trinidad

Trinidad. Czyli Trójca. Tylu turystów na Kubie w jednym miejscu nie widziałem. Nic się właściwie nie dzieje. Miasto zawalone zdjęciami Che, na uliczkach sprzedaje się kapelusze i fatalaszki, wypasieni i wypakowani murzyni sprzedają fałszywe cygara, inni próbują pchnąć monety i banknoty z Che (te same dostaniesz w banku jak sie postarasz). Starsze kobiety, dzieciaki, pomarszczeni faceci proszą o jedno peso (ma się rozumieć, że convertible).

Wieczorem znów polazłem do Casa de la Musica. Cepelia kubańska dla białasów, w kółko rżnięte kawałki z Buena Vista, wykonane w stylu: „jesteśmy kubańska kapela więc nie ważne, że rzęzimy, turysta i tak to łyknie”. Siedzę na brukowanych schodach, mnóstwo ludzi, wycieczek, par identycznie ubranych w zestawy podróżnicze Columbia albo NorthFace. Część karkołomnie próbuje wdrożyć w tańcu to co się w dzień w szkołach salsy nauczyli. Chrzanie szkoły tańca. Za 30 dolców nawet mnie nikt nie nauczy. Taniec trzeba mieć we krwi, a ja nie mam (wolę rytmy bujające i chillujące). Kubańska muza do słuchania miszcz, ale to tańca ja nie czuję. Za szybko, za dużo techniki i mniej swobody. Krok, w kółeczko, gibas i wygibas. TO COŚ mają mieszkańcy wyspy od urodzenia. Oni tańczą nawet w kolejkach. A nie biali co przez 3 dni się uczyli. Bo tak wypada. Bo się jest na Kubie. A Kuba to taniec. Bo tamto i siamto.

We wszystkich knajpach cepeliowe misterium. Na scenie pocą się murzyni, biali przy stolikach klaszczą i kupują super drogie mojito (które równie dobrze można sprzedawać za grosze, ale wszędzie cena 2$). Gdy przysiada się do mnie jeden Kanadyjczyk z Quebecu i zaczyna nawijać o raju na ziemi i o tym jak tu wspaniale. Koleś przyjeżdża do co roku na 6 miesięcy. Kocha Kubę, bo Kuba to nie McŚwiat. No i wchodzimy w konflikt. Jak zaczynam prostestować, że to nie tak, że to wszytsko na odwrót. On wyzywa mnie od amerykańskich kapitalistów. Większość turystów najchętniej wszystko by zatrzymała tak jak jest. Koleś mówi, że tu powinno tak być zawsze, bo przecież to najbardziej kręci zachodniego czy kanadyjskiego turystę. Wyspa skansen. Bardzo egoistyczne podejście do sprawy. Choć ubawił mnie jednym. „Kosztuj synu, kosztuj, bo tego nie będziesz miał nigdzie”. No i może racja. Nie jestem tu aby walczyć o coś, ale aby wkręcać klimat i dobrze się bawić (chociaż tak sobie się bawię, bez dobrego towarzystwa nie ma zabawy). A wychodzenie na siłę gdzieś po imprezach gdzie wydajesz fortunę na to aby się totalne zwarzyć wydaje mi się być nie na miejscu.

Rano postanowiłem coś zmienić w swojej sytuacji. Potrzebowałem lepszego miejsca do pracy i relaksu. Mój pokój to cela z małym niewygodnym łóżkiem. Za 15$ można mieć z całą pewnością coś lepszego. W Trinidad mnóstwo miejscówek, więc po śniadaniu wybrałem się w poszukiwaniu lepszej chaty. Trinidad pełne jest starych domów, z ogromnymi pomieszczeniami, tarasami na dachu, patios. Wlazłem do paru – ale to nie było to. W końcu jest. Właściciel jest malarzem i fotografem. Albo był kiedyś. Dom przepiękny. Mam pokój na poddaszu, z ogromnym łóżkiem. Dom pełen zakamarków, jest ogród. No i mam 3 sąsiadki z boku, z którymi się na rumowy wieczór na dachu umówiłem.

Zostanę tu parę dni. Pożyczyłem rower i zabiorę się za eksplorację okolicy. Obudziłem się w podłym nastroju – teraz już znacznie lepiej. Pogoda się lekko popsuła. Gęste, szarobure chmury wiszą nad miastem. Oby w końcu spadł deszcz.


Cocojambo.


Z tego chyba już się nie da nic wyciągnąć.


Szkolny apel. Tego naprawdę niecierpiałem w podstawówce. Ale z całym szacunkiem dla moich szkolny koleżanek, one wtedy nie nosiły takich spódniczek.


„Kiedy to się skończy…”

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.