kyotość

Miało być o wielu sprawach o których wcześniej nie napisałem. I raczej nie napisze, bo zanim zdążę się głębiej nad czymś zastanowić przychodzą nowe rzeczy, nowe zajawki, trudno mi jest nadążyć za tym wszystkim.

Chciałem też napisać o Polsce. I tym czego się stopniowo pozbywam. Tracę polskie piórka, które stroszą rodacy. Chciałbym o tym bardzo napisać, ale nie potrafię, nie teraz, może nigdy nie napiszę. Może jestem za głupi, a może lepiej wcale nie pisać o tym co widzę z dystansu. Ale wysyłam sygnał i chyba sobie samemu wyłącznie, bo tu jest miejsce od tego. Nie do szuflady, ale do otwartego archiwum. Mętnie to strasznie napisałem, ale jeszcze do tego wrócę. Polska, polskość, polackość, ość nieświeżej ryby w przełyku. Szczególnie z daleka, z kraju przekwitłej wiśni, automatów do gier, kacotwórczej sake, niespodziewanie pięknych kobiet, kraju który nie jest wcale miejscem perfekcyjnym ale bardzo dobrym (a to też może znów moje ślizganie się po powierzchni i na pewno widzę mały procent całości).

Środek lata w środku Japonii. Kyoto się topi, jak czekolada z zakładów „22 lipca”. Asfalt mięknie w oczach a tory kolejki podmiejskiej deformują. Kawa mrożona i litry płynów. Ludzie zasypiają w metrze, na ulicy, wycierają ręcznikami zroszone potem czoła.

Już siedem miesięcy w drodze. Tak dużo i tak niewiele.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.