Miesięczne archiwum: Lipiec 2005

tokyo tokyo

Harajuku

miho, domo arigato gozaimas :)

Shinjuku

fcuk :) chyba strace zmysły tutajże/…

Otagowano

sennie w tokyo

Poprzestawiałem sobie znów wszystko z zegarem bio. Drugi dzień z rzędu spałem do 16. W Tokyo kapryśne, więcej deszczu niż słońca. Dwa dni siedziałem na necie, próbując skombinować jakieś finanse. Nie jest źle – mam nadzieję posiedzieć tu do końca tygodnia. Potem autostopem do Kyoto.

Otagowano

Tsukiji Targ Rybny.

albo tutaj… ale trochę się ładuje bo to flash
Tokyo Tsukiji Fish Market

Otagowano

tokyo tokyo

Spałem jak zabity do14, a potem spacerkiem po Tokyo. Od jutro zaczynam całodzienne pstrykanie. Generalnie mam kupę pracy. Aby podreperować swoje marne finanse, zaczynam sprzedawać swoje zdjęcia do druku – chętni proszę o kontakt – dostarczam pliki 300 dpi 30×20 cm – a jakby ktoś chciał większe też nie ma sprawy. 100 złotych cena. Potem zrobię całą stronę. Na razie zdjęcia wszystkie z tych działów co widać na górze: Indie, Wietnam, Kambodża, Chiny i Japonia.

Tokyo Subway i inne z Tokyo- na tej stronie

albo we flaszu Tokyo Subway

Otagowano

Tokyo beybe…

Prom do Hachihoke jest znacznie większy niż ten z Aomori do Hakodate. Parę pokładów, sale zbiorowe i prywatne. Udało mi się bilecik kupić za cenę noclegu (3650 jenów) ale i tak koszt dzisiejszej jazdy wyniósł mnie 10000. Strach pomyśleć gdybym tak się cały czas poruszał. Prawdopodobnie nie było by mnie stać. Pociągi i autobusy na trasie (jaką zrobiłem autostopem) Tokio – Sapporo – Kushiro – Kawayu – Utoro – Sapporo – Tokio kosztowałyby mniej więcej – 80000 jenów czyli prawie 2500 zeta. Samolot tyle samo, lub odrobinę więcej.

Pokręciłem się po pokładzie i znalazłem prysznice i małą łaźnię. Sama radość zmyć z siebie brudy 2 poprzednich dni.

W TV „Gwiezdne Wojny – Mroczne Widmo” a ja zanurzam się w Ghost in the Shell part II aby odpaść na 5 godzin.

Prom przybił do wybrzeży Honsiu o 4:15 rano. Półprzytomny szedłem portową ulicą w stronę autostrady, znów intuicyjnie, nie wiedząc dokładnie jak się wydostać na Tohoku Expressway w stronę Tokio. W końcu znalazłem kierunkowskaz na autostradę. Zrzuciłem plecak i zanim zdążyłem zamachać, zatrzymały się dwie kobiety, które widziały mnie na promie. I tym samym znalazłem się na właściwiej drodze.

Stałem przez 1,5 godziny, bezskutecznie, aż w okolicach godziny szóstej zostałem porwany przez młodocianych cyklistów z Hochinnohe. Chłopaki i dziewczyny do Sendai na zawody rowerowe jechali choć na sportowców nie wyglądali. 420 km do godziny 11 przed południem zostało zrobione, więc pojawiła się szansa na dotarcie dzisiejszego dnia do Tokio. Ekipa cyklistów poruszała się dwiema furkami, ja siedziałem w wozie wraz z Masataką, Katsuhiro, Tsuyoshi i Yasuhiko. Chłopaki spoko ziomy, choć komunikacja językowa trudna, ich angielski był o „skosi” lepszy niż mój japoński, wiec dużo gestykulacji i machania rękoma. 3 godziny spałem jak zabity, właściwie nie pamiętam co się działo, wiem że się zatrzymywaliśmy, wtedy ja zostawałem w vanie rozkładając się na tylnym siedzeniu, aby 15 minut później wrócić do spania na siedząco, obijając sobie czaszkę o szybę.

Wysadzili mnie w okolicy Sendai zostawiając pamiątkową widokówkę z pozdrowieniami. Ja się zrewanżowałem CD kupionym wczoraj w Sapporo „Tribute to Sublime”.

I tym samym miałem tylko 300 kilometrów do Tokio. Następnie zrobiłem około 100 kilometrów dwoma pojazdami – ze starszym Japończykiem a potem dosłownie 10 kilometrów na duży parking z innym. Tam utknąłem na dwie godziny, przemokłem całkowicie stojąc w kapuśniaczku, szczękając zębami liczyłem na szansę dotarcia do Tokio. I stało się. Tutui podrzucił mnie aż pod stację superszybkiego pociągu i kupił mi bilet do Ueno w Tokio. Powinienem odmówić, ale prawdopodobnie obraziłbym go śmiertelnie.

I jak nie dojdzie do katastrofy kolejowej znajdę się w Tokio o 18.30 wieczorem. Jedyna niepewna sprawa to kwestia rezerwacji guest house – zrobiłem aż dwie na dzisiejszy wieczór. Wciąż pada deszcz mam nadzieję, że na ulicy nie będę musiał spać. Coś wymyślę. Ale to potem. Idę na pociąg.

5 godzin później.

Maaaasakra. Zderzenie z tokijską rzeczywistością było jak uderzenie młotem 5 kilowym w czółko. Pociąg był … jedno słowo jest na miejscu – zajebisty. 300 km/h i w godzinkę byłem na Ueno w Tokio. Na jednej ze stacji połączyłem się na minutę z wifi aby ściągnąć mało pocieszające maile – wszystkie guesthousy (tanie) które zarezerwowałem (trzy na wszelki wypadek) były zabukowane aż do 18 lipca. Dupa. Wbijam się jednak do KhaoSanTokyo na Ueno – bo wiem, że tam net i można odsapnąć od deszczu który ma padać przez najbliższe 5 dni (więc parę planów poszło się…). Tam się okazuje, że zero wolnych łóżek. Obdzwaniam 5 innych hoteli które na moją kieszeń są no i nic. Ale dostaję emaila (wcześniej wysłałem zapytanie) z T House Tokio – jest miejsce, wpadaj chłopie. Pędzę więc do Shinjuku, potem zmieniam linię i około 21 jestem na miejscu. Hotel pełen typów, piją piwo, gadają jak nakręceni, a w kanciapie siedzi Jay z Ghany, menadżer. Afrykański chill roztoczył się w około. I może jutro będę miał robotę foto (odpukać). Zapłaciłem za 3 noce – 2900 za noc i mogę pójść spać.

To był wariacki dzień. I dokonałem niemożliwej rzeczy – autostopem 800 kilometrów w jeden dzień. Yo!

Otagowano

utoro

Na pierwszy rzut oka Utoro rzeczywiście wydawało się miejscem zapomnianym przez wszystkich (oprócz japońskich turystów i nowożeńców). Półwysep Shiretoko (na którym leży Utoro) w języku Ainu oznacza ni mniej ni więcej „koniec świata”. Wulkany, klify, niedostępne zatoki, wszystko wygląda na nie ruszone. Czasem aż do sierpnia na szczytach górskich leży śnieg, a czasem nie topnieje wcale i utrzymuje się przez cały rok.

Dojechałem do Utoro w niedzielę wieczorem. Dwie szybkie okazje autostopem z Kawayu, a na miejscu nie miałem w gruncie rzeczy pojęcia do będę robił. Postanowiłem więc nie robić nic i poczekać. Czasem przydaje się rzut monetą, albo kośćmi – czasem wystarczy zdać się na intuicję. Poszedłem więc w lewo, choć mogłem w prawo jak i do tyłu a w opcji było także pod górkę. Po drodze wstąpiłem do pierwszego lepszego sklepu pytając o raida house. Chuda Japonka z wystającymi zębami była tak przemiła, że zadzwoniła gdzie trzeba, a właściwie 200 metrów dalej do Cafe Fox. Miejsce okazało się domem dla ekipy pracującej na miejscu, a także biurem turystycznym, knajpą, kafejką internetową i domem dla podróżnych (easy raiderów).

Dokonałem właściwie przesłuchania dziewczyny za kasą. Ruda odpowiadała posługując się całkiem przyzwoitym angielskim – co ile kosztuje, gdzie i jak, zapytałem się jeszcze gdzie tu można owoce morza i rybkę skonsumować. Odpowiedź znajdowała się 10 metrów dalej w knajpie Pana Tanedy.

Taneda – kakkoi rybak

Zasiadłem więc u Taneda-san. Właściwie już zamykał, ale zdołałem zamówić rybkę (koniec końców zjadłem 2, ośmiornicę, krewetki i inne tam). Gadka szmatka – Taneda kumaty człowiek, po angielsku rozumiał, więc na migi i w mieszance japońsko – angielskiej ucięliśmy sobie pogawędkę przy browczyku, morskich robakach i gumowych oktopusach. Doszło do wymiany wizytówek – a ja nieśmiało zapytałem czy mogę się z nim wybrać na połów w nocy. Taneda zastanawiał się i zastanawiał i chyba nie wiedział co powiedzieć (poznaję już ten stan u Japończyków – zażenowanie i wstydliwy uśmiech) – ale dogadaliśmy, że ja robię zdjęcia a on może sobie wydrukować i powiesić w knajpie (która została otwarta tydzień temu). Wypiliśmy jeszcze po jednym Asahi i umówiliśmy się na 1:15 w nocy.

Cafe Fox

Powróciłem do Cafe Fox. Zamówiłem kawę i usadowiłem się z laptopem przy piecyku, bo strasznie piździło. Okazało się, że jest hotspot, ale zanim zdążyłem cokolwiek wbić w firefoxie dosiadł się koleś w kurtce z napisem Cafe Fox. 3 minuty później siedziałem przy stoliku z Kantoro i całą ekipą z Foxa. Pokazałam im foty na laptopie, Kantoro podrapał się w rozczochraną łepetynę, szeroko uśmiechnął i rzekł „a może porobisz też fotki dla nas na rejsie, w zamian za piwo i wieczorną kolację, przez okres jaki tu zostaniesz?”. Nawet mi nie przyszło do głowy aby odmówić. Ojciec Kantoro – Masta (ładne imię) jest właścicielem całego biznesu. Ma dwie łodzie Fox 1 i Fox 2. Pierwsza pływa na krótkiej trasie, aż do wodospadu, rejs trwa godzinę i kosztuje 3000 jenów. Drugi lisek robi 3 godzinny rejs aż do końca półwyspu za cenę 8000 jenów. Codziennie robią ze 3 kursy, wieczorem więc jest czas na piwko i rozmowy przy stole. Kantoro pracuje do końca sezonu a na zimę wyjeżdża do Nowej Zelandii. Nie po to aby pracować, podróżować szlakiem Władcy Pierścieni, czy pływać na desce. On tam jeździ aby pić, bo akurat jest lato i trenuje swój angielski (bardzo dobry). Na tej samej łodzi pływa również jego brat Dzodz (nie wiem dokładnie jak się pisze) a mniejszym liskiem steruje jeszcze jeden ziomuś Magoto – ten natomiast był niezłym wariatem. Generalnie parę następnych wieczorów spędziliśmy na melanżowaniu (czy jest jakieś nowe słowo zamiast tego?).

12 godzin na łajbie

W nocy nie spałem. Przerzucałem sajty, pracowałem na kompie. Ubrałem wszystko co miałem ciepłego (czyli nic) i zszedłem na dół. O 1:15 zjawił się Taneda, punktualnie, z zapuchniętymi oczami, rzucił mi kurtkę i gumiaki (niestety były za małe) więc zostałem w trampkach. Wypompował wodę z łodzi, a potem zasiadł u steru, zapuścił wszystkie urządzenia, radar, gps, autopilota (ustawiał w komputerze kierunek i łódź płynęła sama). Oprócz niego na łodzi był jeszcze Nakamuri-san i dwóch młodziaków z farbowanymi włosami. Widać, że pracują razem od dawna, bo zasuwali jak dobrze naoliwiona maszyna. Zaczęli od zwijania starych lin i sieci, następnie zatrzymali się na ściągniecie tych co zarzucili poprzedniego dnia. Tylu różnych morskich dziwadeł nie widziałem – bardzo szybko je wyciągali i segregowali w dużych plastikowych pojemnikach. Czego tam nie było? Homary, krewetki królewskie, kraby, ślimaki, kalmary, ośmiornice, ryby mniejsze i większe, manty, koniki morskie i sam nie wiem co. W każdym razie było mnóstwo stworów.

Około godziny 8 poczułem, że słabnę. Tuż po śniadaniu – znakomite, ryż, owoce morza, surówki, zupa miso – schowałem się w niewielkiej dziurze pod pokładem i zasnąłem słuchając POE – przez co śniły mi się jakieś polskie klimaty, dopóki nie coś zaczęło lać mi się na głowę. Poza tym huśtało niemiłosiernie i dobrze, że nie jestem podatny na choroby morskie. Spałem dwie godziny, uderzyłem się z płaskiej w twarz parę razy, wypiłem kawę mrożoną i wylazłem z nory. Rzuciło mnie o ścianę i o mało co zmyłoby mnie z pokładu – byliśmy za półwyspem, 15 km od Wysp Kurylskich – jedyna pociecha, że słonko świeciło inaczej było by krucho. Próbowałem robić zdjęcia, niestety nie za wiele, słona woda błyskawicznie pokrywała cały aparat.

O 13 wróciliśmy do Utoro. Taneda tego dnia zarobił 500 dolarów na czysto. To był dobry dzień. A ja uciąłem komara na 4 godzinki.

Morskie opowieści rzadkiej treści

Rano obudził mnie Kantoro, wręcz wykopał mnie z łóżka, nie musiałem się ubierać bo spałem w ubraniu, założyłem czapę na łeb, chwyciłem kawę i polazłem za grupką turystów na łódkę. Szare niebo, fale, huśtawka jeszcze gorsza niż poprzedniego dnia. Nie sądzę aby turyści byli szczęśliwi, wydając 8000 jenów za słoną kąpiel. Chyba, że widok niedźwiedzi na brzegu wynagrodził im niedogodności – wyciągnęli swoje aparaty i kamery i poczęli rejestrować. Ja nie miałem jak, brak obiektywu 600mm – bo niedźwiadki były zbyt daleko. Cóż zrobiłem jakieś szity, ale i tak byli zadowoleni – cóż można pstrykać na takim rejsie? Wodospady, skały, ludzie na łodzi i morze. Nuda panie, morska nuda.

Popołudniu przeładowałem magazyn z napojami i pomogłem przy kolacji, która jak zwykle była znakomita. Dzień zakończyła wizyta w onsenie w 5 gwiazdkowym hotelu – mieliśmy wejściówki za friko. No i tyle.

Piszę te słowa jadąc autobusem na przystań promową. Dziś był dzień antyautostopowy. Jutro jednak zaczynam o 4 rano z zamiarem dotarcia do Tokio w jeden dzień.

Otagowano

z utoro przez abashari, bihoro, sapporo do tomakomai

Cel prosty – dostać się jak najszybciej do Tokyo.
Utoro – było pięknie, zimno i inspirująco – zmykam jednak do sapporo a potem do tokyo – trza się przenieść w ciepłe miejsca… znów autostop, dosłownie za godzinę

Abashari – dupa jasna, wciaz pada deszcz, młoda para na podrózy poślubnej podrzuciła mnie z Utoro, ale trudno wyjechac i zaszło słońce… w mroku nikt nikogo nie zabiera…

Parę godzin później…

utknąłem w bihoro… na szczęscie okazało się że nie zamykają poczekalni dworca więc przespałem z 4 godziny na wygodnej ławce. Jest 6 rano, 2-3 pobudzające kawy i ruszam dalej na zachód… mam nadzieje dojechać dziś do przystani promowej aby popłynąć nocnym promem na Honshiu…

czuję się jakbym nie żył… haha

PS.
już prawie wsiadłem w nocny autobus do sapporo (za 5000 jenów – nie było gdzie spać a to chyba dobre rozwiązanie – przespać się w busie) niestety nie było miejsc… chwilę potem znalazłem na ulicy 20000 jenów w dwóch papierkach, prawie umarłem ze szczęścia, po powtórnym sprawdzeniu 20000 zamieniło się w 2000 :)) i tak nieźle …

Następnego dnia…

Well well…

A jednak autobus. Cel uświęca środki. Aura marna, wciąż zimno nie ma co – trzeba szybko na południe…

Spałem jak zabity w megaluksusowym autobusie za 5000 jenów. Obudzłem się w Sapporo. Teraz coś trzeba zjeść i dotrzeć do nocy do Tomakomai – o północny jest nocny prom na Honsiu.

Otagowano

utoro blues…

znów nie miałem kiedy napisać parę słów… w każym razie rano popłynąłem jeszcze raz, tym razem turystycznie :)

a tu parę zagubionych zdjęć z sapporo

W Utoro tak dobre klimaty, że zostaję jeszcze jeden dzień…

Otagowano

Na łowy

Pierwsza ofiara :) gigantyczny robal morski, którego potem zjadłem

Ta ryba nie udaje ona naprawdę nie żyje

Kolejny potwór morski, jego zaletą jest, że jak tylko umrze, można wsuwać na surowo :)

Nimfomańsko-zofilsko-nekrofilskie klimaty, jest już 3 rano właśnie wschodzi słońce a ja nie spałem i gadam bzdury

Nakamuri-san i jego pomocnik zasuwali jak małe japońskie samochodziki…

Spałem przez godzinę pod pokładem, obudziłem się jak zaczęło huśtać, parę mil morskich od Wysp Kurylskich…

Taneda wypływa codziennie – ma 500 dolców zysku na dzień ze sprzedaży morskich żyjątek…

Huśtało do zrzygania – a w tle majaczyły śniegi…

Całą drogę towarzyszyły nam mewy liczące na łatwy żer…

rekunstrukcja zdarzeń potem, odpadam – dobry był dzień…

Otagowano

Utoro

Człowiek z wypasionej furki MG z 1971 roku za 2 miliony jenów – czyli Ken (haha) były model (!!!) a teraz programista i objeżdżacz samochodów – testuje hamulce na specjalnych torach – zabrał mnie z Kawayu aż do Shari, skąd zlapałem stopa aż do Utoro.


Już w Utoro. Te miejsce to Koniec Świata w języku Ainu. Niedaleko są wyspy Kurylskie.

Taneda, uraczył mnie 2 rybkami, kalmarami i krewetkami a w nocy płynę z nim na połów pod wyspy Kurylskie. Jutro zdjęcia.

Mieszkam w Cafe Fox – 500 jenów za pokój, super ludzie, wifi – głupi ma szczęście, każdego dnia dobrze się dzieje…

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Otagowano