymi wycieczkami przybywają do świątyń Rishikeshu czy też innych świętych miast.
HARIDWAR
W tym 200 tys. mieście Ganges wypływa na nizinę i płynie w stronę Varanasi, Kalkuty, aż do oceanu.
Haridwar to jedno z najświętszych miast Indii. Co 12 lat gości miliony pielgrzymów na świecie na festiwalu na cześć Wisznu – Kumbh Mela.
Uciekam z Rishikeshu. Na południe. Wyskakuję przy głównej drodze, zabieram plecak z dachu rozsypującej się rykszy i sadystycznym upale idę szukać hotelu Ashok. Przechodzę przez jeden z mostów na Gandze. Mieszam się z tłumem na bazarze i powoli idę do hotelu, tuż przy stacji hinduskich PKP. Zadekowałem się w brudnym i zapuszczonym hotelu za 2 dolce i na miasto. Ryksza i pędzimy w kurzu i słońcu, pomiędzy innymi uczestnikami tego ulicznego chaosu.
Har-ki-pairi (ślady stóp boga – Wisznu) – dokładnie w tym miejscu rzeka opuszcza Himalaje. Jeszcze w miarę czysta (przynajmniej w Rishikeshu, tutaj już raczej nie) z każdym kilometrem pochłania coraz to większe ilości śmieci, ścieków, chemikaliów i innych okropieństw.
Pod mostami, przy ghatach, świątyni i na brudnych kamienistych pozostałościach po wyschniętym nurcie rzeki tysiące ludzi siedzi w głębokich dziurach, kopiąc zapamiętale. Ponoć szukają złota. Tuż obok gromada dzieciaków tapla się w błocie, 10 metrów dalej przy schodach świątyni obmywa się cala rodzina. Na wschodnim brzegu ogromne koparki marki Tatra przekopują i regulują brzeg rzeki.
Nie ma innych turystów. Gdziekolwiek się nie pojawiam ktoś mnie zaczepia, pyta, oferuje, chce sobie zrobić zdjęcie, czasem tylko spojrzenia, gdy siedzę w knajpie zajadając się thali za 20 rupii.
Pociąg do Varanasi. Całą noc przespałem, budząc się dopiero o 9. Cały czas biorę kodeinę na ból zęba.
W pociągu już prawie pusto – przez ostatnie godziny leżałem na górnym siedzeniu, teraz łażę tu i tam. Upał się zwiększa, przez otwarte, zakratowane okna widać spaloną słońcem ziemię, co jakiś czas kawałek zieleni, ale dominujące kolory to żółty, brązowy, i wszechobecny szary. W dolinie Gangesu kończą się żniwa. Kolorowo ubrane kobiety płyną polami z ogromnymi snopkami siana na głowach.
Skończyła mi się woda. Pragnienie rozwala mnie, na szczęście stajemy na jakiejś stacji i kupuję 2 butelki ciepłej wody (tylko taką mają, poza tym podejrzanie zakręcona, więc pewnie z jakiegoś niewiadomego źródła)
3 dnia pobytu w Varanasi tracę zęba, dentystka w błękitnym sari i z kompletnie niezrozumiałym angielskim męczyła się z 15 minut. Koniec bólu i brania leków – Varanasi od razu wydaje się bardziej przyjazne.
Wybrałem się nad rzekę. Łódka za 40 rupii – muszę sam machać bambusowymi wiosłami, odrobina gimnastyki zawsze mile widziana. Początek problematyczny – lawirowanie pomiędzy innymi łodziami zaparkowanymi przy kamiennych schodach schodzących do Gangi. Płyniemy na wschodni brzeg rzeki. Piach, dzikie psy, krowy, woły, tony śmieci no i nieboszczyki. Napuchnięte, opatulone w szmaty leżą na brzegu lub też smętnie unoszą się w wodzie. Psy nigdy tu nie głodują.
Płonące zwłoki nie śmierdzą tak jak myślałem. Dzięki użyciu drzewa sandałowego odór nie jest tak silny, wręcz znikomy, ginie w innych zapachach miasta. W bocznych uliczkach leżą tony drzewa, kilogram kosztuje 120-200 rupii, do całkowitego spalenia przeciętnych zwłok potrzeba ponoć 200 kg tego cennego drewna. Niebagatelny to wydatek, nie wszystkich na to stać. Nieopodal znajduje się też tańsze – elektryczne krematorium. Lecz ci, których nawet na to nie stać wrzucają zwłoki po prostu do rzeki. W Varanasi codziennie pali się 500-600 zwłok. Non stop. 24 godziny na dobę.
Z tarasu budynku zbudowanego tuż nad krematorium można obserwować całą ceremonię. Przykleja się do mnie młody Hindus, wkręca historie o tym jak to powinienem zrobić coś dobrego dla swojej karmy. Np. zasponsorować parę kilo drewna dla wysuszonych kobiet czekających na śmierć w rogu pokoju. Dwie staruchy natarczywie patrzą na mnie. Niestety nic dla swojej karmy zrobić nie mogę. Wszystko zostało przecież już zapisane, no nie?
10 rupii – zła karma, 1000 rupi – dobra karma. Indie jak widać są wyjątkowo uduchowione i wzniosłe. Już dawno ten kraj, zresztą jak i wszystkie inne zostały przeliczone na dolaresy.
Wszyscy wiedzą ze Ganges w Varanasi jest tak brudny, że jakiekolwiek normy przekracza kilkaset tysięcy razy. Cóż z tego – herbatę robią z wody pompowanej z rzeki, przez cały dzień tysiące ludzi zażywa “orzeźwiającej” kąpieli w nurtach, łowi się ryby i wszystko niby wygląda w porządku.
Głosy ulicy.
- Hellou Sir!
- Which Country?
- I am the Yoga Master
- Hasish, hasish, veri cheap
- massage? veri good for your body
- ryksza, ryksza
- wanna to see my shop?
- you want something, sir?
- etc.
Jest to nie do zniesienia, wiele już widziałem, ale takiej natarczywości w żadnym kraju nie odczułem. 24/7 – totalna nagonka.
Brak jakiekolwiek uporządkowania, brak FORMY. Nieregularność, kicz, zaniedbanie, wszystko wydaje się zakurzone, bardzo stare. Piękno miesza się z podłą brzydotą.
Oprócz dźwięków i obrazów dochodzą jeszcze zapachy. Porażające, nos przyzwyczaja się z czasem lecz ich intensywność przygniata, żadna z woni nie pozwala się skupić na sobie nawet przez chwilę. Tutaj zapach smażonych potraw i przypraw, 5 sekund nie mija, idziesz dalej i już dusisz się od zapachu ścieków. Ciekawie jest, gdy spadnie deszcz – który zdaje się zmywać to wszystko dodając odrobinę orzeźwienia, lecz tylko na chwilę.
Deszcz. Nie widziałem go od czasu wyjazdu z Polski. Spadł wieczorem. Zamienił ulice w płynący rynsztok. Gaśnie światło, w ruch ruszają generatory prądu, ulice rozświetla nikłe światło świec i lamp naftowych. Próbuję po omacku wrócić do domu, lecz daję sobie spokój, siadając na schodach sklepiku z herbatą, w dzielnicy arabskiej. Jestem niewidzialny w końcu. Cała ulica jest niewidzialna. Zamawiam herbatę z mlekiem i betel – małe liściaste zawiniątko które żuję przez parę minut.
Deszcz wciąż pada. To znak zbliżającego się monsunu. Wody Gangesu zatopią schody na których teraz przesiadują tłumy ludzi, rozleją się aż po niskie drzewa, daleko na horyzoncie.
Nie można być obojętnym wobec tego subkontynentu. Bo Indie to nie jeden kraj. To wiele państewek, dążących wciąż do większej autonomii. To kraj wielu kultur, wyznań, języków, twarzy ludzkich. Przeraża i wciąga. Nie jesteś obojętnym, to nie kolejne wczasy w kurorcie, trzeba się zmęczyć i napracować, aby uzyskać choć odrobinę prawdy o tym miejscu.

Szukam skanera do średniego formatu – czy ktoś z Was zna miejsce lub osobę która mogłaby mi pomóc w tej materii? proszę o kontakt… bartpogoda@gmail.com
Z adomasem dodaliśmy reportaże na moim blogu, w miarę upływu lat nielatwo jest znaleźć coś sensownego na moim blogu, postanowilem powrzucać jakieś bardziej spójne historyjki… ale nad tym będę pracował…
Tymczasem sprzątam chatę, żyję pełnią wiosny i trzymam kciuki za mojego dziadka.
Wszystko zaczyna się w dzieciństwie. Wtedy zarażasz się tą chorobą. Mapy, globusy, literatura przygodowo – awanturnicza pożyczana kilogramami z biblioteki Młodzieżowego Domu Kultury. To działa na wyobraźnię – przygody Tomka Szklarskiego, „Piraci z Wysp Śpiewających” i inne lektury połykane pod kołdrą aby rodzice nie widzieli, że wciąż nie śpię. Potem pierwsze podróże ze staruszkami po krajach Demokracji Ludowej – wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Cyganów w kolorowych wozach gdzieś nad brzegiem Dunaju. I sam nie wiem co należy do moich wspomnień a co usłyszałem z opowiadań moich rodziców. To były dobre lata, może dlatego, że w głowie mam zapisane tylko te dobre chwile. Pamięć czasem zawodzi i po latach postanowiłem to wszystko spisywać i dokumentować. Ale o tym później…
Wraz z otwarciem granic w latach dziewięćdziesiątych wszystko stało się możliwe. Nie miałem pojęcia jak łatwo jest wsiąść w pociąg do granicy z Niemcami a potem właściwie za darmo, autostopem, pędzić „autobahnem” na zachód, bez granic, aż do miejsca z którego widać Afrykę. Europa zaczynała się kurczyć, w dalszym ciągu wertowałem mapy i nieśmiało spoglądałem na Bliski Wschód. Może dlatego, że nazwa brzmiała tak obiecująco, blisko właściwie całkiem niedaleko – tylko 3 dni pociągiem przez Bałkany i zmysły zaatakowała nowa, tajemnicza, nieznana wcześniej mieszanka barw, zapachów i zgiełku ulicznego Istambułu.
Moje uzależnienie było coraz większe i na odwyk było już za późno. Zdecydowanie za późno. Rok dzieliłem na szare dni w Warszawie połowy lat dziewięćdziesiątych i te 2 miesiące w roku gdy mogłem wyjechać. Studia, studia i po studiach – lata które miały być najlepsze minęły jeszcze szybciej. Wokoło mnie to niewiarygodne ciśnienie aby znaleźć dobrą pracę i wpaść w błędne (przynajmniej dla mnie) koło. Praca, dom, samochód, pralka, zmywarka, telewizor pięć godzin dziennie, kac z rana i znów do pracy. Praca to chleb, ale praca to też duża część życia i należy ją kochać, albo przynajmniej lubić. Ucieczka. Tak, kiedyś wyjazd był ucieczką – zdecydowanie. Już podczas studiów miałem to szczęście pracować i podróżować po drugiej stronie Atlantyku. Meksyk, Gwatemala, USA – po raz pierwszy samotnie dwa miesiące spędzone w rozklekotanych autobusach, rozpadających się ciężarówkach, autostopem i na piechotę. Miałem 22 lata i coraz większą głowę – pełną dobrych i złych pomysłów na dalsze lata. No i te moje uzależnienie od „bycia w drodze” i „załapywania się na to wszystko dookoła”. Dokonałem wyboru – prawdopodobnie bardzo nierozsądnie, wbrew tradycji i polskiej kulturze– ale różne drogi prowadzą do kresu podróży.
Wciąż mając szczęście, odrobinę samozaparcia, wiary i mocy oraz wspaniałych ludzi wokoło udawało mi się rok w rok wyjechać. Ameryka Południowa, Centralna, Indie, Azja Południowo-Wschodnia. Im więcej jeździłem tym mniej wiedziałem czego chcę od życia, a ponoć podróże kształcą. Choć z drugiej strony będąc w domu, w Warszawie, wiedziałem jeszcze mniej.
To bardzo banalne – podróże i zdjęcia – właściwie nierozerwalnie połączone – czapka z daszkiem, krótkie gacie i aparat na szyi i masz typowego turystę. Moja natura taka, że i to przestało mi się podobać. Zwiedzanie podobnych do siebie kościołów, muzeum, zabytków – w jakiś zastraszającym tempie, odhaczając kolejne pozycje z przewodnika Lonely Planet.
W moim przypadku jakby się nie liczyło to, że zwiedzam, że oglądam te zabytki, że zaliczam kolejne miasto, tylko to że jestem w drodze. Czyli ludzi których spotykasz, klimaty na które się załapujesz, dźwięki, zapachy, muzyka, cokolwiek, to jest właśnie bycie w drodze. Wcześniej pisał o tym Keruac w “On the Road” (“W drodze”). Coś nie tak – wrażenie zmarnowanego czasu i słowa w głowie, które usłyszałem parokrotnie w Polsce, że marnuje swój czas i nie robię kariery. Jednak remedium okazała się fotografia i blog (to też brzmi tak zwyczajnie, ale to szczera prawda). Połączenie tych trzech elementów stało się sposobem na życie, przynajmniej przez ostatnie i najbliższe lata. Stabilizacja, powrót do rzeczywistości, poukładanie sobie życia już nie są priorytetem – zresztą nigdy nie były. Zresztą czym jest stabilizacja? Czym jest rzeczywistość? Jest wiele poziomów rzeczywistości i przenikanie pomiędzy nimi to niezły sposób na życie, choć oczywiście nie dla każdego.
Piszę te słowa z Chin. Siedząc w niewielkim hoteliku, gdzieś na tyłach deptaka pełnego turystów w niewielkiej miejscowości Yangshou. Zatrzymałem się na parę dni aby odpocząć od podróżowania. Ostatnie trzy tygodnie przemierzałem Chiny Południowo-Wschodnie tuktukiem, czyli czymś w rodzaju trójkołowego motoroweru. Kupiłem to cudo chińskiej techniki na spółkę wraz ze spotkanym Anglikiem. Znów złapałem wiatr w żagle – ten sposób podróżowania, samodzielnie, zapominając o autobusach, taksówkach, pociągach jest zarazem najlepszą drogą aby poznać kraj i ludzi, jak i zaoszczędzić trochę kasy. Oczywiście równocześnie trzeba włożyć trochę wysiłku i pracy – chińskie drogi nie należą do najbezpieczniejszych – ogromne ciężarówki, setki autobusów, ludzie pracujący na drodze, dziury w nawierzchni, zmienna pogoda i oczywiście psujący się motor, w którym zepsuło się dosłownie wszystko – od hamulców po silnik. Chińczycy spotkani w drodze entuzjastycznie pozdrawiają nas gdy pędzimy krętymi górskimi serpentynami – bariera językowa jest ogromna – ale to także część przygody – chińskie kalambury dosłownie cały dzień. W dalszym ciągu pomysły ewaluują w głowie – rowerem przez Japonie, motorem przez Nową Zelandię, na piechotę przez Andy, deskorolką przez Europę – wszystko jest możliwe.
Podróżowanie to znakomita szkoła życia – języki, zwyczaje i kultura kraju w którym przebywam, ludzie poznani w drodze, nowe kontakty. Każdego dnia uczę się czegoś nowego, czasem zupełnie nieświadomie. To czerpanie inspiracji i pomysłów na dalsze lata – aby potem już jako zmęczony trzydziestolatek osiąść w kraju, założyć rodzinę i wymyślić sobie zajęcie, które będziesz miłował.
Wciąż wracam do Warszawy, czasem nie ma mnie 3 miesiące a teraz wygląda na to, że wybyłem na 15. Warszawa to kolejny przystanek w drodze. Kiedyś zauważyłem t w barze w Kolumbii: “Podróżnik szuka czegoś po całym świecie i znajduje to w domu”. Spotkałem pewnego razu człowieka z Nowej Zelandii, miał 45 lat i od 25 lat w drodze, pracując gdzie popadnie, zmieniając kontynenty, kraje i miasta. Nie założył rodziny, nie miał domu, samochodu i tysiąca innych rzeczy. Miał plecak, torbę, stare sandały i zniszczoną przez wiatr i słońce skórę. Opowiedział mi historię o zdjęciu kobiety i dzieci, które ma w portfelu. Był parokrotnie w krajach gdzie rodzina to podstawa – na pytanie „gdzie twoja żona” wyciągał to stare, zniszczone zdjęcie swojej siostry i jej dzieci. Ja sobie pomyślałem, że ten człowiek coś zyskuje, ale coś traci, czyli nie znajduje punktu równowagi w tym co robi. Wydaje mi się, że wszyscy tak robimy w naszym życiu. Albo za dużo pracujemy, albo za dużo pijemy, albo za dużo podróżujemy, albo wydajemy za dużo pieniędzy, albo w ogóle ich nie mamy. Może jestem za młody, za mało wiem, ale staram się znaleźć ten punkt równowagi. Masz jedno życie i trzeba się nie załapywać.
Wizyta w Japonii to nie jest wyjazd za granicę. To wczasy na innej planecie, w innej galaktyce. Po paru dniach w Tokio postanowiłem wyruszyć autostopem na północną wyspę kraju – Hokkaido. Podróżowanie w ten sposób okazało się nieoczekiwanie łatwe i po dwóch dniach znalazłem się w Sapporo – stolicy Hokkaido i największym mieście wyspy.
Kosmopolityczne Sapporo leży na tej samej długości geograficznej co Środkowa Europa –jest japońską stolicą piwa – warzy się tu takie browary jak Sapporo, Asahi, Kirin. Jest piątym największym japońskim miastem i rozwija się nieprzerwanie od XIX wieku. Jest to dobrze zaplanowane, ładne i czyste miasto w którym używa się adresów i można znaleźć miejsce którego się szuka bez problemów (w odróżnieniu od reszty Japonii). Miasto podzielone jest na bloki a nie ulice i wszystko jest dokładnie ponumerowane. Przykładowy adres może wyglądać tak „Capsule Inn, S3, W3, Chuo-ku” – czyli na ulicy pomiędzy South 3 a West 3 jest Capsule Inn – hotel z kapsułami w którym miałem przyjemność mieszkać.
Sapporo to takie małe Tokio, ale bez tego całego zgiełku, ruchu, tłumów. Dojechałem w nocy i pierwszą noc spędziłem w kafejce netowej za 1900 (taniej niż najtańszy hotel w mieście) mogę przesiedzieć 7 godzin – prysznic, prywatna kabina, tysiące filmów na DVD, picie i jedzenie za friko, szybkie łącze i super wygodny fotel…
Niestety następnego dnia byłem wykończony. Bezsenna właściwie podróż z Tokio, spanie na parkingach i w samochodach dobroczyńców co zabrali mnie w dalszą podróż – po paru dniach czułem jak mój organizm słabnie, rozpaczliwie potrzebując paru godzin właściwego snu. Więc pierwszego poranka w Sapporo ledwo powłóczyłem nogami. Silny wicher powiewał, było zimno jak cholera, zjadłem obiad w knajpie dla robotników. Odziany w krótkie spodenki i koszulkę drżałem z zimna. Na Hokkaido wiosna i niektóre dni potrafią być naprawdę mroźne. Nierozsądnie cieplejsze ubrania zostawiłem w przechowalni bagażu – trzeba było poszukać schronienia.
Bezwietrzne i ciepłe podziemia metra okazały się wybawieniem.

System kolejki podziemnej w Sapporo jest czwartym wybudowanym w Japonii. Budowa pierwszej linii rozpoczęła się w 1969 roku i tuż przed rozpoczęciem Zimowej Olimpiady w 1972 system był gotowy do użycia. Linia Nanaboku wychodzi nad ziemię ale użyto specjalnego aluminiowego schronu aby ochronić kolejkę przed cieżkimi opadami śniegu. Obecnie cały system ma 48 kilometrów długości, 46 stacji i 3 linie – Nanaboku (14.3 km), Tozai (20.1 km) oraz Toho (13.6 km). Oprócz tego system połączony jest z liniami tramwajowymi więc zawsze można dogodnie przesiąść się do tramwaju a także pociągu podmiejskiego albo krajowego na głównej stacji.
Metro funkcjonuje od godziny 6:15 rano do północy – pociągi kursują co 3-4 minuty w godzinach porannego szczytu, co 5 minut wieczorem, gdy ludzie wracają do domów. W ciągu dnia pociągi zatrzymują się z częstotliwością co 5-7 minut.
Lecz jedna rzecz odróżnia go od innych na świecie – zamiast szyn w użyciu są gumowe kółka. Bardzo ciekawy byłem jak to wygląda. Zszedłem więc w podziemia i pokręconymi tunelami pełnymi sklepów, galerii, salonów fryzjerskich dotarłem do wejścia.
Jednorazowy bilet na przejazd kosztuje 200-360 jenów w zależności od dystansu, 320-480 trzeba zapłacić za transfer pomiędzy metrem a tramwajem albo autobusem. Oczywiście można wykupić specjalne karty (With You Card) za 500, 1000, 3000, 5000 i 10000 jenów – dzięki nim ma się zniżkę do 15%. Pass na jeden dzień jeżdżenia metrem kosztuje 800 jenów, jeżeli chcesz jednak wyjść z podziemi i pośmigać tramwajem albo autobusem musisz dopłacić 200 jenów do tej sumy.
Nadjechał pociąg – rzeczywiście – grube, duże opony zamiast metalowych kółek – pociąg podłączony jest do elektryfikacji dzięki środkowej szynie (więc nie tak całkiem bezszynowy).
Metro zmęczonych ludzi w którym nikt się nie uśmiecha. Jest cichutko. Słychać jak kartkują książki czy też komiksy. Rano wyprasowani biegną korytarzami wielkiego spaghetti, w pociągu gapią się w okno, ekrany komórek, gejmbojów czy kieszonkowych playstation.
Wszystko wygląda bardzo nowocześnie, wagony lśnią metalicznie, nie ma drzwi pomiędzy nimi i można zobaczyć początek i koniec pociągu stojąc po środku składu. Cały system kontrolowany jest przez wyrafinowany system komputerowy i metro jest najbardziej sensownym środkiem komunikacji w Sapporo. Szczególnie w mroźne zimowe dni.
Popołudniu czułem, że więcej nie wyrobie. Było za zimno aby spać w parku, luknąłem do portfela, jeszcze trochę kaski było. W informacji turystycznej znaleźli mi najtańszą kapsułę, wsiadłem w metro i pojechałem do dzielnicy Susukino – bary, rabuhoteru (Love Hotels). Sapporo Kapsule Inn za 3200 jenów za noc. Wchodzisz bez butów, które zostawiasz w szafce. Wjeżdżam na 3 piętro (wszystkich jest 7, na 7 prysznic komunalny i dżakuzi) i odnajduję swoją kapsułę – wszystko wygląda tak jakbym miał zaraz odlecieć w kosmos. Ale zamiast tego odpadam w 16 godzinny sen. W środku kapsuły (metr na dwa) telewizor, radio, budzik, pościel – wygodna sprawa. Terebi (telewizor) nie działa jednak – trzeba wykupić kartę za 1000 jenów. Znajduję jeszcze ulotki z programem telewizyjnym na czerwiec – hm… same pornosy. Na moim piętrze jest jeszcze pusto i cicho. Bardzo szybko zasypiam…
Sapporo poprzedniego dnia sprawiało wrażenie pustego miasta – dziś wyszło słońce i sprawy przybrały inny obrót, mnóstwo ludzi na ulicach, ciepło i czuję się znacznie lepiej. Pojeździłem jeszcze metrem przez godzinę robiąc zdjęcia a potem udałem się do głównej stacji kolejowej. Wykupiłem bilet na pociąg który zatrzymuje się tuż przy drodze w stronę wschodniej części Hokkaido. Góry, wulkany, parki narodowe, niedźwiedzie i ocean. Przez najbliższe 10 dni nie będę widział wielkich miast – ale do Sapporo na pewno powróce. Bo to miejsce z dobrymi wibracjami.
Kawa tak jak dobre wino dodaje to “coś” wpisane w rutynę każdego dnia. Pobudza, napędza, daje moc. Niektórzy żłopią niezliczone filiżanki sztucznej rozpuszczalnej kawy, inni zaś delektują się filiżanką doskonałej capuccino w jednej z miejskiej kawiarni. Kawa zdaje się być nierozerwalnie połączona z naszą miejską egzystencją. Parę lat temu, gdy miałem jeszcze stałą pracę – pierwszą rzeczą gdy pojawiałem się w pracy z rana był kubek gorącej, czarnej kawy z dużą ilością cukru. Bez tego nie mogłem zacząć dnia. Nie zastanawiałem się jednak jak się ma cała sprawa z kawą. Wiedziałem, że rośnie gdzieś w “ciepłych krajach”, ale jej historia i proces produkcji interesowały mnie tyle co zeszłoroczny śnieg.

Legenda mówi, że pewien pasterz o imieniu Kaldi pewnego przepięknego popołudnia, gdzieś na koniuszku półwyspu arabskiego, przyłapał jedną ze swoich kóz brykającą radośnie w szalonym tańcu wokoło zielonoliściastego krzewka pełnego czerwonych “wisien”. Kaldi spróbował paru owoców i zdał sobie sprawę, że to właśnie one są odpowiedzialne za euforyczny stan jego kozy.
Bardzo dawno temu, w Etiopii, zajadano się kawą. Tak, tak. Nikt wtedy nie myślał aby ją pić. Kawy wtedy nie uprawiano, zbierano jej dzikie owoce, podobne do wiśni i gotowano je z dodatkiem masła i soli. Arabscy handlarze przewieźli owoce kawy do Jemenu, gdzie opracowano pierwszą metodę przygotowywania napoju, poprzez prażenie nasion. Beduini rozpowszechnili ten zwyczaj na terenie całego półwyspu arabskiego. Potem wraz z rosnącą siłą Arabów zwyczaj picia kawy rozpowszechnił się w całej północnej Afryce i Bliskim Wschodzie. Przez Turcję (która stała się potentatem w dziedzinie handlu ziarenkami kawy) zwyczaj ten trafił do Europy i tym samym do Polski. Odkrywcy nowego świata przewieźli nasiona kawowca do swoich kolonii – Holendrzy zaczęli uprawę na Jawie, Francja na Martynice i w Gujanie, a Portugalczycy w Brazylii.
Pierwsza kawiarnia została założona w Wiedniu przez naszego rodaka Franciszka Jerzego Kulczyckiego. Europę ogarnęło kofeinowe szaleństwo. We Francji, Niemczech, Holandii, Włoszech jak i w Polsce otwierano setki kawiarni, które z czasem przekształciły się w klub. towarzyskie. Większość ludzi była przekonana o jej zbawiennym wpływie na zdrowie. Według lekarzy kofeina wpływa w sposób korzystny na trawienie i krążenie oraz pozwala wypłukiwać z organizmu szkodliwe substancje.
Gdy na początku tego roku znalazłem się w Gwatemali nadażyła się okazja, aby przyjrzeć się ziarenku kawy z bliska. Kawa z Gwatemali jest uważana za jedną z najlepszych na świecie, dzięki dobremu nasłonecznieniu, odpowiednim opadom oraz bardzo rzyźnej wulkanicznej glebie. Najlepsza kawa rośnie w Antigua, Huehuetenango, w okolicach jeziora Atitlan oraz w Coban. Uprawa kawy w tym niewielkim kraju była nierozerwalnie związana z polityką. Przez lata “kawowa elita” rządziła całym krajem i tak ma się do dziś. Mówi się, że od setek lat Gwatemala jest w rękach parunastu rodzin, wielkich właścicieli ziemskich, którzy zbudowali swoją pozycję na wykorzystywaniu rdzennej ludności czyli Majów.

Finca (kawowa plantacja) na którą trafiłem jest jedną z tych, które produkują kawę tradycyjnymi metodami. Jest to jedna z kofeinowych manufaktur. Sergio jest moim przewodnikiem po Dieseldorff’s Finca Santa Margarita w Coban. Ta niewielka rodzinna plantacja została założona w XIX wieku przez emigranta z Niemiec – Erwina Paula Dieseldorffa. Niewielka ścieżka wije się pośród niewielkich drzewek kawowca, nad którymi górują palmy i inne większe drzewa, mające funkcję parasola ochronnego. Kawowce nie mogą stać w pełnym słońcu, więc plantacja przypomina gęsty tropikalny las – pełen setek różnych gatunków roślin. Sergio pokazuje mi owoce kawy – są czerwone i bardzo podobne do wiśni. Zrywam parę owoców i próbuję jak smakują – miąższ jest słodki, lecz jest go niewiele. Ale nie owoce nas interesują, ale to co w środku, mianowicie pestki, mieszczące dwa ziarenka okryte tzw. pergaminem, pod którym jest jeszcze wewnętrzna osłona nazywana srebrną skórką. Drzewo kawowca zaczyna owocować po 5 latach od zasadzenia. Drzewka nie są wysokie, aby ułatwić zbiory przycina się je systematycznie do wysokości 2 metrów. Owoce kawy dojrzewają około 9 miesięcy. Pierwsze zbiory następują po 5-7 latach od zasadzenia drzewa. Sergio prowadzi mnie dalej. Oprócz kawy posadzono tu również kukurydzę, awokado, fasolę, pomarańcze, banany i cytryny. Oczywiście sam nie zauważyłbym gdzie co rośnie gdyby nie mój przewodnik. Wszystko ginie w jednej zielonej ścianie roślin. Główny rodzaj kawy uprawiany na tej plantacji to coffea arabica i przygotowuje się ją używając tzw. metody mokrej. Sergio pokazuje mi starą maszynę, mającą napisy po niemiecku, w której owoce umieszczane są aby oddzielić miąższ. Następnie moczy się je w wodzie i poddaje fermentacji na około 24 godziny. Następnego dnia spłukuje się je mocnym strumieniem wody pozbawiając warstwy ochronnej. Idziemy dalej, wszystko spowite jest gęstą mgłą a deszcz nie przestaje padać. Wiem, że kawa potrzebuje również suchego klimatu, a Coban wydaje się być najbardziej mokrym miejscem na planecie. Przewodnik wyjaśnia, że zazwyczaj nasiona rozkładane są na matach w pełnym słońcu lecz tutaj, ze względu na mokry klimat i opady dochodzące do 2500 mm w skali roku, do suszenia używa się specjalnych suszarek. Następnie ziarna trafiają do innej maszyny, która usuwa łuskę pergaminową i srebrną skórkę pod którą jest zielone ziarno. Będąc potem nad jeziorem Atitlan, w niewielkiej wiosce San Pedro de Laguna zauważyłem, że tam stosuje się metodę suchą – owoce rozrzuca się na matach tak aby suszyły się w słońcu od dwóch do trzech tygodni. Potem ziarna wrzuca się do specjalnych łuszczarek, które eleminują wyschniętą otoczkę pergaminową.

Na plantacji ziarno jest również palone i pakowane do worków. Opuszczamy młyn oraz patio gdzie suszy się kawę i idziemy do głównego budynku. Mijam biuro, przed którym w milczeniu czekają Indianie. To pracownicy plantacji. Dziś dzień wypłaty i przyjmowanie interesantów. W końcu trafiamy do miejsca gdzie pali się kawę. W zielonej kawie jest około 25 związków aromatyczno-smakowych a po jej upaleniu około 700. Na tej plantacji część kawy jest palona i sprzedawana do kawiarni i sklepów, lecz większość w swej surowej, zielonej formie pakowana do 60 kilogramowych worków i wysyłana w świat. Robi się to po to aby zachować jakość kawy. W palarni jest jeszcze dwóch mężczyzn – jeden zajmuje się starymi maszynami do palenia i mielenia kawy, a drugi używając specjalnej wagi, odmierza odpowiednią ilość i pakuje ją do białych torebek. Ziarenka aby uzyskały swój ciemny kolor pali się w temperaturze od 200°C do 300°C. Im wyższa temperatura tym ciemniejszy kolor, bardziej cierpki smak i mocniejsza kawa (przykładowo kawa do przygotowania espresso ma ciemniejszy kolor).

Produkcja i handel ziarenkami kawy to dobry interes przynoszący krocie. Około 20 milionów ludzi uprawia kawę w Wietnamie, Brazyli, Kolumbii, Afryce i krajach Ameryki Środkowej. Na początku XXI wieku ceny kawy na światowych rynkach spadły z 2,5 dolara za funt do 50 centów. Stało się tak za sprawą zmechanizowania produkcji kawy w Wietnamie, Brazylii i Kolumbii – te kraje zmonopolizowały światowy rynek. Spadek cen spowodował katastrofę w biedniejszych krajach uprawiajacych kawę. Tylko w Salwadorze 90 tysięcy ludzi pozostało bez pracy. W latach osiemdziesiątych i dziewiędziesiątych tysiące chłopów z gór Gwatemali i innych biedniejszych regionów Ameryki Środkowej pracowało przy uprawie drzewek kawowca . Kofeinowe manufaktury dawały pracę sezonowym pracownikom, którzy szybko wracali do swoich rodzin po zakończeniu zbiorów.
W ostatnich latach wiele się zmieniło. Przebywając w Todos Santos, w jednej z wiosek północnej Gwatemali, rzucił mi się w oczy brak mężczyzn w wieku 18-35. Jak na wojnie. W wiosce zostały dzieci, kobiety i starcy. Większość meżczyzn odbywa podróż na północ. Aż do granicy meksykańsko – amerykańskiej. Pedro, jeden z tych którzy wrócili ze Stanów, mówi, że płaci się w zależności od ukladu sumę 1500-2500 dolarów za przeprowadzenie do USA i namiary na robotę – choć te nie potrzebne wszyscy jeżdżą w te same miejscówki, w kupie innych todos santeros raźniej. “Coyotes” czyli przemytnicy masy latynoskiej mieszkają również w Todos Santos i innych wioskach i miasteczkach tej części Gwatemali. Polo, mój nauczyciel hiszpańskiego opowiadał mi, że miejscowi Coyotes jadą całą grupą przez Meksyk tam przebijają się przez granicę do Stanów. Chętni nie muszą płacić od razu. Czasem tylko część a resztę po pierwszej wypłacie już w Stanach. Wielu idzie na taki układ. Wszystko jest “na gębę” ale tu wszyscy się znają.
Tak więc wystarczył spadek cen kawy, aby 600 tysięcy ludzi w Ameryce Środkowej musiało opuścić swoje rodziny i ruszyć na północ, aby nielegalnie pracować w USA. Każdego roku 150 tysięcy próbuje swojego szczęścia przekraczając nielegalnie pustynna granicę Meksyku z USA. Ci co zostali żyją poniżej granicy ubóstwa. Około 1,2 miliona ludzi wciąż potrzebuje pomocy żywnościowej i leków.
Na początku XXI wieku kawa jest najpopularniejszym na świecie napojem – wypija jej się 400 miliardów filiżanek rocznie.
Wilgotność prawie 100%. Pekin 6 rano. Czuję się średnio. Nie mogę złapać oddechu. Z leje się strumieniami kwaśny deszcz. Brak koloru, monochromatyczna rzeczywistość. Monstrualne wieżowce tracą kontury szarym smogu. Czuję się jak w socrealistycznym Blade Runnerze.

Muszę wydostać się z dworca autobusowego. Dotarłem tutaj po całonocnej podróży z Qingdao. Taxi. Wsiadam w jedną z nich. Oczywiście nie jest to prawdziwa taksówka, takich nie widzę w okolicach dworca. Jedynie prywatne samochody – pseudo taksówkarze robią pieniądze na lewo, nie rozliczając się z machiną biurokratyczną. Wiem, że muszę się dostać do kafejki internetowej, aby ściągnąć z poczty numer telefonu do kumpla, który mieszka gdzieś w Pekinie. Targuję się z kierowcą i cena z 80 RMB spada do 30 – co okazuje się dobrym dilem. Według przewodnika internet jest gdzieś przy stacji metra, przy China World Trade Center. Wszystko idzie na razie jak po maśle. Dzwonię do Radka a ten po chwili rozmowy tłumaczy mi, że najlepiej będzie jak wsiądę w metro i zmieniając dwukrotnie linię dojadę do stacji Wudakou, skąd mnie odbierze.
Wychodzę na ulicę i szukam stacji. Wiem, że metro w Pekinie oznaczone jest niebieską literą D. Mógłbym się zapytać kogoś o drogę ale moja znajomość chińskiego jest żadna. Po chińsku pekińskie metro to 北京地铁 , a w wymowie fonetycznej Běi Jīng Dě Tiě. W końcu odnajduję betonowy kiosk. Schodzę w dół. Metro jak metro. Jak setki podobnych systemów na świecie. Na ścianach billboardy reklamujące najnowsze produkty, filmy, ubarwiają siermiężny wystrój stacji.
http://bartpogoda.net/china/beijing/DSC_6073.jpg
Na stacjach metra znajdują się kasy, brakuje automatów do sprzedaży biletów co oznacza stanie w monstrualnych kolejkach w godzinach szczytu. Nie ma co się jednak przejmować bo kolejka posuwa się bardzo szybko. Bilety na liniach 1 i 2 kosztują 3 RMB, natomiast przy transferze na linię żółtą (linia 13) trzeba zapłacić 5 RMB. Kupuję swój pierwszy bilet, a właściwie dwa. Jeden koloru niebieskiego (na linię numer 1) i drugi żółty na linię 13 na której znajduje się stacja Wudakou.
Pierwsza fala porannego szczytu. Zaczął się nowy dzień. Pekińczycy jadą do pracy, do szkół. W wagonach nie ma klimatyzacji, nie ma czym oddychać, na czole pojawiają się kropelki potu, w parę chwil zamieniam się objuczoną bagażem, białą a właściwie różowiutką jak prosiaczek nędzną, spoconą istotę, która myśli jedynie o jednym: opuścić to miejsce jak najszybciej. Czuję zmęczenie. Ostatnie dni to promy, autobusy, taksówki. Prawie 2 dni jechałem do Pekinu z Seulu. Czuję się jak sardynka w puszce. 10 minut później już wiem, że zamiast w linię niebieską wsiadłem w czerwoną. Jechałem w kompletnie innym kierunku, na wschód. W każdym razie tego poranka zgubiłem się parokrotnie. Informacje w metrze są bardzo kiepskie. Zauważam, że nie ma ujednoliconych informacji. Niektóre wagony mają elektroniczną mapkę z oznaczeniami na jakiej stacji znajduje się pociąg i jaka jest następna. Inne wagony mają tylko mapki w języku chińskim, a inne w ogóle nie mają oznaczeń. Muszę się cofnąć i znaleźć odpowiedni pociąg. Przesiadka, szukanie odpowiedniego przejścia, schody, ludzie, tłok. Mrówczy pęd przed siebie. Cisza. Nikt nie rozmawia, nikt nic nie mówi. Czuję na sobie wzrok innych współpasażerów, inny czytają gazety, nie wiele osób bawi się telefonami komórkowymi, wiele osób po prostu śpi. W końcu wysiadam na Xizhimen. Tu muszę wyjść z metra i przejść 200 metrów do budynku gdzie zaczyna się linia 13.
Linia 13 jest stosunkowo nową linią, ukończoną w latach 2002-2003. Tutaj zamieniam swój żółty bilet na właściwy bilet, który wkładam w automatyczną bramkę. Podobnież jak w Japonii. Potem dowiaduję się, że duża część metra zbudowana została dzięki pożyczce zaciągniętej u Japończyków. Tak więc metro jest bardzo podobne. Wagony na tym fragmencie są już klimatyzowane. Znajduję miejscówkę do siedzenia i ruszamy. Tutaj metro jedzie właściwie cały czas nad ziemią. Co mnie uderza bo wejściu do wagonu to specyficzny zapach. Zapach marihuany. Myślałem, że mam jakieś omamy i halucynacje, ale potem rozmawiałem, ze znajomym który często jeździ tą linią i miał te same spostrzeżenia. Zapach gandzi jest tak mocny, że od razu zrobiło mi się wesoło. Do dziś nie wiem skąd ta woń, za każdym razem jak wsiadałem w trzynastkę czułem się jak w coffee shopie.
Wysiadam na Wudakou skąd odbiera mnie Radek. Jechałem dwie godziny. Potem ta sama podróż zajęła mi 3 razy mniej czasu, ale już wiedziałem jak się poruszać.
Pekińske metro to pierwszy tego typu projekt w Chinach Ludowych. Budowa rozpoczęła się w 1965 roku. Pierwszy odcinek z głównego dworca kolejowego do Pingguoyuan otworzono w 1969. Jednak aż do 1977 roku trasa ta była tylko do użytku służbowego, normalni obywatele miasta nie mogli jej używać. Do chwili obecnej powstały 4 linie. Dopiero w ostatnich latach ktoś wpadł na pomysł aby metro było również użyteczne dla osób niepełnosprawnych. Niektóre stacje wciąż są nieprzystosowane dla inwalidów. Widząc jednak jak szybko postępują zmiany, jestem przekonany, że to tylko kwestia chwili. W latach 2003 – 2004 władze usunęły wszelkie sklepy z metra – ponoć po to aby zwiększyć bezpieczeństwo. Według informacji jakie znalazłem w Internecie, metro w Pekinie było jednym wielkim bazarem. Teraz jakakolwiek działalność handlowa jest zabroniona. Nie kupisz nawet wody mineralnej.
Niektóre stacje wyglądają lepiej. Pierwsze co rzuca się w oczy to wysokość sufitu i monstrualne kryształowe żyrandole. Ściany udekorowane są socrealistyczni witrażami, prawdopodobnie wystrój stacji zmieni się do 2008 roku. Pasażerowie metra to raczej średnia klasa. Bilet na metro jest 3 razy droższy niż na autobus a dla biedniejszych Chińczyków to sporo. Wciąż autobusy, motocykle i rowery to główne środki transportu.
Pewnego wieczoru wracałem na Wudakou z placu Tiananmen. Jak zwykle zmieniałem linię na Xizhimen. Tym razem nie było tak łatwo. Ścisk zaczął się tuż przy schodach. Porządkowi uformowali ludzką masę, używając rąk i metalowych bramek, poganiając wszystkich, wykrzykując coś przez megafony. 20 minut krok za krokiem sunęliśmy do wyjścia. Schody ruchome zostały wyłączone. Już na samej górze czuć było rebelię w powietrzu. Wychodzących z metra oddzielono metalowymi bramkami od tych co próbowali wejść. Na zewnątrz szalała burza. Prawie tajfun. Widziałem jak ludzie starają się schronić pod dachem metra. Pot, wilgoć, ścisk. Policja przeganiała tych co próbowali wyjść używając pasu dla schodzących na dół. Poczułem się jak na koncercie Heja w Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu w 1991 roku. To coś w powietrzu, tysiące ludzi, zapach potu innych, klaustrofobiczna histeria. W końcu się udało. W życiu nie wychodziłem z metra przez 40 minut.
Plany na przyszłość – olimpijska gorączka.
Po raz pierwszy od trzydziestu lat metro w Pekinie będzie poddane całkowitej renowacji. Wszystko na olimpiadę w 2008 roku. Prace zaczną się jeszcze w tym roku. Przewidywany koszt inwestycji to 518 milionów dolarów z czego aż 445 przeznaczone będzie na nowe składy pociągów jak i stworzenie automatycznego systemu sprzedaży biletów. Zmienione zostanie właściwie wszystko. Pociągi, sygnalizacje, obsługa komputerowa, usprawnienia dla inwalidów. Na linii żółtej (L-13) już częściowo wprowadzono półautomatyczny system biletowy. Sprawa wygląda jednak tak że bilety kupione na innych liniach są ręcznie wymieniane na jednorazowe bilety, które pasażer wkłada do slotu w bramce. Stare trakcje o długości 52,2 kilometra zostaną wymienione na nowe stalowe trakcje, które mają ponoć zredukować hałas jak i spowodować, że jazda będzie bardziej łagodna. Prace dokonywane są w nocy pomiędzy 00:30 a 4:00 rano, kiedy metro jest zamknięte. 180 pociągów zostanie wymienionych na klimatyzowane składy. Obecnie na pociąg trzeba czekać około trzech minut. Czas ten zostanie skrócony do 2,5 minuty, co jest międzynarodowym standardem. Ukończenie prac przewidywane jest na 2007 rok. Do tego czasu pasażerowie będą mogli dokonywać transferów na jednym bilecie. Do 2008 roku długość wszystkich linii wzrośnie do 300 kilometrów a system przejmie 20 % całego transportu publicznego w Pekinie. Dziś każdego dnia 2 miliony ludzi używa kolejki podziemnej.
Wycieczka do Pragi miała nam odświezyć mózgi. Czy tak się stało? Wątpię… Zero spania, część ekipy wraca do Klodzka gdy okazuje się, że nie ma gdzie spać (wszystkie miejsca, hoteliki, pensjonaty były pełne)… ja bedur i sylwia wytrzymujemy “jakoś” całą noc i o 8 rano powrót do kłodzka.








a wieczór wcześniej nagraliśmy teledysk, ziom, przekaz dla mlodych ludzi od ludzi starych, klodzko hiphop crew reprezent : Karabin66
“najgorsze są oczy tych, którzy nie rozumieją dowcipu. najgorsze są oczy tych, którzy nie rozumieją, kolego. i co ja teraz z tobą zrobię, kolego?” – Świetliki
chwilę na mnie tu nie będzie. mam mnóstwo do roboty – przede wszystkim trzeba zoorganizować siebie samego. spotkania, zlecenia, portfolio, myślę mocno o wystawie, książce, tonę w papierkach, przyzwyczajam się do komórki, samochodu, kluczy w kieszeni. Pojawią się tutaj również teksty których nie zdążyłem wrzucić wcześniej.
jak zwykle szukam roboty – zleceń foto – i tu proszę o kontakt na bartpogoda@gmail.com jeżeli ktoś ma konkretną sprawę.

Old City, Jerusalem, Israel, 22.04.2006

Havana, Cuba. Ferry to Regla. 29.12.2005

San Juan del Sur, Nicaragua. Vato Loco / ganja dealer. encepence w której ręce

Old City, Jerusalem, Israel, 22.04.2006
….
na razie tylko test skanów ze średniego formatu… resztę zbiorę w calość potem.
Tymczasem Wawa / jest dobrze….
Ostatni dzień w “Kamiennym Mieście” był także ostatnim dniem mojej 17 miesięcznej podróży. Dziś wraz z Lu y Lucjanem przylecieliśmy z Izraela do Polgarii… siedzę w swoim zaśmieconym mieszkaniu, słucham Macaco i czuję się jakbym nigdy tej nory nie opuszczał. Wiosna, panie sierżancie…















jestem zyje
14 godzin z sharm do tel avivu
nie wiem jak sie okreslic
nie wiem co sie dzieje
i nie zlicze wszystkich kontroli bagazu
3 godziny na granicy
i pol godziny przepytwania przez pewna pania o wielkich slicznych oczach ktora miala prawo mnie nie wpuscic, jak sie okazalo przepytuja tak wszystkich
na miejscu okazalo sie ze dzis wybuchla bomba w okolicach dworca – 9 trupow…
4 ulice dalej impreza . jakby nigdy nic.
nie wiem jak sobie izrael wyobrazalem
ale nie tak
jest dobrze, mieszkam z jakimis pijanymi typami backpackersami, jutro trzeba znalezc innych hostel bo nie wyrobie
jest 1 w nocy . nie jadlem caly dzien czas na jakiegos flfla
no wszystko pieknie, po raz pierwszy jestem z cala rodzinka na wakacjach (na wczasach haha) od jakis 8 lat. i jest dobrze. w zyciu nie bylem w takim miejscu – czysta masochistyczna przyjemnosc ogladac czarterowe wycieczki z polski, rosji i innych dziwnych krajow. ciekawa sprawa – ludzie maja nienormalna tendencje do stresowania sie na wakacjach – pani rezydent, wycieczki fakultatywne, obiady o okreslonej godzine, ubieranie sie do kolacji, zabijanie sie o krewetki w bardze (te i tak sa w nieograniczonych ilosciach), animatorzy kultury z italii, kicz i polsat w jednym. sharm al sheikh to okropne miejsce jednym slowem, ale dobre miejsce aby nic nie robic – spac, lezec i jesc. na szczescie to tylko pare dni – a najwazniejsze z tego wszystkiego to pobyt z rodzinka, nie widziana od dluzszego czasu
spie na balkonie, mam dach z gwiazd i spew muezzina o poranku. za 4 dni jeruszalaim. brakuje tylko dobrego ziola – ponoc beduini maja, wiec trza bedzie sytuacje wybadac.
salam alejukum szalom, ziom
Najpierw idą 40 dni z Sudanu, potem sprzedaje się je w Birqash, na targu wielbłądów…
więcej może napiszę, a może nie – nie mam siły pisać i robić zdjecia, nie idzie to w parze…















muchy, tluste koty, smog, duze fiaty i polonezy, salam aleykum, szukran, mister, cheap for you, faraonowie i binladeny, falafele, piramidy, swinksy, wycieczki upchane w autobusach, 20 milionow ludzi, piekne kobiety zakryte w sposob prowokujacy, zdjecia, szisze, herbatki i kawa z kardamonem, zimno w nocy, w dzien upalnie, i tyle w paru slowach…















haha sam nie wiem jak sie tu znalazlem ale afrika jest
chwila w polgarii, przejechalem sie tramwajem numer 25, bardzo fajnie, nie spalem normalnie od tygodnia, jestem odrobine chory poza tym do przodu, potem napisze co sie dzialo… a bylo to jak sen…
…
flying like crazy, from mexico city to frankfurt, from there to warsaw, less then 24 hours in poland, again to frankfurt, then to cairo… I am in Egypt, 7 days without proper sleeping … i need holiday from holiday…
wychodzone obrazy, wypocone myśli, przemoknięte ubranie, zdarte stopy, zapuchnięte oczy i krew w nosie, dwa tysiące metrów nad poziomem, milion nad pionem, mi vida bala perdida, sam w mieście, nie obcy, nie swój, obserwator, złodziej chwil, które się nie powtórzą
















Opowieści z podziemia. Underground stories. Mexico City Metro.

















Beetle Hasta Siempre

Siete pequenias negritas

Only these guys can save the planet. W nich cała nadzieja…





Harry

Cze


Era de Hielo Dos solo por 15 pesos…






Vacas Donde Vayas – czyli inwazja szalonych krów w Mexico City – do tego jeszcze wrócę ;)

Godzina 21:06. Na stacji metra Hidalgo wsiada dwóch chłopaków bez koszulek. Brudni, pocięci, odrapani, zdesperowani. Jeden z nich nawija coś szybko, na tyle rapido, że rozumiem piąte przez dziesiąte. W pewnym momencie drugi rozkłada na podłodze zawiniątko pełne szkła – kładzie się obok i z całej siły uderza łokciem rozcinając sobie pół ręki – krew się leje – typek pokazuje pasażerom rane, a drugi zbiera pieniądze. I idą tak przez cały pociąg. Takiego hardkoru nie widziałem od dawna.
…
written by Logan Phillips in San Pedro, Guatemala, during the la mota sessions
Bartolome reads 3 er 4 books
a night and doesn’t play games.
He is a guerilla fotografo. He
takes pictures like clapping. You
should see what his fish see.
You should see what Bartek
sees. He’s on the internet. He’s
on a motobike. He has thousands
of pictures of hotel rooms and
quite a few of sleeping people.
He fills up passports. His last name
is Pogoda before I forget to
mention it. They tried to bust him
but he paid them off. He owns a
flat in Polonia. Polaco. Europa. Not
America. He takes turns driving every 50km.
He rolls them fat with cardboard
filters. He may or may not be
interested in the project. He
speaks fake Mayan like a pro.
Has never asked permission
to take a foto. Wails on the harmonica
but can’t find the melody.
In his notebook I’ve never
seen him write, just scratch
things out with blue ink. He’s
a reductionist. He is a museum
of moments like all the great
fotografos. Some say only
children can see him. He does the
best imitation of dogs barking
that I’ve ever heard. He
has been known to saw “that’s
a lot of pleasure
for five Quetzales, man.” And
this is just a start.
Ostatnie dni w Nikaragui upłynęły pod znakiem relaksu. Plaża, upał, słońce, flor de cana, mota, przednia ekipa w postaci Ona, Pietera i Arelis, hostal dla surferów z dziurami w ścianach, przez które w nocy śpiewał wiatr.
W sobotę, późnym popołudniem wskoczyłem w taxi collectivo do Rivas skąd od razu złapałem chicken busa do Managui. Do stolicy przybyłem w nocy. Nie najlepsze to miejsce, szczególnie dla podróżnych. Ogrodzone murami i przyozdobione krzakami drutu kolaczastego osiedla dla nielicznej klasy średniej. Centra handlowe, fastfoody, sklepy i salony samochodowe przez którymi stoją uzbrojeni strażnicy. Reszta przedmieść to slumsy i rozpadające się budynki. Beton, blacha, kurz, smog i śmieci. Od świtu do nocu miasto przemienia się w wielkie targowisko – tanie żarcie, szmelc różnego rodzaju, pirackie CD i DVD (najnowsze kity z Hollywood, filmy katolickie i pornografia) – ludzie starają się jakoś związać koniec z końcem każdego upalnego dnia. Tak samo jest w Guatemala City, San Salvador, Tegucigalpie.
Gdy wysiadam z autobusu jest już bardzo późno, szybko łapię taxi w okolicę dworca Ticabus. Szemrana to okolica, pełna dziwnych typków zaczepiających podróznych. W nocy lepiej nie chodzić i nie są to ostrzeżenia bez powodu – wiele osób zostało tu obrabowanych. Klasyczna awantura z taksówkarzem, który próbuje ode mnie wyciągnąć dwa razy więcej niż mi powiedział. Potem jeszcze pojawia się muchacho który twierdzi, że był moim przewodnikem i doprowadził mnie do hotelu, za co chce kasę. Rzeczy w tym, że nie znam człowieka, typa na oczy nie widziałem. Wykończony zasypiam na cztery godziny. O 5 rano na terminalu już zebrała się grupka podróżnych. Ticabus jeździ na trasie z Panamy do Meksyku – za całkiem przyzwoite pieniądze. Pierwszy odcinek to 12 godzinna podróż do San Salvadoru. Szybko przekraczamy granicę z Hondurasem i Salwadorem. Paszporty, papierki, pieczątki, kolejki, syf graniczny – biedne dzieci żebrające o dolara, cinkciarze, kobiety sprzedające chipsy i napoje. Smutek tropikalnej granicy. W stolicy Salwadoru 12 godzin do zabicia. Z poznaną Norweżką do zmroku szwendamy się po kolorowym centrum (o Salwadorze pisałem wcześniej – patrz archiwum). Zakupuje pirackie DVD – “Wyznania gejszy” – eee jakoś nie dokońca, choć to niewątpliwie dobry film.
Znów wczesna pobudka. Jedziemy do Guatemala City. Poznaję typa z Kanady – Dylana, który przejechał całą trasę autobusami z Jukonu (północna Kanada) do Panamy, aby odwiedzić swoją siostrę. Po tygodniu zebrał manatki i ruszył w tą samą trasę tyle, że na północ. 2 tygodnie w autobusach, dobrych parę tysięcy kilometrów, nic nie zobaczył nic nie zwiedził. Jak mówi, to był dobry czas na myślenie. Jest nauczycielem jogi, przez parę lat pracował w Hong Kongu i Bangkoku (gdzie poznał swoją żonę). Zarobił niezłe pieniądze, ale hajtając się z Tajką musiał wnieść posag, w jego przypadku było to kupno domu za 30 tysiecy dolarów – teraz jest spłukany i jeździ autobusami :) W autobusie są jeszcze dwie Norweżki, moje sąsiadki z hostelu w Utili. Droga upływa szybko. Drzemka, czytanie, filmy, rozmowy. Autobus zatrzymuje się tuż przed granicą z Meksykiem. Nie możemy przejechać i jak mówi kierowca trzeba czekać, nie wiadomo ile. “Maniana, może jutro, lepiej iść do hotelu, bo droga zablokowana przez miejscową ludność” informuje przecierając pot z czoła. Niewiele wie a ja wiem, że “mierda” go to obchodzi i raczej nie jest pomocny w tej sytuacji. Trzeba było wziąć w swoje ręce. Polazłem na mały wywiad. Okazało się, że miejscowa ludność zablokowała drogę nad ranem i nie wiadomo kiedy to się skończy. Wracam do autobusu i postanawiamy przejść blokadę na piechotę. “Muy peligroso senor, oni mają pistolety, lepiej żebyście przeczekali” – kierowca jest lamusem. Proponuję abyśmy podjechali autobusem do blokady – reszta pasażerów zgadza się. Jak się okazuje nie ma problemu. Zabieramy bagaże z autobusu, ja chwytam jeszcze jedną walizkę pewnej starszej pani, seniora ma za dużo bagażu i przechodzimy przez blokadę. Meksykanie po drugiej stronie granicy zaczęli prace nad uregulowaniem rzeki, a w Gwatamali nic się nie dzieje. Ludzie wiedzą, że jak przyjdą deszcze, powodzie zaleją im pola i domy więc chcą aby rząd Gwatemali dostarczył im maszyny, aby i oni mogli uregulować rzekę po swoję stronie. Słuszna sprawa i jak zwykle ci biedniejsi i słabsi są poszkodowani. 5 minut później siedzimy w minibusie do granicy z Meksykiem. W Tapachuli czekam tylko pół godziny na autobus do Mexico City.
53 godziny w autobusach i po wszystkim. Pierwszego kwietnia przylatuje Kudłaty, 3 lecimy do Warszawy na jeden dzień, 4 kwietnia znów w samolot tym razem do Egiptu (gdzie widzę się ze starszukami i sister). 23 kwietnia wracam z Izraela do Polski. I tym samym zakończę 17 miesięczną podróż przez Azję i Amerykę Środkową.
Jak już pisałem wcześniej czas na zmiany…
Dziś raczej niewiele zdjęć. Bardziej gapienie się na ludzi i pstrykanie średnim formatem. Jedna wielka niewiadoma co będzie z tych zdjęć z analogu. Szkoda że tylko parę dni w La Ciudad Mexico… miasto mnie połknęło
The City has swallowed me. Today rather few photos. I spent whole day sitting in cafes or on the ground at the main plaza (Zocalo), staring at people. I shoot more on medium format – it’s a great unknown – I have no way of knowing as photos will come out. I wish I have more days here. This is my fifth visit in Mexico City and still I feel I’ve seen nothing. . It’s like a floating on the surface…






53 godziny w autobusach, nie wiem ile kilometrow, ale sporo
Mexico City – jedno z najlepszych jak dla mnie miast świata… jeszcze 6 dni.
Będzie więcej zdjęc. Dziś wracajac z zakupów (wyglądałem jak obdartus ostatni) co nieco popstrykałem…










tu będzie tekst, na razie nie mam oczywiście kiedy i jak go napisać… tranquilo amigos
poniższe zdjęcia z granicy gwatemalsko meksykańskiej na której utknąłem z powodu demonstracji antyrządowej… trzeba było na piechotę :)





znow powroty
w miejsca mi znane
odkrywane na nowo
nikaragua jest genialna… i gdybym prowadzil ranking ulubionych miejsc, byla by wysoko, a na juz na pewno w ameryce centralnej
tropik straszny
okolo 35 stopni
lecz az sie chce zyc
wyprawa zbliza sie ku koncowi, choc jeszcze z 6 tygodni przede mna
i duzo sie bedzie dzialo
a dzis – goraczka sobotniej nocy
wczoraj dzien swietego patryka w granadzie… chyba sobie powinniem zalozyc tajnego bloga, aby opisywac to co sie tylko na filmach dzieje, a niestety nie czuje sie na tyle abym mogl pisac wszystko na tej stronie
wulkaniczna wyspa omotepe na srodku najwiekszego jeziora w ameryce centralnej – to prawie morze… nie daleko od karaibow i 20 kilosow od pacyfiku.
musze w koncu spisac to co sie zdarzylo w ostatnich 3-4 tygodniach, bo wlasciwie od hondurasu nie pisnalem ani slowa
ciao
cala noc w autobusie, jestem w stolicy Hondurasu, podlej miescinie o nazwie Tegucigalpa
jutro do Nikaragui
w koncu wyspy, raj na ziemi, jutro zaczynam kurs PADI / 4 dni teorii i nurkowanie w jednym z najlepszych miejsc na ziemi…
potem wiecej nastukawszy










Sunzal
Żałuję jednej rzeczy – że nie zacząłem surfować będąc brzdącem. Oczywiście nie mogłem zacząć, bo niby gdzie, nie urodziłem się na Hawajach czy w Kalifornii lecz w Kłodzku – stamtąd jestem i będę. Nie mogę powiedzieć, że jestem z Warszawy, bo to tylko kolejny z przystanków. Oprócz pięciu tygodni w Ekwadorze w 2001 roku, gdzie ledwie liznąłem klimatu i fali, nie miałem później okazji oddać się żywiołowi oceanu. Wybrzeże Salwadoru obfituje w zajebiste miejsca do surfingu. Zatrzymałem się w Surfer’s Inn – przyjemny pokój, ogromny ogród z wielkimi drzewami i hamakami pomiędzy nimi. Przyjacielscy właściele, dwóch surferów z Europy – jeden z Holandii drugi z Niemiec. Pokój można wynająć na miesiąc za sto dolaresów, albo za 8 dolców na dzień.
Niedziela w Sunzal. Na weekend zjechało się tłumy ze stolicy. Około 20 surferów walczy o słabą falę – cóż sezon przyjdzie dopiero za 1,5 miesiąca, teraz jest tak sobie. Choć w sam raz dla początkujących. Pożyczyłem boogieboard (nazywany jest też bodyboard) od właścicieli hostalu. Boogieboard to krótka deska z pianki z elastyczną linką którą przytwierdza się na rzep do ręki. Zamiast surfować na stojąco zasuwasz na brzuchu (choć widziałem typków klęczących i wirujących wokoło własnej osi podczas surfowania na boogieboard). Generalnie to namiastka prawdziwego surfingu, ale co robić. Za pierwszym razem popełniam błąd nie zabierając z sobą małych płetw – musiałem się więc nieźle napracować aby wypłynąć w miejsce gdzie fale przełamują się. Potem już jakoś poszło – choć za pierwszym razem jak porwała mnie fala to w parę sekund znów znalazłem się przy brzegu – kolejny błąd, trzeba surfować wzdłuż fali a nie z nią. W wodzie czekając na falę zapominam o wszystkim. Jedyne o czym myślę – załapać się na odpowiednią falę. Uważam na innych, łatwo stracić głowę – w przenośni i dosłownie – ostre krawędzie desek innych surferów mogą obciąć ci głowę, ogłuszyć i tym samym tracisz przytomność pod wodą. Wszystko się może zdarzyć, nawet na tak małych falach. Strach pomyśleć jak to jest gdy surfuje się na ogromnych falach, gdzieś na Thaiti czy Hawajach. Skateboarding czy snowboarding odróżnia to od surfingu, że tam masz powierzchnię, która się nie zmienia – są góry, muldy, chodnik, krawęzniki, rampy, ulica, pipe – po tym się jeździ i tyle. W wodzie wszystko jest względne – nie ma jednakowej fali – wszystko się cały czas zmienia – wiatr, prądy morskie, przypływ i odpływ. Oprócz tego fale zależą od ukształtowania plaży i zatoki, podwodnych skał i raf.
Sunzal położone jest przy drodze CA-2. Pełno tu ogromnych amerykańskich ciężarówek przewożących drewno opałowe, słychać je z daleka,. Autobusy z i do La Libertad pojawiają się często wyrzucając kolejnych pasażerów i zabierając następnych. W paru niewielkich “knajpkach” można przekąsić to i owo – przede wszystkim pupusy – naleśniki z nadzieniem z fasoli, sera i mięsa – tanie, smaczne i pożywne. Za dwa dolary masz 4 pupusy, kawę i sok ze świeżych pomarańczy.
Suchitoto
Po czterech dniach zmykam na północ kraju do Suchitoto. Ostatnia kąpiel w oceanie, szybkie śniadanie w pupuseri i wbitka w autobus do La Libertad, gdzie przesiadam się w chickenbusa do stolicy. Tam wybiórka kasy z bankomatu, autobus miejski na dworzec. Pół godzinki czekania na i chwilę potem jadę w góry do Suchitoto. Poruszanie po Salwadorze jest bardzo łatwe – tanie autobusy, jest ich dużo, każda trasa ma swoją unikatową numerację – nie sposób się zgubić a odległości są żadne. Poza tym cały czas film przed oczami. Kobiety z towarem przenoszonym w plastikowych miskach na głowie, wsiadają na tył autobusu, na każdym przystanku pojawiają się sprzedawcy jedzenia, lodów, kurczaków, owoców a także dupereli od długopisów, baterii, ładowarek, etui do komórek skończywszy na lekarstwach, maściach i innych medykamentach “uzdrawiających”. Czasem wskoczy akwizytor, komiwojażer, który donośnym głosem zachwalać będzie produkt. Pojawiają się też autobusowi kaznodzieje – zbierający kasę na kościół. Zresztą religia ma wielkie znaczenie w Salwadorze. Wielokrotnie przechodziłem obok kościoła a czasem zwykłego baraku czy betonowego budynku skąd dochodził śpiew wiernych a ktoś grzmiącym głosem nakazywał ludziom co robić aby pójść do nieba.
W ciągu 3 godzin znalazłem się w górach, w niewielkim bardzo przyjemnym kolonialnym miasteczku. Suchitoto to Antigua, ale jakieś 15-20 lat temu. Są góry, jezioro, brukowane uliczki, cisza, spokój. Jestem jedynym gościem w hostelu Dos Gardenias. Stary dom, z ogrodem, porośniety krzakami, jest bar, wygodne sofy i pianino. Puste uliczki ożywają pod wieczór. Dni są bardzo słoneczne i gorące – wtedy życie toczy się pod dachami domostw. Kobiety robią pranie, rozwieszają na sznurkach, do wieczora wyschnie. Mężczyźni jak wszędzie, wydaje się, że nic nie robią siedząc na chodniku, pijąc piwo i rozprawiająć o Bóg wie czym. Uliczki ciągną się w dół i górę – przy krawężniku rosną palmy, kolorowe kwiaty, chwasty. Sielanka.
Krętą uliczką zszedłem do jeziora. Upał straszliwy. Szukam cienia, azylu. Tego brak. Okoliczne wzgórza łyse, wręcz pustynne, kiedyś rosły tu drzewa, wycięto je jednak, nie sadzących nowych. W Salwadorze to jeden z problemów. Deforestacja. Na łysych wzgórzach pasą się suche krowy, nad brzegiem jeziora stare łodzie gniją, bezużytecznie. Dzieje się NIC.
La Palma
Podróż autobusem do La Palmy to czysta przyjemność. Jedziemy w górę, coraz bardziej na północ, w stronę granicy z Hondurasem. To ostatnie miejsce w którym zatrzymuje się podczas pobytu w Salwadorze. Jest akurat weekend i trwają przygotowania do fiesty. W tym momencie gdy piszę te słowa w przytulnym hoteliku, gdzieś obok wybuchają sztuczne ognie, ludzie wypijają hektolitry piwa bawiąc się przy wiejskiej muzie i regetonie. Nie mam ochoty na zabawę – zresztą te klimaty to nie moja jazda. W dzień ludzie zajadali się różową watą cukrową, pupusami, tłustymi, zimnymi frytkami i gotowaną kukurydzą. Całe rodziny chodziły w kółko bez sensu, wyrostki sterczały pod ścianami, żując gume i rozbierając wzrokiem nastoletnie dziewczyny przechadzające się pod rękę po ulicach. Wielki festyn ludyczny. W niedzielę wielki ludyczny kac. Zwłoki pijaków leżały pod ścianami a czasem nawet na ulicy. Wiatr przerzucał sterty śmieci z jednego kąta w drugi. Karuzela kręciła w szalonym tempie się a diabelski młyn sprawiał, że wielu poczuło się nie za dobrze. Generalnie straszny syf ale widać, że salwadorczycy bawili się przednio.
Z zapisków
Ciekawa rzecz – mimo tak małych wydawało by się różnic pomiędzy Ameryką Łacińską, która wydaje się znacznie bliżej do Europy niż taka Azja (określam Azję jako ogół, choć wiem, że to błąd, ale upraszczam aby być bardziej zrozumiałym) czuję się wciąż jak ufolud, obcy, nieprzystosowany i głupi. W Salwadorze gdzie tak mało turystów ludzie milkną w mojej obecności, rozpoznają we mnie obcego w sekundę. “O gringo z Ameryki” – wiem że to pierwsza myśl jaka im do głowy przychodzi. Nie jestem szczęśliwy z tego powodu, co by tu nie mówić. Ale co robić: asi es la vida.
Nie jestem zadowolony i zadaję sobie pytanie właściwie po co to wszystko. Nie należy oglądać się wstecz, trzeba ewaluować do przodu. Ale jak? Cała ta gonitwa przez świata jest niezłą pożywką dla mózgu, choć niszczy mnie to od środka – życie niszczy, na życie się umiera, zatruwam się tlenem, wrażeniami, obrazami, dźwiękami, słowami. Życie jest narkotykiem, podróże uzależniają, ale widzę wielką potrzebę zmian. One nadejdą i to szybciej niż zdaję sobie z tego sprawę. Tu i teraz.
Ostatnio robienie zdjęć przychodzi mi z trudem. Znów wypaliłem się. Potrzebuję zmian, oddechu, nowych sytuacji, nic mnie nie zaskakuje, kolejne miejsce jest tak bardzo podobne do poprzedniego, że szybko tracę zapał. Od początku pobytu w Salwadorze nie zrobiłem ani jednego dobrego zdjęcia. Czym też jest “dobre zdjęcie”? Pytanie bez odpowiedzi. Przeglądam zdjęcia które wygrały w ostatniej edycji World Press Photo. Jak zawsze to samo – wojna, śmierć, choroby, katastrofy, epidemie – brak radości życia, brak uśmiechu, nie ma nadziei, że kiedyś będzie dobrze. Oczywiśćie ważne są te obrazy – wydaje się, że przede wszystkim skierowane dla nas – żyjących w względnym dostatku i bezpieczeństwie. Kolejki przed wystawą WPP. Wpadamy tam w międzyczasie, tak jak do kina czy na kawę. Boże to straszne, okropne, jak ludzie mogą tak żyć – oglądamy ten hardkor potem wpadamy do pizzyhut czy do kawiarni, komentując to co widzieliśmy. Ulga. U nas nie tak źle.
Na WPP po raz piąty nagrodę dostaje Gudzowaty – na forach dyskusyjnych znów głosy “jakbym był tak boaty jak on i miał taki sprzęt i takie możliwości to też bym zrobił takie zdjęcia”. Bzdura. Oczywiście jasną sprawą jest, że pieniądz pomaga, ale myślę, że Gudzowaty nie pracuje sam. Prawdopodobnie ma cały sztab ludzi – szukających tematów. Nie ma problemów ze sprzętem, może polecieć w każde miejsce na ziemi i zrobić materiał. Ewidentnie opłaca ludzi, aby dostać się w miejsce, gdzie “coś się dzieje” – no ale to tyle – reszta to talent i basta.
Andrzej Wajda odebrał nagrodę. Kolejną za całokształt. Z całym szacunkiem panie Wajda to wspaniałe, ale o ile mnie pamięć nie myli nie zrobił pan nic godnego uwagi od kilkudziesięciu lat. Wajda uśmiecha się nowymi zębami, filmowo, holiłódzko na zdjęciach z Berlina. Yeah!
Na szczescie sa tacy ludzie jak Baginski, ktory odebral nagrode w Wielkiej Brytanii za najlepszy film animowany… rispekt…
Każdego dnia czytam też co dzieje się w Polsce i na świecie. Bez komentarza…
Salwador
Wiele osób omija Salwador. Niewiele niby tu to zobaczenia, brak spektakularnych miejscówek “must-see”. Niektórzy po prostu przejeżdżają przez kraj w dwa dni – wyrabiając sobie wyobraźenie, które można określić jednym słowem – “dziura”. Jako, że nie za bardzo jestem zainteresowany fotografowaniem krajobrazów (a te są genialne w Salwadorze) – to nie wiele miałem tu do roboty. Ale nie żałuję. Parę rzeczy przyszło mi do głowy, miałem więcej czasu na myślenie, pisanie i czytanie – z dala od utartego backpackerskiego szlaku. Z całą pewnością Salwador wart jest głębszego zbadania, a to wymaga znajomości, kontaktów – mieszkanie w hotelach ogranicza bardzo – nie jesteś w stanie przebić się przez skorupę ludzką. Aby wywieźć wartościowy materiał zdjęciowy trzeba się zagłębić, poświęcić trochę więcej czasu, nie tak jak ja – po łebkach.
Chciałem napisać więcej o sytuacji w Salwadorze, historii, o tym co działo się tu przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Może będzie jeszcze czas w najbliższych tygodniach. Wymordowanie większości Indian, przewroty polityczne, głód w latach siedemdziesiątych, wojna (futbolowa) z Hondurasem, potem wojna domowa trwająca do końca lat osiemdziesiątych. To zbyt wiele jak na taki mały kraj, gdzie mieszka zaledwie 6 milionów ludzi. Zresztą tak było wszędzie w Ameryce Centralnej. My w Europie Wschodniej mieliśmy ZSRR a Ameryka Łacińska jest wciąż pod wielką presją Stanów Zjednoczonych. Cóż – Amerykanie przez swoją politykę nie są tu zbyt kochani. To zresztą temat rzeka…
Zainteresowanych odsyłam do czytania i oglądania filmów które powstały w ostatnich latach. O samym Salwadorze – “Salwador” w reżyserii O. Stona, “Niewinne głosy” – meksykański film z 2004, historia wojny domowej z punktu widzenia 11 letniego chłopca – mistrzostwo świata. Z książek “Wojna futbolowa” Kapuścińskiego, “Gorączka południowo amerykańska” Artura Domosławskiego – to co ostatnio połknąłem z zapartym tchem. Jest tego więcej – ale sam się jeszcze nie za bardzo zabrałem – to po powrocie do domu.
Nadeszła noc. Pora na kolejną porcję chlorochinowych snów.

Granica Gwatemali z Salwadorem

San Salvador

San Salvador

San Salvador

San Salvador

San Salvador

Sunzal

Sunzal

Sunzal

La Libertad

Suchitoto

Suchitoto

Suchitoto

Suchitoto

Suchitoto

Suchitoto

Suchitoto

La Palma

La Palma

La Palma

La Palma

La Palma
Granica w La Hachadura. Szybko i sprawnie przechodzę kontrolę paszportową. Na granicy gwatemalskiej klasycznie próbują wyłudzić ode mnie dolca. Wykpiłem się z bakszyszu, podobnie jak podczas wjazdu do Gwatemali. W takim wypadku należy zażądać oficjalnej, urzędowej informacji o takiej opłacie na papierze – oczywiście nie mieli czegoś takiego więc typek zrezygnowany machnął na mnie ręką. Niby dolar czy dwa to niby pestka ale w imię zasad. Przechodzę na piechotę most i jestem w Salwadorze. Tutaj nie ma problemów z kontrolą paszportów – hola, buenos tardes, Polonia?, bach i pieczątka z pozwoleniem na 90 dni pojawia się w moim paszporcie. Granica jak granica – podła, brudna dziura, z szałasami w których sprzedaje się pupusy, piwo i nachos. Robi się późno. W kieszeni mam zaledwie 25 dolców więc na pewno muszę kierować się do jakiegoś większego miasta, zamiast do Sunzal, wioski nad pacyfikiem, raju dla surferów. Na klepisku, gdzie pasą się trzy kozy stoi “chickenbus” do Sonsonate. Za 83 centy dojechałem tamże aby wsiąść do wygodnego autobusu do stolicy kraju. Salwador to najmniejsze państwo w Ameryce Środkowej więc w 3 godziny przejechałem pól kraju.
San Salvador. Z dworca autobusowego Terminal de Occidente wsiadam w taxi na Boulevard de los Heroes gdzie za 8 dolców wynajmuje pokój. Osiem dolaresów to wcale nie tak mało – ale to i tak najtańsze miejsce w stolicy. Super hiper markety, centra handlowe, kina, pizza hut, wendy’s, mac’s, blockbluster i inne twory amerykańskiej cywilizacji. Tutaj nie wiele osób chodzi, wszyscy w samochodach, tak jak w USA, z parkingu na parking. Drive Thru. Utykam tamże na 3 dni, oglądając pirackie DVD na laptopie, bezcelowo błądząc po okolicy. Ostatniego dnia opuszczam bogate rejony Boulevard de los Heroes. Autobus z numerem 30 przebił się do centrum miasta. Jeden wielki bazar. Czytając nieliczne relacje ze stolicy Salwadoru, jakie znalazłem w sieci, nie zauważyłem żadnych pochlebnych opinii o mieście. No ale jakby mogły być jak nie ma tu żadnych typowych “atrakcji” turystycznych. “Lepiej nie brać żadnych toreb” “Nie wyciągać aparatu” “Nie robić zdjęć” “Żadnych zegraków i biżuterii” – cóż mogłem zadbać tylko o ostatnią poradę – zegarka nie noszę od lat a biżuterii nie lubię. Centrum pełne szemranych typków, blaszanych bud, sklepów, sklepików, wszędzie sprzedają pirackie CD i DVD. Ponoć są jakieś kościoły i muzea ale te mnie nie obchodzą. Smog, upał, kurz, brud, hałas, smród – to mi się podoba – chodzę więc w kółko przez parę godzin – nie robię jednak zdjęć – po prostu delektuję się atmosferą ogólnego rozkładu.
Obserwując miasto a potem parę innych mieścin w Salwadorze, dochodzę do wniosku, że wszystkie te głosy o przemocy, złodziejach, gangach to kolejna paranoiczna plotka. Miasto jak miasto. Państwo jak państwo. Warszawa, Londyn, Pekin czy Koluszki wcale nie są bezpieczniejsze. Boimy się nieznanego, obcego – oczywiście gangi działały mocno w stolicy, dopóki prawicowy rząd (ARENA) nie zrobił porządku, postąpili jak Giuliani w NYC, z tym, że bardziej do rzeczy się przyłożyli. Łapanki na “odmieńców” z tatuażami, polowanie na subkultury, czyszczenie miasta z grafitowych esówfloresów, karanie za najmniejsze wykroczenia – ucierpiało wiele niewinnych ludzi (na co wściekła się lewa strona, polityczne skrzydło byłej lewackiej partyzantki FMLN). Ale o polityce jeszcze będzie (to za parę dni jak przepiszę z notesu). Poza tym gangi miejscowe zostały wyparte przez wyrzuconych z USA salwadorskich gangsterów z Kalifornii i wschodniego wybrzeża Stanów. Administracja Żorża B. postąpiła tutaj podobnie jak w przypadku khmerskich emigrantów, którzy popełnili przestępstwo. Każdy przyłapany nielegalny emigranty musiał pakować się i wracać tam skąd przyjechał.
Teraz przed każdym mniejszym butikiem, budką z hotdogami, bankiem, czy sklepem z pralkami stoi uzbrojony strażnik z obrzynem (shotgunem). Taka spluwa robi dużo hałasu, wygląda imponująco i ma niezły rozrzut. Mało precyzyjne, lecz swoje zrobi. Z bliska trafisz każdego, nie ważne jak celujesz.
plaza, w koncu ocean
juz dosc duzego miasta
i dziwnego guesthousu
pelnego amerykanskich peace corps
siedzacych przez caly dzien przed TV
rano wbitka w bus 44
przeoczylem Terminal Occidental
na dobre mi wyszlo bo wyjechalem na sama autostrade i nie musialem przez korki sie przebijac
stamtad bus 102 i pol godziny pozniej
pacyfik, piasek, deska, fale i slonce
Antigua straciła swój urok. Znów mi się włącza gadanie podróżnika emeryta, któremu zdaje się, że widział wszystko, choć tak naprawdę wielkie G. No ale tak jest. Chyba wszystkie kolonialne miasteczka straciły w moich oczach. Pełne turystów i łatwych rzeczy – internetu, kawiarni, dobrych restauracji.
Antigua to stara stolica małego nieważnego państewka gdzieś na końcu świata. Smutek tropików wyziera się z kościołów zniszczonych przez czas i trzęsienia ziemi. Teraz jest milutko i turystycznie. Slicznie i kolorowo. Ale jakoś nieprawdziwie. Brukowane uliczki przeznaczone dla powozów konnych zakorkowane przez niezliczone metalowe potwory wydychające chmury szaroczarnego dymu. Jest romantycznie i powabnie. I kosmopolitycznie. Nocne kluby wypełniają się szybko młodziakami z całego świata, którzy pod pretekstem nauki hiszpańskiego bawią się na całego. No i dobrze. Przecież życie to nie tylko praca i pielęgnowanie garba. Dzieciaki puszczają bańki mydlane w Parku Centralnym, w środku którego stoi fontanna – rzeźbione kobiety sikają wodą z betonowych cycków. Czasem natura beznamiętnie niszczyła to co ludzie zbudowali. Antigua zalewana była strumienami gorącej lawy wulkanicznej. Czasem ziemia się rozstępywała a w powstałej dziurze znikały śmieci cywilizacji. Do dziś jeden z wulkanów jest aktywny – El Fuego wyniesiony na prawie 4000 metrów świeci w nocy czerwoną poświatą rozgrzanej lawy a czasem wyrzuca z siebie kłęby dymu.
Antigua była kiedyś stolicą Gwatemali zanim przeniesiono ją do Guatemala City – obecnie ogromnej metropolii z ulicami i rzędami bardzo podobnych do siebie domów, brudnym i zakurzonym centrum i przedmieściami ogrodzonymi drutem kolczastym. Tam mieszkają bogaci. Lecz zaraz obok – slumsy – tam trafia większość przyjezdnych z prowincji, tych, którzy szukają szczęścia w wielkim mieście.
Co wieczór wspólne gotowanie i preparowanie drinków w mixerze. Stary plastikowy mixer co noc budził się do życia. Arbuzy, banany, pomarańcze, ananasy miksowane wraz z rumem – znakomita napitka w której nie czuć okropnego smaku taniego gwatemalskiego rumu. W Hostelu Los Amigos (prowadzony przez Sergio i jego żonę, dobrych ludzi) oprócz miksu owocowego jest także miks narodowy. To lubię. Jest Rafał, Polak z Torunia, który wyjechał wraz z rodziną do Niemiec w wieku lat 10. Jest też On i Oshrat z Izraela – mama Ona pochodzi z Indonezji, tato z Rumunii. Oshrat też ma korzenie polskie a także rumuńskie, a jej matka urodziła się w Chicago. Pojawił się też Gabriel, którego ojciec wyjechał z Warszawy do Izraela w latach piędziesiątych. Spotykam również Szwedkę z amerykańskim paszportem. W rogu w kącie siedzi Ruen z kraju Basków, rozprawiając z dziewczyną z Argentyny i jej przyjacielem z Kostaryki. Wieczorem pojawia się mało sympatyczny wypakowany Amerykanin, surfer o twarzy aktora z czasów kina niemego, jedyny typ którego niestrawiłem od samego początku. Ludzie pojawiają się i znikają. I czasem dochodzi do przepływów pozytywnych wibracji, ale aby do tego doszło trzeba przebić się przez gąszcz klasycznych pytań i odpowiedzi – skąd, dokąd, jak długo i po co. No ale tak już musi być.
Przebimbałem trzy dni w Antigua, spakowałem graty i ruszyłem na południe w stronę granicy z Salwadorem.









Druty kolczaste i hipermarkety, spluwy i bezdomni, drogie samochody i stare chickenbusy, w portfelu plik dolarow (w Salwadorze pozbyli sie waluty wlasnej w 2000 roku), zero zdjec, dziwna atmosfera i brak planow gdzie co i jak…
no i nowy imydz

doslownie 2 minuty i zaraz spadam do salwadoru… chyba nad ocean, sprobuje raz jeszcze surfingu
hasta pronto
PS.
dzieki ludziska za przysylanie ksiazeczek
Teraz w Antigua. Parę dni i ruszam do Salwadoru. Ole!
PS.
Skończyła mi się literatura – mam więc prośbę – ma ktoś jakieś interesujące ebooki, przede wszystkim polskich autorow, bo angielskich ksiazek mam pod dostatkiem, a polskiego slowa zawsze w drodze mi brak. proszę o kontakt,. grazie
San Cristobal de las Casas. Chiapas, Meksyk.
W nocy chłod. Gdyby nie cztery grube koce to przeklinałbym sam siebie za własną głupotę – nie wziąłem śpiwora, który zazwyczaj jest niepotrzebnym balastem w niewielkim plecaku. Magic Hostal to dobre miejsce. Przestronne patio, wokoło rozwieszone hamaki, pod ścianami sofy nakryte ciepłymi kocami i stertami poduszek. Jest też w kuchnia z kominkiem, w zimne noce sama tequila nie rozgrzeje. Nocleg kosztuje 50 peso (5$) w sali wieloosobowej. Z głośników przez cały dzień płyną dźwięki z laptopa Luisa – dobre bity, muza, której wcześniej nie słyszałem. Nic się nie powtarza, muzycznie podróżujemy od Meksyku, po Brazylię, stamtąd skok przez ocean do Afryki aby zupełnie nielegalne znaleźć się na Bałkanach, stamtąd Luis zabiera nas w klimaty zupełnie inne – delikatne dźwięki fortepianu, Chopin – gdzie on to dorwał? I tak przez cały w Cristobal. Luis pochodzi ze stanu Oaxaca, teraz pracuje w tym hotelu, właściwie jest współwłaścicielem. Wcześniej mieszkał w Stanach, ohajtał się, aby się szybko rozwieść, uczył hiszpańskiego w szkole w Bostonie, a potem pracował na budowie przez parę miesięcy. Wrócił do Meksyku i nie zamierza stąd wyjeżdżać. Dobrze się czuje na starych śmieciach, ma laptopa z muzą z całego świata, niewielkiego pieska wabiącego się Maya, który za dwa lata będzie całkiem sporym pitbullem.
Po wioskach i miasteczkach Chiapas miota się duch rewolucji. Widmo Che Guevary w postaci “pop” pojawia się w każdym miejscu. Na koszulkach, murach, ścianach knajp. W 1994 roku pojawił się nowy bohater w tej historii. Człowiek w masce, współczesny Zorro i Che w jednym – subkomendante Marcos, nieformalny przywódca lewackiej partyzantki walczącej o prawa Indian. I nie tylko. To z pewnością coś więcej.
Podczas mojej pierwszej wizyty w Chiapas w 1998 roku wciąż widoczne były ślady wojny domowej, która wybuchła 1 stycznia 1994 roku. Oblężenie San Cristobal nie trwało długo, EZLN (Ejercito Zapatista de Liberacion Nacional) czyli po prostu Zapatyści musieli wycofać się w góry pod naporem wojsk rządowych. Aż do 2002 roku Marcos był najbardziej poszukiwanym człowiekiem w Meksyku. Gdy PRI po raz pierwszy od 70 lat straciła władzę, a prezydentem został inny Zorro, z wąsami i w kowbojkach (Vincente Fox, były prezes meksykańskiego oddziału Coca-Coli; Fox i Zorro oznacza odpowiednio po angielsku i hiszpańsku lisa), Marcos stał się wręcz postacią pożądaną w całym kraju. Nikt go nie ścigał, i nie przeszkadzał odbyć rajd przez cały kraj aż na Zocalo w Mexico City, gdzie przywitał go wielotysięczny tłum.
Lata płyną – Marcos i Zapatyści to teraz znacząca siła w Meksyku. Wkrótce nowe wybory na urząd prezydenta. Ludzie są zawiedzeni Foxem (zresztą tak jak każdym jego poprzednikiem). Prawdopodobnie teraz prezydentem zostanie ktoś z lewej strony (tak jak to się stało w Boliwii, Brazylii czy Wenezueli). Marcos nie popiera nikogo. Młodzi z Europy Zachodniej i bogatszych częsci Meksyku przyjeżdżają do Chiapas przyciągani magią rewolucji. Nie wierzę w to wszystko, choć znacznie bliżej mi lewej strony, prawa mi nie robi dobrze w głowie. Jednak tak jak pisałem wcześniej o Kubie, nic tu nie jest czarne i białe. Zachodnia młodzież odrzuca zachodnią cywilizację, przynajmniej stara się ją negować. Czytają książki, buszują w necie, chodzą na spotkania zapatystów. A ja wiem, że to jest na chwilę na moment, na miesiąc, dwa a potem powrót do kraju aby oddawać się wszelkim konsumpcyjnym uciechom. Czy tak naprawdę pozbylibyśmy się tego wszystkiego co przynosi nam zachodnia cywilizacja? Tak naprawdę? Wątpię. Zachodnia cywilizacja sama się skończy.
A Marcos? Jest teraz prawdziwą pop-rewolucjną gwiazdą z t-shirtów która prawdopodobnie w przyszłości, za 5-10 lat zostanie prezydentem Meksyku. No tak… Historia go rozgrzeszy. Mam nadzieję, że coś dobrego z tego wyjdzie. I pytanie – czy Marcos zdejmie wtedy swoją kominiarkę?
Gwatemala.
W końcu opuszczam San Cristobal. 8 dni w jednym miejscu, Gwatemala wzywała. Do granicy dotarłem troszkę zbyt późno, przez co musiałem nocować w smutnej dziurze Huehuetenango, zamiast od razu uderzyć do Todos Santos.
Uśmiechnięte twarze, mieszkańcy pozdrawiają się wzajemnie, “hola” “buenos dias” “que tal?”. Na pierwszy rzut oka można odnieść wrażenie, że owszem jest się w biednym kraju, jakże innym od krajów północy i przez to tak ciekawym i “egzotycznym” a ludzie wyglądają na szczęślwych, uśmiechają się od ucha do ucha srebrnymi bądź złotymi zębami i pozdrawiają nieznajomego “gringo”. Jeziora, wulkany, dżungla, góry, zaginione miasta Majów, dostęp do do Karaibów i Pacyfiku, kawowe plantacje, grupa przyjaznych ludzi w około, dobre hostele, zabytki, jaskinie i szkoły hiszpańskiego. Trudno uwierzyć, że jeszcze całkiem niedawno, kilkanaście lat temu, w kraju tym miały miejsce krwawe i zupełnie przedziwne wydarzenia – także tutaj, jak zresztą w większości krajów Ameryki Łacińskiej – ludzie robili sobie nawzajem niefajne rzeczy. Gwatemala przez prawie 40 lat to kraj targany wszelakimi konfliktami w których główną rolę odgrywało parę czynników: nierówności społeczne mające swoje korzenie w kolonizacji kraju, rozwarstwienie społeczeństwa, tzw. caudillos – czyli latynoscy dyktatorzy, duża rola USA i CIA we wspieraniu reżymu i dyskryminacja Indian. Niby w 1996 roku odbyły się pierwsze demokratyczne wybory od 40 lat to wcale nie jest stabilnie i spokojnie. W stolicy kraju Guatemala City, największej metropolii w Ameryce Centralnej, nie ma nocy i dnia bez trupów. Drobni złodziejaszkowie napadają na autobusy pełne turystów, wspinając się mało uczęszczaną trasą na jeden z wulkanów Gwate też trzeba być ostrożnym. Ale tak to już jest. Wszędzie może cię spotkać coś złego. “Kraje bezpieczne” to po prostu “nudne kraje”. Zreszta jaki kraj jest bezpieczny? Ameryka Łacińska jednak na pewno różni się w tej sprawie od Azji. Violencia, gorąca krew, koka, macho latino, religia, seks, wymieszanie kultur (starodawnych Majów, Azteków czy Inków, przychodzących po złoto z krzyżem, ogniem i mieczem Hiszpan i Portugalczyków, odrobiny Francji, Anglii i Holandii, no i Stanów Zjednoczonych plus Afryki w postaci niewolników, gdy wszyscy Indianie zdolni do pracy umarli).
Todos Santos Cuchumatan.
Odległość pomiędzy Huehuetenango a Todos Santos Cuchumatan nie jest może imponująca – zaledwie 40 kilometrów – natomiast czas jaki trzeba poświecić aby tu dojechać to około 3 godzin. “Chicken bus” czyli przerobiony na środek transportu publicznego amerykański autobus, który wcześnie przewoził przez długie lata jankeskie dzieciaki do szkół z trudem piął się pod górę. Im wyżej nad poziom morza tym więcej osób zapadało w sen. Dotarłem do Tres Caminos. Tu kończyła się dobra, asfaltowa szosa. Autbus skręcił na lewo i przez godzinę jechaliśmy po niezłych wertepach. Dobrze, że tak krótko, choć szczerze mówiąc bardzo lubię “chicken busy” (nazwa pochodzi o tego, że oprócz przewozu ludzi i towarów czasem pasażerem jest kurczaczek, albo obcięta głowa prosiaczka tudzież całkiem żywa becząca koza).
Na miejscu okazuje się, że Todos Santos to całkiem spora wioseczka. Parę hoteli, dwie szkoły hiszpańskiego, internet, comedores (czyli niewielkie restauracje prowadzone przez miejscowe kobiety – mężczyźni są w Ameryce i w pocie czoła na nielegalu pomykają po kilkanaście godzin dziennie za garść dolarów).
Dzień w Todos Santos kończy się szybko. Słońce zachodzi o 18 i właściwie nie ma co robić. Zamykam się wtedy w pokoju i czytam. Za oknem zaczynają ujadać psy. Dziesiątki psów. Skomlą, szczekają, walczą ze sobą, bzykają się, biegają po blaszanych dachach okolicznych domów. Czasem z dołu słyszę fałszywe dźwięki z elektronicznych organów Casio. Właściciele hotelu są ewangelikami i próbują przed nabożeństwem. Gospel made in Guatemala.
Przez cztery dni szlifowałem swój hiszpański. Za 320 quetzali (120 zeta) wziąłem 10 godzin lekcji w szkole Hispanomaya. Oprócz poszerzania wiedzy językowej, mój nauczyciel Polo dostarczał mi codziennie historyjki z Todos Santos i Gwatemali. Codziennie zacząłem czytać główny dziennik Gwatemali, właściwie aby skumać co się dzieje tutaj na miejscu. Czasem w szkole pojawia się z wykładem Fortunato, szef wioski. Prowadzi niewielkie muzem Todos Santos, mieszka tu od lat i nie jedno widziały jego oczy.
Potem przybył “Logan de la Frontera”. Z Arizony, mieszkający na samej granicy z Meksykiem. I ma w tej sprawie dużo do powiedzenia (www.dirtyverbs.com) i chyba daleko odbiega od stereotypu mieszkańca “Imperium zła”. Ciekawa sprawa z Amerykanami. W ostatnich latach wydaje się jakby ich raczej mniej kochali. Niewielu Amerykanów jeździ z plecakiem, a ci co już jeżdżą mówią, że są z Kanady (krążą historie o Amerykanach co przyszywają kanadyjskie flagi do swych monstrualnych plecaków, aby ludzie nie brali ich za Jankesów). Zaczęli to robić sami Kanadyjczycy jakiś czas temu, aby odróżnić się jakoś od południowych sąsiadów. Tak się też zdarzyło, że parę dni potem w San Pedro nad jeziorem siedziałem w grupce Kanadyjczyków – ci przyznali, że tak naprawdę odróżnia ich ta flaga, ale styl życia mają taki sam. Ale i tak nienawidzą Ameryki. Well, blame Canada.
Z Todos Santos do Coban
Cierpienie leży w naturze człowieka. Istniejemy po to aby się zadręczać. Aby zasmakować odrobinę przyjemności, trzeba się pomęczyć. Tak właśnie jest w drodze. Ten idiotyczny pomysł aby przejechać nieprzejeżdżalną teoretycznie drogą z Todos Santos do Coban wpadł mi właściwie podczas kartkowania Lonely Planet. Natknąłem się na rozdział o trasie z Huehue do Coban – że to jest najlepszy offroad odcinek w Gwatemali. Niestety (albo stety) właśnie kładą asfalt na tym odcinku więc droga jest znacznie łatwiejsza. A ja przecież chciałem hardkore.
Mieliśmy wyruszyć z rana. A las cinco de la manana. Tak wczesna pora wydawała się bardzo naturalnym rozwiązaniem. Chcieliśmy tego dnia dotrzeć do San Mateo. Plany pokrzyżował histeryczny deszcz i wichura która rozpętala się późno w nocy. W ciemności i w deszczu jazda przez góry odpadała. W końcu wyruszyliśmy dopiero około południa, gdy przestało padać (a potem zaczęło znów i nie przestało padać przez następne 4 dni).
Surowy krajobraz. Kamieniste wzgórza, osnute mgłą. Autobus nie jedzie szybciej niż 20 kilosów na godzinę, pnąc się pod górę aby za chwilę zjeżdżać w dół, w epileptycznym transie. Ten autobus się rozpada ale kierowca i pasażerowie są pod opieką plastikowej Matki Boskiej uśmiechającej się promieniście zza przedniej szyby. Mamy naprawdę głęboką wiarę w ten rozklekotany kawałek metalu na kółkach z 1966 roku. Jest zimno, może 5 stopni celsiusza, wściekły deszcz wpada przez niedomknięte zapsute okna chicken busa. Tłok. Indianie jadą do domów, w interesach, odwiedzinach. Kobiety karmią dzieciaki chipsami a czasem dadzą possać cyca. Śmierdzi mleczną kupą niemowlęcia. Nie przeszkadza mi nic. Odłączam umysł od niewygód drogi za pomocą dwóch tabletek środka w rodzaju “aviomarin”. Czas jakoś leci. Mgła taka, że przez okno podziwiam jedynie kamienistą i wyboistą drogę, krzaczory, karłowate drzewka i kaktusy. Czasem z mgły wynurzą się betonowe budynki – widać że w ostatnich latach wybudowane przez powracających z Ameryki. Gwatemalskie gargamele, pałacyki z betonu i prętów – jak to jest, że jak ludzie zarobią szybko pieniądze to pierwsze na co wydadzą kasę to brzydki pałacyk i duża bryczka.
Jadę sam z całym dobytkiem moim i Amerykańca, który wyskoczył z autobusu, bo zostawił w hotelu pod materacem całą kasę i paszport. Umówiliśmy się w Tres Caminos. Wyładowałem się z dwoma plecakami, moją torbą i gitarą na rozwidleniu dróg. Podreptałem na drugą stronę ulicy, w kierunku miasta Solola. Comedor Maria wydał się miłym miejscem, aby poczekać na Logana i wypytać o połączenia na północ. Z innych autobusów wytoczyły się grupki mężczyzn w takich samych pasiastych spodniach jakie noszą mieszkańcy Todos Santos. Wszyscy pijani, zaczęli oddawać mocz na autobus, w krzaki, pod murem i po drugiej stronie ulicy. Potem zebrali się znów w grupki, część uderzyła do sklepiku aby ustawić się w kolejce po więcej “Gallo” (moje ulubione piwko w Guate). Jeden z nich o pociętej twarzy, z lekko zezującym pijanym wzrokiem uśmiechną się kolorem srebrnym i zagaił po amerykańsku “whassup”. Pedro, bo tak miał na imię ów człowiek pił od tygodni. Pił odkąd wrócił z północy kontynentu. Po dwu i pół roku w Stanach, wrócił na stare śmieci, buduje gargamela, kupuje bryczke, ale teraz jeszcze na razie pije. W końcu go stać.
Przechadzając się po Todos Santos uderza w oczy brak mężczyzn w wieku 18-35. Jak na wojnie. W wiosce zostały dzieci, kobiety i starcy. Większość meżczyzn odbywa podróż na północ. Aż do granicy meksykańsko – amerykańskiej. Pedro mówi, że płaci się w zależności od ukladu sumę 1500-2500 dolarów za przeprowadzenie do Stanów i namiary na robotę – choć te nie potrzebne wszyscy jeżdżą w te same miejscówki, w kupie innych todos santeros raźniej. “Coyotes” czyli przemytnicy masy latynoskiej mieszkają również w Todos Santos i innych wioskach i miasteczkach tej części Gwatemali. Polo (ten od hiszpańskiego) opowiadał mi, że miejscowi Coyotes jadą całą grupą przez Meksyk tam przebijają się przez granicę do Stanów. Chętni nie muszą płacić od razu. Czasem tylko część a resztę po pierwszej wypłacie już w Stanach. Wielu idzie na taki układ. Wszystko jest “na gębę” ale tu wszyscy się znają.
W końcu przyjeżdża Logan następnym autobusem z Todos Santos. Chwilę jeszcze czekamy na autobus do Sololi, która okazuje się straszną dziurą. Deszcz, mgła, błoto, betonowe budynki, dziwne typki, drogi hotel z kartonowymi ścianami i epileptyczną kablówką. Mnóstwo miejsc oferuje tanie rozmowy ze Stanami. Western Union i banki na każdym kroku. Widać lepsze, terenowe i duże samochody. Miejscówka na końcu świata. Potem widzieliśmy parę podobnych miasteczek. Jemy kolacje w fastfoodzie, oglądając kablówkę na której pokazywano telenovele na przemian z porażającymi newsami z całego świata. Meksykańska spikerka i pani od pogody miały ogromne sterczące piersi.
Rano wskakujemy w autobus do Barillas. Tutaj asfaltowa droga znów się kończy. Kończy się wszystko. Jedziemy w mglistym mleku, nie wiem jak kierowca widzi cokolwiek. Bo ja nic nie widzę. Rezygnujemy z San Mateo, które utonęło w wodzie. W autobusie jedzie parę osób, niezbyt dużo, możemy zająć całe miejsce, choć przy braku amortyzatorów to i tak wszystko jedno. W Barillas mieliśmy już dość jazdy na dziś, ale trafiła się okazja – półciężarówka Toyota Landcruiser do Playa Grande. W Barillas zdążyłem się odlać, kupić parę owoców i wodę. Znów trzeba było jechać. Tym razem miało być jeszcze gorzej. Stłoczeni pod plastikową plandeką stanowiliśmy grupę jedyną w swoim rodzaju: paru rolników, dzieciaki wracające z rancza, lekarz, typek pracujący w jakieś organizacji państwowej, ubrany na czarno, błyskający złotym siekaczem, kobieta w spódnicy z koca, z pomarańczami i kogutem, miły człowiek z dwiema małymi córeczkami, staruszek w kowbojskim kapelusz z dwoma tylko przednimi zębami ale za to jeden srebrny, dwóch gringos, ja i Logan. Skład osobowy zmieniał się co kilkanaście kilosów. Gdy przestał padać deszcz, odkryliśmy plandekę. Teraz jazda zamieniła się w przyjemność – na stojąco, bez obijania sobie tyłka i kolan, wiaterek wieje, ciepłe tropikalne powietrze, znacznie przyjemniejsze od ostrego górskiego powietrza. Zapach gnoju, siana, krów i kawy. Wiochy, zielone wzgórza, ogromne drzewa Ceiba których się nie ścina, pola kukurydzy (którą sieje się dwa razy w roku, tak rzyźne są ziemię w tych okolicach). Wraz z poprawą pogody, poprawił się humor kierowcy, ze zgrozą zauważyliśmy wypadające z szoferki puste puszki po Gallo. Kierowca zresztą często na siusiu się musiał zatrzymać. Cóż, będzie dobrze, pomyślałem.
Playa Grande. Hehe – witamy na szlaku gwatemalskich dziur. Uwielbiam takie miejsca, jak w westernach. Jedna ulica, na niej wszystko co do życia potrzebne. Miasto pogranicza i mrocznych interesów. Gdzieś tu podobno jest jakaś przepiękna laguna, ale znów zaczyna padać. Trzeba spadać na południe. Trzeciego dnia podróży znów witamy w dżungli. Tym razem stłoczeni w mikrobusie. Rzeźnia. Przez dwie godziny, potem z ulgą powitaliśmy asfaltową drogę do Coban.
Od czasu gdy opuściłem Kubę nie napisałem nic sensownego. Kończy się miesiąc, dwa tygodnie spędziłem w Meksyku aby tydzień temu pojawić się w Gwatemali. Plaża, wyspa, ruiny, dżungla, góry, rewolucja, backpackersi, autobusy, dobre chwile i słodkie nicnierobienie. Mógłbym napisać poradnik “Jak nic nie robić aby wszyscy myśleli, że jednak coś robisz”. Trzydziestka na karku. Muszę parę rzeczy zmienić, uporządkować, aby nie zginąć w tym bałaganie. To wiem na pewno, tak samo jak świadomy jestem, że istnieję, żyję i oddycham tlenem tej przeklętej planety. Liczy się dzisiaj, a nie jutro czy wczoraj. Jak zwykle banalny zapis, ale tak właśnie czuję. Bardziej niż kiedykolwiek.
Ten trip to powroty i powroty… miejsca ktore widzialem wczesniej, teraz ogladam je jakby nowa para oczu… co innego w glowie, co innego takze na widoku…
san pedro de laguna sie rozroslo… nie jest to malutkie miejsce – wzgorze i brzegi jeziora pelne sa niewielkich hotelikow, betonowych potworow, przyjemnych knajpek i doskonalych restauracji (z jaka ulga wczoraj pochlonalem Thai Curry – mila odmiana)
wczoraj genialny festiwal rege nad brzegiem jeziora – rzecz na poziomie, bez sciemniania – kawal dobrej muzy na zywo, ognisko, sensimilla, spoko ludzie…
no i tak malo konkretnie i mgliscie pozdrawiam znad jeziora Atitlan
…
z tego co widze w polsce masakra – mroz i tragedia w katowicach… rece opadaja… ajajaj..
…
przegladam swoje finanse – topnieja z dnia na dzien – wyglada na to ze dlugo nie pociagne, wracam jak tylko mrozy zejda. prawdopodobnie na poczatku marca.
hasta la pasta
dosc wertepow. dojechalem do coban. wciaz nie mam wiekszego tekstu ale sie pisze. nie bedzie natomiast zdjec. padal taki deszcz ze robienie zdjec odpadlo. niestety.
na razie
nie jestem jednak nad morzem, jestem gdzies posrodku guatemali… dwa dni spedzone w autobusach, ciezarowkach, w mgle, w gorach, w dzungli, po totalnych bezdrozach… internet bardzo wolny… informuje ze zyje i tyle.
Niedziela w Todos Santos nie mogła być zwykłym dniem. Parę obrazków poniżej. W dalszym ciągu nie zabrałem się za pisanie. Obrabiam stare teksty – trzeba coś sprzedać aby móc jechać dalej…
Chrzest w kościele ewangelickim.




Pogrzeb w kościele katolickim.



I przed obiadkiem wizyta w rzeźni.





Todos Santos czyli Wszystkich Swietych, to niewielka wioska polozona na wysokosci 2400 mnpm. Wokolo gorki, ostre slonce przedziera sie przez mleczne klebowiska chmur, lejacych sie ze szczytow gorskich. Pare lat temu, miejscowa ludnosc wziela za satanistow grupe japonskich turystow i spalila zywcem kierowce i jednego z turystow. Na szczescie teraz to oaza spokoju . Przynajmniej tak mi sie wydaje. Jest bardzo zimno. Podejrzewam ze w nocy zejdzie do zera.
Wieczorem widziałem film Todos Santos Survivors – o tym co działo się tu podczas wojny domowej w latach 80tych… potem więcej





znów w szkole – Hispanomaya en Todos Santos – wziąłem 10 godzin hiszpańskiego, aby sobie co nie co gramatykę przypomnieć – co by tu nie mówić, gadam językiem ulicy na razie…
Do wtorku w Todos Santos a potem zmykam na północ, drogą w ogóle nieuczęszczaną – z wysokich gór prosto w dżunglę…
jestem juz w huehue… oczywiscie nie ma co ponownie pisac ile sie zmienilo… znow spie w tym samym hotelu, w pokoju numer 6….
jutro do todos santos
dobrze znow byc w guate
zmykam na południe…8 dni w Cristobal, dobrych 8 dni…
dziś cały dzień czeka mnie jazda przez góry Gwatemali… zamierzam dojechać przynajmniej do Huehuetenango – a jutro z rana w góry do Todos Santos…
Wczoraj niespodziwane spotkanie – Carlo i Tania – których spotkałem wcześniej w Ekwadorze i przypadkowo w Bangkoku znow pojawili się na horyzoncie. Wieczorem włoska kolacja – główne danie w postaci królika kupionego od Indian i duszonego w winie czerwonym przez 30 godzin.
Mam inne zajęcia i jak zwykle odkładam pisanie na później.
Jak wcześniej wspominałem – dużo się zmieniło – miejscowa ludność wbiła się w bryczki, pojawiły się komóreczki, domy towarowe, knajpki i turyści w dużych ilościach.






zimno jak cholera, i ile sie tez zmnienilo. wczesniej bylem w 1998 i 2002 roku. w telegraficznym skrocie, bo glod mnie dopadl, bo calym dniu jazdy z palenque.
aloha
Bardzo szybko zrobiła się paczka złożona z dziwnych osób: ja, Jochan (dj z Belgii – jeździł po Meksyku grając imprezy electro), Nina (pisze prace na temat powiązań w strojach Majów z kosmosem i gwiazdami) i Moritz (aka DJ Moarize – tez dj i też grał koncerty w Meksyku). W związku z cenami w Tulum, wbiliśmy się razem do jednego pokoju aby zaoszczedzić na kasie trochę, dobrą opcją jest też gotowanie samemu – choć nie sposób przestać jeść meksykańskie żarcie, bo po prostu jest za dobre. Papryka, chili, salsa, jalapenos wyżerają mi mózg i żołądek – mniam :)
Znów zmiana planów, okazało się, że do Belize wizy potrzebne, coś źle przeczytałem przed wyjazdem, więc nie jadę tam tylko do Chiapas (które znacznie ciekawsze się wydaje)…





dzis uciekam z Isla de Mujeres na poludnie… totalna niespodzianka rano – spotykam w hostelu kolesia z Argentyny z ktorym pracowalem w restauracji w Colorado jakies 4 lata temu…. swiat sie kurczy…
…
Jakby ktos mial w glowie jakies gazetyczy zlecenia, ktore moglbym zrobic prosze o kontakt… szukam jakies pracy fotograficznej a takze gazet zainteresowanych historiami z Kuby i Ameryki Centralnej (takze Azji). Trzeba jakos sfinansowac nastepne 3 miesiace, bo slabo to widze.
Już nie ma Kuby. I tego całego świata, który naprawdę mnie wciągnął na całego. Kuba zostaje w głowie. Wyspa, która nie pozostawia obojętnym nawet największego ignoranta. Jadąc taksówką na lotnisko, gapiłem się beznadziejnie przez okno. Hawana budziła się do życia. Ludzie czekali w kolejkach przed sklepami, do autobusów, próbując złapać taxi collectivo. Dzień jak codzień i moje ostatnie chwile. Nie słuchałem właściwie co mówi taksiarz, młody typek, zasłuchany w 50cent, Eminemie, który postanowił potrenować swój połamany angielski. Wyłączony. Zapatrzony. To jedno z tych miejsc do których kiedyś powrócę.
Na lotnisku małe spięcie. Wpadłem w paranoję, że przez cały pobyt śledziła mnie tajna policja. Kobieta w okienku przez parę minut (wieczność) przepytwała mnie co robiłem na Kubie. Gdzie jadę, kogo znam w Meksyku, co robię, skąd mam pieniądze no i jeszcze raz co robiłem na Kubie. Wiedziała nawet, że podróżowałem z laptopem (tu mnie lekko zmroziło, pomimo tropików). Popatrzyła mi się głęboko w oczy, nawet nie mrugnąłem i pożyczyła mi wszystkiego dobrego.
Lot opóźnił się o prawie 6 godzin. Głodowałem i cierpiałem na brak płynów, bo wydałem całą kubańską kasę. Zamiast o 12 w południe wylądowałem w Cancun późnym wieczorem. W Meksyku jak to w Meksyku. Łatwe życie. Szybko dotarłem gdzie trzeba czyli na przystań promową w Puerto Juarez. Tyle się zmieniło przez te 7 lat od ostatniego pobytu na Jukatanie. Miejscówka się rozwinęła, dobre drogi, hotele, sklepy, banki – cała ta cywilizacja.
Isla de Mujeres. Mieszkam w hostelu za 8 dolców (najtańsze miejsce na wyspie), pełno całej tej backpackerskiej dziatwy – ci sami ludzie co jeżdżą po Azji, Indiach, Ameryce Południowej. Postanowiłem dać sobie parę dni na zaplanowanie co dalej. I nie dalej jak 15 minut temu podjąłem decyzję (podyktowaną względami finansowymi) że raczej sobie Meksyk odpuszczam – po prostu nie wyrobie z kasą – podliczyłem ile mam i ile mniej więcej jestem w stanie zarobić i w żadną stronę nie mieściłem się budżetowo z Meksykiem. Od czasu moich poprzednich wizyt w tym kraju ceny wzrosły dwukrotnie. Poza tym spojrzałem na mapę Ameryki Środkowej i chyba się tym skoncentruję. Do Mexico City podróż autobusem trwa 25 godzin i kosztuje jakieś 100$, a potem i tak zmierzam na południe – aż do Panama City i tam się okaże czy wracam do Polski czy też lecę do Ameryki Południowej.
Głowa pełna rozterek a miejsce dobre aby pomyśleć i wyluzować. Poza tym jest internet bezprzewodowy za darmo – więc wysyłam pliki do druku, zbieram mnóstwo informacji o Ameryce Środkowej. No i odpoczywam od aparatu. Przynajmniej przez parę dni.
juz po. ostatnie 24h na kubie. jutro zmykam do mexico. mglisty plan na najblizsze 4 miesiace:
mexico, guatemala, san salvador, honduras, nicaragua, costarica, panama i wlot do ameryki poludniowej ale jeszcze nie wiem gdzie
sylwester sie udal – przypadkowa ekipa ludzka, swietowanie o polnocy na maleconie, napisze potem jak zwykle tylko sygnalizuje co i jak.