Yearly Archives: 2005

trinidad y havana fotas

Posted in .. | Tagged

Najpiękniejsza kurwa na świecie.

Hawana jest jak stara kurwa. Kiedyś piękna, seksownie ubrana, z wdziękiem poruszająca się ulicami, z niezłym tyłeczkiem i sterczącymi cycuszkami. Pożądana przez wszystkich. Dziś pod grubą warstwą makijażu nałożonego niedawno, kusi, mami, przyciąga, kłamie, oszukuje, wciąż świadoma swojego piękna. Które jednak przeminęło. Wciąż się ceni, choć wie, że koniec bliski.

Desperackie próby ratowania wydają się być syzyfową pracą. Miasto wygląda tak jakby właśnie skończyła się tu jakaś wojna. Jakby właśnie zamilkły działa z okrętów wojennych stojących w zatoce. Jakby właśnie piraci spalili i splądrowali pół miasta a amerykańskie lotnictwo właśnie zakończyło naloty dywanowe. Psikus historii – Hawana właściwie nigdy nie ucierpiała poważnie podczas różnych wojen. Malecon – słynna promenada prawdopodbnie wzięła na siebie pierwszy ogień. Architektoniczne mięso armatnie. Potem grzyb zjadł miasto. Tropikalne powietrze, brak remontów, pozoranctwo i prowizorka, brak kasy, no i chyba jeszcze ciągnąca się legenda miasta grzechu, gdzie ludzie poprzedniego systemu wraz z Amerykańską mafią bawili się na całego – miasto grzechu jako symbol tamtej epoki miało być zniszczone. Historia zatoczyła koło. Jest tak samo, same same but different. Zamiast mafii, mamy skorumpowany rząd pobierający straszną kasę od kanadyjskich, hiszpańskich i niemieckich inwestorów. “Teraz wszystko jest pod kontrolą” – jedno z większych kłamstw. Dziwki znów wyległy na ulicę, pojawiły się też dzieciaki, które za loda z copelii zrobią innego loda niemieckiemu turyście.

Pod rękę, w parach, w grupach, w oklarach przeciwsłoneczych, dobrych butach lub sandałach, w strojach wyjściowych na kolację za 30$, gdzie nie ma tych barbażyńców sprzedających cygara. Turyści kontemplują, podziwiają, grzeją pyszczki w słońcu na Plaza Vieja, wzdychają ach i och. Pełen romantyzm i hajlajf. Część starej Hawany błyszczy. Dosłownie część. Kawalątek. Wieczorową porą jest naprawdę przepięknie, jakby nie spoglądnąć czasem w podwórko to można nie mieć świadomości totalnego rozpadu. Wystarczy jednak 10 minut piechotą na zachód bądź południe, aby trafić do innego świata. Tam widzimy prawdziwą Hawanę. Rozsypały się puzzle, teraz trudno je pozbierać. Każdego roku około 300 budynków obraca się w ruinę. W wielu miejscach widziałem robotników siedzących na kupie kamieni. Za nimi sterczały kikuty znakomitych niegdyś przykładów architektury kolonialnej. Wycieczki z Verdaro wpadają tutaj na jeden dzień i dosłownie widzą to co mają zobaczyć. Przewodnik nie pokaże im syfu innych dzielnic. Poprowadzi ich wzdłuz Obispo, na jeden z tych wspaniałych odrestaurowanych placyków gdzie kapele zarzynają materiał z Buena Vista Social Club. Ile razy słyszałem wczorajszego wieczoru Chan Chan albo Dos Gardenias?

Rozmawiam z Gladys u której mieszkam w Hawanie (nielegalna casa particular, dzięki czemu płacę mniej). Jest muzykiem, a ściany jej domu wypełniają dziesiątki obrazów różnych lokalnych artystów. Siedzę przy stolę wraz z jej rodziną (nie będę wchodził w szczegóły, nie chciałbym robić im problemów, na Kubie nie wolno przyjmować turystów w domach prywatnych nie mając odpowiedniej licencji, bez bulenia rządowi). Namiary dostałem Carmen z Anglii, Gladys gości tylko ludzi z polecenia, parę dni w miesiącu, aby nie robić sobie kłopotów. Zawsze jest z tego dodatkowa kasa (oprócz tego co przysylają jej synowie mieszkający w USA). Otwarcie krytykuje Fidela i cały ten burdel – zresztą w Hawanie nie trudno spotkać takich ludzi. Jednego wieczoru siedząc w Cafe Paris spotykam Roberto – bębniarza w kapelce. Zwiedził pół świata, bzyknął kobiety wszelkich narodowości (czym od razu mi się pochwalił – typowy macho-chacho), widział Czesława Niemena w 1982 roku, mieszkał w Dubaju. Teraz jest nauczycielem perkusji i jakoś z tego żyje. Bez zahamowań nawijał o systemie i jego słabościach. I oczywiście nie wie co będzie dalej. Choć oczywście wspomniał coś o Jankesach, tych przebrzydłych karłach kapitalimu co najprawdopodbniej będą panoszyć się wszędzie. I tak źle i tak niedobrze.

Ostatni dzień roku. 1 stycznia kolejna rocznica zwycięstwa nad dyktaturą Batisty. Rewolucja ma się ponoć dobrze – z billboardów spogląda Fidelito “Vamos Bien” – ponoć jest wzrost gospodarczy, ludzie nie głodują i jest więcej w sklepach. To fakt – ludzie na pewno nie głodują. Jedzą w sam raz zapewne i nie grozi im śmierć z przejedzenia jak w USA czy innych krajach McŚwiata. Zrobiłem ze 20 kilometrów na piechotę – cały Malecon, potem w stronę Uniwersytetu i powrót przez Centro Habana do Habana Vieja. Padam ze zmęczenia. Hawana – miasto ze snów, jedno z najciekawszych, najpiękniejszych, najbardziej fotogenicznych jakie w życiu widziałem – najpiękniejsza kurwa na świecie.

No i zbliżając się ku końcowi kubańskiej przygody – tak podsumowując – warto było. Na Kubie nic nie jest czarne albo białe. Jak 50% społeczeństwa to mulaci czyli mixtura czarnego i białego w różnych proporcjach – wszystko tutaj to jeden wielki melanż. Mix ekonomiczny i społeczny. Świat wartości nie jest jeden, wszystko jest wielopoziomowe, skomplikowane i niejednorodne. Miesiąc to za mało. To właściwie nic. Jeżeli ktoś poleciał do Veradero i mówi że był na Kubie to się po prostu myli. Obserwując innych podróżnych – myślę, że rowerem przez Kubę to byłby strzał w dziesiątkę. Na pewno potrzeba czasu na początku na przyzwyczajenie się do realiów. Język na pewno też pomaga. No i chyba nie można się bać ludzi – w tym przypadku na Kubie łatwo wpaść w skrajności. Od natrętnych typów z którymi ma się do czynienia już pierwszego dnia po wspaniałych bezinteresownych ludzi – którzy oczywiście narzekają, że nie jest łatwo – ale dobrze się czują we własnej skórze i widać, że potrafią się nieźle zabawić.

Posted in .. | Tagged

swieta w trinidad

Skończyły się święta na Kubie. Nieoficjalnie można je obchodzić na Kubie od 1998 roku, czyli mniej więcej od wizyty papieża. Przed rewolucją około 85% Kubańczyków należało do kościoła katolickiego, lecz około 10% regularnie chodziło do kościoła. Po 1959 roku rzeczy przybrały inny obrót. Władze kościelne mocno związane z poprzednim reżimem i klasą średnią opuściły Kubę. Na wyspie pozostali księża protestantcy, bardziej związani z biedotą. Przez całe lata rząd Castro wspierał, lub w inaczej ujmując, nie przeszkadzał w praktykowaniu Santerii – która jest mieszanką starych, tradycyjnych wierzeń z Zachodniej Afryki (gdzie Hiszpanie mieli źródło niewolników) i religii katolickiej. Przez lata czarni niewolnicy podkładali swoich bogów pod świętych katolickich, podobnie jak czynili to Haitańczycy (voodoo) czy też Indianie w Ameryce Południowej. Siermiężny katolicyzm chyba im do gustu nie przypadł, więc zgrabnie go wymiksowali, dodając tam trochę rytmu, serca, krwi i czarów.

W 1985 roku brazylijski ksiądz przeprowadza wywiad z Castro z którego wykluwa się książka “Fidel i religia”, co jest kolejnym krokiem w postępujących zmianach. 13 lat później wizyta papieża (co Castro bardzo sprytnie wykorzystał – powołując się w przemówieniach na papieża, który potępił oczywiście blokadę Kuby). Oczywiście z okazji wizyty Castro wypuścił z pierdla więźniów politycznych (aby potem zamknąć kolejnych). Dostałem emaila od siostry, która w telewizji widziała relację z obchodów świąt na całym świecie. W migawce z Kuby padło stwierdzenie, że świąt się nie obchodzi. Kolejna bzdura. Podobnież jak w artykule pani Bikont w GW, gdzie do wielu rzeczy można się przyczepić. Między innymi do tego, że nie da się płacić w pesos cubanos, że internet nie istnieje lub nie da się korzystać, że nie da się jeździć autostopem, mógłbym z łatwością podać przykłady nie tylko moje, ale także mieszkających tu Kubańczyków, które w 100% podważają to co napisała pani Bikont. Mam wrażenie, że ona to tego pierdla koniecznie trafić chciała, robiąc więcej reklamy samej sobie i GW (lubię bardzo Wyborczą i jest to jedyny dziennik jaki czytam w Polsce, ale czasem przesadzają) a z drugiej strony narobiła problemów ludziom z którymi się kontaktowała. Nie wydaje mi się aby tak naprawdę były trudności z literaturą na Kubie – poza tym ludzie mają w dupie książki, bądźmy szczerzy – im brakuje wolnej telewizji, radia i internetu, a książek to swoją drogą. A tak naprawdę to kluczem do wszystkiego jest szybki, tani i niezależny Internet (i ten laptop za 100$ z wifi, o którym ostatnio było głośno). Telewizja zawsze będzie stronnicza, poza tym TV się kończy – Internet, Internet, Internet – w tym największa szansa. Ale trzeba czasu. Cała ta walka o wolność, o demokrację. Sam nie wiem. Wydaje mi się to wręcz nie możliwe w Ameryce Łacińskiej. Historia się powtarza i jak tylko padnie legenda Castro wraz z jego śmiercią najbardziej stracą i tak ci którzy rewolucję najbardziej poparli – czyli biedni, czarnoskórzy, bezrobotni, chłopi – przede wszystkim ci ze wschodu Kuby. Ci co kombinują już teraz, poradzą sobie znakomicie na wolnym rynku. Jednocześnie powstaną ogromne różnice w społeczeństwie, jak we wszystkich innych krajach Ameryki Łacińskiej.

Wracając do świąt. Otóż choinki stoją, msza w kościele się odbyła, ludzie mieli dzień wolny od pracy, sklepy wypełniły się bardziej niż zwykle towarami (tym samym dłuższe kolejki). Tak naprawdę to ważniejsze dni dla Kubańczyków to 16 grudnia – dzień świętego Lazaro (czyli Babayu Ale). O Santerii chciałbym napisać więcej, ale chyba już brak czasu, aby zrobić materiał. Wybrałem się do Regli (promem za pesiaka na drugą stronę zatoki). Tam rządzą babalao, do których ludzie udają się po poradę. Niestety bez kontaktów jak mówię nic nie zdziałałem. Odwiedziłem tylko kościół – klimat voodoo zaiste – czarna Madonna, portrety czarownic, lalki, ołtarzyki, niesamowita rzecz.

Jeszcze jedna rzecz. Cały ten szum związany ze świętami. Tak naprawdę święta dla mnie to dobry czas aby się spiknąć z rodzinką i nic nie robić a najlepiej to gdzieś wyjechać olewając calą tą skomercjalizowaną tradycję. Jeszcze jeden pretekst aby jeszcze więcej kupić niepotrzebnych rzeczy. Plastikowe Mikołaje, elektroniczne Jezusiki, nerwówka, korki w mieście, umieranie z przejedzenia, w kółko co roku powtarzane te same czcze życzenia, morze wódki i 12 potraw lub 66 jak kto woli. Wszystko pięknie ale ja się na to nie załapuję. Choć ławo mi pisać, stąd, z tropików, z wysp morza Karaibskiego. No tak ale kto nie lubi prezentów?

Wigilię jak i całe święta spędziłem w Trinidad. Było dobrze. Dużo rumu, dobre jedzenie w domu u Julia, towarzystwo Beth, Fiony, Carmen a potem dołączyło jeszcze parę osób – zrobiła się międzynarodowa ekipa. Wieczory w Casa de la Musica i wędrówki po mieście. To były dziwaczne świeta, ale dobry czas. Ciekawe jak będzie wyglądał Sylwester?

Posted in .. | Tagged

trinidad foto

pare fotek wyskoczylo z wczorajszego lazenia po miescie… jutro zmykam do hawany. aloha

Posted in .. | Tagged

swiatecznie z trindad

dzieki wszystkim za zyczenia i na lamach strony rowniez wzajemnie i w ogole wszystkiego dobrego … co tu duzo mowic…

ja na swietach w trinidad. jest dobrze. a nawet lepiej.

ciao

Posted in .. | Tagged

trinidad

Trinidad. Czyli Trójca. Tylu turystów na Kubie w jednym miejscu nie widziałem. Nic się właściwie nie dzieje. Miasto zawalone zdjęciami Che, na uliczkach sprzedaje się kapelusze i fatalaszki, wypasieni i wypakowani murzyni sprzedają fałszywe cygara, inni próbują pchnąć monety i banknoty z Che (te same dostaniesz w banku jak sie postarasz). Starsze kobiety, dzieciaki, pomarszczeni faceci proszą o jedno peso (ma się rozumieć, że convertible).

Wieczorem znów polazłem do Casa de la Musica. Cepelia kubańska dla białasów, w kółko rżnięte kawałki z Buena Vista, wykonane w stylu: “jesteśmy kubańska kapela więc nie ważne, że rzęzimy, turysta i tak to łyknie”. Siedzę na brukowanych schodach, mnóstwo ludzi, wycieczek, par identycznie ubranych w zestawy podróżnicze Columbia albo NorthFace. Część karkołomnie próbuje wdrożyć w tańcu to co się w dzień w szkołach salsy nauczyli. Chrzanie szkoły tańca. Za 30 dolców nawet mnie nikt nie nauczy. Taniec trzeba mieć we krwi, a ja nie mam (wolę rytmy bujające i chillujące). Kubańska muza do słuchania miszcz, ale to tańca ja nie czuję. Za szybko, za dużo techniki i mniej swobody. Krok, w kółeczko, gibas i wygibas. TO COŚ mają mieszkańcy wyspy od urodzenia. Oni tańczą nawet w kolejkach. A nie biali co przez 3 dni się uczyli. Bo tak wypada. Bo się jest na Kubie. A Kuba to taniec. Bo tamto i siamto.

We wszystkich knajpach cepeliowe misterium. Na scenie pocą się murzyni, biali przy stolikach klaszczą i kupują super drogie mojito (które równie dobrze można sprzedawać za grosze, ale wszędzie cena 2$). Gdy przysiada się do mnie jeden Kanadyjczyk z Quebecu i zaczyna nawijać o raju na ziemi i o tym jak tu wspaniale. Koleś przyjeżdża do co roku na 6 miesięcy. Kocha Kubę, bo Kuba to nie McŚwiat. No i wchodzimy w konflikt. Jak zaczynam prostestować, że to nie tak, że to wszytsko na odwrót. On wyzywa mnie od amerykańskich kapitalistów. Większość turystów najchętniej wszystko by zatrzymała tak jak jest. Koleś mówi, że tu powinno tak być zawsze, bo przecież to najbardziej kręci zachodniego czy kanadyjskiego turystę. Wyspa skansen. Bardzo egoistyczne podejście do sprawy. Choć ubawił mnie jednym. “Kosztuj synu, kosztuj, bo tego nie będziesz miał nigdzie”. No i może racja. Nie jestem tu aby walczyć o coś, ale aby wkręcać klimat i dobrze się bawić (chociaż tak sobie się bawię, bez dobrego towarzystwa nie ma zabawy). A wychodzenie na siłę gdzieś po imprezach gdzie wydajesz fortunę na to aby się totalne zwarzyć wydaje mi się być nie na miejscu.

Rano postanowiłem coś zmienić w swojej sytuacji. Potrzebowałem lepszego miejsca do pracy i relaksu. Mój pokój to cela z małym niewygodnym łóżkiem. Za 15$ można mieć z całą pewnością coś lepszego. W Trinidad mnóstwo miejscówek, więc po śniadaniu wybrałem się w poszukiwaniu lepszej chaty. Trinidad pełne jest starych domów, z ogromnymi pomieszczeniami, tarasami na dachu, patios. Wlazłem do paru – ale to nie było to. W końcu jest. Właściciel jest malarzem i fotografem. Albo był kiedyś. Dom przepiękny. Mam pokój na poddaszu, z ogromnym łóżkiem. Dom pełen zakamarków, jest ogród. No i mam 3 sąsiadki z boku, z którymi się na rumowy wieczór na dachu umówiłem.

Zostanę tu parę dni. Pożyczyłem rower i zabiorę się za eksplorację okolicy. Obudziłem się w podłym nastroju – teraz już znacznie lepiej. Pogoda się lekko popsuła. Gęste, szarobure chmury wiszą nad miastem. Oby w końcu spadł deszcz.


Cocojambo.


Z tego chyba już się nie da nic wyciągnąć.


Szkolny apel. Tego naprawdę niecierpiałem w podstawówce. Ale z całym szacunkiem dla moich szkolny koleżanek, one wtedy nie nosiły takich spódniczek.


“Kiedy to się skończy…”

Posted in .. | Tagged

camaguey foto

Wesołych Swiat – od Che i Mickey Mouse.

Restauracja w której nic się nie serwuje. Mogambo.

Necropolis w Camaguey.

Necropolis w Camaguey.

“mi amor, zrobie ci laskę tu i teraz za 10 $” (tu i teraz to park w którym roi się od turystów, ludzi, policji i innych jineteras).

Posted in .. | Tagged

Z Camaguey do Trinidadu.

Z braku połączeń i czasu zdecydowałem się wydać więcej kasy i w ciągu 12 godzin przejechać z Baracoa do Camaguey. Chyba się odwodniłem. Nie zabrałem z sobą wystarczającej ilości wody a po drodze nie było gdzie jej kupić. Na przystankach autobusowych wody w butelkach nie kupisz, jedynie refresco w szklance, a to tylko wtedy jak masz fuksa. Człowiek na błędach się uczy. Słuchałem muzyki, czytałem książkę, gapiłem się przez okno kontemplując widoki. W busie było wystarczająco dużo miejsca, aby wygodnie się rozłożyć, lecz nie mogłem spać. Zapadłem w drzemkę dopiero na pół godziny przed przyjazdem na miejsce. O 2.10 rano dojechałem do Camaguey.

- Bartolo? – zapytał człowiek nikczemnego wzrostu
- Si – odpowiedzialem ledwo przytomny, wyciągajac plecak z bagażnika autobusu
- Vamos.

Wsiadłem do rozpadającego się moskwicza koloru taksówkowego (wściekła żółć). Kierowca, równie nieprzytomny jak ja, ruszył na pełnym gazie, aby parę minut później zatrzymać się z piskiem opon w pod kamienicą w centrum miasta. Przez ten czas zdążyłem zarejestrować szerokie i czyste ulice, wspaniałą architekturę i mnóstwo ludzi wracających z sobotniej bibki.

Casa particular na ulicy Independencia to ogromne mieszkanie, z sufitem na wysokości 5 metrów. Ogromne drzwi, mozaikowa posadzka, łuki, trochę kiczowaty wystrój nawołujący do secesji, jakieś lalki z drewna i szmatek, fotele, zwierciadła w rzeźbionych, drewnianych ramach. Czas się na chwilę zatrzymał. Nie mam okna w pokoju, jest natomiast niewielki świetlik. Kamienica została zbudowana w połowie XIX wieku – informuje mnie Senora Dalgis – korpulentna kobiecina, z krótkimi rudymi włosami, taka ciocia, gada jak najęta i dodaje, że 15$ to specjalna cena jak dla mnie (wcześniej dzwoniła do niej Maria z Baracoa) i oczywiście mogę się tu żywić. Testem jest śniadanie, które zawsze zamawiam w casa particular, dobrego śniadania nie zjesz na mieście za cenę 2 dolców. Jeżeli więc śniadanko jest dobre – zamawiam również kolację.

Dwa dobre posiłki dziennie. W czasie dnia przekąszę coś na mieście płacąc szmacianymi i niechcianymi przez nikogo peso – pizza za 7-10 peso, bułka z serem i szynką za 5 peso a do tego refresco (napój orzeźwiający) za pesiaka. Za domową obiadokolację trzeba zapłacić od 4 do 7 $. Z reguły jest zupa z fasoli, brązowy ryż z czarną fasolką (czasem biały dla odmiany), sałatka (pomidory, kawałki rzodkiewki, posiekana kapusta, ogórki), danie główne to kurczak, ryba, czasem krewetki lub też wieprzowina (kurczak i świnka kosztują mniej). Do całości dochodzą chipsy bananowe (czasem cieniutkie jak prawdziwe sztuczne komercyjne chipsy a czasem grube jak ziemniaki). Na deser sałatka owocowa (nieśmiertelne banany i ananas). W ogóle nie brakuje mi gastrofazoli (czekoladki, orzeszki, cukierki, gumy do żucia) – no hay la mota no tengo gastrofaza. Jeżeli chodzi o restauracje to te naprawde dobre są bardzo drogie a innymi nie warto zawracać sobie głowy, już lepiej wsuwać pizzę i owoce, które są tanie (choć takie sobie – nie duży wybór, zgniłe banany, mandarynki z pestkami, no ale przynajmniej naturalne). Ale są jeszcze paladores – prywatne knajpki działającej na podobnej zasadzie co casas particulares – czyli domowe jedzenie za peso convertible, czasem udaje mi się jednak płacić w moneda nacional (na przykład za 50 peso niezła kolacja w La restaurante Cubanita w Guantanamo). Codziennie płacę za jedzenie i spanie prawie dwa razy więcej niż wynosi przeciętna i oficjalna pensja Kubańczyka. I jako, że jestem obcokrajowcem właściwie taniej mi żyć nie można. Co innego jakby całą kasę brali moi gospodarze. W rzeczywistości większość tej kasy trafia w końcu do rządu.

Spotykam rodzeństwo ze Szwecji. Rum, tucola (podróbka cocacoli), plastikowy stolik w taniej lokalnej knajpce. Są młodzi i bardzo ciekawi świata. Sabina (23) przejechała właśnie przez Amerykę Południową, a swoje ostatnie dwa tygodnie spędziła ze swoim bratem Marcusem (22) na Kubie. Wyspa jak wulkan gorąca do gustu jej jednak nie przypadła. Nie może znieść tego, że Kubańczycy są napastliwi – tu budzi się w niej twarda kobieta, choć jest jeszcze dziewczynką, ale nie cierpi jak się na nią gwiżdże i cmoka – hm… jest zresztą na co ;). Nawet jak dla Szwedów ceny są kosmiczne – właściwie nie ma swobodnego i taniego jeżdżenia tak jak robiła to w Gwatemali czy Boliwii. Kompletnie nie rozumieją tego systemu. W końcu dogadaliśmy się, że jeżeli by przenieść Kubę na północ Szwecji, to cały ten system by się rozpieprzył w drobny mak. Trochę w tym prawdy – klimat, tropiki, ciepło, muzyka, taniec – to jakoś trzyma ludzi. W północnym klimacie, jakby ludzie umierali z zimna (bo brak prądu i zero ogrzewania) nie było by już tak wesoło. Nie można by było siedzieć na ulicy całymi godzinami, roprawiając z sąsiadami. Poza tym jeszcze jedna rzecz. Bzykanie. Jeżeli nie ma mieszkań (ponoć brakuje 150 tysięcy mieszkań na Kubie) i nie ma też bezdomnych, to oznacza, że niby każdy ma dach nad głową. Inna sprawa – ile tak naprawdę tych głów pod jednym dachem się mieści. Przez to ponoć na Kubie jest największy odsetek rozwodów. Całe pokolenia gnieżdżą się w jednym mieszkaniu – nie ma prywaty. Aby kochać się trzeba uciekać w krzaki, w polę, na kamping, na plażę. To teraz wyobraźmy sobie Kubę na północy Szwecji. No i mamy kontr-rewolucję. Nie tylko seksualną.

Niedziela w mieście. Puste ulice. Bardzo gorąco, bezlitosne słońce daje mi się we znaki. Naprawdę nic się nie dzieje. Spaceruję oganiając się od bici-taxi – taksówki rowerowe – coś w stylu hinduskich czy południow-azjatyckich ryksz. Różnica taka, że te tutaj mają grube koła z motocykli i okrągłe samochodowe kierownice. Z jednej strony takie koła mogą wytrzymać większy ciężar, z drugiej strony pedałowanie i kierowanie czymś tak cięzkim wymaga nie lada wysiłku. Camaguey to rowerowe miasto. Kiedyś jeździły tu tramwaje (podobnie jak w Santiago) – pozostałością po nich są szyny tramwajowe w wielu częsciach starego miasta. Teraz niewiele samochodów i autobusów komunikacji miejskiej. Wszyscy zasuwają na rowerach – jak w Chinach. Napotykam też całą masę warsztatów gdzie można zreperować bicykla. Niestety nie udało mi się żadnego wynająć. Na pytanie o wynajem roweru – mąż Senory Dalgis zrobił głupią minę i powiedział, że to niemożliwe. Robię więc sporo kilometrów na piechotę. W Camaguey łatwo się zgubić w plątaninie uliczek. Labirynt nie jest jednak tak skomplikowany, wszędzie drogowskazy i jeżeli zawczasu zna się rozkład miasta nie sposób się zgubić.

W poniedziałek ulice pełne ludzi. Szukam internetu – niestety w żadnym z czterech miejsc nie ma łączności z siecią. Kupuję kartę za 10$ – dzwonię do domu. Udaje mi się porozmawiać z mamą i sister 2 minuty i 10 sekund. Co za idiotyzm – przecież produkcja takiej karty to koszt, plastik z chipem, a tu dwie minuty i do śmieci. Nie lepiej zarabiać kasę na rozmować przez łącza internetowe (pc-to-phone), tak jak to się robi w Indiach czy Azji? W ogóle większość usług teleinformatycznych dostępnych jest jedynie w Etecsie. Faxowanie, skanowanie, maile, karty telefoniczne i telefonów, kable, przejściówki. Żeby skorzystać z netu muszę kupić kartę z kredytem minut (60 minut). Jest to karta zdrapka – razem z nią mam login i hasło. Tym samym mogę skorzystać z netu przez na przykład 5 minut. Nastepnym razem jak się połączę – zostanie mi 55 minut etc. Ostatnio przypadkowo znalazłem sposób na omijanie systemu. Po prostu zawiesiłem komputer i następnym razem miałem znów 60 minut (sesja się nie zapisała i tyle). Kombinują również panie z obsługi. Czasem nie sprzedają kart tylko pytają się ile czasu chciałbym spędzić w sieci. Ja płacę gotówką a one mają jakiś kod który omija logowanie i tyle. 6 euro idzie do ich kieszeni.

Przed sklepami pełno ludzi. Wszyscy stoją w kolejkach. To kto pracuje, jeżeli wszyscy w godzinach pracy czekają na towar na kartki, ci bogatsi na towary bardziej luksusowe. Wystawy sklepowe z czasów poźnego PRL – widzę wieżę z CD, która w Polsce w hipermarkecie nie kosztuje nawet 200 zyli, tutaj za 249$. Podobnie z innymi rzeczami. Komputer, laptop, iPod, wszystkie te elektroniczne gadżety to przedmioty pożądania. Szczególnie wśród młodych ludzi. “Jak to jest, że taki turysta ma aparat a ja nie, ja chcę to samo” – myślą tysiące dzieciaków na wyspie. To też nakręca różnego rodzaju zachowania. Nie wierzę w dawanie długopisów dzieciom i drobnych monet ludziom. Rozkręca się przez to żebractwo. Nie w tym droga. Choć zdaję sobie sprawę, że codziennie za każdym razem płacąc za coś, wspieram rząd, który ma w dupie ludzi. Jak to jest, że za transakcję kartą płatniczną muszę zapłacić 11% prowizji ???!!!

Nie wiem jakie są metody rozwiązania tych problemów. Wolny rynek będzie szokiem dla większości. Spotykam na targowisku człowieka. Sprzedaje czosnek i zagaduje mnie. Nic jednak nie chce mi sprzedać, ani ode mnie wyciągnąć (oczywiście większość Kubańczyków taka jest, ale jako turysta ma się częściej do czynienia z tymi co chcieliby cię w jakimś stopniu wykorzystać), jest po prostu ciekawy co ja tu robię. Był w Polsce w 1984 roku. Nie do końca wiem po co, ale myślę, że szkolił się w kopalniach na Górnym Śląsku, potem pracował w kopalniach w Moa, na zachodzie Kuby. “A jak teraz w Polsce? Lepiej?” – “Si, mejor” odpowiadam. Wielu Kubańczyków których spotykam pyta mnie jak w Polsce, jak za granicą. Myślę, że oni po prostu nie wiele wiedzą. Ich wiedza jest szkolna, kontrolowalna, wybiórcza a mózgi wyprane. Pokazuję na laptopie swoje zdjęcia z ostatniego roku. W casach w Santiago a potem w Baracoa. Moi gospodarze oglądali to z dużym zainteresowaniem – ale padały takie stwierdzenia – “o w tych Indiach tacy biedni ci ludzie” “o w tej Japonii to musi być bardzo niebezpiecznie”. Kuba Kubą – a co sądzić o takiej Korei Północnej? To jest dopiero dramat. Choć nie wiemy co tam się tak właściwie dzieje. Przeciekają stamtąd informacje mrożące krew w żyłach – ale traktujemy to jako przerywnik pomiędzy informacją o procesie Michaela Jacksona, politycznych sporach w Polsce a ciekawostką ile włosów rośnie na głowie człowieka i dlaczego czekolada jest szkodliwa a może jednak nie jest.

Mam koszmary. Naprawdę chore sny. Rozmawiam o tym z Anouk z Holandii. Przypadkowo rozwineliśmy temat problemów ze snem. Anouk ma to samo. Nigdy, przenigdy nie miała koszmarów w Holandii – a tutaj codziennie. Moje są wyjątkowo realistyczne – i pojawiają się w nich wątki voodoo, kanibalizmu, zabijania, mordowania, znajomi z Polski, byłe dziewczyny, Kuba, Azja (przede wszystkim Kambodża) – wszystko to miesza się jeden długi serial – mroczny i śmieszny zarazem, czasem nie mogę się od tego oderwać i naprawdę dużo śpię. Nie będę tu nikogo męczył opisami tych snów, a mógłbym to robić, bo o dziwo wszystkie pamiętam. Nie wiem od czego to zależy – podobny klimat miałem w Maroku. Wiązałbym to z ilością słońca i miejscami w których śpię. Nie są to domy z betonu – to stare kolonialne domy – w których wiele osób przyszło na świat i wielu z niego zeszło.

Ostatni wieczór w Camaguey spędzam właśnie w towarzystwie Anouk i Basa z Holandii. Wcześniej spotkałem ich w Baracoa. Kolejni przemili ludzie. Spożywamy klasycznie butlę rumu i nawijamy o czym popadnie. Czasem rwę się do cudzoziemców, aby chwilę porozmawiać po angielsku – całe dni jednak jestem sam albo nawijam po hiszpańsku z Kubańczykami – ale większość rozmów jednak kończy się na tym “może przyjacielu byś mi pomógł, kupił, dał” albo “mi amor, zrobie ci laskę tu i teraz za 10 $” (tu i teraz to park w którym roi się od turystów, ludzi, policji i innych jineteras). Już mi się nie chce o tym pisać. Ileż można. Wkurwiam się jednak, że tak jest. I wiem, że to wcale nie jest ich wina. Bo to wina tych przeklętych cyklistów… (oraz masonów, żydów, komuchów, pedałów, astronautów i w ogóle wszystkich innych co mają krzywy nos i więcej szczęścia niż rozumu).

Gubię przewodnik lonely planet. No i dobrze. Stek bzudr. Strasznie uproszczona wizja świata. W tych przewodnikach to dobre są tylko mapy. Szkoda kasy – lepiej ściągnąć sobię trochę info z sieci, spędzić parę wieczorów przed wyjazdem, poszukać, wydrukować małą czcionką na paru kartkach papieru, kupić książkę historyczną o danym miejscu i zaopatrzeć się w dobrą mapę. Przewodnik robi to tylko kolejne gramy w plecaku.

O 1.10 w nocy wskoczyłem w bci-taxi i udałem się na dworzec, aby wsiąść w ten sam autobus, którym przyjechałem do Camaguey.

- Bartolo? – oto znów pojawił się człowiek nikczemnego wzrostu
- Si? Como estas amigo?
- Suerte, buen viaje – i klepną mnie w plery z mocą o jaką bym go nie podejrzewał

Zasnałem tym razem bez problemu. Nad ranem dojechałem do Trinidad.

Posted in .. | Tagged

baracoa foto

a ja tymczasem jestem juz w Trinidad…

potem wrzuce pare slow i zdjec

zblizaja sie swieta – dobrych wiec zycze . sciskam

Posted in .. | Tagged

Baracoa

Słowa. Pisać każdego dnia. Męczarnia. Nie cierpię pustego ekranu komputera ani czystej kartki papieru. Nie wiem co gorsze – rozpadająca się klawiatura w laptopie czy stary długopis zastawiający ciemne plamy na sąsiednych stronach w notesie. Jednak przelanie na nośnik wszystkich myśli byłoby wielkim błedem, bo rozum nie sługa, swoimi regułami się kieruje.

Obrazy. Wiem, że każego dnia co by się nie działo, nie ważne jakbym się czuł, muszę pójść robić zdjęcia. 200 zdjęć dziennie, wybierając z całości 20. I też się z tym męczę. Cyfrakiem robię jak zawsze, polując na chwilę. Odpuszczam sobie scenografię, choć na pewno jest ona jednym ze składników dobrego zdjęcia. Właściwie krążę w kółko tymi samymi uliczkami, czasem zbaczając, aby powrócić w to samo miejsce, przyzwyczająjąc otoczenie do swojej osoby. Czasem zapamiętuję sytuację i dekoracje, aby wrócić tam ze średnim formatem. Bardzo trudno jest wyjść poza ograne rzeczy fotografując na Kubie. Pstrykając mamiyą 6×7 centymetrów skupiam się na rzeczy – negatyw jest bardziej wymagający – trzeba naprawdę się starać i oszczędzać materiał. Jak czuję się dobrze w danym miejscu to robię ze dwa filmy dziennie – ale tylko pod wieczór, w samo południe słońce jest za ostre. 10 zdjęć na jednej kliszy. 20 zdjęć dziennie. Wielka radość wrocić do filmu. Szlachetna to bestia a na efekty trzeba będzie poczekać – przechować, przewieźć, lotniska, x-ray, możliwość prześwietlenia, zgubienia, potem ktoś może spartolić robotę wywołując filmy. Obróbka, skrawanie. Cały ten szajs.

Przesiaduję pół dnia w starym domu na przeciw Hotelu la Rusa (zbudowanego przez Rosjankę Magdalenę Rowieskują, która zainspirowała Aleyo Carpentiera podczas pisania książki “La Consagracion de la Primavera”, hotel ten miał wielu znakomitych gości – Fidel, Che, Eroll Flynn). Teraz codziennie kupuję tam browary (Bucanero) wieczorkiem na kolację, przełażąc boso przez ulicę. Mieszkam w casa particular u Marii i jej córek (młodsza jest słodka, ale sie strasznie wstydzi, a starsza właśnie skończyła historię na uniwerku w Santiago i całkiem do rzeczy z niej kobitka). Maria i jej córki na zmianę znęcają się nad iPodem (pożyczonym od Łukasza). Maria od dwóch dni bezustannie nuci kawałek Manu Chao “Me Gustas Tu” – a młodsze katują Orishas, Marleya, Van Van i Vavamuffin.

Maria z dnia na dzień coraz bardziej rozkręca się opowiadając rzeczy o sobie, o Kubie, o systemie. Co lepsze? Nie ma odpowiedzi. Nie ma systemu doskonałego – wszystkie opinie są bardzo subiektywne a to za czym kto się opowiada zależy od sytuacji zastanej. Rewolucji dokonują jednostki a cała reszta to ludzka masa. Basta. Maria mówi, że jest lepiej teraz. Pytam – lepiej niż kiedy? – No, lepiej niż przed 1959 rokiem. Maria osobiście nie pamięta tych czasów, miała wtedy parę lat, ale wie, że teraz jest lepiej. Fidel jest dobry, choć jako istota ludzka ma prawo się mylić, mówi spoglądając przez okno na dzieciaki bawiące się na ulicy. Co będzie potem? Maria odpowiada, że nie wie. Zresztą jak każdy Kubańczyk z którym o tym rozmawiam. Niektórzy mówią, że będzie dużo gorzej niż jest teraz. Parę razy słyszałem stwierdzenie, że koleje rzeczy po śmierci Brodacza zostały ustawione zawczasu. Wiem jedno – ta mała wysepka po śmierci Castro będzie na ustach wszystkich przez długie miesiące. Jak to jest, że tak mały kawałek świata wzbudza tyle emocji wszędzie na świecie? Ludzie nie pamiętają o Kambodży, Wschodnim Timorze, awanturach na Sri Lance, zadymach w Afryce (kto spamięta wszystkie konflikty w Sudanie, Runadzie, Somalii?). Nasza pamieć jest wybiórcza i bardzo fotograficzna. Symbole. Obrazy. Szum informacyjny. Popkultura. Weźmy słynna fotografię zrobioną przez Alberto Kordę – Che patrzy się gdzieś w bok, uwieczniona na milionach grafitti, koszulkach, płytach, zegarkach Swatcha. Żyjemy w epoce symboli – nie każdy zna historię Guevary (teraz dorzućmy młodego Che w filmie Waltera Sallesa), nie za bardzo wiemy o czym mówił, pisał, myślał. Jest ten jeden Che. Który umarł młodo z karabinem w ręku i inhalatorem w kieszeni.

To wszystko za trudne – komunizm, socjalizm, liberalizm, neoliberalizm, kapitalizm, -izm, -izm, -izm. Żyjemy w czasach izmów. I nic na to nie poradzimy.

Baracoa to dobre miejsce. Jakby odcięte od reszty świata. Fale rozbijają się o betonowy brzeg promenady. Wzdłuż morza nie ma żadnych hoteli (oprócz wcześniej wspomnianego La Rusa) – na Maleconie stoją tylko fotogenicznie zniszczone przez czas i sól morską budynki mieszkalne, szkoła, parę knajpek. Plaży jako takiej nie ma – tylko skalisty brzeg.

Życie w miasteczku koncentruje się wokoło parku – jest parę sklepów w których nic nie ma ale stoją przed nimi wieczne kolejki. Jest także sklep w którym wszystko jest (pralki, lodówki, telewizory) ale nie ma przed nim żywej duszy. Są restauracje dla turystów i bogatszych Kubańczyków, z cenami w peso convertible. Tam także niewiele osób, czasem starsze małżeństwo z Niemiec, turysta z Francji i jineteros. Lokalni piją tani rum nad brzegiem morza, grając w domino lub szachy. Ludzie (szczególnie strasi) siedzą w domach. Ich oknem na świat jest telewizor z 3 programami telewizji publicznej, czasem rzucą okiem przez otwarte na ościerz drzwi. Wieczorem całe rodziny jak zahipnotyzowane skupiają się wokoło telewizora – ten obrazek zobaczysz w każdy kraju świata o tej porze dnia. W domu gdzie mieszkam, parę miesięcy temu wysiadł telewizor (koreański, Daewoo), jest za to mnóstwo książek, więc kobiety siedzą i czytają. Znalazłem na półce wszystkie dzieła Lenina, Marqueza, Llose, Guevarę i setki innych. To jedna z rzeczy która odróżnia Kubę od innych krajów – wykształcenie. Wszyscy chodzą do szkoły, potrafią czytać i pisać. Nawet z kurwami możesz porozmawiać o teorii wszystkiego, literaturze i fizyce kwantowej.

Nie wiem natomiast co się dzieje rano. O tej porze śpię. Przez sen słyszę głosy ulicy. Dzieciaki idą do szkoły, jakieś kobiety głośno rozprawiają. Maria rozwiesza pranie na dachu. Wstaję koło godziny 11 aby zjeść śniadanie. Godzinę później zaczyna się sjesta – część urzędów jest zamknięta, mieszkańcy miasta udają się na leżakowanie. Czasem widzę jednego czy dwóch innych podróżnych, lecz dopiero wczoraj po raz pierwszy od ponad tygodnia zagadałem do jakiegoś obcokrajowca. Na ulicy Coliseo, skąd doskonale widać zatokę i zardzewiały duch starego statku, straszący z lazurowych wód morza Karaibskiego, spotykam Xaviera i Monikę z Katalonii. Małżeństwo z Girony, on pracuje w Vodafone, ona jest farmaceutką. Przemierzają wyspę na starych dziesięcioletnich rowerach górskich. Zanim poszli spać (rano mieli wyruszyć do Moa) wypiliśmy przy Casa de la Trova parę mojito rozmawiając o życiu (bo o czym innym można rozprawiajać przy dźwiękiach muzyki na żywo i deszczu uderzającym o plastikowy daszek knajpki z tanim alkoholem).

Czy nie lepiej było by być Kubańczykiem? Co z tego, że taki system, że koledzy myślą jakby tu zbudować tratwę i popłynąc na Florydę. Na miejscu jest rum, cygara, genialna muza, ciepło cały rok, najpiękniejsze kobiety kręcą tyłeczkami na ulicach wszystkich miast i wioseczek, rząd gwarantuje ci wielkie nic ale za to jakie, są symbole w które wierzysz, możesz też na nie ponarzekać, w telewizji nie ma reklam i całego tego chłamu, familiady, klanów, mcdonaldow i całej masy rzeczy o których po prostu nie masz pojęcia, że są i mogłby ci się przydać. Samochody? Po jakiego grzyba ci najnowszy model czegośtam, jeżeli masz tu takie furki – i co z tego, że się cały czas psują – jest o czym pogadać z kumplami, poza tym co to musi być za frajda jeździć cabrio chevroletem z 1954 roku promenadą w Havanie. Poza tym zawsze można naciągnąć paru głupich turystów z Niemiec czy Holandii, ubranych w spodnie ze specjalnego oddychającego materiału, co rozpierdalają w ciągu jednej noc dziesięciokrotność twojej pensji. Zresztą oni zaraz i tak wrócą do domów i będzie można wrócić do gry w domino.

A tak naprawdę to sam nie wiem. Czasem po prostu popadam w odrętwienie jak na to wszystko patrzę. Pięknie jest… ale czy naprawdę?

Idą świeta. Za oknem ktoś maniakalnie puszcza na pozytwce Cichą Noc.

[północ, za oknem ujadanie psów, bębny, muzyka, piątkowa noc, Baracoa]

Posted in .. | Tagged

Z Santiago do Baracoa

Control Machete

Santiago de Cuba – drugie co do wielkości miasto Kuby trochę mnie przybiło. Przynajmniej na początku. Nie wiedziałem gdzie się podziać, co robić – wciąż nie mogąc zaaklimatyzować się dreptałem uliczkami tego starego miasta. Zatrzymałem się w casa particular u Senory Belkis – starszej mulatki, znakomitej businesswoman, co wiedziała jak wyciągnąć ode mnie każdego dolara. Niemniej bardzo cenię sobie u niej gościnę. Senora Belkis należy do nowej średniej klasy na Kubie, do tych, co mają możliwość goszczenia u siebie “dewizowych gości”. Casas Particulares – to miejsca gdzie się zatrzymuję. Hotele dla obcokrajowców są o jakies 10-15 dolarów droższe, a miejscówki dla Kubabańczyków nie dla estranjeros. Więc nie ma wyjścia. Można jeszcze spać w autobusach Viazul, jadących nocą z miasta do miasta lub też na campingach, ale tam jeszcze nie dotarłem. Prywatne domy są więc najlepszą opcją dla niezależnego podróżnego. Takie domy oznaczone są zielonym lub niebieskim trójkątem z napisem “Arrenador Inscripto”, należy oczekiwać, że cena za noc wyniesie od 15$ do 25$ czyli całkiem sporo (w porównaniu z nędznymi hotelikami w Indiach czy Ameryce Południowej). Plusem jest to, że ma się możliwość mieszkania z rodziną a pokoje są naprawdę spoko. Właściciele muszą oddawać od 150 do 300 dolarów miesięcznie opłat rządowych, niezależnie od tego czy mają czy nie mają gości każdego miesiąca. Trzeba więc walczyć o swoje. Niektórzy pytają się jaki jest twój następny punkt podróży i polecają ci swoich znajomych.

Włóczyłem się więc po Santiago, przygnieciony światłem słonecznym, przesiadując często w Casa de la Trova, gdzie zapodawali dobrą muzę na żywo, o czym pisałem wcześniej. Ostatniego wieczoru usiadłem dosłownie na chwilę w parku (czego wcześniej nie robiłem ze względu na wszechobecność jineteros i jinetera). Nie są to bezdomni czy naprawdę biedni ludzie – rząd rewolucyjny dostarcza im socjalne minimum – ich celem jest wyciągniecie od obcokrajowca czegokolwiek. Czasem chcą jedynie pogadać, dziewczyny poznać białasa, który postawi im drinka, kupi conieco, a w najlepszym wypadku wyciągnie z Kuby. Kolesie natomiast uderzają w podobny sposób do zachodnich kobiet (podobnież ma się sprawa z odmiennymi orientacjami seksualnymi). Moja wiedza w tym temacie jest znikoma jak na razie, więc piszę o tym co widziałem.

Usiadłem więc na ławce pijąc coś podobnego do fanty. 5 minut później przysiedli się do mnie w Eko i jego kumpel – rastafarianie, lub też jak myśle “wannabe” rastafarianie. Bycie rasta jest cool (przynajmniej oni tak myślą) – wyluzowany sposób bycia, specyficzny język i łatwość nawiązywania kontaktów szybko zjednuje im innych (tych co mniej więcej kumają o co idzie). Postanowiłem ich nie odganiać. Rozmowa toczyła się po hiszpańsku, chyba, że podchodzili inni rasta, co mówili co nie co angielsku, ale za to w jakim stylu (bełkot jamajski). Witają się przpez piąstkowanie i magiczne “ya, man!” – co mnie lekko rozbroiło, ale podjąłem grę w której z góry wiedziałem, że to ja będę fundatorem tej imprezy. Blablabla, podróze, kaktusy, gandzia, grzyby, Marley, muzyka, dziewczyny – kolesie nakręcają rozmowę i chwilę potem wyciągają pustą plastikową butelkę i idziemy szukać taniego rumu. Łazimy po mieszkaniach, witam się z dziesiątkami ludzi, pięść-pięść, ya mon, superfajnie i w ogóle…

Mija godzina za godziną, ja się już gubię w kolejnych osobach tego show – pojawiają się znienacka, różne typki, każdy z tą samą nawijką, ale jest miło a ja wciąż nie jestem za bardzo pod wpływem rumu. Pojawia się policja, która legitymuje obywateli z dreadami – mnie jakby nie widzą i o nic się nie pytają. Eko mówi, że zawsze muszą mieć przy sobie dowód tożsamości – każdego dnia są wielokrotnie zatrzymywani przez służby patrolowe. Chłopaki wyciągają ode mnie kolejne drobniaki na coś do jedzenia i kolejną butelkę rumu (żaden to koszt dla mnie, a jestem ciekaw co będzie dalej). Wychodzimy z centrum. Po chwili trafiamy w mroczne slumsy, gdzie stoją chatki z klepiskiem zamiast podłogi, coś w stylu “Miasta Boga”. Beton, glina, krzaki, parę zapalonych latarń, muzyka z każdego domu, przed którymi siedzą czarnoskórzy obywatele i niebieska poświata rzucana przez czarnobiałe telewizory. Pojawiają się następni, Eko przedstawia mnie swojemu kumplowi, u którego mieszka (w rozpadającym się domku z tektury). Poznaję też mamusie jego kolegi i koleżankę – Lucerię (czy coś takiego). Snujemy się bezsensu po okolicy, rozmawiając o Hajle Sellasje, Fidelu, Marleyu, Che, polityce i innych rzeczach o których ja wiem, że oni wiedzą, ale rozmowa jest bardzo powierzchowna, bo toczy się w spanglish.

Nadchodzi czas aby już sobie iść i w tym momencie zdaję sobię sprawę ze swojego położenia – nie wiem gdzie jestem, ani jak dość do domu, poza tym znajduję się w slumsach drugiego największego miasta Kuby i co by tu nie mówić o bezpieczeństwie na Kubie to wiem że bezpiecznie to może jest w Veradero w zamkniętych ośrodkach dla niemieckich turystów. Żegnam się z chłopakami, którzy wskazuję mi drogę do centrum – nie jest tak źle po 5 minutach już wiem gdzie jestem i podchodzę do domu przed którym siedzi kobieta, aby upewnić się czy dobrze idę. “Para el centro? A la izquierda, si?” – kobieta twierdząco kiwa głową i uśmiech zamiera jej na twarzy, przechodząc w nieartykułowany krzyk. Ja w tym momencie błyskawicznie się obracam, mając przed twarzą dwie zardzewiałe maczety, pół metrowej długości i czuję pociągnięcie do tyłu. Dwóch typków ciągnie mnie za plecak, za wszelką cenę starając się go odciąć z moich pleców. Adrelanina uderza w czaszkę, wiem, że w torbie mam cyfraka i portfel. Wszystko rozgrywa się w ciągu dwóch sekund – mam dłuższe nogi niż oni więc kopniak ląduje prosto w klatkę jednego z nich, zarazem starając się wyszarpać drugiemu. Kobieta krzyczy, zbiegają się inni ludzie w tym babcia z dziadkiem co taszczą dwie długie maczety – intruzi uciekają. Do teraz nie wiem jak mi się udało z tego wykaraskać i dlaczego od razu cabrones nie odcieli mi głowy. Dziadek i babcia z maczetami proponują ochronę i odprowadzają do centrum. Ufff… Wracam do domu i idę spać. Całą noc snią mi się noże, maczety, kurczaki, dżungla, ciemne twarze z błyszczącymi oczami. Wszytsko w rytmie afrykańskich bębnów.

Z Santiago do Guantanamo

Na drugi dzień opuściłem Santiago. Autobus do Baracoa odjechał z rana – musiałem więc spróbować autostopu bądź też lokalnego transportu. Tego dnia dojechalem zaledwie do Guantanamo. W ramach cięcia kosztów żadnych taksówek, co się wiąże z tym, że wszędzie walilem na piechotę (nawet typek z bryczki ciągniętej przez konia chciał zapłaty w dolarach – choć przejazd kosztuje 1 peso). Tym samym najpierw przeszedłem pół Santiago w poszukiwaniu terminala z którego odjeżdżają ciężarówki. To co w przewodniku to bzudra. Terminal do Guantanamo jest zupełnie w innym miejscu. Jeden hombre poprowadził mnie na miejsce. Na terminalu czekałem 2 godziny w kolejce do ciężarówki. “No para estranjeros” – jak się dowiedzialem już przy wejściu – o tym czy obcokrajowiec może jechać czy nie decyduje kierowca – no i sie zaczeło – wsciekły walczylem o swoje, poparli mnie inni podróżni, ale wąsacz był nieubłagany – rzuciłem mu solidną wiązankę ze wszystkich brzydkich słów jakie znałem po hiszpańsku i poszedłem sobie. Już się miałem złamać i wsiąść do autobusu dla turystów, ale w ostatniej chwili skręciłem na drogę przy której stało mnóstwo ludzi liczących na okazję. Autostop na Kubie nie jest darmowy – a białas na stopa do dobry kąsek. Diaz podwiózł mnie za 2 $ do Guantanamo – okazało się, że mieszkał 4 lata w Czechach (niestety ledwo co mówił po czesku). Rozmowa toczyła się więc w języku Cervantesa. W Guantanamo, które okazało się mieściną o której świat zapomniał, czekałem na okazję aż do zmroku, ale już nie mogłem słuchać drwin palantów stojących wokoło (już sobię wyobrażam jakie epitety lecą w stronę białasów w Azji, gdzie większość turystów nie zna lokalnego języka). W końcu skapituowałem i jedna miła dziewczyna poprowadziła mnie do centrum – ona też jechała w stronę Baracoa, ale nie aż tam – tylko do San Antonio – gdybym wiedział jak niedaleko od plaży jest San Antonio to wsiadłbym z nią do ciężarówki, która niespodziwanie zatrzymała się przy stacji benzynowej obok której przechodziliśmy. Wskakujesz? – ja niestety nie miałem pojęcia gdzie jest to miejsce, dopiero sprawdziłem potem na mapie. Poszedłem więc do Parque Marti w samym centrum tej dziury. Dwa hotele polecane w Lonely Planet jako tanie (mniej niż dolar) niestety już estanjeros nie przyjmują (napisali w LP z roku 2003 wiec się pewnie tam całe masy zjawiły w ostatnich latach). Została mi więc casa particular za 20$.

Z Guantanamo do Baracoa.

Wstalem około 11. Nie mam zegarka ani budzika więc nie miałem z początku pojecia która jest godzina. Poszedłem w to samo miejsce co poprzedniego wieczoru. Znów musiałem uzbroić się w cierpliwość. “Co ty tu robisz? Dla obcokrajowców jest Viazul” mniej więcej to powtarzali mi inni podróżni. Osób czekających na ciężarówkę bądź okazję było z 200-300 – wszyscy w kierunku Baracoa. Po 3 godzinach ogarnęły mnie wątpliwości, zjadłem z 8 pomarańczy i wypiłem dwie orenżady – wciąż nikt się nie zatrzymał. Do jednego autobusu mnie nie wpuścili (jechał do ośrodka wczasowego Cojobabo). W końcu słyszę jak wołają mnie typki – Amigo! Ciężarówka do Baracoa jedzie. No tak – ale chętnych było więcej niż miejsc. Dałem dwa dolce jednemu hombre, który przekupił z kolei kierowce ciężarówki, któremu musiałem zapłacić 20 peso. Jedziemy. 4 wąskie ławki, rozpadająca się ciężarówka, genialne widoki, słońce, wiatr i morze Karaibskie. Rozmawiam z ludźmi, jest miło i wiem, że za 4 godziny będę w Baracoa. No tak ale bez przygód nie mogło się obejść. W pewnym momencie ciężarówka prawie się wywraca na zakręcie i duża, starsza kobieta ma zapaść. Jedziemy do szpitala. W Imias przez godzinę czekamy na wieści o niej. Miała zawał. Robi się smutno ale trzeba jechać dalej. Przed 1960 rokiem jedyny dostęp do Baracoa był od strony morza. “La Farola” – kręta droga z Cajobabo była jednym z pierwszy osiągnięć rewolucyjnego rządu Castro. Dystans 50 kilometrów pokonaliśmy w 1,5 godziny. Widoki porażające. A ja nawet nie myślałem aby wyjmować aparat z torby. Noc. Jesteśmy na miejscu.

… w następnym odcinku parę słów o pierwszym mieście założonym przez Hiszpan na Kubie….

Posted in .. | Tagged

santiago – foto

Posted in .. | Tagged

santiago

Głowę pełna dźwięków, kolorów, promieni słońca. Mam w sobie zimę i te sześć szalonych tygodni w Warszawie wciąż dają znaki o sobie. Dużo śpię, czasem w środku dnia zasypiam z książką. Dużo czytam o Kubie i Ameryce Łacińskiej (teraz jednak widzę, że za mało książek z sobą zabrałem). Konfrontuję to co widzę na ulicach z tym co zapisane. Jednak nic nie zastąpi kontaktu z ludźmi. W odróżnieniu do Azji w końcu więcej rozumiem i jestem w stanie porozumieć się z kimkolwiek. Z hiszpańskim jest jak z jazdą na rowerze – przepiękny język, jak się go lubi to tak szybko z głowy nie wyleci. Zdaję sobie sprawę, że słaba moja wiedza, ale słownictwo i zwroty powoli się przypominają. Teraz nie ma problemów z targowaniem się, kupowaniem jedzenia w sklepach dla kubańczyków za peso – zwane moneda nacional, pesos Cubanos albo po prostu pesos.

Na Kubie króluje jednak Peso Convertible (1 euro = 1 peso convertible = 24 pesos Cubanos) – płacisz nimi właściwie wszędzie – za noclegi, transport (oprócz lokalnego), żarcie w restauracjach i cokolwiek związane z przemysłem turystycznym. Trudno wyrwać się z kręgu “lepszego” peso. Wymieniłem sobie jednak 20 euro na gruby plik pesos cubanos i płacę nimi za pizzę (pizza mixta z szynką, serem, cebulą i mięsem mielonym kosztuje 10 peso), spagetti (3-10 peso), refresco (2 peso – smakuje jak stara dobra orenżada), rum (3 peso za shot w kubańskich spelunach). Jeszcze nie zdarzyło mi się aby ktoś odmówił mi pobrania tych lokalnych peso – w miejscu gdzie płaci się w moneda nacional. Niestety za wodę w butelkach trzeba płacić w peso convertible (będę je określal znaczkiem $ a peso to prostu będzie peso). I tak przykładowo mała woda kosztuje 0,60$, duża 1,5$, obiad w knajpie 5$, małe piwo 1$, za 1km taksówką 1$, noc w casa particular (o tym będzie potem) 15-25 $, w hotelu 20-30$, autobus liniami Viazul z Havany do Santiago (51$), internet 6$ za godzinę. Podaję te ceny aby nakreślić odrobinę schizofreniczną sytuację gospodarczą w jakiej znajduje się wciąż Rewolucyjna Kuba. Przeciętna pensja na Kubie to około 15 dolarów za miesiąc. Oczywiście każda osoba ma prawo do pewnych towarów, które wydaje się na kartki, jak w PRL.

Wszystko to sprawia, że współczesna Kuba to kraj kombinatorów – aby przeżyć godnie trzeba działać, naginając prawo lub poruszając się poza nim. O tym też spróbuję napisać później, bo to nie takie proste. Rozmawiając z przypadkowymi ludźmi trzeba przebić się przez całą masę przeszkadzajek (rozmówca sprytnie wplata wątki biznesowe od cygar po dziewczyny – niektórzy sprzedali by własną matkę albo siostrę za tych parę $ o czym przykro wspominać ale w wielu przypadkach tak po prostu jest).

Zmęczony jestem trochę Santiago – niby mnóstwo do roboty (atrakcji turystycznych za które trzeba słono płacić – musiałbym wydawać 50 euro dziennie na transport). Chyba najchętniej znalazłbym się w drodze. Pokręciłem się po mieście, porobiłem trochę zdjęć z których kompletnie nie jestem zadowolony. W Santiago króluje muzyka. Z każdego domu i knajpy rozbrzmiewają dźwięki. Na żywo bądź z CD. Tutaj ludzie nie chodzą ulicami, oni tańczą. Czego im zazdroszczę bo kompetnie nie mam do tego fazy (mam nadzieję, że przyjdzie). Trochę czasu spędziłem w Casa de la Trova, gdzie przez całą sobotę i niedzielą od rana do nocy występowały zespoły na żywca. I każdy brzmiał tak naturalnie, tak świeżo, że z przyjemnością spędziłem tam parę ładnych godzin sącząc mojito i ćmiąc cygara Cohiba. Prawdziwy unplugged – zero wzmacniaczy i mikrofonów.

Jutro wyruszam na plażę w stronę Guantanamo (oleję punkt widokowy na amerykańską bazę wojskową – z tego też zrobili atrakcję turystyczną). Powoli się rozkręcam. Brakuje mi trochę energii i mocy – muszę pogrzać się w słońcu i popływać w morzu…

Posted in .. | Tagged

havana

Posted in .. | Tagged

santiago de cuba i proba zapisania czegokolwiek…. bezskutecznie jak mysle

Gdy nie ma netu, mozliwosci zrzucenia zdjec, napisania swobodnie tekstow to trafia mnie szlag. To znak ze jestem kompletnie uzalezniony od sieci…

Zreszta nie wazne…

Sytuacja na Kubie jest schizofreniczna (napisalem nawet na laptopie tekst ale nie jestem w stanie go wrzucic tylko moge przepisac na nowo siedzac w kafejce za 6 euro za godzine)…

Pierwsze dwa dni mnie powalily – doslownie i w przenosni. Upal, rum w tanich barach (za normalne peso jak odkrylismy z lukaszem), kilometry zrobione uliczkami starej Hawany – mistrzostwo swiata. Przekomarzanie sie z naganiaczami – przypominam sobie hiszpanski i wiem ze z dnia na dzien coraz lepiej mi idzie.

Potem przychodzi kac. Widzisz rozpadajacy sie swiat wspanialych ludzi. Kolejki, kartki, sklepy gdzie nic nie ma i za to NIC trzeba placic w peso convertible (stratattata – wczesniej peso rownalo sie dolarowi, ktory slabnac przestal byc przedmiotem pozadania a jego miejsce zastapilo euro). Cos za cos. Na szczescie sa rzeczy ktorych nigdzie na swiecie nie znajdziesz. Takich kobiet, takiej muzyki, plaz, architektury.

W glowie mam straszny chaosm (co widac po tym co teraz w dwie minuty napisalem)- Wszystko to co przeczytalem, a teraz zobaczylem nie sklada sie w jedna calosc. Jednego dnia ide ulica i wszystko jest pieknie a drugiego widze jak wszystko to gnije i umiera. No i ludzie – jedni kompletnie bezinteresowni, pomgaja ci na kazdym kroku a drudzy staraja sie wszystko z ciebie wysssac…

Jestem juz w Santiago de Cuba na drugim koncu wyspy. Dociagne do Baracoa a potem bede bardzo powoli cofal sie do Havany.

Zdjecia ma lukasz.com ale ciec jeszcze mi ich na serwer nie wrzucil. Przepraszam ze nie bede odpowiadal na maile, ani wrzucal zdjec. Raz na tydzien moze jak sie uda. Sytuacja po prostu jest inna…

Na ulicy fiesta. Dzis sobota, w kazdym miejscu miasta rozbrzmiewa muzyka – od son po hip hop. Nie ma co – trzeba robic zdjecia… i wchlaniac to wszystko.

Posted in .. | Tagged

kuba

na szybkiego bo net kosztuje tyle ze szok…. zdjec sie na razie nie da wyslac wszystko zablokowane

genialnie jest…. brak slow, spisze to na dniach i bede sie staral wyslac… choc nie wiem czy sie uda…

pozdrawiam

Posted in .. | Tagged

poniedziałek wyjazd

jest 4.44 rano… dalej nie czuję się abym gdziekolwiek jechał. spałem godzinę za chwilę dobijam do lu i lca aby pojechać na lotnisko – mam nadzieję, że nie będzie mgły, wpuszczą mnie z bagażem całym do kabiny i zdążymy na samolot do hawany…

hasta pronto

Posted in .. | Tagged

Na Kubę…

Prawie wszystko gotowe. Rzeczy do spakowania piętrzą się na podłodze. Poupycham to jutro. Dziś jeszcze trochę pracy i rzeczy do załatwienia. Nie poradziłem sobie ze wszystkim tak końca jak chciałem. Nie spotkałem się ze wszystkimi co spotkać miałem, w kinie nie byłem, na basen nie poszedłem, nie posiedziałem w parku i rzadko zdarzały się dni totalnego nieróbstwa. W głowie siedziała mi Ameryka Łacińska…

Na Kubie będzie ciężko z netem, więc relacje i zdjęcia nie będą za często się pojawiać – wszystko wyjdzie jednak w praniu.

Plan jest na razie następujący: do Sylwestra na Kubie, 3 stycznia do Meksyku tam parę tygodni i zjeżdżam na południe.

Dziękuję wszystkim co wspierali mnie tak mocno w ciągu 6 tygodni w Polgarii…

I chyba to tyle…

Posted in .. | Tagged

przeterminowane wszystko

Po powrocie sprzątając lodówkę eliminując przeterminowe produkty żywnościowe w stylu musztardy z 2004 roku znalazłem worek z filmami o których zapomniałem. okazało się, że to filmy których nie mogłem nigdzie wywołać w Warszawie. Makao przyszedł z pomocą i dzięki ściągnietej z sieci instrukcji wywołał mi filmy zrobione na śmietniku Phnom Penh. Zrobił się więc materiał z tego miejsca, który robiłem w przeciągu dwóch lat – Stung Meanchey

Nie wyrobiłem na 1 grudnia. Lecimy z LCA 4 grudnia wieczorem do Frankfurtu a potem postaramy się załapać na samolot do Hawany….

Posted in .. |

wawowo

P & B

………

długi dzień, źle się zaczął a dobrze skończył.

znów ta sama kanapa ale inny gość

Posted in .. |

juri + von reden

Posted in .. |

takie różne….

Weekend jak to weekend…

Natomiast poprzednie dni były wariackie

spotkania, telefony, filiżanki kawy wypite w dużych ilościach, mało spania, dużo kompa, jeżdżenia samochodem po warszawie, załatwiania, wysyłania, oglądania, przerabiania, nagrywania, dobrych i złych pomysłów, analizowania i planowania…

zmiany idą … mimo dużej ilości doznań (a tych jeszcze będzie więcej wkrótce) składa mi się wszystko w jasny obraz…

przynajmniej w głowie osiągam balans…

Posted in .. |

divx z panoptica04

Bart @ Panoptica 04 part I | 10 mb, divx

Bart @ Panoptica 04 part II 30mb, divx

Zdjęcia zrobione podczas podróży 2003-2005

edit | music Ewo

Posted in .. |

pierwszy śnieg


Obiadek na stadionie – wietnamska zupka jak w wietnamie

A potem spadł pierwszy śnieg w tym roku. Krótko padał i był kiepskiej jakości, ale znak, że zima idzie.

Dobrze się dzieje….

Posted in .. |

życie polgarianina

Posted in .. |

odrzuty z wietnamu

Posted in .. | Tagged

panoptica 4

Tak naprawdę to nie było by tego wszystkiego bez netu. Ludzi, czasem przyjaciół, niespodziewanych zdarzeń…

Właśnie dzięki takim wirtualnym kontaktom miałem okazję być gościem na festiwalu Panoptica4
w Brukseli…

Posted in .. |

kambodża odrzuty

A tera odrzuty z Kambodży… A potem syfy z Indii i Wietnamu

Posted in .. | Tagged

odrzuty w zimowy dzień

Za okniem chłodny uśmiech zimy. Oglądnąłem 4 filmy na DVD które ukradłem Minimalowi z jego niekończącej się kolekcji filmów wszystkich. Nakarmiłem bestie, mniejszy kot Adomasów Patykasów o ksywce Luneta czy coś takiego walczy ze swoim ogonem i cieniem jaki rzuca na firance. Buszuję po prawie 500 giga danych jakie mam na dyskach analizując (próbując) to co zostało zrobione. Najgorzej jej z pisaniem. Chciałbym w końcu zrobić materiał z Kambodży – ale jeszcze nie czas.

Parę odrzutów z Chin.

Posted in .. |

Pytania bez odpowiedzi

Mimo, że wróciłem czuję się nadal jakbym był w drodze. Nie mieszkam u siebie w chacie na Pradze, gdzie zasiaduje Minimal. Przeniosłem się na wieś, cztery mile za Warszawę, do Rembertowa. Gościny udzielili mi Ado i Pati (plus dwie kotki). Jest więc dobrze. Załatwiam kupę spraw – co mnie okropnie męczy – naprawa samochodu, urzędy, papierki. Nie mam czasu usiąść i zebrać w całość co zrobiłem w ostatnich miesiącach.

Budzę się rano ze straszliwą pustką w głowie. Ulatują gdzieś sny. Ich miejsce zajmuje szara Warszawa, która nie jest taka zła jak ją malują.

Poza tym klasyczny brak weny w listopadzie. Baterie naładowane na wschodzie jeszcze trzymają poza tym napędza mnie wizja Kuby.

Czy jestem szczęśliwy? Czy jestem samotny? Czego dokonałem w ostatnie 5 lat? Co będę robił za parę lat? Pytania bez odpowiedzi… te same przyjdą…

Posted in .. |

płyny

A tutaj reklamka dla ziomali:

W czwartkowy wieczor, u wrot Jadlodajni Filozoficznej spotykamy sie na evento-koncercie made in Plyny. Zagra dla Was Bog Bassu czyli Szymon Tarkowski, Andrzej Kwiatek Kwiatkowski-Rowniez Bog, Boski Blaskacz i Boski Piss.
Razem z Rezolutna Joanna i Donniem Tesco bedziemy uprawiali Milosc na Autostradzie do Limassol poijajac Coca-Cole w promieniach Boga Slonca Wisznu Megawisznu.

Sing About and Dymando Me!

gdzie: Jadlodajnia Filozoficzna ul.Dobra 33/35
kiedy: 10 listopada 2005 o godz. 21.00
za ile: 5 zlociszy

A nastepnego dnia nie ma pracy ani szkoly….

Posted in .. |

mju-tacje

Posted in .. |

hexadecimal

Posted in .. |

już w wawie

trzeba poukładać parę rzeczy, właściwie piszę to tylko dla siebie samego…

Posted in .. |

sprzęt

wyjazd się zbliża dużymi krokami
w cholere rzeczy nie załatwionych
dużo pracy, jeżdżenia po polsce

Q

czy ktoś może sprzedaje lub wie kto zamierza sprzęt w stylu: contax g2, leica mp lub m7, bessa r2 lub mamiya 7II

szukam drugiego aparatu na wyjazd
proszę o kontakt (patrz na górze jest)… dzięki

Posted in .. |

foto misz maszzzz od kambodży po polgarię

Posted in .. | Tagged

Ja chcę do Tajponii

W nocy śniła mi się Tajponia.

Potem znów obudziłem się w Polgarii.

Poszedłem zagłosować. O 6 rano i minut 6 zjawiłem się w obskurnym punkcie wyborczym położonym na terenie ogródków działkowych Perła. Było pusto i czarno. Zagłosowałem na kandydata numer 2 i pojechałem do Zagórza Śląskiego robić zdjęcia…

Cały dzień pracy na świeżym powietrzu. Świetni ludzie i niezła zabawa.

Dwaj co ukradli księżyc zajebali też kawałek mojego kraju i podmienili na Bólgarię.

Będzie się dziać. I nawet mnie szlag nie trafia. Jestem szczęsliwy że wyjeżdżam, dosłownie za parę tygodni.

ale ale…. tak sobie to przeczytałem co napisałem i myśle że ja nie mam na co narzekać poza tym “Frużki wolą optymistów”

Posted in .. |

Pierwsze dni w Polgarii

Pierwsze dni w Polgarii pełne sprzeczności. Cieszę się, że w końcu tu jestem. Wdycham rześkie i suche powietrze w płuco i wsiadam do tramwaju. Czeka mnie teraz długa jazda i oby mnie siły nie opuściły. Jak powiedziała mi znajoma Polgarianka – październik i listopad do najbardziej depresyjne miesiące w roku. Obywatele tego przepięknego choć dziwnego w pewnym stopniu kraju wykazują skłonności samobójcze, chodzą podminowani a w na ulicach śmierdzi woskiem i zgniłymi liśćmi.

W sobotę komitet powitalny złożony z bardzo przyjacielskich Polgarian urządził mi niezłą jatkę w mieszkaniu. Poszło wiele browarów, parę butelek whiskey, wódka żołądkowa i „…a whole galaxy of multi-colored uppers, downers, screamers, laughers…”

Potem nie za bardzo pamiętam co się działo. Rano wróciłem do domu. W ubikacji znalazłem jednego tubylca o ksywce 403 i to co zostało z tego co zjadł i wypił. Nie wzruszony poszedłem spać. Niedziela spoko. Jak to niedziela. Nie poszedłem do kościoła (nigdy nie chodzę, ale na szczęście obaj kandydaci na prezydenta klęczeli za mnie i chyba nie będą się smażyć w piekle w przeciwieństwie do mnie). Leżałem cały dzień zastanawiając się jak to będzie po powrocie na stare śmieci i co mam do zrobienia. Lista którą uczyniłem przeraziła mnie śmiertelnie. Na szczęście wpadł Bedur na konwersacje w polgariańskim ;)

Poniedziałek zasuwanie z buta, tramwajem i metrem po mieście. Już zapomniałem jak to jest załatwiać sprawy w Warszawie. Wiele nie załatwiłem. Brak komórki i samochodu dały znak o sobie. Czas było zbierać się do Kłodzka, zobaczyć rodzicieli.

Kłodzko.

7 godzin jazdy pociągiem z Wawy do Wrocławia. Ulżyło mi. Nic się nie zmieniło przez ten czas. W pociągu jak zwykle to samo, jechałem ze starymi babciami, dwiema studentkami i fanem black metalu. Babcie opowiadały o starych czasach i o tym że trzeba już umrzeć, generalnie narzekały. Studentki podekscytowane przeżywały pierwsze dni w budzie, a człowiek ubrany na czarno milczał. Za oknem pola, zniszczone stacje, szare twarze, ale swojsko. Jak zawsze.

W domu spokojnie. Mój pies coraz grubszy i ma dupę jak J Lo. Słoneczko świeci, chodzę po miasteczku i załatwiam sprawy. 5 tygodni trzeba czekać na nowy paszport, więc czeka mnie wyprawa do byłego miasta wojewódzkiego – Wałbrzycha, gdzie ponoć załatwiają sprawę w 2 tygodnie.

W niedzielę wracam do Wawy. Generalnie cały czas szukam zleceń i robótek… coś tam wychodzi ale jeszcze nie tak jak trzeba…

Posted in .. |

Polgaria

Dziś rano dotarłem do bardzo egzotycznego kraju gdzies na rubieżach kontynetu juropejskiego. Polgaria wygląda na miejsce przyjemne choć o tym się jeszcze przekonam. Według planu zostanę tu około 6 tygodni. Wkrótce relacje i zdjęcia. Aha… jest ciekawie – lud Polgarii wybiera właśnie sobie prezydĘta więc może się coś zdarzy… stay tuned…

Posted in .. |

bangkok

uuu juz na miejscu. 16 godzin z phnom penh. sam nie wiem, ale strasznie zle mi bylo stamtad wyjezdzac…

w bkk przywitala mnie kudlata lepetyna LCA i pare dni tutaj zostaniemy…

w sobote w polsce.

PS.
CLANDESTINA.TRIPS prezentacja moich zdjec z Hanoi.
SPRZEDAM SONY PSP!!!

Posted in .. | Tagged

phnompenhia

dziwnie sie to wszystko rozwleklo w czasie. juz 4 tydzien w kambodzy. Dwa ostatnie dni i noce – a potem do Bangkoku. Jest paszport, wizy, bedzie tez bilet dzisiaj (mam nadzieje)… 11 jestem w BKK, 15-16 wylot do Polski…

…chyba jestem gotowy ;)

Posted in .. | Tagged

Stung Meanchey

Powróciłem tam po raz trzeci. Część ludzi już wyniosła się do nowych domów. Lecz wciąż około 20 rodzin żyje wysypisku śmieci. Potem napisze więcej zaraz mi padnie bateria

Posted in .. | Tagged

9 miesięcy w drodze

Chyba jednak uda mi sie z Kampuczy wyjechac. W koncu odebralem paszport i nie jestem juz clandestino w tym kraju. Niestety fala swiat religijnych i panstwowych krzyzuje mi troche plany i wize tajska dostane na styk. Czyli dopiero w czwartek – piatek.

Zmienilem pokoj. Na najlepszy w no9, wysuniety gleboko w jezioro, z duzym oknem. Pracuje troche, generalnie odpoczywam, przed Polska. Zbieram i zapisuje dziwne historie, ktore slysze dookola.

Aha… sprzedaje sprzet fotograficzny po powrocie, nie wiem czy bedzie chetny na d70 – trzeba migwake wymienic, poza tym w sprzedazy sigma 14mm 2.8, 50mm 1.8 i lampa sb800. Zmieniam sprzet, bo bedzie troche inna jazda wkrotce. Musze miec jeszcze mniej rzeczy z soba. No i sredniformat…

Ogladam duzo filmow, czytam ksiazki historyczne, jezdze po miescie. Nie robie jednak zdjec. Odpoczywam od strzelania gdzie popadnie. Im wiecej wiem o Kambodzy tym mniej. Dalej nie wiem jak zabrac sie aby opisac to miejsce, tak jakbym chcial.

Posted in .. | Tagged

moja ulica. boeng kak area

w wolnym czasie wrzucam zdjecia znajomych, przyjaciol, ludzi spotkanych w drodze

Posted in .. | Tagged

sprawy sprawunie

Załatwiam sprawy. Mam juz nowy tymczasowy paszport. Niestety nie udało mi się załatwić wizy kambodżańskiej dziś (znów biurkracja, lapówkarstwo) więc nadal jestem na nielegalu. Jutro mam nadzieję się uda. Potem wiza tajska i moge jechac do Bangkoku.

Poza tym dobrze. Pojedziłem motorem po mieście i jakaś radość we mnie wstąpiła. Chyba się cieszę że wracam…

Posted in .. | Tagged

Siam Reap i przyjazd do Phnom Penh

Szósty dzień tygodnia. Dziś rano Daro i Bedur pojechali z Siam Reap do Bangkoku. Zostałem znów sam w swojej drodze. Ostatnie trzy tygodnie trudno opisać, może kiedyś. Ale nie teraz. To był prawdziwy trip, który po sfilmowaniu móglby swobodnie leżec w wypożyczalni DVD obok takich tytulów jak: Las Vegas Parano, Plaża, Alive Dramat w Andach, Miłość Szmaragd i Krokodyl, Wejście Smoka, Dziewczyny do wzięcia, Rejs, Stawiam na Tolka Banana, Trainspotting, Czas Apokalipsy, Indiana Jones. Generalnie gatunki sie pomieszaly, podobniez z drinkami.

Opisanie dobrych chwil jak i złych tak aby oddac klimat wymaga prawdopodobnie dystansu. O ten nie bedzie trudno, szczególnie, ze w perspektywie czeka mnie troche pracy, wyjazd do Polski, zalatwianie papierków, reperacja sprzetu, rodzinka i spotkania towarzyskie na róznym szczeblu – mówiac krótko – samonaprawa. Przerwa w podrózy, ale potrzebna i ciesze sie, ze wracam. Na ile? Nie wiem. Optymalnym czasem jest 1-2 miesiace, a najlepiej 1,5 miesiaca. Bedzie ciekawie, pazdziernik i listpad to moje “ulubione” miesiace w Polsce. Poza tym to kraina nie mniej egzotyczna niz Kambodza, Islandia, Mozambik czy Papua Nowa Gwinea. Zreszta jakie panstwo nie jest egzotyczne?

Siam Reap. Dwunasta w nocy. Zagrzybiony pokój w Garden Village. Wiatak, toaleta, dwa lózka, porozwalane resztki mojego dobytku (ostatnio tak malo rzeczy z soba mialem jak pojechalem na wycieczke klasowa w Góry Stolowe w 1986 roku). Na górze trawelersi sa albo po albo przed Angkor Watem. Zreleksowani siedza przy nalesnikach z bananami, cmiac grube dzointy, których niedopalki walaja sie po okolicznych stolach (dzointów jak widac nie kiepuje sie, tylko zostawia do polowy zbakanego na stole, aby inna osoba która pózniej przyszla mogla go sobie skonsumowac). Piwo Angkor znika w zoladkach. W glosnikach jak zawsze to samo. Bob Marley, Jack Johnson, Manu Chao, Budda Bary, Smooth Jazzy i inne rzeczy które nie przeszkadzaja w rozmowie. Ja tymczasem siedze na dole. Czytam ksiazke “Dobre miejsce do umierania”, klepiac czasem cos w kompie. Trudno sie pisze. Do tego mam tylko notatnik. Reszta programów zostala na dysku, który niestety przestal dzialac. W calym tym trzytygodniowym amoku, zapomnialem zbekapowac Chin i Tajlandii. To jednak sie da odzyskac. Komputer swoje przezyl, trafi do serwisu, podobniez aparat (migawka niestety juz przestaje dzialac, mam nadzieje ze jeszcze trzy tygodnie wytrzyma, a jak nie zostanie mi tylko olympus mju na klisze, który pozyczyl mi Junior.

W poniedziek mam nowy paszport, potem jeszcze czeka mnie zalatwianie wiz: kambodzanskiej i tajskiej. Nie obedzie sie wiec bez biurokratycznego gówna, lapówek i innych przygód.

calosc zaczyna mi sie sklejac znów w glowie. Nie nalezy robic jednak planów, z których nie mozna by bylo zrezygnowac. Zycie jest bowiem…

Rano parę dziwnych chwil, zbyt osobistych aby o nich pisać. Nie tylko tu, ale w ogóle. Może kiedyś. W każdym razie wskoczyłem w autobus poranny do Phnom Penh. W GH no9 pusto. Z telewizora hipnotyczna muzyka grana na żywo podczas walk bokserskich. Deszcz już przystopował, choć przez pół godziny tylko go napadało, że woda sięga już prawie do krawędzi mostku, łączącego dwie strony hotelu. Nie ma nikogo. Siedzę sam i myślę, że jest dobrze. Mam chyba przelom w calej podrózy. Tyle sie zdarzylo przez te dziewiec miesiecy, ze zlozenie tego w calosc bedzie wymagac czasu. A do tego bedzie jeszcze sequel – ale to się wyjaśni wkrótce.

Posted in .. | Tagged

kung fu angkor wat

Bedur i Daro tutaj tez prosze zaglądnąć

Posted in .. | Tagged

pech mnie opuszcza

padl laptop. pech mnie nie opuszcza.
“operating system not found” uporczywie sie pojawia, co wyglada na spalenie sie dysku twardego. moze ktos ma jakis pomysl co to za shit?

jezuu…

PS.

dzisiaj wpadlem do anana computer center i wszystko sie wyjasnilo. mam nowy twardy dysk 80gb za 117$.. zainstalowali mi system/. a stary dysk oddali. mam zrobiony backup. ale nie wszystkiego. calosc wyjasni sie w polsce. na szczescie laptop dziala juz :)

Posted in .. | Tagged

japan japan

Odrzuty z Japonii, odnalazly sie na dysku. Wrzucam. Bo chyba za bardzo mi ta Japonia siedzi w glowie…

Posted in .. | Tagged

phnom penh boeng kak area

Posted in .. | Tagged

ostatnio w kambodży

Delikatna bryza znad morza. Knajpka Papagayo w Sihanoukville, największym porcie w Kambodży. Khmerska miejscowość nadmorska, dobre miejsce aby zapomnieć o bożym świecie. Moja czwarta wizyta w tym małym kraju, gdzie spotkasz anioły i diabły pod różnymi postaciami.

To był dobry wieczór. Zbyt dobry. Coś wisiało w powietrzu. Z Badurem i Darem graliśmy w bilarda, syci i zadowoleni, po całym dniu w drodze należała się nam odrobina relaksu. Z Koh Kong do Sihanoukville zamiast 5-6 godzin, wyszło nam prawie 11. Bezdroża Kambodży w błocie i deszczu. Dzika zieleń, żółtawo brązowa nawierzchnia, na którą ktoś o zdrowym umyśle by nie wjechał. Pierwszy autobus padł na pierwszej przeprawie promowej, wcześniej utopił się w błocie i prawie ześlizgnął się do rowu. Chyba z całego autobusu tylko Daro skumał co się dzieje, bo przez cały czas wyglądał przez okno. Autobus niebezpiecznie ześlizgnął się w kierunku rowu. Zabrakło paru centymetrów aby cały pojazd znalazł się na boku. 3 godziny czekaliśmy na nowy autobus. Następnie 3 przeprawy promowe. Pusty kraj, stalowe chmury kłębiły się nad pustymi polami około 20 byliśmy na miejscu.

Ali i Nadia mają knajpkę Indian Curry Pot – znam ich z poprzednich pobytów, zawsze było to dobre i bezpieczne miejsce aby się zatrzymać. Nadia i dziewczyny przygotowywały niesamowitą pakistańską kolacje, a Ali raczył nas fantastycznymi opowieściami o tym co zdarzyło się w Sihanoukville w ostatnim czasie. Bedur i Daro mieli swój pokój a ja wziąłem jedynkę. Około 5 rano usłyszałem silnik motocykla, krzyk kobiety, a za ściany rozpaczliwe głosy Dara i Bedura. Obrobili ich. Jak kto i kiedy – tego się nie dowiemy raczej. Złodziej szedł pod ochroną huraganowego wiatru i siarczystego deszczu od domu do domu, rabując co popadnie. Od gumowych klapków po nikona Bedura. Porażka. Na szczęście złodziej by na tyle człowiekiem, że wrócił się i podrzucił dokumenty i bilet Bedura.

Od godziny 8 rano rozmawialiśmy z policją. Sam nie wiem co gorsze w Kambodży – policja czy złodzieje. Jak nie zapłacisz nie załatwisz nic. Wypisanie raportu na komputerze kosztuje, dokumenty trzeba kserować samemu, potem jeżeli coś się znajdzie też znów trzeba płacić i tak bez końca. Gliniarze obiecali nam, że jak tylko złapią złodzieja, ma zagwarantowane tortury, że będą go bić dopóki się nie przyzna. Potem pomyślałem, że złapią kogokolwiek i powiedzą, że to przestępca i będziemy musieli bulić dalej a tym czasem w więzieniu zmasakrują jakąś niewinną osobę. Nagle stałem się podejrzliwy. Przestałem myśleć normalnie. Irracjonalne podejrzenia pojawiły się znienacka. Tym bardziej, że Ali zaczął nas nakręcać, że on wie kto to, na ulicy powstała jakaś sprzeczka, jeden z typków ze sklepiku naprzeciwko skonfliktował się z kobietą z domu na końcu ulicy. Ponoć u niej mieszkał domniemany złodziej. Kto wie? Ali się załamał. „No good for my business” mamrotał, przewracając oczyma. Postanowiliśmy się nie łamać. Złamanie się byłoby najgorszym wyjściem z całej tej sytuacji. W nocy znów przyszedł złodziej. Nie było mnie w pokoju i najzwyczajniej w świecie straciłem ipoda, paszport, karty, kable, ładowarki i inne duperele. Na drugi dzień powtórka z rozrywki. Policja, łapówki, telefon do ambasady, rozmowy z ludźmi na ulicy, setki porad i niedopowiedziane „dajcie sobie spokój, nic nie odzyskacie”.

Musieliśmy zostać jeszcze jeden dzień, bo policja nie miała jak przepisać raportu na komputerze. Nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić, spałem, jadłem, szwendałem się pomiędzy dwoma sklepami, łóżkiem, knajpą i Internetem. Chłopaki to samo. Pod wieczór wbiliśmy się na leniwe posiadywanie na plaży.

Drugiego dnia jadąc na posterunek policji zatrzymaliśmy się z Alim i Nadią koło trzech zabitych przez prąd krów, które nieopatrznie wlazły na podmokły teren wkoło słupa wysokiego napięcia. I w tym samym momencie pojawił się w nowiutkiej toyocie policjant, który dzień wcześniej wypisał mi raport ze zdarzenia. Uiściłem „urzędową opłatę” w wysokości 10 dolców i miałem sprawę z głowy.

Wieczorem znaleźliśmy się w Phnom Penh. Znów Number 9, tym razem puste i ciche. Ale jak zwykle najlepsze miejsce do spędzenia paru dni.

W środę jedziemy do Siam Reap, potem chłopaki zjeżdżają do Tajlandii i wracają do Polski. A ja jeszcze chwilę posiedzę. Dziś wizyta w ambasadzie. Same konkrety, wiem na czym stoję i co mam do zrobienia. Wypełniłem formularze, podpisałem co trzeba, zrobiłem zdjęcia do paszportu. Konsul obiecał mi, że wystawi mi paszport ważny na sześć miesięcy i dzięki temu będę mógł przejechać do Bangkoku aby tam kupić bilet i może się uda dorwać jakiś paromiesięczny bilet na trasie BKK – Warszawa – Kuba albo Meksyk. To mogłaby być najlepsza opcja. Miesiąc z hakiem w Polsce, załatwienie spraw, spotkanie się z rodzinką, przyjaciółmi i wylot. Mam taką nadzieję…Tymczasem czeka mnie załatwianie spraw, ambasada pewnie z parę razy, lotnisko i załatwianie nowej wizy kambodżańskiej, wiza do Tajlandii i pewnie coś jeszcze wyjdzie w praniu.

Posted in .. | Tagged

s’ville

wyjezdzamy do phnom penh… nie ma sie co poddawac i trzeba robic swoje, wlasciwie stracilem nadzieje na odzyskanie paszportu – z ambasada sie juz kontaktowalem, mam raport z policji (10$ trzeba bylo zaplacic bo inaczej nie ma jak – nie zrobia) – teraz musze jakos wymyslic aby wyjechac z tego kraju… jezeli nic sie nie zmieni bede w polsce w pazdzierniku i chyba na miesiac, aby zalatwic rzeczy – paszport nowe karty i zrobic pare zlecen (jak kto ma jakiekolwiek propozycje zdjeciowe, ktorych moglbym sie podjac prosze o kontakt na maila – bartpogoda@gmail.com)

generalnie wszystkie plany jakie mialem poszly sie chrzanic, ale jak wyjde na prosta zamierzam kontynowac podroz od listopada…

chyba tyle… na razie mam dolka, nie robie zdjec, nie mam sily pisac, aby nie wyszlo ze potrafie tylko bluzgac na wlasna glupote i pecha… poza tym duzo sie w kambodzy zmienilo… generalnie powstana chyba “Pocztowki z kraju na krawedzi”

Posted in .. | Tagged

KONIEC

chyba koniec tego wszystkiego. bede musial wracac do polski jak sie rzeczy nie wyjasnia. wczoraj bedur dzis w nocy ja. stracilem paszport, ipoda, karty platnicze. i jestem w dupie. pomiedzy biurokratyczna maszyna zlodziejami ludzmi na ulicy skorumpowana policja.

czegos takiego nie przezylem jeszcze. wlamali sie w nocy do pokoju, jak mnie tam nie bylo… dzialam ale chyba nic nie zdzialam. musze usiasc i pomyslec. ale nie jest dobrze.

ladnie mnie kambodza powitala …

Posted in .. | Tagged

melanż

Pattaya – Trat – Ko Chang – Koh Kong : zanik świadomości…

Potem opiszę co się stało… na razie odpadam – cały dzień dziwne rzeczy się działy…

Posted in .. | Tagged

cambodia

po raz czwarty… juz mialem nie jechac, ale jest ekipa wiec i jest cambodia

wszystko pieknie do dzis . do 5 rano. szalony nastoletni zlodziej obkradal wszystkie domy na ulicy, w ciezkim deszczu i huraganowym wietrze. padlo na bedura i darka. aparaty, telefony, (na szczescie dara z aparatu nie obrobili) …. policja, zlodziej trafiony deska, ale zbiegl, teraz ponoc siedzi, policjanci juz skasowali pierwsze lapowki…
chaotyczne to… sprawa sie wyjasnia… ale sie trzymamy pomimo gowna…

a kambodza jak zwykle genialna…

Posted in .. | Tagged

ko chang

no to sie dzieje. net drogi wiec nie pisze. ale ekipa daje rade… wyspa motory plaza jest bosko…

w poniedzialek jedziemy do kambodzy

Posted in .. | Tagged

melanż w bkk

Wyjeżdżamy z BKK… już dość – wkrótce wyspa, dżungla, malaria, piasek, pani krystyna, ko chang a potem łodka do kambodży…


Chłopaki ustawcie się jak pizdy


Przed


Po


Buy three get one free

Posted in .. | Tagged

bkk


Under the Bridge


Wypyliśmy absoluta, a potem już absolutnie nie pamiętam…

Posted in .. | Tagged

bangkok

O 6 rano wpadł Daro. Nie spaliśmy ani minuty. Przedawkowałem tajskie napoje poudzające, serce wali mi jak oszalałe. Dziś przeszliśmy ładnych pare kilometrów z Siam Center na Khao San Rd. Pstrykając dopóki nie skończyło się miejsce na kartach pamięci…

Dziś melanż a jutro zamierzamy przejść cały Bangkok na nogach aby zmęczyć kaca. A jak padniemy…. no to od czego są taksówki aby wrócić z powrótem do hotelu.

Bangkok uderzył mnie mocniej niż zwykle. Jak zawsze inspirujące miejsce i dobrzy ludzie. Kurde, a miałem pisać teksty… Rozgrzebałem dwa duże materiały jeden o metrze w Pekinie a drugi o high tech w Japonii i dupa. Słowa się nie kleją a ja się wściekam na siebie. Na szczęście znów wróciła mi wena na robienie zdjęć.

Posted in .. | Tagged

bangkok

Problemy na tajskiej granicy część druga (tutaj część pierwsza z tamtego roku)

Lot z Macau bezproblemowo. AirAsia nie numeruje miejsc więc była niewielka walka o siedzenia, ale i tak koniec końców miałem aż dwa do własnej dyspozycji. O 16 punktualnie wylądowałem w Bangkoku. Pierwszy problem, nie miałem z sobą gotówki, bo byłem przekonany, że mają przecież ATM. Tak mają bankomaty, ale po drugiej stronie odprawy. Nie mogłem tym samym zapłacić za wizę, którą wciąż Polacy muszą wykupywać na granicy (1000 bhatów). Poczułem się tego dnia po raz pierwszy jak główny bohater filmu Terminal. Poszedłem w parę miejsc niestety nigdzie karta Maestro nie obsługiwana. Burza mózgu – co robić? Przecież nie mogę tu tkwić w nieskończoność. W informacji powiedzieli mi że powinienem pójść do służbówki, gdzie policja graniczna znudzona spała z głowami na biurku. Dorwałem pewną paniusię – która chyba się kiedyś angielskiego uczyła, ale miała czkawkę tego dnia, więc nic nie zrozumiałem z tego co miała mi do przekazania. Jak się okazało, niewiele miała. Zero pomocy. Nie mogłem po prostu tak sobie przejść do bankomatu na drugą stronę.

Poszedłem do odprawy. Tam byli bardziej pomocni. Jeden z ochrony wymyślił sposób jak dorwać kasę z drugiej strony odprawy. Poprosił dziewczynę co pracowała w punkcie robienia zdjęć paszportowych aby wzięła moją kartę i pin (!!!! Ryzyk fizyk – nie miałem nic do stracenia, poza tym kontrolowałem wypłatę zdalnie przez internet, po prostu mogłem ją sprawdzić i jakby cos zrobić awanturę – ale Tajowie w większości uczciwi więc nie było problemu). Miałem kasę na wizę – więc szybko udałem się do okienka. Tutaj pieprzony służbista zapytał mnie czy mam bilet wylotowy z Tajlandii. Oczywiście nie miałem więc znów miałem przed sobą wizję Terminala. Poszedłem do informacji i po chwili rozmawiałem z dziewczyną z AirAsia która uratowała mi tyłek. Podzwoniła gdzie trzeba, znów wykonaliśmy manewr z kartą i po jakimś czasie miałem bilet na samolot na trasie Bangkok – Singapur na 20 października za cenę 100 zeta (!!!!). uff… znów się udało. Buziaki dla laseczki z AirAsia :))

Jestem na Khan San. To samo jak zawsze, to miejsce się nie zmienia… Jutro przyjeżdża Daro a w niedzielę Lca, Ravs i Bedur.

Posted in .. | Tagged

macau

Elektronika pada. Sprzęt psuje się systematycznie. Przez pierwsze pół roku było spoko ale teraz jest gorzej. Dziś padła kamera miniDV na amen, to mogłem przewidzieć, szwankowała właściwie od dłuższego czasu, dokonałem samodzielnie parę przeróbek i jakoś działała. Nie opłacało się naprawić naprawa oczywiscie tyle ile nowa kamera. Doprowadziłem jakoś do stanu użyteczności obiektyw 18-70 ale już nie jestem zoomem. Teraz działa tylko na ogniskowej 22mm. Ale jest ok. Przynajmniej robi zdjęcia.
Uff… przynajmniej ja czuję się dobrze… ahaha :)

Posted in .. |

skyjump – 233 metry spadania

233 metry lotu. Tak aby się przewietrzyć. Czuję się jak nowy.

Posted in .. |

macau

Zmiany planów następują szybko. Lubię się też utwierdzać przy dobrze dokonanych decyzjach. Nowe pomysły pojawiły się właściwie znikąd. Ale po kolei.

Macau zaskoczyło mnie kompletnie. Rewelacyjnie miejsce, czuć tutaj historię, widać, że rzeczy mają swoje miejsce – duchy przeszłości, pirackie skarby zakopane pod ziemią, portugalskie księżniczki, niewolnicy z Afryki, starzy chińczycy, mieszanka ras, kultur i języków. Jest coś. To nieokreślone COŚ – czego tak bardzo brakowało mi w Pekinie, do którego chyba już pojadę, uwielbiam miasta molochy, betonowe dżungle, ale Pekin był jakiś niedorzeczny. Chińczycy chyba wszystko źle robią i się jeszcze na tym przejadą. A może się nie znam? Nie widzę? Jestem zbyt głupi na chińską mentalność?

W Pekinie spędziłem prawie dwa tygodnie, przygnieciony niemocą. Codziennie picie browarów, spotykanie się ze znajomymi, nowymi i starymi. Jedzenie kebabów i chińskich wynalazków (jedzenie – w Chinach naprawdę nie można narzekać). Leń się obudził i brak weny dał znać o sobie w naprawdę nieoczekiwanym momencie. Może też Japonia wyciągnęła ze mnie wszystko – bo tam naprawdę poczułem się świetnie.

Trochę zajęło mi zanim się z tych Chin wydostałem. Ostatniego wieczoru miałem już dość łażenia po mieście, picia i całego tego zgiełku. Zmęczenie materiału. Spiknąłem się z Radkiem jeszcze na Hutongach. 30 sztuk baraniny na kijku, 2 czajniki herbaty i poczułem, że nie mam siły. Wróciłem do domu. Ezry i Hanako nie było. Lorena kończyła oglądać jakiś film z Juliete Binoche. Przez godzinę gawędziliśmy o właściwie wszystkim. Równa babka. Chyba w życiu nie spotkałem rodziny która żyje w taki sposób. Mają tylko siebie, przemieszczają się po całym świecie, za dwa tygodnie Lorena jedzie do Indii, Ezra chyba też a Hana na Cypr na studia artystyczne. Zasiadłem z laptopem, skończyłem parę tekstów, rzuciłem okiem na 50 DVD (3,5 zeta za płytę) z filmami chińskimi, koreańskimi, japońskimi, niezależnym shitem z Europy – super sprawa, będzie co oglądać w najbliższych tygodniach. I ledwo co zamknąłem oczy aby udać się na krótki, parogodzinny odpoczynek, wpadł Ezra, który całą noc grał w pokera w dzielnicy ambasad, obwieszczając pobudkę. Trzeba było jechać na lotnisko. Taksówka, port lotniczy, wszystkie te odprawy, przejścia z terminalu na terminal z gejtu do gejtu, automatycznie, bez myślenia. Zredukowałem swój bagaż do minimum. Za 10 euro kupiłem podróbkę 40 litrowego plecaku NorthFace, mojego 10 letniego wysłużonego alpinusa zostawiłem Lorenie, która będzie potrzebowała paru toreb ekstra aby przeprowadzić się do Indii. Z żalem zostawiłem książki, na szczęście już przeczytane. Tym samym ubyło mi parę kilo gratów do dźwigania i teraz mam tylko mały plecak z ubraniami i torba ze sprzętem. Nie muszę więc dawać plecaka przy odprawie a potem czekać na niego przez godzinę, lub też ryzykować, że zaginie mi gdzieś po drodze. Plan bowiem jest taki, że nie lecę do Nowej Zelandii, nie stać mnie na bilet, poza tym uwielbiam Azję. Do końca listopada zostaję w Azji – Indonezja, Filipiny, może Birma. A potem z Bangkoku do Meksyku (300 dolców w jedną stronę). A latać będę AirAsia.Com – czyli za cenę biletu na autobus :)

W samolocie do Guangzhou zasnąłem od razu. Jakieś turbulencje, nic nie pamiętam właściwie. Z lotniska szybko przedostałem się do centrum a tam miałem tylko 20 minut aby przeskoczyć do autobusu jadącego do Macau. W tym autobusie też spałem jak zabity. Nieprzytomny wysiadłem na granicy. Jakieś nienormalne tłumy ludzi. Tysiące. Kolejka do odprawy chińskiej (każdy paszport dokładnie zlustrowany, więc musiało to trwać). Potem 5 minut na granicy w Macau.

Mieszkam w najbardziej niesamowitym hotelu jaki widziałem w ostatnich 3 miesiącach. Totalny oldschool, 7 euro (taniej już się nie dało), stary dom, odrapane ściany, głuchy chiński recepcjonista, genialny widok na zniszczone przez czas domy

Dwa pełne dni tu na miejscu a potem Bangkok. Podróż znów nabiera tempa.

Posted in .. |

wyprawa do beidaihe

Przyjechał Ian z Shanghaiu zobaczyć się ze swoją dziewczyną Katią wieć miaeliśmy okazję spiknąć się ponownie…

Beidaihe okazało się masakrycznymi chińskimi Międzyzdrojami z watą cukrową, balonikami dmuchanymi kaczuszkami i grubymi chińskimi rodzinami… ale chyba dlatego było przegenialnie :)


Chyba najgorsza i najbardziej kiczowata plaża w moim życiu, ale było dobrze :). Słońce, brudna woda, tysiace Chińczyków, owoce morza …


Postanowiliśmy ubarwić troche życie Chińczykom, na plaży w ciągu godziny pojawiła się 3 metrowa kobieta topless :)


O 11 w nocy do naszego hotelu wpadła milicja i musieliśmy się wynosić. Jak się okazało właściciele hotelu nie mogli przyjmować obcokrajowców. Niestety nie dało się znaleźć innego miejsca do spania niż chiński burdel – dokąd zabrał nas taksówkarz… ;)

Chyba już wiem czemu nie czuję Pekinu. Robię zdjęcia ludzi przede wszystkim. Ludzi trzeba lubić albo być przynajmniej nimi zafascynowanym… niestety czegoś mi brakuje… uwielbiam południe Chin, a Pekin jest jakiś wyprany z emocji….

może cos napiszę więcej potem…

Posted in .. |

pekin

Zmęczenie materiału. Zbyt dużo śpię, za mało robię zdjęć i prawie wcale nie piszę. Przesiaduję całe dni w Hutongach (tysiące starych chińskich domów połączonych ze sobą tworzących labirynt uliczek i alejek). Mieszkam u Francuzów których spotkałem w Nepalu – świetni ludzie – Lorena, Ezra i Hanako. Wcześniej mieszkałem u Radzia – mega człowieka ale przeniosłem się bardziej do centrum…

Jutro przyjeżdża Ian (człowiek z tuktuka) i prawdopodobnie jedziemy nad morze na jeden dzień albo dwa. Generalnie pobyt w Chinach już zakończony – choć zostało mi jeszcze parę dni, zanim wsiądę w samolot do Guangzhou a stamtąd do Hongkongu. 31 lecę do Bangkoku. W Chinach koniec wakacji, pociągi pełne, udało mi się dorwać bilet na samolot za 25% więcej kasy niż za pociąg.

Chińczycy są dziwni, źle się czuję robiąc im zdjęcia. Starsze typki i babcie siedzące na krzesełkach drapią się po brzuchach i obserwują każdy mój krok. Trzeba robić z biodra jeszcze bardziej niż wcześniej, a oni i tak wiedzą, że robię im zdjęcia. Łatwo spotkać się z niechęcią albo agresją. Portrety z dalszego dystansu odpadają – nie mam żadnego długiego obiektywu. Kompletnie inna bajka niż na południu Chin, gdzie nigdy nie było problemu – nawet w wioskach gdzie nigdy nie widziano białych diabłów.

I chyba zmęczyłem się już cyfrakiem – musze poszukać jakiegoś analoga…

Tato – wszystkiego najlepszego, ściskam, zadzwonię :)

Posted in .. |

pekin

światło ciepło oświetla twarze rowerzystów mknących ulicami starego Pekinu, który i tak coraz szybciej zanika

zostanę tu aż do niedzieli, 28 sierpnia, a potem lece samolotem do Kantonu aby przemnkąć promem na Macau….

Posted in .. |

zmiana otoczenia

Posted in .. |

pekin teraz i tylko teraz

Posted in .. |

Z Seoulu do Pekinu

Ludzie w drodze

Hotel w ktorym sie zatrzymalem w Seoulu jest jednym z wielu podobnych do siebie, te same zasady, na sniadanie samoobsluga w postaci tostow, dzemu, kawy i herby. Pokoje wieloosobowe, pietrowe lozka, ogloszenia na scianie, darmowy internet. Nic nie zaskoczy, nic nowego w sumie, ciekawi natomiast sa ludzie. Zawsze. Oczywiscie niby te same rozmowy z poczatku ale kazda jednostka ma do opowiedzenia historie jakich wczesniej nie slyszales.

Ogromny koles o twarzy kapitana Zbika, z Kanady, mieszka w tym guesthousie od roku (nie wiem czy bym wytrzymal), uczy angielskiego (90% ludzi zostajacych w Azji dluzej, pochodzacych z krajow anglojezycznych jest nauczycielami). Ma swoje przyzwyczajenia, ktore moze wydaja mi sie dziwne, sposob w jaki rano sobie przygotowuje sniadanie, gotuje jajko w mikrofali, zawsze tak samo. Budzi sie o jednej godzinie, zawsze siada na tym samym krzesle. Rozowa koszulka wlozona grzecznie w spodnie i sposob jego mowienia troche mnie draznia, ale jak zaczalem wiecej z nim gadac to nie moglem sie oprzec aby zadac mu wiecej pytan. Prawdopodobnie jest gejem, tak mysle, opowiedzial mi milosna historie z Kambodzy (myslalem z poczatku ze opowiada o kobiecie) o tym jak sponsoruje jednego z moto, mlodego chlopaka, ktorego poznal podczas pobytu w phnom penh. Probuje sprowadzic go do Kanady i znalezc mu tam szkole. Wyrazilem zrozumienie i w ogole choc jestem przekonany ze kapitan Zbik i Khmer mieli wiecej do czynienia niz tylko jazdy wspolnie na jednym motorku. No ale dobra :) Kanadyjczyk rozkrecil sie na drugi dzien. Byl na markecie i przyniosl same rzeczy z demobilu. Okazalo sie ze jest tez milosnikiem militariow, w Kambodzy uwielbial strzelac z M16 i rzucac granatami w kury na Shooting Range w okolicach miedzynarodowego lotniska w Phnom Penh. Z grzecznego i do bolu perfekcyjnego czlowieka nagle znalazlem sie przy stole z fanatykiem ganow i chlopcow, ktory jak sie na koniec okazalo przemycal w czesciach karabiny (m16) do Kanady.

Wieczorem przed wyjazdem spotykam innego typa. Tym razem z Wielkiej Brytanii. Wychudzony, ze szklanymi oczami opowiedzial mi ponizsza historie.

Najgorsze trzy tygododnie w moim zyciu. Od paru lat jezdze po Azji, czasem pracuje jako nauczuciel, wiekszosc czasu jednak podrozuje. Ostatnie 2 lata spedzilem na Bliskim Wschodzie. Rok temu Afganistan, Pakistan, Iran no i Irak. Nie wiem wlasciwie do dzisiaj, ale udalo mi sie w jakis sposob przekroczyc granice z Irakiem. Wbili mi po prostu pieczatke wjazdowa do kraju i tyle. Znalazlem sie w tym kraju, ogarnietym szalenstwem, wojna i tym wszystkim co widzisz w telewizji. Tego samego dnia zostalem aresztowany. Juz wczesniej siedzialem w wiezieniu w Afganistanie ale tylko wlasciwie ze szef policji nalegal ze wzgledu na moje bezpieczenstwo – wiec to byla inna sprawa. W Iraku zostalem oskarzony o powiazania z terrorystami (przez te wszystkie wizy do Afganistanu i Pakistanu). Wsadzili mnie na trzy tygodnie do puszki, gdzie siedzialem cale dnie w kucki. Oprocz mnie cela pelna byla typkow z Iraku, Afganistanu, Syrii – przekraczali granice z Irakiem i od razu trafiali do wiezienia. Po 20 dniach do wiezienia dotarl Czerwony Krzyz i w ciagu paru godzin bylem wolny. Przewiezli mnie do Kuwejtu skad polecialem do Londynu.

Nie wiem czy to prawda, po prostu spisalem w skroce to co mi Chris opowiedzial. Nie dojde do tego i chyba nie ma po co. W kazdym razie ciekawa postac.

Przeprawa do Chin

Rano spakowalem sie w pare minut, zjadlem sniadanie w postaci zwinietych w seaweed suszi, szybka wizyta w PC Bangu skad wyslalem zdjecia do gazety. O jakiej porze bym nie byl w PC Bangu zawsze miejsce jest pelne okularnikow grajacych w War Crafta – czesto sie tez zdarzaja ludzie, ktorzy zapominaja o jedzeniu i potrzebach fizjologicznych i po prostu odwalaja kite w kafejce netowej.

Przed odjazdem do Incheonu, spotykam sie jeszcze raz z Lynn, chyba najfajniejsza Koreanka jaka spotkalem podczas tego krotkiego pobytu w Korei. Dobrze bylo sie z nia zobaczyc ponownie…

Na przystani promowej okazalo sie ze moj prom dzis nie odplynie – az do piatku trzeba czekac, z powodu tajfuny. Ale po paru minutach udalo mi sie zalatwic bilet na prom do Shidao (nie wiedzialem wczesniej ze tam plywaja promy, taka jest informacja turystyczna w Seoulu – zero zero zero). Plynie sie krocej i mniej kasy kosztuje bilet. 90 dolcow, zamiast 120. Ustawilem sie w kolejce do odprawy – mnostwo drobnych przedsiebiorcow z Chin, przywozacych probki do roznych firm w Korei, czasem warzywa i owoce (nielegalnie), plywaja na tej trasie tam i w kolko 6 dni w miesiacu – i nie jestem do konca pewien czy aby kupuja bilet jak ja za ta sume czy tez maja jakies specjalne bilety miesieczne… Widze jak jeden z nich przerzuca kartki w paszporcie – brakuje juz miejsca w paszporcie – same pieczatki z Korei i Chin. Odprawa to sodoma i gomora, dla handlarzy to chleb powszedni wiec, zartuja, pluja, przepychaja sie w kolejce do promu – zero zasad, kto wiekszy ten lepszy, wiec przy bramce stoi 10 najwiekszych typow a biedne kobitki z tobolami tlocza sie gdzies na szarym koncu. Chinskie chamstwo do kwadratu juz zapomnialem jak to jest.

Odnajduje swoja koje. Myslalem ze bedzie to sala z miejscem do spania na podlodze. Ku mojemu zdziwieniu mam lozko i 2 innych wspolpasazerow. Pierwszy zjawia sie Carlos. Z Kolumbii. Slomkowy kapelusz, koszula rozpieta na klacie, jezdzi juz od 30 lat po swiecie odkad skonczyl lat 21. JEdzie wlasnie do Chin aby zakupic podrobione torebki od LUIS VUITTON czy Dolce & Gabbana, ktore wysyla po 20-30 sztuk do Minneapolis do swojej siostry, ktora jest lekarzem w Stanach i sprzedaje te torebki za 100 dolcow od sztuki pielegniarka w swoim szpitalu. Wiec zarabia na tym 2500-3000 dolarow ktore siostra wysyla co jakis czas, jak juz sprzeda wszystkie torebki, robi taki biznes raz w miesiacu i zyje dniem dzisiejszym. Slabo mowi po angielsku chyba slabiej niz ja po hiszpansku, wiec rozmowa toczyla sie w ojczystym jezyku Marqueza. Drugim wspolpasezerem byl Koreanczyk mieszkajacy w Chinach w Shidao. Kim mial na imie (jak kazdy Koreanczyk jakiego spotkalem hahah). Dzieki niemu wlasciwie wyjechalem na drugi dzien jakos sensownie do Pekinu. Koles zaprosil mnie i Carlosa do siebie do domu. Zadzwonil po meza swojej maid, ktora w tym czasie przygotowala nam pomidorowy napoj i talerz pelen brzoskwin. Pojawil sie, malutki, chudy czlowieczek, ktory wiedzial wszystko o pociagach, autobusach – siedzielismy w czworke w pokoju – tlumaczac sobie nawzajem z angielskiego na chinski, z chinskiego na angielski, z angielskiego na hiszpanski. Wraz z Carlosem pojechalismy autobusem to Quingdao, skad od razu mialem autobus do Pekinu.

6 rano – Pekin

Woda. Deszcz. Smog. Nie wiem gdzie jestem i co mam z soba zrobic. Mam zadzwonic do Radka u ktorego mam mieszkac, ale pewnie jeszcze spi, za wczesnie jest, zreszta powiedzialem mu ze przyjade dopiero popoludniu tego samego dnia. Wskakuje w taksi i jade do China World Trade Center, gdzie wg. przewodnika jest internet, skad moge otworzyc maila aby spisac sobie numer do Radka. No ale nie ma zadnego netu, na szczescie jest PSP i w jakims wypasionym hotelu, gdzie czlowiek taki jak ja, spocony, mokry i smierdzacy nie ma co szukac. Ale jezeli jestes bilasem to mozesz wszystko na to wyglada. Na psp odczytalem maila i za darmo zadzwonilem z Business Center. Trwalo to 2 godziny zanim do Radka dojechalem. Ale dojechalem. Chinskie blokowisko…

troche sie zdarzylo podczas tych paru dni tutaj, spotkalem sie z Ezra, Hanako i Lorenna, Francuzami ktorych spotkalem wczesniej w Nepalu. Dzis idziemy do nich na impreze.

Jest nieznosnie goraco, nie ma czym oddychac, pot leje sie, w metrze smierdzi jak na koncercie Heja w Hali Ludowej we Wroclawiu w 1991 roku. Czekam na deszcz ktory zmyje caly ten syf…..

Posted in .. | Tagged

przedostatni dzien

wiem na czym stoje w koncu. mam wize odebrana wczoraj w amabasadzie chin ludowych. wczoraj pijanstwo z gabi i irkiem podczas koreanskiego grilla (wysmienity, ale zapierdzialem caly pokoj na czosnkowo w nocy, wzbudzajac nienawisc wspoltowarzyszy w celi). dzis wizyta w liniach promowych i w portfelu bilecik sie pojawil – jutro o 17 odplywam do Dandong do Chin, na granice z Polnocna Korea.

Sympathy for Lady Vengeance – Park Chan-wook’a, rezysera Old Boya – wcale mi nie przeszkadzalo ze nie bylo napisow po angielsku, po prostu z przyjemnoscia ogladnalem ten niesamowity obraz. polecam, nie wiem kiedy bedzie w polsce, dopiero wyszedl w koreanskich kinach…

przekonalem sie do seoulu – ale nie padam na kolana, ale warto bylo tu przyjechac…

Napisze wiecej bedac na promie, w koncu 16 godzin trzeba bedzie jakos zapelnic

Posted in .. | Tagged

spotkanie z Lynn, wizyta u Gabi i wizyta w zabawkowym


The Crow III


Lynn wpadła w zasadzkę


Plastikowe laseczki i szybkie fury, tak się żyje w Seoulu.


Elvis the Pelvis


Ekipa ze Star Wars jedzi tylko merolami


Revenge is a dish best served cold


Spotkanie z Lynn, z którą czilowałem w Indiach, co widać na załączonym obrazku.

Z wizytą u Gabi po drugiej stronie “Wisły” ;)

Posted in .. | Tagged

gorączka w seoulu

Padł mi obiektyw 18-70 wiec będzie albo bardzo szeroko (14mm) albo wąsko (50mm) i to wszystko. staję się minimalistą

od klimatyzacji dorwało mnie cos – z 40 stopni w 20 i tak w kółko i chyba sie osłabiłem.

dziś idę poszukać jak tam z promami do chin, ponoć może być ciężko, mam nadzieje, że uda mi się stąd jak najszybciej wyjechac

kupiłem bilet na trasie Macau – Bangkok za 85 dolatów (airasia.com) – kurcze wczesniej kosztował ten sam bilet 50 ale cóż. 31 sieprnia o 16 jestem w Bangkoku.

Posted in .. | Tagged

koreański oldschool

Oldskulowy park do którego trafiłem dzis popołudniu, sprawił że odzyskałem nieco humor. Tysiące dziadków, w kapeluszach, z wahlarzami, koszulach w hawajskie wzory podrygiwało w rytm kawałków z lat 60tych. Oprócz tego go, karaoke, kiełbaski z grila i seksowne panie w garsonkach.

Posted in .. | Tagged

już seoul

Na razie dziwna ta Korea. A może mam tak po Japonii? Gdzieś zniknęła japońska grzeczność (może udawana, a jeżeli tak to znakomicie). Mniej też obiektów na których można by oko zawiesić (po prostu Japonki mi się bardzo podobały). Na razie pierwsze dni, zobaczymy co będzie dalej. Załatwiłem wizę chińską (znów się za darmo udało) – poniedziałek jest do odbioru i jak najszybciej płynę do Chin. Chciałbym być w Pekinie do czwartku następnego a może się uda wcześniej.

Przez nieregularny sen, upał jestem bardzo zmęczony, mógłbym spać i spać. Potrzebuję wakacji od wakacji chyba.

Na razie myślę jak tu zdobyć fundusze na najbliższe miesiące, zreperować komputer i dotrzeć do Bangkoku na 31 sierpnia. Ale wszystko się jakoś ułoży.

Posted in .. | Tagged

Z Hiroshimy do Korei

Pierwszy dzien w Hiroszimie byl dniem lunatyka z plecakiem. Lazilem po miescie z calym dobytkiem myslac, ze wbije sie szybko do kapsuly – niestety jak mi wyjasnil typek w recepcji otwieraja dopiero o 16. Poszedlem wiec do sento, z nadzieja na goraca kapiel i lodowaty prysznic – nic z tego rowniez, zamkniete, jakas kobiecina mnie obrzucila wiazanka po japonsku (jak mniemam, ze wchodze do srodka, a przeciez zamkniete). Najtanszy hostel w miescie byl daleko i check in byl rowniez bardzo pozno czyli od 15, a ja juz wiecej isc nie moglem. Pierwszym punktem zwalki byl przeuroczy park, pelen mrowek mutantow (efekt bomby??) ktore oblazly moje spocone i brudne cialo jak tylko polozylem sie na glebie. W koncu znalazlem dwie dlugie drewniane lawy, na jednej spal bezdomny na drugiej siedzialo dwoch brodatych gajinow, ktorzy nie zareagowali na moje pozdrowienie. Poszedlem wiec obok liczac na ci gbury-wikingowie ulotnia sie szybko. Ci jednak siedzieli i nawet nie rozmawiali ze soba. Ja typki sobie w koncu poszly.Jak sie polozylem to spalem 5 godzin nie zwracajac uwagi na slonce walace mi centralnie w fejs. Obudzilem sie jako czerwony burak. Nie wiedzialem gdzie jestem i zaczalem szukac czego co wydawalo mi sie ze zgubilem – a konkretnie jakies rzeczy ktora sie przykrylem, ale to byl tylko sen – ktory sie wbil mi w rzeczywistosci. 10 minut potem doszedlem do siebie.

Capsule Inn Hiroshima ulokowany jest jak wiekszosc tego typu hoteli w dzielnicy uciech. Setki lokali z szyldami Sexy Foxy, Paradise for lovers, Pink Bitch (!!!), FcukMe miescily sie w kilkudziesieciu paru pietrowych budynkach. W koncu moglem wsiasc do kapsuly i odleciec w 16 godzinny sen.

Drugiego dnia byla sroda (myslalem ze jest wtorek). Nie moglem juz wiec stopowac, wiec z rana kupilem bilet na nocny autobus do Fukuoki i zamknalem plecak w przechowalni. A potem ruszylem na miasto.

60 lat temu wielki grzyb pojawil sie nad tym miastem. Wypadkowa roznych zdarzen, szalenstwo wojny, zaciecie i nieustepliwosc wojskowych i politykow z obu stron doprowadzily do cierpienia setek tysiecy ludzi. Nikt tu nie jest bez winy. Japonczycy urzadzili wczesniej rzez w innych krajach Azji (Chiny, Korea, Azja Poludniowo Wschodnia, Pacyfik). Amerykanie poszli na calosc i po zlokalizowaniu wielu celow (miedzy innymi Kyoto, Tokyo, Nagasaki, Nagoya) w koncu wybrali Nagasaki i Hiroshime. Pierwsza w historii bomba wykorzystana przeciwko ludziom wybuchla 500 metrow nad centrum Hiroshimy 6 sierpnia 1945 roku o 8:15 rano. Siedzialem w muzeum i parku caly dzien. Ostatni raz tak czulem sie po wizycie w Tuol Sleng w Phnom Penh. Ludzie przeciwko ludziom. A od ostatniej proby nuklearnej minelo tylko 460 dni…

Nocny autobus do Fukuoki. Na nieszczescie moim wspolpasazerem jest chrapiacy, rozpychajacy sie, smierdzacy potem i alkoholem typek w pomietym garniturze. Udreka. Ale udaje sie jakos zasnac i nad ranem jestem na miejscu.

Niestety przez dwie godziny z powodow techicznych (dzieki ci pekao sa) bylem bez kasy na bilet, sniadanie czy cokolwiek. Bankomat odrzucal karte. Wiec z calym dobytkiem chodzilem w niesmawowitym swietle wokolo stacji robiac zdjecia.

Prom. Szybko i sprawnie. Sento i kapiel na statku. Slonce i spanie. W koncu Korea. Busan. Czuc Azje – Japonia zostala w tyle. Kompletnie inny kraj, ludzie, zapachy, dzwieki, litery – wszystko. Siedze na necie w ruskiej dzielnicy. Zlote zeby, lancuchy, rosyjscy marynarze w pasiastych koszulkach, dziwki, bary, ruskie disco, klimat jak na dworcu wschodnim, poczulem sie swojsko, gawedzac z grubymi dziwkami zapraszajacymi mnie na piwo i ze sprzedawczynia oldskulowych butow z lat 80tych (gusta i gusciki)…

Korea dwa razy tansza niz Japonia i dwa razy drozsza niz Polska. Z tydzien posiedze. Jutro o 4 rano Seul.

Posted in .. |

Z Kobe do Hiroshimy

Kobe ale nie Bryant

Idę tam gdzie idę, czyli donikąd. Powłócząc kończynami ze zmęczenia, w bezsennym rytmie, osłonięty przezroczystym parasolem za 210 jenów, płynę po pustych, mokrych, niedzielnych ulicach Kobe. Od dworca do Chinatown, z Chinatown na wybrzeże. A potem wyrzuciłem mapę. Odkręciłem szeroki kąt z aparatu i założyłem standard, co zawęziło mi pole widzenia, pozwalając skupić na szczegółach, nie wychylając się za bardzo spod parasola.

Spędziłem trzy godziny w centrum handlowym obserwując jednokomórkowców z mozołem wklepujących telehaiku. Tu wszyscy mają telefony i bawią się nimi bez przerwy. Tu nie wysyła się esesmanów tu używa się emaili z możliwością wklepania do 10000 znaków (kanji), co za radość, dojeżdżając z do pracy i z powrotem cztery godziny każdego dnia można napisać sporą książkę albo pociąg-ający tomik z wierszami. Subway Haiku.

Idę przed siebie bez celu. Nie mam kasy na muzea, atrakcje turystyczne, oszczędzam na metrze i zdzieram sandały. Co jakiś czas zatrzymuję się w różnych budynkach. Centra handlowe, informacje turystyczne, przystań promowa, byle było siedzenie i dach nad głową.

Na osiedlu nie było nikogo. Japońskie blokowisko. Takie jak z Ringu. Ani żywej duszy. W końcu po spożyciu kawy na stacji benzynowej, zawróciłem w stronę stacji na której zostawiłem plecak. Przeszedłem przez dzielnicę zapomnianą przez wszystkich, pełnej salonów fryzjerskich, szemranych barów, tłuste koty wylegiwały się przed sklepami z używanymi rzeczami a matuzalemowi staruszkowie śmigali elektrycznymi pojazdami (jedna taka 125 letnia prawie mnie zabiła, dobrze że taki pojazd jedzie 3km/h, ale ja byłem nieprzytomny i nie patrzyłem przed siebie).

W końcu dobrnąłem do stacji. Wyszło słońce a w podziemnych przejściach i na ulicach pojawili się ludzie. Właściwa pora, po sobotniej imprezie, niedzielne zakupy i przesiadywanie w centrach handlowych. Ludzie na całym świecie jarają się tym samym szajsem.

W Sumie Gwiezdne Wojny

Wysiadłem na stacji kolejowej tuż przy plaży. Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułem się jak ufolud, przybysz z innej planety, kosmita do sześcianu. Obładowany plecakiem, sunąłem po plaży pełnej pand. Panda może być żeńskiego bądź męskiego rodzaju – są to ciemnoskórzy Japończycy i wyznają boga Ra – słońce, plaża, krem opalający, solarium, białe okrągłe ślady wokoło oczu, niby po okularach przeciwsłonecznych. Odziani w kolorowe ciuszki z nastroszonymi piórkami przechadzają się ze znudzonymi minami po miastach i plażach Japonii w pełni lata – ale są spoko i fajniejsi niż dresiarze…

Nie pooglądałem sobie tego całego widowiska za długo, minutę po tym jak się położyłem na piasku zasnąłem snem niesprawiedliwego.

Wstałem o 20 i nie za bardzo potrafiłem zlokalizować siebie samego. Gwiezdne wojny na plaży w Sumie. Pandy robiły za ewoków, policjanci za żołnierzy imperium i biegali po plaży z prawdziwymi mieczami świetlnymi (pałki świecące się na czerwono, używane do kierowania ruchem i nie tylko ;) Wszystko okraszały efekty specjalne na poziomie teatru telewizji czyli hana-bi (fajerwerki w nihongo). Nie wiem co robiłem w tym filmie, nie byłem ani Skywalkerem ani Czubaką ani nawet R2D2 – po prostu leżałem w piasku i oglądałem film. Żołnierze imperium przeganiali pandy wzniecające hana-bi w rytm j-popu. Musiałem poszukać innej miejscówki do spania, bo zmęczony byłem cholernie. Poszedłem na drugą plażę, która z daleka wydawała się pusta. Pozory mylą. Po plaży jeździły samochody i motory, jakaś młodzież niszczyła sobie pojazdy, więc spanie na plaży wydało mi się mało rozsądne, nie fajnie jest być przejechanym przez skuterek. W końcu znalazłem ustronne miejsce ale zalatywało moczem. Straciłem nadzieję. Idąc parkową aleją wpadł na mnie rozhisteryzowany Japończyk i wyrzucił z siebie mniej więcej coś takiego: ingrisz, ju, ingrisz, maj frendo indzurd, veri bed, poris, poris, herp. Nie za bardzo skumałem, ale co miałem do roboty, poszedłem więc za nim. Zraniony gajin z Australii siedział na krześle, zalany krwią, koszulka adidasa fotogenicznie upstrzona krwią porwana na klacie, rozwalona warga, rozcięcie pod okiem i uszkodzony tył głowy. Okazało się z Han Solo zadarł z pijanymi pandami przebranymi za japońskich ewoków. Po raz pierwszy widziałem jakąkolwiek przemoc w Japonii. W ogóle śmieszna rzecz, nieborak powiedział mi, że upojone Japsy próbowały zaciągnąć go do wody. „I resisted” – powiedział. Rzeczywiście, za bardzo nie chciał się kąpać, nie chciał zmoczyć komórki którą miał w kieszeni, a burak rzecz święta. Więc odepchnął jednego z ewoków ci coś źle zrozumieli i doszło do rozlewu krwi. Przyleciały statki kosmiczne pogotowia ratunkowego, ekipa telewizji, policja z mieczami świetlnymi i niezastąpiona straż pożarna, chociaż się nie paliło. Zrobiłem zdjęcia i poszedłem lu.

Znalazłem miejsce nad samym morzem i zasnąłem. Po jakimś czasie, poraziło mnie światło latarki i miecz świetlny. Gliniarz wyglądał na zaskoczonego, że widzi gajina w takim miejscu, wybełkotał sori i poszedł w mrok. Kto był zły a kto dobry w tym filmie to nie wiem, ale sugoi, ne?

Ostre słońce obudziło mnie o 8 rano. Pusta plaża, trzech znudzonych wędkarzy i moje zwłoki. Kąpiel dobrze zrobiła, potem prysznic, kawa w knajpie i ruszyłem w stronę drogi numer 2 prowadzącej do Hiroshimy i Hakaty. Ja głupi. Myślałem, że to nic takiego. Nie było jednak żadnej zatoczki gdzie potencjalny samochód mógłby się zatrzymać i tym samym zrobiłem 5 kilometrów wzdłuż drogi bezskutecznie szukając miejsca to złapania okazji. Doszedłem do następnego miasta i padnięty (30 stopni upał, ostre słońce, plecak) wskoczyłem do pociągu do Abashi. Niestety to miejsce było za duże aby dość do drogi więc przejechałem jeszcze ze dwie stacje i tamże w końcu znalazłem się na drodze numer dwa. Parę minut czekania i zatrzymały się dwie zreformowane pandy, słodkie niunie dla których wszytsko było sugoi, kakoki, kawai, ne? Były tak słodkie, że wywiozły mnie na parking na autostradzie 40 kilosów od Sumy i kazały siedzieć w samochodzie. Po 10 minutach wróciły tryumfując – znalazły mi dobroczyńców. Koleś z Korei i jego japońska laska. Kim mówił świetnie po angielsku, wraz ze swoją rodziną mieszkał w Toskanii w tamtejszej Mekce dla artystów rzeźbiarzy (jego ojciec jest jednym z nich), przegadaliśmy całą drogę o sztukach wizualnych które studiował, czasem on przerywał aby przetłumaczyć o czym mówiliśmy swojej japońskiej narzeczonej (która wydawała typowe dla Japonek dźwięki zachwytu: yyyyyy, uuuu, eeeee ummmmm, sugoiiiiii – hehe uwielbiam to). Zawieźli mnie aż za Okayamę skąd po paru minutach zabrały mnie dwie dobrze wychowane paniusie z białym pieskiem nikczemnego rozmiaru, na widok którego nie jeden Wietnamczyk oblizałby się łakomie (nie za dużo mięsa ale pewnie dobrej jakości). Te lalunie były kompletnym przeciwieństwem tych pierwszy – ładny samochodzik, wysprzątane, piesek cichutko siedzący pani na kolanach, zero angielskiego, zero japońskiego, zero. Chichotały zasłaniając usta, po 15 minutach zachciało mi się spać. Pobudka w samej Hiroshimie.

W końcu. Dobry był dzień. Teraz za 1500 znów Internet Cafe. Jutro prześpię się w parku w południe i trzeba będzie popstrykać cosik. A teraz czas wypić kolejną kawę, fatboyu ;)

Posted in .. |

osaka


Metro. Między nami manekinami.


Shin-Sekai. Salon dp gry w “go”


Shin-Sekai


Slumsy w Osace. W Japonii też są bezdomni.

Posted in .. |

kyoto, kyoto des

Posted in .. |

z obaku

Powrót do korzeni. Notes zapisany do połowy, wydobyty ze starego plecaka. Otwieram pierwszą czystą stronę i zaczynam pisać. Jest upalne japońskie popołudnie, pełnia lata w Obaku, niewielkiej mieścinie pod Kyoto.

Każda sytuacja ma swoje dobre i złe strony. Przyjmuję jednak zasadę, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Po katastrofie komputerowej mój komputer stał się niepełnosprawny, urządzenie jest niewidome, działa jedynie w 100% po podłączeniu do zewnętrznego monitora.

Zacznę od złych stron. To będzie taka analiza, bo jak sobie zapiszę to wiem na czym stoję. Jestem w plecy na ładną kasę, gwarancja raczej mi tego raczej nie obejmie, nie będę mógł na bieżąco (przynajmniej nie tak często jak wcześniej) uaktualniać strony, wrzucać zdjęć, odpowiadać na maile. Także pisanie będzie do tyłu, ale od czego jest kartka i długopis. Poza tym więcej kasy zejdzie mi kafejki netowe (dotychczas używałem za darmo sieci bezprzewodowych).

Dobre strony – nie będę przesiadywał bezczynnie przed kompem, oglądając blogi, strony, bawiąc się duperelami, sprawdzając maile co 10 minut (według badań to bardzo obniża iloraz intelygencji). Mam przecież ipoda do którego mogę na bieżąco wrzucać zdjęcia z karty pamięci, a dopiero potem przerzucić do laptopa jak tylko będę miał ekran.

Więcej czasu spędzę na mieście robiąc zdjęcia, zamiast szukać spota aby sprawdzić „super-ważne-maile”. Co parę dni wpadnę na całą noc do kafejki netowej – zrobię co trzeba i tyle.

No i na sam koniec to chyba dobry moment przesiąść się na mac’a.

Tak to sobie tłumaczę. Ten lapciak (fujitsu-siemens p7010) był najlepszym pecetem jak w życiu posiadałem i gdyby nie ta sprawa z ekranem to nadal z powodzeniem bym go używał. Będzie teraz musiał sobie znaleźć nowego właściciela w tym stanie jakim jest za jakieś marne pieniądze, albo sprzedam go na części, albo też uda się jakoś go zreperować w Hongkongu. Jeżeli się tak nie stanie znajdzie się w Polsce we wrześniu i trafi na allegro. Nie wiem nie wiem nie wiem.

Japonia.

Tymczasem wciąż jestem w Japonii. Obaku, łóżko, Jill Scott, towarzystwo śpiącej u mojego boku Japoneczki z Osaki. Czas jednak ruszyć w drogę, choć trudno mi będzie Japonię opuścić, ale trzeba. Ale chciałbym tu jeszcze kiedyś wrócić. Za mało zobaczyłem a lato to też nie najlepsza pora na odwiedziny. Zaraziłem się tym krajem całkowicie, nieuleczalnie.

Kolejne stereotypy się walą. Niczym kiepska konstrukcja z kart. Wiele z tego co wcześniej wiedziałem o tym kraju okazało się nieprawdą bądź półprawdą, która weszła do mojej głowy dzięki telewizji, massmediom. Cały ten chłam. Szukanie sensacji w czymś co już i tak jest tak ciekawe, że nie trzeba za bardzo drążyć. Galaretka niusowa którą codziennie ogląda się w TV, podniecająca, tucząca i kompletnie bezwartościowa. Wcześniej (w mojej głowie) Japonia była krajem robotów, zapierdalających w gajerkach do pracy, gdzie ulice są pełne gejsz (uuu zobaczyłem dosłownie trzy w Kyoto wieczorem na Gion – a w Japonii jest ich może 3000), yakuzy (taaaa oni tu rzeczywiście są ale ich zobaczyć…), samurajów, malutkich ludzików, strasznie krzyczących jak filmach Kurosawy. Wszyscy robią niesamowitą karierę i nie mają w życiu dnia wakacji, żyją 120 lat jedzą surowe ryby i pielęgnują bonzai. Reszta robi filmy porno w który molestuje się laseczki w uniformach uczennic szkół podstawowych. Poza tym wszystko dzieje się w betonowej scenerii wielkich miast, w których oprócz wieżowców nie ma nic innego. Uff… no to miałem w głowie, nieźle co? Na szczęście jest inaczej… ale o tym pisałem wcześniej. W poprzednich notkach.

Co dalej, Matołku?

Dziś jest piątek, jadę zakupić bilet na prom do Pusan do Korei Południowej. Dobiłem już do półmetku podróży. W głowie postępują nieodwracalne zmiany, po 7 miesiącach poza krajem umiłowanym. Zaczynam (tzn zacząłem, ale bez kompa prace się spowolnią) składać książkę. Nie powinienem nić mówić czy pisać tylko to po prostu zrobić (vide Americana – książka nigdy nie wydana). Myślę, że mógłby być album, w poziomie, jak komiksy z Tytusem. Jedna strona zdjęcie, druga text, rzecz do przeglądania, czytania, kartkowania. Będą opowieści z tej podróży jak i z innych – czyli Ameryki i Azja. Wschód, Zachód, Latino i Indie. Także porady, wkręty, wstawki jak i opowieści ludzi spotkanych w drodze. Rzecz o tym wszystkim właśnie. Nic odkrywczego nic rewolucyjnego ale… coś w swoim rodzaju, czego chyba jeszcze nie było. Jest trochę roboty, wydawca już się pojawił – kwestia uzyskania funduszy na druk, czyli wiodący sponsor.

Jak wcześniej wielokrotnie mówiłem – Południowa Korea i Chiny (przede wszystkim Pekin) potem szybki zjazd zahaczając Szanghaj (i tym samym nie zobaczę wielu innych rzeczy w Chinach, ale cóż też tam kiedyś wrócę) do Hongkongu, gdzie muszę załatwić komputerowe sprawy i promem na Makau – skąd odlecę do Bangkoku (airasia.com). Na początku września wpadają ziomy w liczbie 5 – parę dni w Tajlandii i z 2 z nich walimy do Kambodży (znowuu…. tak, tak !). Potem cały październik zostaję w BKK jak się uda dorwać pracę (jest szansa – zdjęcia). W tym czasie obmyślam dalszą trasę i szukam jakiegoś taniego biletu na mglistej na razie trasie – BKK – Nowa Zelandia (może wcześniej Australia) – Meksyk – Kuba – Ameryka Południowa – wylot z Brazylii albo Argentyny do Polski. Bilet na samolot to chyba tylko aby przeskoczyć pomiędzy kontynentami reszta to będzie przebijanie się lądem. Jednak wszystko począwszy od wylotu z Bangkoku jest jedną wielką niewiadomą.

Posted in .. |

tajfun w osace

dla ciekawskich – randka sie udala ;))

no tak jak cos wychodzi to drugie nie wychodzi. nie wiem czy w dalszym ciagu bede mogl prowadzic bloga czesto jak i pracowac nad zdjeciami i wrzucac cokolwiek – otoz cos mi wpadlo pomiedzy ekran laptopa a klawiature trzymalem go w torbie i niestety ale ekran totalnie rozpieprzony. komp dziala ale ekranu juz sie nie da uratowac – wymiana za droga wiec bede musial korzystac z netu w taki sposob ze bede podlaczal sie w kafejkach do innych ekranow … cos wymysle ale tak zmeczony jestem bo nieprzespanej nocy ze nie mam sily nawet sie porzadnie wsciec

nad osake i kyoto dociera tajfun… dzis wieczorem…

Posted in .. |

z obaku do osaki

w drodze do osaki. parę fot.

tymczasem osaka powaliła mnie jak kolejne z miast w japonii. nie wracam na noc do obaku. zobaczymy co się będzie dziać. w każdym razie randka z pewnią panią ;)

Posted in .. |

sanjo & gion

Posted in .. |

kyotość

Miało być o wielu sprawach o których wcześniej nie napisałem. I raczej nie napisze, bo zanim zdążę się głębiej nad czymś zastanowić przychodzą nowe rzeczy, nowe zajawki, trudno mi jest nadążyć za tym wszystkim.

Chciałem też napisać o Polsce. I tym czego się stopniowo pozbywam. Tracę polskie piórka, które stroszą rodacy. Chciałbym o tym bardzo napisać, ale nie potrafię, nie teraz, może nigdy nie napiszę. Może jestem za głupi, a może lepiej wcale nie pisać o tym co widzę z dystansu. Ale wysyłam sygnał i chyba sobie samemu wyłącznie, bo tu jest miejsce od tego. Nie do szuflady, ale do otwartego archiwum. Mętnie to strasznie napisałem, ale jeszcze do tego wrócę. Polska, polskość, polackość, ość nieświeżej ryby w przełyku. Szczególnie z daleka, z kraju przekwitłej wiśni, automatów do gier, kacotwórczej sake, niespodziewanie pięknych kobiet, kraju który nie jest wcale miejscem perfekcyjnym ale bardzo dobrym (a to też może znów moje ślizganie się po powierzchni i na pewno widzę mały procent całości).

Środek lata w środku Japonii. Kyoto się topi, jak czekolada z zakładów „22 lipca”. Asfalt mięknie w oczach a tory kolejki podmiejskiej deformują. Kawa mrożona i litry płynów. Ludzie zasypiają w metrze, na ulicy, wycierają ręcznikami zroszone potem czoła.

Już siedem miesięcy w drodze. Tak dużo i tak niewiele.

Posted in .. |

zderzenie z pociągiem jadącym do kyoto

jak juz wyleczyłem kaca postanowiłem pojechać na wieczorne pstrykanie z Obaku do Kyoto. Enerdowski poszedł jak to powiedział “ponapierdalać się” na trening jakies sztuki walki a ja wskoczyłem do pociągu. Najgorsze, że bylejakiego bo to nie był ten co chciałem ale w przeciwną stronę. Zorientowałem się w ostatniej chwili i szybko pobiegłem na drugą stronę. Wskakując do środka w ostatniej chwili, w pędzie szalonym zahaczyłem głową o drzwi. Rozciąłem sobie czoło, zalałem się krwią i siedziałem tak jedną stację w tłumie Japończyków brocząc krwią. Jedna pani podała mi ręcznik wytarłem się i pojechałem z powrotem do Obaku. Na szczęscie nie jest źle. Rozcięcie jest pod włosem. Więc nie widać i chyba szybko się zagoi.

Posted in .. |

kyoto albo bardziej obaku

czyli na południe od kyoto. przebywam u stypendysty enerdowskiego który jest spoko ziomem.

Dzień wczorajszy zaliczam do udanych – dzisiejszy do skacowanych… pracuje trochę nad nowym wyglądem strony – więc coś może nie działaać do końca…

Posted in .. |

Tokyo zapycha jak suszi

Utknąłem w Tokyo. Przestałem robić zdjęcia, pisać, czytać – włączyłem „rec” w mózgu a nie w elektronicznym urządzeniu. Czasem chowałem aparat do torby albo zostawiałem go w Guess T House i ruszałem w miasto – schody ruchome, windy, chodniki, przejścia, tunele, pociągi i ludzie. Miasto działa jak narkotyk, soma, jest zapychające jak 10 kawałków suszi zjedzonych w minute. Ale myślę, że już dość. Męczy mnie ta sama co w Nowym Jorku czy innych ogromnych metropoliach, które naprawdę polubiłem – myśl, że nie mogę tutaj normalnie pomieszkać choć przez parę miesięcy – bardziej zanurzyć się w tutejsze życie.

W nocy jadę do Kyoto – autobusem. Miałem ruszyć autostopem, ale wolę posiedzieć sobie cały dzień do końca w Tokio a potem przespać noc w busie. Rano Kyoto.

Posted in .. |

tokyo tokyo

Harajuku

miho, domo arigato gozaimas :)

Shinjuku

fcuk :) chyba strace zmysły tutajże/…

Posted in .. |

sennie w tokyo

Poprzestawiałem sobie znów wszystko z zegarem bio. Drugi dzień z rzędu spałem do 16. W Tokyo kapryśne, więcej deszczu niż słońca. Dwa dni siedziałem na necie, próbując skombinować jakieś finanse. Nie jest źle – mam nadzieję posiedzieć tu do końca tygodnia. Potem autostopem do Kyoto.

Posted in .. |

Tsukiji Targ Rybny.

albo tutaj… ale trochę się ładuje bo to flash
Tokyo Tsukiji Fish Market

Posted in .. |

tokyo tokyo

Spałem jak zabity do14, a potem spacerkiem po Tokyo. Od jutro zaczynam całodzienne pstrykanie. Generalnie mam kupę pracy. Aby podreperować swoje marne finanse, zaczynam sprzedawać swoje zdjęcia do druku – chętni proszę o kontakt – dostarczam pliki 300 dpi 30×20 cm – a jakby ktoś chciał większe też nie ma sprawy. 100 złotych cena. Potem zrobię całą stronę. Na razie zdjęcia wszystkie z tych działów co widać na górze: Indie, Wietnam, Kambodża, Chiny i Japonia.

Tokyo Subway i inne z Tokyo- na tej stronie

albo we flaszu Tokyo Subway

Posted in .. |

Tokyo beybe…

Prom do Hachihoke jest znacznie większy niż ten z Aomori do Hakodate. Parę pokładów, sale zbiorowe i prywatne. Udało mi się bilecik kupić za cenę noclegu (3650 jenów) ale i tak koszt dzisiejszej jazdy wyniósł mnie 10000. Strach pomyśleć gdybym tak się cały czas poruszał. Prawdopodobnie nie było by mnie stać. Pociągi i autobusy na trasie (jaką zrobiłem autostopem) Tokio – Sapporo – Kushiro – Kawayu – Utoro – Sapporo – Tokio kosztowałyby mniej więcej – 80000 jenów czyli prawie 2500 zeta. Samolot tyle samo, lub odrobinę więcej.

Pokręciłem się po pokładzie i znalazłem prysznice i małą łaźnię. Sama radość zmyć z siebie brudy 2 poprzednich dni.

W TV „Gwiezdne Wojny – Mroczne Widmo” a ja zanurzam się w Ghost in the Shell part II aby odpaść na 5 godzin.

Prom przybił do wybrzeży Honsiu o 4:15 rano. Półprzytomny szedłem portową ulicą w stronę autostrady, znów intuicyjnie, nie wiedząc dokładnie jak się wydostać na Tohoku Expressway w stronę Tokio. W końcu znalazłem kierunkowskaz na autostradę. Zrzuciłem plecak i zanim zdążyłem zamachać, zatrzymały się dwie kobiety, które widziały mnie na promie. I tym samym znalazłem się na właściwiej drodze.

Stałem przez 1,5 godziny, bezskutecznie, aż w okolicach godziny szóstej zostałem porwany przez młodocianych cyklistów z Hochinnohe. Chłopaki i dziewczyny do Sendai na zawody rowerowe jechali choć na sportowców nie wyglądali. 420 km do godziny 11 przed południem zostało zrobione, więc pojawiła się szansa na dotarcie dzisiejszego dnia do Tokio. Ekipa cyklistów poruszała się dwiema furkami, ja siedziałem w wozie wraz z Masataką, Katsuhiro, Tsuyoshi i Yasuhiko. Chłopaki spoko ziomy, choć komunikacja językowa trudna, ich angielski był o „skosi” lepszy niż mój japoński, wiec dużo gestykulacji i machania rękoma. 3 godziny spałem jak zabity, właściwie nie pamiętam co się działo, wiem że się zatrzymywaliśmy, wtedy ja zostawałem w vanie rozkładając się na tylnym siedzeniu, aby 15 minut później wrócić do spania na siedząco, obijając sobie czaszkę o szybę.

Wysadzili mnie w okolicy Sendai zostawiając pamiątkową widokówkę z pozdrowieniami. Ja się zrewanżowałem CD kupionym wczoraj w Sapporo „Tribute to Sublime”.

I tym samym miałem tylko 300 kilometrów do Tokio. Następnie zrobiłem około 100 kilometrów dwoma pojazdami – ze starszym Japończykiem a potem dosłownie 10 kilometrów na duży parking z innym. Tam utknąłem na dwie godziny, przemokłem całkowicie stojąc w kapuśniaczku, szczękając zębami liczyłem na szansę dotarcia do Tokio. I stało się. Tutui podrzucił mnie aż pod stację superszybkiego pociągu i kupił mi bilet do Ueno w Tokio. Powinienem odmówić, ale prawdopodobnie obraziłbym go śmiertelnie.

I jak nie dojdzie do katastrofy kolejowej znajdę się w Tokio o 18.30 wieczorem. Jedyna niepewna sprawa to kwestia rezerwacji guest house – zrobiłem aż dwie na dzisiejszy wieczór. Wciąż pada deszcz mam nadzieję, że na ulicy nie będę musiał spać. Coś wymyślę. Ale to potem. Idę na pociąg.

5 godzin później.

Maaaasakra. Zderzenie z tokijską rzeczywistością było jak uderzenie młotem 5 kilowym w czółko. Pociąg był … jedno słowo jest na miejscu – zajebisty. 300 km/h i w godzinkę byłem na Ueno w Tokio. Na jednej ze stacji połączyłem się na minutę z wifi aby ściągnąć mało pocieszające maile – wszystkie guesthousy (tanie) które zarezerwowałem (trzy na wszelki wypadek) były zabukowane aż do 18 lipca. Dupa. Wbijam się jednak do KhaoSanTokyo na Ueno – bo wiem, że tam net i można odsapnąć od deszczu który ma padać przez najbliższe 5 dni (więc parę planów poszło się…). Tam się okazuje, że zero wolnych łóżek. Obdzwaniam 5 innych hoteli które na moją kieszeń są no i nic. Ale dostaję emaila (wcześniej wysłałem zapytanie) z T House Tokio – jest miejsce, wpadaj chłopie. Pędzę więc do Shinjuku, potem zmieniam linię i około 21 jestem na miejscu. Hotel pełen typów, piją piwo, gadają jak nakręceni, a w kanciapie siedzi Jay z Ghany, menadżer. Afrykański chill roztoczył się w około. I może jutro będę miał robotę foto (odpukać). Zapłaciłem za 3 noce – 2900 za noc i mogę pójść spać.

To był wariacki dzień. I dokonałem niemożliwej rzeczy – autostopem 800 kilometrów w jeden dzień. Yo!

Posted in .. |

utoro

Na pierwszy rzut oka Utoro rzeczywiście wydawało się miejscem zapomnianym przez wszystkich (oprócz japońskich turystów i nowożeńców). Półwysep Shiretoko (na którym leży Utoro) w języku Ainu oznacza ni mniej ni więcej „koniec świata”. Wulkany, klify, niedostępne zatoki, wszystko wygląda na nie ruszone. Czasem aż do sierpnia na szczytach górskich leży śnieg, a czasem nie topnieje wcale i utrzymuje się przez cały rok.

Dojechałem do Utoro w niedzielę wieczorem. Dwie szybkie okazje autostopem z Kawayu, a na miejscu nie miałem w gruncie rzeczy pojęcia do będę robił. Postanowiłem więc nie robić nic i poczekać. Czasem przydaje się rzut monetą, albo kośćmi – czasem wystarczy zdać się na intuicję. Poszedłem więc w lewo, choć mogłem w prawo jak i do tyłu a w opcji było także pod górkę. Po drodze wstąpiłem do pierwszego lepszego sklepu pytając o raida house. Chuda Japonka z wystającymi zębami była tak przemiła, że zadzwoniła gdzie trzeba, a właściwie 200 metrów dalej do Cafe Fox. Miejsce okazało się domem dla ekipy pracującej na miejscu, a także biurem turystycznym, knajpą, kafejką internetową i domem dla podróżnych (easy raiderów).

Dokonałem właściwie przesłuchania dziewczyny za kasą. Ruda odpowiadała posługując się całkiem przyzwoitym angielskim – co ile kosztuje, gdzie i jak, zapytałem się jeszcze gdzie tu można owoce morza i rybkę skonsumować. Odpowiedź znajdowała się 10 metrów dalej w knajpie Pana Tanedy.

Taneda – kakkoi rybak

Zasiadłem więc u Taneda-san. Właściwie już zamykał, ale zdołałem zamówić rybkę (koniec końców zjadłem 2, ośmiornicę, krewetki i inne tam). Gadka szmatka – Taneda kumaty człowiek, po angielsku rozumiał, więc na migi i w mieszance japońsko – angielskiej ucięliśmy sobie pogawędkę przy browczyku, morskich robakach i gumowych oktopusach. Doszło do wymiany wizytówek – a ja nieśmiało zapytałem czy mogę się z nim wybrać na połów w nocy. Taneda zastanawiał się i zastanawiał i chyba nie wiedział co powiedzieć (poznaję już ten stan u Japończyków – zażenowanie i wstydliwy uśmiech) – ale dogadaliśmy, że ja robię zdjęcia a on może sobie wydrukować i powiesić w knajpie (która została otwarta tydzień temu). Wypiliśmy jeszcze po jednym Asahi i umówiliśmy się na 1:15 w nocy.

Cafe Fox

Powróciłem do Cafe Fox. Zamówiłem kawę i usadowiłem się z laptopem przy piecyku, bo strasznie piździło. Okazało się, że jest hotspot, ale zanim zdążyłem cokolwiek wbić w firefoxie dosiadł się koleś w kurtce z napisem Cafe Fox. 3 minuty później siedziałem przy stoliku z Kantoro i całą ekipą z Foxa. Pokazałam im foty na laptopie, Kantoro podrapał się w rozczochraną łepetynę, szeroko uśmiechnął i rzekł „a może porobisz też fotki dla nas na rejsie, w zamian za piwo i wieczorną kolację, przez okres jaki tu zostaniesz?”. Nawet mi nie przyszło do głowy aby odmówić. Ojciec Kantoro – Masta (ładne imię) jest właścicielem całego biznesu. Ma dwie łodzie Fox 1 i Fox 2. Pierwsza pływa na krótkiej trasie, aż do wodospadu, rejs trwa godzinę i kosztuje 3000 jenów. Drugi lisek robi 3 godzinny rejs aż do końca półwyspu za cenę 8000 jenów. Codziennie robią ze 3 kursy, wieczorem więc jest czas na piwko i rozmowy przy stole. Kantoro pracuje do końca sezonu a na zimę wyjeżdża do Nowej Zelandii. Nie po to aby pracować, podróżować szlakiem Władcy Pierścieni, czy pływać na desce. On tam jeździ aby pić, bo akurat jest lato i trenuje swój angielski (bardzo dobry). Na tej samej łodzi pływa również jego brat Dzodz (nie wiem dokładnie jak się pisze) a mniejszym liskiem steruje jeszcze jeden ziomuś Magoto – ten natomiast był niezłym wariatem. Generalnie parę następnych wieczorów spędziliśmy na melanżowaniu (czy jest jakieś nowe słowo zamiast tego?).

12 godzin na łajbie

W nocy nie spałem. Przerzucałem sajty, pracowałem na kompie. Ubrałem wszystko co miałem ciepłego (czyli nic) i zszedłem na dół. O 1:15 zjawił się Taneda, punktualnie, z zapuchniętymi oczami, rzucił mi kurtkę i gumiaki (niestety były za małe) więc zostałem w trampkach. Wypompował wodę z łodzi, a potem zasiadł u steru, zapuścił wszystkie urządzenia, radar, gps, autopilota (ustawiał w komputerze kierunek i łódź płynęła sama). Oprócz niego na łodzi był jeszcze Nakamuri-san i dwóch młodziaków z farbowanymi włosami. Widać, że pracują razem od dawna, bo zasuwali jak dobrze naoliwiona maszyna. Zaczęli od zwijania starych lin i sieci, następnie zatrzymali się na ściągniecie tych co zarzucili poprzedniego dnia. Tylu różnych morskich dziwadeł nie widziałem – bardzo szybko je wyciągali i segregowali w dużych plastikowych pojemnikach. Czego tam nie było? Homary, krewetki królewskie, kraby, ślimaki, kalmary, ośmiornice, ryby mniejsze i większe, manty, koniki morskie i sam nie wiem co. W każdym razie było mnóstwo stworów.

Około godziny 8 poczułem, że słabnę. Tuż po śniadaniu – znakomite, ryż, owoce morza, surówki, zupa miso – schowałem się w niewielkiej dziurze pod pokładem i zasnąłem słuchając POE – przez co śniły mi się jakieś polskie klimaty, dopóki nie coś zaczęło lać mi się na głowę. Poza tym huśtało niemiłosiernie i dobrze, że nie jestem podatny na choroby morskie. Spałem dwie godziny, uderzyłem się z płaskiej w twarz parę razy, wypiłem kawę mrożoną i wylazłem z nory. Rzuciło mnie o ścianę i o mało co zmyłoby mnie z pokładu – byliśmy za półwyspem, 15 km od Wysp Kurylskich – jedyna pociecha, że słonko świeciło inaczej było by krucho. Próbowałem robić zdjęcia, niestety nie za wiele, słona woda błyskawicznie pokrywała cały aparat.

O 13 wróciliśmy do Utoro. Taneda tego dnia zarobił 500 dolarów na czysto. To był dobry dzień. A ja uciąłem komara na 4 godzinki.

Morskie opowieści rzadkiej treści

Rano obudził mnie Kantoro, wręcz wykopał mnie z łóżka, nie musiałem się ubierać bo spałem w ubraniu, założyłem czapę na łeb, chwyciłem kawę i polazłem za grupką turystów na łódkę. Szare niebo, fale, huśtawka jeszcze gorsza niż poprzedniego dnia. Nie sądzę aby turyści byli szczęśliwi, wydając 8000 jenów za słoną kąpiel. Chyba, że widok niedźwiedzi na brzegu wynagrodził im niedogodności – wyciągnęli swoje aparaty i kamery i poczęli rejestrować. Ja nie miałem jak, brak obiektywu 600mm – bo niedźwiadki były zbyt daleko. Cóż zrobiłem jakieś szity, ale i tak byli zadowoleni – cóż można pstrykać na takim rejsie? Wodospady, skały, ludzie na łodzi i morze. Nuda panie, morska nuda.

Popołudniu przeładowałem magazyn z napojami i pomogłem przy kolacji, która jak zwykle była znakomita. Dzień zakończyła wizyta w onsenie w 5 gwiazdkowym hotelu – mieliśmy wejściówki za friko. No i tyle.

Piszę te słowa jadąc autobusem na przystań promową. Dziś był dzień antyautostopowy. Jutro jednak zaczynam o 4 rano z zamiarem dotarcia do Tokio w jeden dzień.

Posted in .. |

z utoro przez abashari, bihoro, sapporo do tomakomai

Cel prosty – dostać się jak najszybciej do Tokyo.
Utoro – było pięknie, zimno i inspirująco – zmykam jednak do sapporo a potem do tokyo – trza się przenieść w ciepłe miejsca… znów autostop, dosłownie za godzinę

Abashari – dupa jasna, wciaz pada deszcz, młoda para na podrózy poślubnej podrzuciła mnie z Utoro, ale trudno wyjechac i zaszło słońce… w mroku nikt nikogo nie zabiera…

Parę godzin później…

utknąłem w bihoro… na szczęscie okazało się że nie zamykają poczekalni dworca więc przespałem z 4 godziny na wygodnej ławce. Jest 6 rano, 2-3 pobudzające kawy i ruszam dalej na zachód… mam nadzieje dojechać dziś do przystani promowej aby popłynąć nocnym promem na Honshiu…

czuję się jakbym nie żył… haha

PS.
już prawie wsiadłem w nocny autobus do sapporo (za 5000 jenów – nie było gdzie spać a to chyba dobre rozwiązanie – przespać się w busie) niestety nie było miejsc… chwilę potem znalazłem na ulicy 20000 jenów w dwóch papierkach, prawie umarłem ze szczęścia, po powtórnym sprawdzeniu 20000 zamieniło się w 2000 :)) i tak nieźle …

Następnego dnia…

Well well…

A jednak autobus. Cel uświęca środki. Aura marna, wciąż zimno nie ma co – trzeba szybko na południe…

Spałem jak zabity w megaluksusowym autobusie za 5000 jenów. Obudzłem się w Sapporo. Teraz coś trzeba zjeść i dotrzeć do nocy do Tomakomai – o północny jest nocny prom na Honsiu.

Posted in .. |

utoro blues…

znów nie miałem kiedy napisać parę słów… w każym razie rano popłynąłem jeszcze raz, tym razem turystycznie :)

a tu parę zagubionych zdjęć z sapporo

W Utoro tak dobre klimaty, że zostaję jeszcze jeden dzień…

Posted in .. |

Na łowy

Pierwsza ofiara :) gigantyczny robal morski, którego potem zjadłem

Ta ryba nie udaje ona naprawdę nie żyje

Kolejny potwór morski, jego zaletą jest, że jak tylko umrze, można wsuwać na surowo :)

Nimfomańsko-zofilsko-nekrofilskie klimaty, jest już 3 rano właśnie wschodzi słońce a ja nie spałem i gadam bzdury

Nakamuri-san i jego pomocnik zasuwali jak małe japońskie samochodziki…

Spałem przez godzinę pod pokładem, obudziłem się jak zaczęło huśtać, parę mil morskich od Wysp Kurylskich…

Taneda wypływa codziennie – ma 500 dolców zysku na dzień ze sprzedaży morskich żyjątek…

Huśtało do zrzygania – a w tle majaczyły śniegi…

Całą drogę towarzyszyły nam mewy liczące na łatwy żer…

rekunstrukcja zdarzeń potem, odpadam – dobry był dzień…

Posted in .. |

Utoro

Człowiek z wypasionej furki MG z 1971 roku za 2 miliony jenów – czyli Ken (haha) były model (!!!) a teraz programista i objeżdżacz samochodów – testuje hamulce na specjalnych torach – zabrał mnie z Kawayu aż do Shari, skąd zlapałem stopa aż do Utoro.


Już w Utoro. Te miejsce to Koniec Świata w języku Ainu. Niedaleko są wyspy Kurylskie.

Taneda, uraczył mnie 2 rybkami, kalmarami i krewetkami a w nocy płynę z nim na połów pod wyspy Kurylskie. Jutro zdjęcia.

Mieszkam w Cafe Fox – 500 jenów za pokój, super ludzie, wifi – głupi ma szczęście, każdego dnia dobrze się dzieje…

Posted in .. |

Source Rock Festival Kawayu 05

Wczorajszy dzień zaskakujący w całości. Rano znów obudził mnie dziadek, wściekłem się bo chciałem się wyspać a ten znów to samo – burknąłem coś spakowałem graty i sie wyniosłem. W planie był autostop do Shiro nad morze – zrobiłem dosłownie parę kroków a tu uderzyła mnie ściana muzyki. Okazało się, że o 13:00 zaczyna się Source Rock Festival Kawayu 05 – same alternatywne bandy ze wschodniego wybrzeża Hokkaido. Była przednia zabawa, nowi ludzie a dziś już niedziela i w końcu wyjade z Kawayu …

albo cały materiał we flaszu

Posted in .. |

autostopem przez galaktykę

W telewizji Top Gun w którym Tom Cruise gadający po japońsku zabija radzieckich wrogów a ja zabijam wirusy, których się naściągałem wieczorem.
Dobrze mi, dziś właściwie się za bardzo nie ruszyłem. A jutro chyba pojadę dalej. Miasto. Ja chcę do miasta. Jestem miejskim zwierzęciem i mam w nosie ładne widoczki. Jutro jest Live8 w Tokio, ale nie zdążę – chyba, żebym wydał całą kasę na superszybki pociąg z Sapporo albo samolot z Kushiro – ale chrzanić to. Bjork już widziałem wcześniej – i choć wiem co tracę nie zdecyduję się na ten wariacki krok. Myślę jednak, że za 3-4 dni będę w Sapporo a potem szybko na południe do ciepełka. I więcej czasu w miejskich dżunglach gdzie aż roi się od tematów, ludzi i abstrakcyjnych sytuacji. Tokio, Osaka, Kyoto, Hiroshima i tak dalej. Może nawet dotrę na Okinawę?

Autostopem przez galaktykę

Wizyta w Japonii to nie jest wyjazd za granicę. To wczasy na innej planecie, w innej galaktyce.

Język

Japoński to po japońsku „nihongo”. Właściwie naukowcy do końca nie są pewni korzeni języka – prawdopodobnie ma dużo wspólnego z dialektami tureckimi i mongolskimi a także powstawał pod dużym wpływem chińskiego i koreańskiego. Pomiędzy XVI i XIX wiekiem kupcy europejscy oprócz syfilisu i innych zabawnych chorób przywieźli także parę słów które weszły do codzinnego japońskiego. Oczywiście w wieku XX nastąpiła głęboka amerykanizacja kultury i tym samym na toaletę mówi się toyre, na silnik enjin, na penisa penis, telewizor to terebi, love hotel to rabuhoteru i mógłbym tak długo wymieniać.

Chodząc po Tokio pewnego wściekłego deszczowego poranka, niewyspani insomniacy (ja i lca), wymienialiśmy japońskie słowa, które znamy. Lista była imponująca: judo, harakiri, seppuku, kamikaze, karaoke, bonzai, sake, aikido, ninja, jakuza, suszi, orgiami, tsunami, wasali, gejsza, sumo i kupa innych.

Potem jak wyruszyłem w drogę miałem mnóstwo czasu na naukę – wcześniej do iPoda załadowałem sobie Japanese-Pimsleur (pierwszy unit) i powoli, z lekkim zdziwieniem, zacząłem przyswajać. Gramatyka prosta, dwa czasy jedynie (przyszły można wyrazić za pomocą teraźniejszego), wymowa prosta, żadnych intonacji jak w chińskim, wietnamskim czy tajskim – tylko się uczyć.

Trudniejsza sprawa z czytaniem – słowa pochodzenia chińskiego zapisuje się w kanji (taki sam alfabet jak chiński) w połączeniu z japońskim alfabetem hiragana i katakana (w nowoczesnym japońskim występuje ponad 2000 znaków kanji, natomiast 46 znaki w hiraganie odpowiadają sylabom – w sumie w różnych kombinacjach możemy używać aż 100 znaków; co do katakany – używa się jej aby opisać wszelkie słowa zapożyczone z innych języków – proste prawda? hehe). Czytanie więc sobie odpuszczę – na szczęście w sprzedaży są komiksy (mangi) bez słów – tylko z obrazkami:):)

Mam więc nadzieję, że za miesiąc będę choć odrobinę mówił po japońsku i cokolwiek rozumiał.

Oprócz Nihongo (którym posługuje się prawie 130 milionów ludzi na całym świcie) w Japonii używa się również Ainu (na Hokkaido i Sachalinie w Rosji) oraz Ryukyuan na Okinawie (południowa tropikalna wyspa, bardzo blisko Tajwanu).


Tu próbowałem coś napisać w katakanie mieczem świetlnym, ale mi nie wyszło

Kible

Znów inna planeta – podgrzewane sedesy, wbudowane komputery, gadające spłuczki, regulowana moc strumienia wody podmywającej odbyt, zaawansowane bidety – generalnie raj co przepadają za lekturą i długim ketonowaniem w toyre.

Automaty

Sprzedaje się w nich wszystko – napoje, lodowatą bądź gorącą kawę, browary, szlugasy (cała Japonia jara jak lokomotywa, a średnią życia mają jedną z najdłuższych na świecie), hotdogi, czekoladki, chrupki, kondomy, części komputerowe, komórki, karty sim, pornosy i komiksy – w Japonii jest największa ilość automatów na świecie – są dosłownie wszędzie, nawet w miejscach gdzie człowiek pojawia się z rzadka (może niedźwiedzie na Hokkaido też zakupują rybne chipsy w automatach?)


Zmontowałem kolejny filmik. Ci co mają psy i bardzo je kochają – proszę nie oglądać…
Doggy Restaurant czyli Restauracja Pod Psem – film ma 40 mega, trwa 5 minut. Jakie programy potrzebne do oglądniecia? Zapraszam na digitalife.net – tam sprawa wyjaśniona.

Posted in .. |

pierwszy film…

Dziś leniwy dzień. Ulice miasteczka puste, niewiele osób, same dziadki w pickupach i turyści. Spało mi się wybornie. Lecz o 7 rano (!!!!!) przyszedł dziadek – właściciel raida hausu. Upierd okropny – szurał, stukał i szeleścił, w końcu zapukał do mojego pokoju – zapłaciłem mu z drugą noc, ale właściwie nie o to mu chodziło – pokazał mi mapę z jeziorem i zakreślił kółko paluchem – spacerek pogoda-san. Powiedziałem mu, że nic z tego, ja muszę spać, dziadek zignorował mnie i wygonił do innego pokoju, aby wywietrzyć z bąków pokój w którym spałem. Nie powinienem się wściekać, ale chciałem sobie jeszcze pospać. Ten nie dał jednak za wygraną, chodził i stukał, ścierał kurze – chyba nie ma co robić za bardzo i wziął sobie do serca wysprzątanie wszystkich pomieszczeń. W końcu się ulotnił. Niestety nie zdołałem już zasnąć – czas zrobić pranie. Nie ma o czym pisać właściwie – wioska podobna do Breckenridge albo Winter Park w Colorado – już o tym wcześniej wspominałem. Samochody z napędem na 4 koła, hotele, centra konferencyjne, wypchane niedźwiadki i cały ten szajs. Doskonałe to miejsce aby popracować odrobinę. W kolejce czeka jeszcze mnóstwo innych rzeczy – zaległe Indie, Kambodża (niestety zgubiłem jedną z taśm), Wietnam, tuktukiem przez Chiny.

A tymczasem pierwszy z filmów z autostopu. Ostrzegam to duży plik – 40 mega, bo nie mam niestety jeszcze programu do mniejszego robienia divx (albo nie wiem) – w każdym razie 5 minut, Hokkaido 1 – do oglądnięcia filmu można sobie sciagnac ściągnąć programik – divx player – polecam, jest za darmo. Ale oczwyscie inne programy tez to wyswietla. Aha w preferencjach (prawy przycisk) należy wejść w video display / set aspect ratio / 16:9 i zrobić full screen (pełen ekran). I tyle.
Na końcu gra Jimmy Cliff (sorry za piractwo ale jeszcze nie robię własnej muzy, jeszcze…)

Posted in .. |

Sanatorium pod wulkanem.

Hokkaido jest super. Ale nie do zdjęć – tzn. na pewno jest znakomitym miejscem dla miłośników fotografii przyrodniczej czy też krajobrazów. Ale nie dla mnie. Wolę miejską dżunglę, a na wsi to lubię sobie odpocząć od aparatu. Dlatego ostatnie zdjęcia są tylko zapisem drogi, brak jakiś spektakularnych szotów. Ale postanowiłem wrzucać codziennie krótki film z podróży autostopem, zamiast zdjęć (które też się czasem pojawią). Wieczorem coś sklecę.

Około 16 opuściłem Akan aby jednym samochodem dojechać do Kawału Onsen. Kolejne emeryckie miasteczko – drewniane domki, sklepy z szajsem w stylu poroża jeleni i wypchane bobry. Nie trawię właściwie całej tej cepelii, choć teraz pochodzę do tego z dystansem. Krajobrazy są super, wulkany, jeziora, mgła osnuwa wszystko dookoła. Jest zimno – jakieś 10 stopni Celsjusza. Zasuwam w sandałach i krótkich gaciach – nie mam całego tego trekingowego ekwipunku. Brak namiotu, śpiwora, odpowiednich butów. Więc czekałem na okazję około 20 minut – inżynier z Kushiro nadrobił drogi aby z Teshikagi podrzucić mnie pod wulkan oddalony o 3 kilosy od Kawayu Onsen. Zobaczyłem sobie gejzery, śmierdzące siarką i piekłem a potem spokojnie przeszedłem sobie 3 kilosy nie próbując nawet autostopu – dziennie średnio robię z plecakiem z 7-10 kilometrów – niezła gimnastyka. W miasteczku znalazłem raida hausu – za 800 jenów (plus 200 za kołdrę i materac). Właściciel jest wiekowym dziadkiem, co ledwo chodzi, ale męczył mi dupę przez godzinę, objaśniając mi że to jest kibel, to jest TV a to jest pilot, który służy do jego włączania, tam jest lampka, a tu drzwi – uważaj na schodach jak schodzisz bo są strome, wyłączaj światło, zdejmuj buty, tam musisz jeść (gdzie indziej nie możesz i na mapie wskazał mi jakąś knajpkę). Strasznie upierdliwy typ – ale miejscówka fajna, typowy japoński domek, z rozsuwanymi drzwiami z papieru i drewna, raida hausu jest pusty więc dziś na spokojnie zasiądę na tatami i pomontuję filmy.

Wieczorem wizyta w onsenie – bulgoczące wanny, prysznic, golenie. Jutro muszę zrobić jeszcze pranie, bo wszystko śmierdzi martwym kretem.

Nie mam ochoty na trekingi i łażenie po górach, szczególnie, że jest zimno i nie mam butów –popracuję więc nad tekstami, stroną i zajmę się rzeczami które odkładałem na bok.

Posted in .. |

Akan.

Czego szukasz będąc w drodze? Czy chcesz odnaleźć samego siebie czy też szukasz innych? Samotność ma swoje plusy, ale bez innych ludzi nie masz opowieści. Tylko interakcja ma sens. Czytając książkę Marka Kamińskiego o tym jak szedł na biegun stwierdziłem, że to nie dla mnie. Lubię samotność, wtedy układam w sobie myśli, planuję co robić, jestem zajęty samym sobą, lecz jednocześnie gdzieś szukam innych ludzi. Na pewno jest z tego satysfakcja – że doszedłeś na ten biegun – dążenie do celu jak najbardziej. Ja się złapałem na tym, że nie mam celu – droga ma sens sam w sobie i basta. Aha, to było tego dnia gdy Japonka która mnie podwoziła gdzieś na Hokkaido zapytała (albo inaczej, znalazła w słowniku – what’s your destinantion?). Nie wiedziałem co jej odpowiedzieć.

Piony poziomy wahania klimatu w tą i we tę. Najlepsze pomysły i rozwiązania przychodzą jednak gdy ma się z górki, wtedy mózg szybciej pracuje i daje to nieoczekiwane wyniki.

Ślizgam się. Tego znieść czasem się nie da. Ślizgania się po powierzchni kulturowej. Od tygodnia uczę się języka. O ile łatwiej jest znając parę słów i mając czasem mgliste pojęcie co też do ciebie mówią.

Mimo że Japonia może nie być brana pod uwagę jako kraj egzotyczny taki jak Indie czy Kambodża (które uwielbiam) czuję się tu jak w innej bajce, każdego dnia wstaję podekscytowany jak cholera, a czasem gdy zasypiam gdzieś to przebudzeniu nie mogę uwierzyć, że tu jestem.

Trudno mi się określić. Jak tu jest, co mi się podoba.

Zbyt wiele do opisania i opowiedzenia, całej masy rzeczy nie doświadczyłem jeszcze. Będę się starał opisywać po kolei. Jezu… spojrzawszy na mapę świata (zresztą polecam niesamowite programy do oglądania map – World Wind, Keyhole i Google Map – chrzanić globusy i papierowe mapy, to jest jazda) widzę jak wiele jeszcze do zobaczenia…

Posted in .. |

W drodze do parku narodowego Akan

Wczoraj prawie zamarzłem na ulicy więc postanowiłem poszukać kapsuły za resztki mojej kasy. Niestety w okolicy nie było raida hausu (raider house – 1000 jenów za noc) więc pozostała mi tylko opcja kapsułowa za 2500. Wyspałem się – a na drugi dzień 10 kilometrów za miasto z trampka, nikt nie chciał się w mieście zatrzymać. W końcu lalunia w mikrosamochodziku pełnym pluszowych misiaczków zabrała mnie na drogę w stronę parku Akan. 3 minuty poźniej zatrzymał się pracownik kurortu który zaprosił mnie do onsenu za darmoche – sauna, prysznic, gorące źródełko, kawa i wifi za free. Morale mi wzrosły – mam jeszcze z 40 kilometrów do parku narodowego – mam nadzieje że znajdę raida hausu…

Napiszę potem więcej, trzeba jechać….

Posted in .. |

mgła w Kushito


Kana i Asuka podwiozły mnie z Sapporo 50 kilosów za miasto… Asuka ledwo co potrafiła prowadzić samochód więc siedziałem z tyłu martwiąc się aby nie zakończyć żywota gdzieś na japońskiej wyspie…


Przystanek – kiełbaska, i galaretki z witaminami i innymi proteinami dla ludzi którzy nie mają czasu, japońskie wytwory całkiem smaczne i pożywne


Kakkoi !! Najbardziej wyluzowani ludzie którzy zabrali mnie prawie 400 kilometrów aż do Kushiro.

Posted in .. |

16 godzin zamknięty w kosmicznym śnie w kapsule lecącej do nikąd.

Wczorajszego dnia w okolicach popołudnia ledwo już powłóczyłem nogami. Silny wicher powiewał, było zimno jak cholera, zjadłem obiad w knajpie dla robotników (schabowy !!!, ryż, nieograniczona surówka) i czułem, że więcej nie wyrobie. Było za zimno aby spać w parku, luknąłem do portfela, jeszcze trochę kaski było. W informacji turystycznej znaleźli mi najtańszą kapsułę, wsiadłem w metro i pojechałem do dzielnicy Susukino – bary, rabuhoteru (Love Hotels). Sapporo Kapsule Inn za 3200 jenów za noc. Wchodzisz bez butów, które zostawiasz w szafce. Wjeżdżam na 3 piętro (wszystkich jest 7, na 7 prysznic komunalny i dżakuzi) i odnajduję swoją kapsułę – wszystko wygląda tak jakbym miał zaraz odlecieć w kosmos. Ale zamiast tego odpadam w 16 godzinny sen. W środku kapsuły (metr na dwa) telewizor, radio, budzik, pościel – wygodna sprawa. Terebi (telewizor) nie działa jednak – trzeba wykupić kartę za 1000 jenów. Znajduję jeszcze ulotki z programem telewizyjnym na czerwiec – hm… same pornosy. Na moim piętrze jest jeszcze pusto i cicho. Bardzo szybko zasypiam, aby obudzić się dwa razy na siusiu.

Sapporo poprzedniego dnia sprawiało wrażenie pustego miasta – dziś wyszło słońce i sprawy przybrały inny obrót, mnóstwo ludzi na ulicach, ciepło i czuję się znacznie lepiej. Popracowałem trochę na kompie i trzeba będzie wyjechać z miasta w jakiś sposób. Jadę na wschód w stronę parków narodowych…

Posted in .. |

Sapporo

Nie wiele spałem w ostatnich 3 dniach – właściwie od paru tygodni sen jest nierówny, zasypiam o dziwnych porach, czasem wraz z brzaskiem, w godzinach popołudniowych na parę godzin. Teraz to się odbija – nie mam siły nawet machać lewą łapą na nadjeżdżające samochody – na szczęście nie trzeba wiele wysiłku – maksymalnie kwadrans z górką i znów jestem na swojej drodze. Tyle, że później zasypiam w samochodach swoich dobroczyńców i nie wiem czy jest to mile widziane, w końcu ktoś zabiera mnie ze sobą aby mieć towarzystwo na długiej drodze do domu.

Prom przybił do wybrzeży Hokkaido o 3.30 rano. Przystań promowa w Hakodate opustoszała jak trybuny stadionu marnego zespołu ligi okręgowej. Było jeszcze ciemno – nigdzie nie widziałem przystanku autobusowego czy też torów kolejowych – a do centrum miasta było ładnych parę kilometrów. Podreptałem zatem przed siebie, beznadziejnie machając kończyną z kciukiem, niestety żaden z niewielu pojazdów mijających moją objuczoną plecakiem postać nawet nie zwolnił.

Co mnie uderzyło to niesamowite podobieństwo do Stanów Zjednoczonych – jakbym znalazł się gdzieś w okolicach Seattle lub też Colorado – sympatyczne drewniane domki, mgła, czysto, niewielkie sklepiki i zakłady fryzjerskie. Przystankowo Alaskowo, South Park i Twin Peeks w wersji japońskiej. Chyba na tym się kończą podobieństwa, a może się mylę. Gdybym miał wybierać miejsce zamieszkania – pomiędzy USA a Japonią – nawet bym się nie zastanawiał. Nippon.

Wzdłuż morskiego betonowego brzegu wędkarze porozstawiali stoliki i krzesełka w milczeniu gapiąc się w ciemną wodę. Przeszedłem wzdłuż przystani, potem mostem aż w końcu zobaczyłem światła budzącego się centrum miasta. Zlokalizowałem wzrokiem stację kolejową, gdzie wrzuciłem plecak do przechowalni. Były trzy rodzaje lockerów – za 700, 500 i 400 jenów. Ten ostatni z początku, wizualnie, wydawał się za mały na mój plecak. Lecz po otwarciu okazało się, że oprócz mojego dobytku zmieściłbym tam nawet pocięte na kawałki zwłoki (po przeczytaniu przepisów na ścianie okazało się, że byłoby jednak to wbrew prawu, tak jak i przechowywanie broni, bomb oraz narkotyków).

Zostawiam zatem plecak i idę na poranny market Asa-Ichi. Tysiące homarów, ikry, ryb i innych owoców morza. Zamawiam za 1400 jenów donburi z ikrą z łososia i lobsterami. Niebo w gębie. W radiu leciały japońskie przeboje z lat 60tych, zaczynał się nowy dzień.

Internet bezprzewodowy – siadłem na ulicy i załatwiłem wszystko co trzeba było aby wskoczyć do tramwaju jadącego dotacji końcowej. Trzeba się w końcu umyć – publiczna łaźnia (Olsen) to chyba najlepsze miejsce. Za 370 jenów zakupuje bilet wstępu. W sporej sali 50 nagich Japończyków w wieku od 18 do 99, siedzą na plastikowych stołeczkach, przed lustrami, namydlają ciała, golą się aby wejść do jednego z dżakuzi (są 4 i jedno na zewnątrz – testuje wszystkie, różnią się intensywnością bulgotu i temperaturą od 42 do 45 stopni). Rewelacja. Spędzam tam godzinę paradując z fujarką po onsenie – no big deal – to samo robią inni, żadnego zasłaniania się i wstydu…

Po zważeniu się na elektronicznej wadze stwierdzam, że ubyło mi 10 kg od czasów piwnego brzucha którego nabawiłem się jesienną porą w Polandii.

Po zejściu do lobby zauważam salę w której śpią ludzie na bambusowych matach. Tego mi trzeba, na 4 godziny odpadam.

Około 14 ruszam poza miasto. 8 kilometrów zanim złapałem pierwszą okazję, tuż poza miastem, zaraz przed wjazdem na główną drogę. Zatrzymał się typek w kolorowych ciuchach, tuningowanej furce – nie jechał do Sapporo, ale zgodził się podrzucić mnie za miasto na pierwszy lepszy parking. Po drodze wstąpił jeszcze do domu na przedmieściach aby zabrać swojego kumpla – jechali w góry na jakąś imprezę. Potem siedziałem jeszcze w trzech autach, za każdym razem po parę kilometrów, zachodziło słońce, a mnie ogarnęło zmęczenie. Zrobiłem zakupy w seven eleven, postanowiłem postać jeszcze chwilę i poszukać miejsca do spania na plaży. 3 minuty później siedziałem w samochodzie Nishi Masanori, 26 letni mieszkaniec Sapporo zabrał mnie z radością i jak powiedział po raz pierwszy miał sposobność rozmawiać po angielsku z gaijnem (obcokrajowcem). 3 godziny później byłem w Sapporo – czas przeleciał szybko na rozmowie, słuchaniu muzy, zatrzymaliśmy się też na kolację gdzieś w górach, potem zasnąłem, Nishi obudził mnie w Sapporo.

Zdecydowałem się nie iść do Youth Hotelu za 3700 jenów. Za 1900 mogę przesiedzieć 7 godzin w kafejce netowej – prysznic, prywatna kabina, tysiące filmów na DVD, picie i jedzenie za friko, szybkie łącze i super wygodny fotel. Z tego co widze wcale nie trzeba mieszkać w hotelach – są łaźnie, kafejki netowe, przechowalnie bagażu, parki – naprawdę można zaoszczędzić…

Posted in .. |

Hokkaido

Dzień pierwszy na Tohoku Expressway

Dziś zrobiłem ze 150 kilometrów. Poszło w miarę łatwo. Trochę to potrwało zanim się obudziłem, załatwiłem ostatnie sprawy, spakowałem graty, pożegnałem Łukasza i resztę ekipy w KaosanTokyo, skoczyłem do bankomatu a potem znalazłem odpowiednie połączenie aby dostać się na autostradę na północ w stronę drugiej największej wyspy Japonii czyli Hokkaido.

Z Ueno zakupiłem bilet za 650 jenów do stacji Hasuda (JR Utsunomiya). Prawie przespałem stację, pociąg się bujał, chyba połowa pasażerów spała, więc poddałem się sennym wibracjom. Otworzyłem oczy gdy zamykały się drzwi, chwyciłem plecak i crumplera ze sprzętem i wyskoczyłem na peron stacji Hasuda. Szare, ołowiane niebo, leniwa atmosfera w miasteczku, szybko znajduję przystanek autobusowy numer 3. Potem podjeżdża autobus jadący do Shiyakusho-mae – dzięki pomocy kobiety jadącej na sąsiednim siedzeniu wyskakuję tuż przy wjeździe na autostradę. Robię z kilkaset metrów mijając niewielkie domki, położone przy czystych uliczkach. Jest dość ciepło, staruszkowie podcinają krzaki w ogrodach, dzieciaki jeżdżą na rowerach, a ja zasuwam z plecakiem.

Powrót do autostopu jak za dawnych czasów. Podobnie jak w Niemczech czy w Europie Zachodniej najlepszym miejscem są parkingi położone przy autostradzie – w Japonii te miejscóweczki nazywają się SA/PA. SA (sabisu eria) są większe niż PA (parkingu eria), które są tylko parkingami z jednym barem, toaletami i stacją benzynową. Sabisu eria to znacznie większe przystanki, jest nawet bezprzewodowy internet (szkoda, że zabezpieczony) i stąd właśnie pisze te słowa.

Po 15 minutach machania zatrzymuje się pierwszy samochód. Przedstawiciel serwisu zajmującego się naprawą robotów i maszyn – 30 lat, jedzie do Utsunomiya, wyrzuca mnie 37 km przed tym miastem – na dużym SA skąd mam nadzieje złapać następną okazję. Stoję z godzinę – same samochody dostawcze, urzędnicy wracają z roboty, właściwie nic się nie dzieje, słucham lekcji japońskiego i żuję gumę. Yoshihiro Nakamizu od 13 lat eksportuje drzewka bonsai (www.j-bonsai.com) – zabiera mnie 10 kilometrów wraz ze swoją rodzinką (dzieciaki wgapione w mały telewizor nadający anime i cicha żona która tylko na końcu pożegnała mnie wiązanką miłych japońskich słów). Yoshihiro zna Porandu (Polskę), sprzedaje tam swoje drzewka, kiedyś też jeździł stopem, więc zawsze zabiera takich typów jak ja. Wszystko pięknie, ale zaczyna padać – dostaję w prezencie parasolkę i dobre słowo na pożegnanie. Zachodzi słońce więcej chyba dziś kilometrów nie zrobię. Z doświadczenia wiem, że w nocy się stopowiczów nie zabiera – jeszcze jeden koleś mnie zabiera, jednak też z 10 kilometrów, na szczęście na dobry SA.

Kolacja za 500 jenów, słowa wystukane na kompie, zaraz pójdę szukać wygodnego miejsca do spania. Z boku jest zielony park z super przystrzyżoną trawą, byle tylko nie padało.

Drugi dzień – Tohoku Expressway

Znalazłem doskonałe miejsce aby się wyspać – w lesie, na trawie, rozłożyłem karimatę, nakryłem się kocem zawiniętym z United Airlines, polskie tygodniki przywiezione od Łukasza, lekcje japońskiego z iPoda aż w końcu zasnąłem.

Obudziło mnie ostre słońce w okolicach 8 rano, otrzepałem się z setek mrówek (spałem w mrowisku jak się okazało), pozdrowiłem głębokim skłonem dwóch dziadków siedzących na ławce obok (ohayo gozaimas), spakowałem graty, zjadłem śniadanko w sali pełnej podróżnych, kawa, duża woda i ruszyłem w stronę autostrady.

Cel jaki założyłem sobie na dzisiaj – czyli Aomori – wydawał się odległy jak księżyc, który przyświecał mi w nocy. Znów iPod i 5 lekcja z 9 które ściągnąłem z netu – jeszcze 2 dni i przerobie to wszystko i będę potrzebował całości kursu. Po 15 minutach zatrzymał się pierwszy koleś – 45 letni fan Deep Purple (akurat leciało Smoke On The Water), coś po angielsku mówił (zresztą jak większość tych co mnie zabrała po drodze) – podrzucił mnie może z 30 kilometrów do następnego parkingu. 30 minut czekania i z piskiem opon zatrzymało się BMW wyprodukowane w Dżermani z kierownicą po lewej stronie – dobroczyńca nazywał się Kodo Hanabusa i był prezydentem Hanabusa Co. LTD firmy zajmującej się dostarczaniem lunchów do dużych firm w Tokio. Spoko gość – zapalony golfista, podwiózł mnie może z 20 kilometrów do kolejnego parkingu, z którego od razu zabrała mnie starsza para jadąca na wakacje do Akity (2 dni wakacji w Japonii to dużo). Akita znajduje się na zachodnim wybrzeżu Honsiu więc obiecali mi podrzucić mnie aż do rozjazdu dróg znajdującego się przed Morioką. Świetnie się złożyło – zapakowałem graty do wypasionego Nissana w stylu amerykańskich krążowników i ruszyliśmy w drogę. Koleś mówił odrobinę po angielsku i rozumiał wszystko więc przez pół godziny toczyła się rozmowa zanim nie zapadłem w głęboki sen na tylnej kanapie. Obudzili mnie na parkingu tuż przed rozjazdem zapraszając na lunch – nie mogłem odmówić, zresztą biorąc uwagę stan moich finansów wcale nie chciałem – wypasiony obiadek, potrenowałem japoński i przemili państwo pożegnali się ze mną zostawiając mi kawę w puszce i kawowe dropsy co prawdopodobnie miało mnie obudzić (niestety tak się nie zdarzyło).

Nie zdążyłem nawet się podrapać w tyłek, a tu się zatrzymał kolejny człowiek. Podrzucił mnie pod samą Moriokę, na kompletnie jak się okazało pusty parking – lecz i tam nie zagrzałem miejsca – dosłownie parę minut później młode małżeństwo z 3 letnią córeczką podwiozło mnie na lepszy i większy parking.

Tam stałem i stałem – zachodziło słońce i było już całkiem późno – nie byłem przekonany czy chciałbym rzeczywiście tu biwakować biorąc pod uwagę znaki ostrzegające o aktywności misiów w okolicy – zjedzony przez niedźwiedzia w Japoni – marny koniec marnego człowieczka.

Stałem tak i stałem – aż ze stacji benzynowej ruszył w moim kierunku jeden z jej pracowników niosąc dwa kartony z nazwami zapisanymi w Kanji (ten sam alfabet co chiński, zresztą potem napiszę więcej o języku).

- Konnichiwa
- Konnichiwa, ogenki deska?
- Hai, genki des, anatawa? Aomori e ikimas – rzekłem

Okazało się, że mistrzowie zrobili mi dwa kartony, zakładając, że jadę albo do Aomori albo do Morioki. Podziękowałem, uniżenie, kłaniając się w pas – ale dalej stałem jak ten kołek i nikt nie chciał się zatrzymać. Po godzinie znów ci sami dżentelmeni przyszli z pomocą – okazało się, że pytali się każdego na stacji benzynowej czy mnie nie zabierze. No i tak się stało – podjechał van z gościem o szarych włosach, różowej koszuli i butach za pierdyliard jenów – ten nie mówił a nic po angielsku, ale w ciągu 2 dni nauczyłem się na tyle japońskiego, że mogliśmy rozmawiać przez 15 minut (sam byłem zaskoczony) aż znów odpadłem. Obudziłem się przed samym Aomori, wypiliśmy kawę na parkingu i po 15 minutach byłem w przystani promowej. Za 1400 jenów zakupiłem bilet na Hokkaido do Hakowate i będę tam o 4 rano.

Podsumowując – jestem totalnie uradowany – będę na Hokkaido w niecałe półtora dnia odkąd opuściłem Tokio. Zakładałem minimalnie 3-4 dni aby się tam dostać – Japończycy zaskoczyli mnie kompletnie – każdy dzień jest lepszy od poprzedniego i jak się uda chciałbym zostać tu przynajmniej miesiąc. Jeżdżąc stopem schodzi mi maksymalnie 50 zeta dziennie – co jest chyba wyczynem, po dniach spędzonych w Tokio.

Dziś jest najważniejszy dzień dla moich przyjaciół – Adama i Pati – wszystkiego pięknego kochani – jestem z wami myślami i wypiłem butlę piwka Sapporo za wasze zdrowie – a weselnym gościom życzę genialnej zabawy.

Poranek. Już Hokkaido. Zjadłem mistrzowskie śniadanie (na zdjęciu poniżej). Potem będzie więcej… jadę do łaźni miejskiej

Posted in .. |

tokio

Nie próbuję nawet szukać podobieństw pomiędzy tym co widzę teraz a rzeczami z przeszłości. Ulice Tokio są wysokokaloryczną pożywką dla moich oczu – wszystko co sobie wcześniej wyobrażałem mogłem spokojnie zzipować i wyrzucić do kosza.

„Dude, nie ma co wstawać zbyt wcześnie – jeżeli będziemy leżeć w łóżku do południa mniej kasy wydamy na żarcie” – rzekł Thorben z Niemiec do Andrew z Australii. Głupie to ale jakże prawdziwe. Kasa idzie straszna – oszczędza się na wszystkim a i tak schodzi 40-45 dolców na dzień. KaoSanTokyo.com – najtańsza opcja w Tokio za 2000 jenów za noc – nie żadne kapsuły metr na dwa (tam za noc 3500 jenów). 100 jenów to 3 zeta. Za 100 jenów kupisz najwyżej małą wodę mineralną, zupkę w proszku lub też 3 banany. Za 500 masz obiad w barze gdzie kuponik na żarcie kupujesz z automatu i przynosisz go do kuchni. Aby dostać się do miasta i z niego wrócić kolejne 400 jenów. Piwo kosztuje 300 a Santory Whiskey 250 za małą butelkę. Właściwie da się żyć ale minimalnie. O jeny…

O 17 kończy się praca. Metro wypełnia się do granic możliwości, wtedy pojawiają się upychacze ładujący ludzi w wagonach tak aby umożliwić zamknięcie się drzwi. Ludzie jadą do domów, do barów, na spotkania ze znajomymi – miasto tętni życiem aż do północy – potem odjeżdża ostatni pociąg. Tych których stać na nieprzyzwoicie drogie taxi nie mają co się martwić – reszta zostaje w mieście do rana, niektórzy idą przespać się w kapsule albo w lovehoteru (Love Hotel), gdzie niekoniecznie się śpi. Czasem zbyt zatrąbieni sararymen (urzędnicy) leżą na parkowych ławkach czekając na nowy dzień – wtedy obudzą się w wymiętym garniaku i znów pójdą do pracy. Życie sararymana to pociąg, praca, picie, spanie, pociąg, praca i znów picie. I tak codziennie – nie można przecież odmówić kolegom, a tym bardziej szefowi. Szef idzie się napić – idziesz z nim, lata temu podpisałeś pakt ze skośnookim diabłem. Kolektywnie w grupkach, głośno i alkoholowo spędzają kolejne dni po pracy.

Miasto, ponoć 34 miliony ludzi – wraz z Jokohamą i Chibą oraz setkami mniejszych miasteczek tworzą największą metropolię świata, jeden wielki betonowy organizm pracujący jak silnik Toyoty, bezproblemowo i długowiecznie – chyba że coś padnie – to wtedy jest krótkotrwała katastrofa – tajfuny, tsunami czy trzęsienia ziemi to chleb poprzedni…

Metro zmęczonych ludzi w którym nikt się nie uśmiecha. Jest cichutko. Słychać jak kartkują książki czy też komiksy. Rano wyprasowani biegną korytarzami wielkiego spaghetti, w pociągu gapią się w okno, ekrany komórek, gejmbojów czy kieszonkowych playstation. W okolicach Shibuya albo Shinjuku pojawia się kolorowy tłum szalonych ludzi – wszystkie odmiany wariatów, niesamowite Japoneczki, punki, dresiarze (tak, tak), uczennice szkół średnich w podkolanówkach, blond włosach, wyciągają lusterka z plastikowych torebek i zaczynają poprawiać mejkap, wszystko to nie przerywając świergotania i konferencji międzykomórkowych. Tokio jest stolica KNJ – Konfederacji Narodów Jednokomórkowych – za parę lat większość pop-ulacji będzie miało problemy z kciukami.

Posted in .. |

autostopem przez Japonię

Dziś się zaczyna. W skrócie zapisuje i uciekam – bo muszę się jakoś wydostać z Tokyo….

Posted in .. |

For relaxing time, make it Santory time

Posted in .. |

deszcz w tokio

… kierde znów pada…

Posted in .. |

lost in tokyo

Posted in .. |

Tokio

tokio. wymiękam. potem się określe. ale jest wspaniale. dziś tylko krótki spacer i zaraz spoczynek, po 3 dniach niespania.

Posted in .. |

HKG Airport

w poszukiwaniu wifi … i z sukcesem…

9 rano lot do Tokio. Dziś i jutro będę się starał wrzucać rzeczy na żywo z miasta używajac sieci bezprzewodowej – przygody dwóch straceńców w największej metropolii świata – lukajta tu także

Posted in .. |

hongkong

jutro tokio… a co potem to nie wiem… zredukowałem bagaż do minimum, jak i zawartość moich kont…

Posted in .. |

live from the escalators

na żywo ze schodów w hk… łazimy z lca jak lunatycy w tropikach miejskiej dżungli

Posted in .. |

hk 6 rano – to był dziwny tydzień

6 rano, zaraz jade na lotnisko po Łukasza-Oblatywacza, poza tym kupilem obiektyw przez co w Japonii będę żył o ryżu i wodzie, mieszkając w parkach i zdzierając sobie sandały na ulicach Tokio…

Posted in .. |

hong kong

Wciąż pada…

Posted in .. |

W krainie deszczowców

Deszcz. Nieustannie. Flotylle czarnych chmur rodzących kwaśne deszcze mejdinczajna nad wzgórzami i wieżowcami, a w dolinach ulic mokrego miasta tłoczy się życie. Ghana, Nepal, Indie, Afganistan, Filipiny, Iran, Irak, Polska, Anglia, Chiny, Tajlandia i tak dalej – tłusta książka gości w marnym hoteliku u Johnego Pau, na 8 piętrze, blok E, Chunking Mansions. Nie mogę spać, klimatyzacja wyrabia z ledwością swoją normę, w żołądku bulgoczą kwasy, nie w porządku mój żołądku, o nie.

Wystarczy jednak przekręcić klucz w zamku, jednym drugim, rozsunąć kratę zjedzoną przez czas i korozje, pozdrowić 3 metrowego Murzyna z uśmiechem z kolgejtu i brązowej marynarce od ślepego krawca z Mozambiku, nacisnąć guzik windy i poczekać chwilę bądź dwie, wsiąść do windy nacisnąć G i zjechać na sam dół. Tam przywita cię tłum reprezentantów tego świata, w budynku Organizacji Narodów Nie Zjednoczonych. Pakistańscy sprzedawcy zegarków elektronicznych z kalkulatorem i przenajprawdziwszych rolexów, Pendżabskie knajpy, 4 metrowi Murzyni wcale nie z enbiej, ale z Afyki podrównikowej, udają, że są z Bronxu, chodząc z gaciami do kolan, powłócząc jedną nogą, żując starą wykałaczkę, chińscy dilerzy z smyczą od komórki w kanabistyczne wzory, obfite prostytutki z Indii w różowych sari, filipińskie dziwki z ciężkim mejkapem, alfonsi i niemieccy turyści i holenderskie biacze szukają niewiadomo czego, dentysta z Singapuru, rosyjscy dresiarze, mongolscy sprzedawcy perfum od diora, nepalscy przemytnicy marihuany.
Kwitnie biznes piknie, pimparam, łatwiej było by wymienić czego tu się nie sprzedaje.

Szczęścia się nie sprzedaje.

Uwielbiam to miejsce. Tutaj Won Kar Wai zrobił swój film Chungking Express. Teraz to również atrakcja turystyczna, ani trochę nie tracąca swojej dawnej autentyczności. Najtańsze hotele w HK, knajpy, sklepiki z pornosami i sztucznymi penisami, tutaj kupisz kamerę, aparat czy jakikolwiek elektroniczny gadżet. Podrobiona nierzeczywistość, serce Tsim Sha Tsua, stąd pięć minut leniwym krokiem aby wsiąść w prom płynący na skalistą wyspę, centrum finansowe, futurystyczny wytwór ludzkiej wyobraźni, z potu i ciężkiej pracy jak i brudnych interesów.

Dziś spiknąłem się z Timem, jutro wprowadzamy się na parę dni do niego do chaty, którą dzieli z 3 kobitami z Anglii i Stanów (nie ukrywam, zresztą Tim również, że znacznie lepiej było by gdyby to były trzy 22letnie Chinki). Dojedziemy tam jak się tylko uda nam trafić.

take red line to mong kock then take green line to choi hung take c2 exit then as head outside turn left and the first bus stop is an a1 to sai kung its a green mini bus ask to stop at wo mei the bus journey takes about 20 mins u head up a hill then down it. on the way down is wo mei if u get to a round about on the way down (quite big) as the guy if it is wo mei this will be the stop after it when u get off the bus turn left then go down the set of stairs on ur left when u get to the road at the bottom of the stairs u will notice a big h monument walk under this and head up the road its quite steep and will see a dog in a toy house on the left at the top u will notice steps leading up to a church turn left, dont head up go left i live at number 28 c wo mei village there is an xfm sticker on the post box hope this is ok

W sobotę dociera lukasz.com a w poniedziałek lecimy do Tokio. Już się boję :)

PS.
Do Tima nie udało się nam trafić, bo Ian wyłączył budzik z rana, postanowiłem pozostać w Chungking Mensions i czekać na lca.

Posted in .. |

Tuktuk stories – last episode – Z Yangshou do Hongkongu

Znów nie wiem jak nazywa się miasto w którym się znaleźliśmy. Znaleźliśmy pokój w jakimś szemranym hotelu w wąskiej uliczce odchodzącej od głównej drogi prowadzącej do Guangzhou. Nie mamy kasy, pijemy zieloną herbatę i przyjmujemy delegacje tutejszych prostytutek – wieść się o nas rozniosła więc przychodzą oferując swoje wdzięki, bezskutecznie – cóż, białasy spłukane poza tym biegunka męczy … ;)

Dzisiejszy dzień dziwny. Dziwaczny. Atmosfera coraz bardziej zagęszczona, temperatura sięga 35 stopni w cieniu, wilgotność może 90%, słońce i deszcz na przemian. Mam sraczkie i średnio się czuję, czarny humor dopisuje jednak – nawet wtedy gdy Ian zgubił mojego iPoda z 3500 kawałkami – podczas jazdy autostradą. Biegał potem w kółko jak oszołom próbując go znaleźć – bezskutecznie – zszokowany zaoferował mi, że odkupi mi nowego w Hong Kongu.

Wyruszyliśmy wczoraj z Yangshou – po pięciu dniach obijania się. Wymieniliśmy właściwie cały silnik w tuktuku, za grosze, ale nie widzę możliwości aby wszystko od teraz szło jak po maśle. Rura wydechowa (klasyk) odpadła już po 50 kilometrach – stopiły się struny od gitary trzymające wszystko w kupie. Jak zwykle droga i widoki rekompensowały niedogodności. Droga całkiem przyzwoita oprócz 30 kilometrów rozkopanej jezdni w kurzu i błocie – ale to już przerabialiśmy uprzednio wielokrotnie.

Wieczorem dojechaliśmy do Wuzhou – po 40 kilometrach ścigania się po krętych drogach z 3 motorowerami. Młodzi Chińczycy koniecznie chcieli pokazać jak szybko potrafią zasuwać na swoich maszynach – w końcu po szaleńczej jeździe poszliśmy wszyscy na browara. Wuzhou jak wszystkie miasta zaznaczone większą kropką na mapie którą mamy okazało się całkiem sporą metropolią – przepięknie zlokalizowaną. Domy towarowe, oświetlone przesadnie ulice (ciekawe ile wydają na energię elektryczną), McDonald’s, KFC, drapacze chmur etc. W centrum znajdujemy nędzny hotelik za 58 yuanów w którym czekała już delegacja komarów.

12 czerwca, niedziela

Miało pójść gładko ale nie poszło – dzień skończył się jednak nieoczekiwanie szczęśliwie.

Przed południem opuściliśmy miasteczko w którym spędziliśmy noc. W miarę szybko przejechaliśmy drogą numer 321 do Guangzhou. Ale gdzie się zaczyna Guangzhou? Już dawno opuściliśmy góry Yunanu, pola ryżowe, kręte górskie drogi, niewielkie wioski. W ich miejsce pojawiły się betonowe autostrady, tysiące ciężarówek, miliony ludzi, miasta z kilometra na kilometr były coraz większe aż przerodziły się w jedno wielkie miasto. Moloch. 60 kilometrów przed Guangzhou wjechaliśmy do miasta i wciąż z niego nie wyjechaliśmy. I będzie tak do samego Hongkongu. W Guangzhou klasycznie się zgubiliśmy. Nikt nie był wstanie nam nawet powiedzieć gdzie jesteśmy. 3 mapy i kierowanie się na wschód aż w końcu w tej betonowej dżungli dostrzegłem znane mi chińskie znaki (zhang shan da dao) które złożyły się na nazwę ulicy mającej przerodzić się w drogę g107. Miasto jest przeogromne – ślimaki autostrad tworzą pulsujące żyły aglomeracji, nie ma czym oddychać, powietrze jest tak zanieczyszczone, że po 4 godzinach kluczenia w tą i we tę głowa mi prawie eksplodowała z nadmiaru dwutlenku węgla i spalin. Tysiące wieżowców, blokowiska, niezliczone centra handlowe i szalony ruch drogowy. Oczywiście nie obyło się bez urwania chmury – deszcz przerwał poszukiwania na dobrą godzinę. Gdy w końcu znaleźliśmy się na drodze do Shenzhen tryumfowaliśmy.

Happy end – zatrzymaliśmy się w jednym z obskurnych miast, skąpanych w deszczu i błocie. 9 wieczór – trzeba się posilić. Mięso z grilla, piwo i tłum ciekawskich. Przysiadł się do nas człowiek bez nogi i nawiać począł o swoim ciężkim życiu (tak podejrzewam), zrobił się jeszcze większy tłum wokoło naszego plastikowego stolika pod parasolem (dostaniemy pewnie order od komitetu centralnego za odciąganie chińskich obywateli od telewizorów). Pojawił się też Andy (nazwę go Sceptyczny Andy – bo nie mógł uwierzyć, że przejechaliśmy Chiny Południowo Wschodnie na tym złomie co wabi się Sarah, a także w wiele innych rzeczy). 26 letni Andy (dobre imię dla Chińczyka) okazał się równym gościem, siedział z boku ze swoją żoną i dzieciakiem i postanowił zagadać, a angielski jego na całkiem przyzwoitym poziomie. Wypiliśmy parę browarów, zjedliśmy furę kurzych łapek, rozmowa toczyła się na wiele tematów, aż przyszła późna pora i trza było poszukać hotelu. Andy znów wybawił nas z problemu – płacąc za hotel z klimatyzacja, super prysznicem, tele – nie chciał słyszeć o żadnej kasie z naszej strony choć nalegaliśmy, ale nie za długo ;)

W końcu odpoczynek. Jutro ostatni etap – zostało 150 kilosów do Hongkongu.

2005.06.13 | 18.42

Hongkong. W końcu. Do Shenzhen dotarliśmy ekspresowo – jak przypuszczałem miasto się nie skończyło – aż do samej granicy. Na dworcu kolejowym klasycznie wkurwiliśmy chińskich oficjeli (jeden tak się zasapał, że prawie z umarł z nerwów zaciągając się chińskim szlugiem) – zero pomocy, zero angielskiego, zero kooperacji – no no no no i machanie rękami – a myśmy tylko chcieli znaleźć miejsce dla Sary. W końcu – w podziemiach 4 gwiazdkowego hotelu za 10 yuanow za dzień Sara znalazła miejsce spoczynku.

Potem pociągiem do HK. Tim (którego poznałem w Mui Ne w Wietnamie) wciąż się nie odezwał, więc szukamy miejsca do spania…

To była wspaniała rzecz. Na liczniku tuktuk wybiło 6000 kilometrów – z tego sam przejechałem 4000.

More shit soon

ps.
zdjęc nie będzie bo nie robiłem. ale za to powstał film – z całej podrózy przez Chiny

Posted in .. |

Z Kunming do Yangshuo

Jutro ruszamy w prawdopodobnie ostatni etap podróży tuktukiem przez Chiny. Celem jest Hong Kong oddalony o mniej więcej 800 kilometrów od Yangshou. Dlatego dziś z bólem i pustką w głowie zasiadam przed ekranem aby spisać ostatnie przygody.

Kunming – Xingyi

Ostatni wpis traktujący o podróży był z Kunming. Stamtąd po paru dniach spania, jedzenia i odpoczywania ruszyliśmy w kierunku Kamiennego Lasu czyli Shi Lin. Jak jednego dnia wszystko idzie świetnie to następny dzień jest piekłem. Tego dnia byliśmy w niebie – równiutka autostrada, super widoki, żyć nie umierać. Pobiliśmy rekord prędkości z górki – 90 km/h to było coś. Wieczorem Shi Lin – kolejna pułapka na turystów – oczywiście na takich co oczekują czegoś bardziej spektakularnego. Kamienny las to setki skał rozrzuconych na całkiem sporym terenie. Tu znów mieliśmy szczęście – wykorzystując zaskoczenie strażników zupełnie nielegalnie i bez biletów wjechaliśmy na teren parku narodowego aby objechać go dookoła. Dalej ufając szczęściu i mapie postanowiliśmy skrócić sobie drogę. O jak wielki to był błąd. Z początku czujność uśpiona przez świetną i nową autostradę (której nie było nawet na mapie). Na stacji benzynowej po skonsultowaniu się z panią która tam pracowała skręciliśmy w drogę która na mapie oznaczona była czarną nitką. Potem wszystko poszło nie tak jak trzeba. Najpierw zgubiłem mapę. Aha, a propos gubienia rzeczy – dotychczas zgubiłem 2 koszulki, 2 mapy, zegarek, słuchawki do ipoda, książkę, skarpetki, czapkę z daszkiem i notatnik z zapiskami – lista pewnie niekompletna, będzie gorzej. Wracając do meritum – po tym jak zgubiłem nieszczęsną mapę, zatrzymaliśmy się przed rozwidleniem dwóch podłych i kamienistych dróg. Tym razem wybrał Ian – wybrał źle – zaczął już wtedy padać drobny deszczyk – w błocie i po wybojach dotarliśmy do jakieś wioski. Tamże próbując dogadać się z tubylcami, bezskutecznie, nadal bezsensownie konturowaliśmy obijanie tyłków, aż do końca drogi. Na końcu drogi był las, góry, tama i zero cywilizacji. Trzeba było wracać z powrotem do rozwidlenia – wybraliśmy możliwość drugą, nie wybraną poprzednio. Nie było tak źle – po 20 kilometrach przez zapomniane przez wszystkich wioski, pola ryżowe, niewielkie osady aż spadł deszcz. Z początku nieśmiało, potem mocniej, aż trzeba było się zatrzymać. Nakryliśmy się plastikowym brezentem i skończyliśmy resztę chińskie wódki, aby się rozgrzać co nie co. Siedzieliśmy jak te barany przez godzinę, słońce zaszło i właściwie nie było innego wyjścia jak ruszyć dalej. Opróżniłem kieszenie z pieniędzy, portfela, ipoda spakowaliśmy wszystko pod plastik, pod którym schronił się również Ian i powoli przez kałuże, błoto pojechaliśmy w totalną masakrę. Przez 10 kilometrów walczyłem z kierownicą, nawierzchnią, deszczem i wiatrem aż ujrzeliśmy niemrawe światła wioski. Silnik zgasł. Latarka i trza szukać schronienia. Nie tak łatwo. Próba dogadania się z kimkolwiek niestety nie wypaliła. Pukając do drzwi albo nie otwierali, albo udawali że ich nie ma, albo się nas bali. Kto wie? Byliśmy chyba jedynymi białymi diabłami od setek lat którzy odwiedzili to miejsce – takich jak my wcześniej widzieli tylko w chińskiej kablówce. Kobiecina w chińskim sklepie SPOŁEM sprzedała nam piwko, zupe z kluskami. Przebrałem mokre szmaty i mogłem odrobinę odetchnąć. W dalszym ciągu nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy, Chińczycy mają problemy ze wskazywaniem kierunków – nieokreślony ruch ręką może oznaczać prawo w lewo prosto czy gdziekolwiek. Cóż, trza było jechać dalej. Tym razem Ian zasiadał za sterami i przebijał się przez 8 kilometrów aż w końcu dostrzegliśmy drogę. Miasto. Podłe i szare, błotniste i dziurawe. Ale miasto. Pieprzona cywilizacja. Prawie ucałowałem brudny chodnik. Nie zatrzymaliśmy się jednak ale ruszyliśmy dalej. Droga nadal masakryczna. Porażka. 120 kilometrów głosił znak drogowy – tyle miał mieć odcinek budowanej autostrady. Zrobiliśmy jeszcze z 30 kilometrów tej nocy, aby się poddać i zatrzymać się przy drodze na zasłużony odpoczynek.

Kolejny dzień to samo. Wyboje, dziury, kamienie, piasek, ciężarówki – 90 kilometów w 8 godzin zanim w końcu dotarliśmy do granicy nowej prowincji i miasta Xingyi. Internet, żarcie, relaks no i oczywiście nieunikniona wizyta w warsztacie samochodowym. Czyszczenie całego tuktuka, naprawa, przykręcanie śrubek. Kolejne 3 godziny.

Czasem mam dość. Dróg, samochodów, dziur. Ale cała reszta widoki, ludzie, jedzenie, przygodny kompensują całe to gówno w jakim się znaleźliśmy.

Opuszczamy Xingyi aby zatrzymać się znów w górach na drzemkę.

Następnego dnia droga znów masakryczna ale i wspaniała. Przez góry, lasy, rzeki – robię około 100 kilometrów po kamienistej drodze – ręce mi wciąż drżą po tym jak się zatrzymałem na przystani promowej. Warto było. Stąd mamy już tylko 90 kilometrów do Baise. W Baise kolejna wizyta w warsztacie – remont silnika. Nocleg w KTV – czyli hotelik, pokoje z karaoke, nieoficjalny burdel.

W końcu docieramy do Nanning. Noc spoczynku. Internet i cywilizacja. I wciąż deszcz. Cały dzień i noc.

5 czerwca ruszamy w drogę aby pokonać w 16 godzin 500 kilometrów do Yangshou. Z początku łatwo potem trudniej aby prawie umrzeć w huraganowym wietrze i powodzi spowodowanej przez tropikalny deszcz. I Yangshou – o 3 rano. Padnięci, wykończeni, wymęczeni ale szczęśliwi, że w końcu tu dotarliśmy. 29 urodziny. Cisza.

Dziś wymieniliśmy główne części silnika, który się kompletnie zatarł. Okazało się również, że jego pojemność nie wynosi 50 cc ale 110 cc.

Posted in .. |

yangshou

kac z rana, ledwo przespana noc i pragnienie. gdzie jest woda, oczywiscie nie ma, trzeba zejść na dół i kupić, ale tak bardzo się nie chce, wczoraj niestety przegiąłem lekko z alko i ziołami z dali, dostarczonymi przez Augustinę z Argentyny, była też ekipa, zebrana spontanicznie w hotelu w którym mieszkam, dziś cały dzień przed kompem, próbując sklecić tych parę zdań

juz ponad piec miesięcy poza krajem, tym razem jest inaczej, właściwie robie to co lubię najbardziej i wciąż mogę zarobić tyle aby być w drodze, marzą mi się jednak duże rzeczy, cos w tym kierunku jak podroż tuktukiem przez Chiny, głowa mi się rozrasta we wszystkie strony, nie jestem w stanie zresztą jak zawsze załapać się na to wszystko co mnie otacza, za dużo wrażeń, czasem czuje się tak wypompowany, że nie mam ochoty na chodzenie, zwiedzanie – siedzę na tyłku, lub przed netem, czasem oglądając DVD i czy tez zabijając czas czytając kopie angielskich książek

net za darmo, laptop podłączony nonstop, wymieniam się mp3 z innymi ludźmi mieszkającymi w Bamboo GH, emule ciągnie jakąś nowa polska muzę czasem wyjdę na miasto, zjem mięsko z grilla i michę pełną owoców, wypije piwko, aby wrócić z powrotem i gapić się na ludzi przechadzających się brukowanymi uliczkami yangshuo – które jest niczym innym jak przeprzeuroczym miejscem dla chińskich emerytów

nie pamiętam kiedy po raz ostatni naprawdę się nudziłem, prawdopodobnie na wykładach w szkole, 6 lat temu, ale potem przestałem na nie przychodzić

zrekonstruować to co się zdarzyło w ciągu ostatniego tygodnia – dzień zlewa się z nocą – zgubienie się w górach na ładnych parę godzin, w nocy, w deszczu i błocie, nielegalna jazda po parku narodowym w Kamiennym Lesie, setki ludzi spotkanych po drodze, w tym moze 2 ludzi z poza Chin, lingwistyczne akrobacje, długie godziny spędzone w tuktuku, po najgorszych i najlepszych drogach Chin, warsztaty samochodowe, zupa z kluskami i pierogi z kapusta, noce na bambusowych matach w chińskim hoteliku, gdzie
mieścił się także burdel i pokoiki z karaoke.


Yangshuo – Typical tourist resort accompanent of tacky self portrait T-shirts, why anyone would want one of these is beyond me


Yangshuo – Preperation of downe to fill duvets and pillows


Yangshuo – Shanty town, opposite great barbeque food vendor

Posted in .. |

Z Kunming do Yangshuo – zdjęcia. Dziś kończę 29


wertepy na drodze wyjazdowej z Kunming

Kunming Suburbs – Road under construciton, trying to negotiate unmarked dusty paths to find Shillin Highway


tunel w którym prawkie skończyła się nam benzynka

Leaving Kunming – Very low on petrol (Ians fault), New highway roads go through mountains instead of snaking up and over them. Only problem is that once your on a highway its not so easy to leave them, they pass straight through small towns and bypass much needed fuel vendors.


spożywanie wódki pod plandeką, zaraz potem ruszymy w poszukiwaniu drogi – niestety zgubimy się na ładnych parę godzin, klucząc po wiejskich drogach w deszczu

Lost on (Questionable) Road to Xingyi – The rainy season finally caught up with us, so far we had been lucky. Pitched a makeshift tent in the middle of nowhere waiting for the storm to pass finishing off the last of the Vodka. Barts inpatientce and optimism got the better of him and decided to brave the weather confident a town was only a few kilometers away.


psy mechanika

Engine Trouble – A small town we passed through off of the unfinished highway we endured. Stopped to grease the chain as there was an unnerving rattling sound coming from the engine. Ian was attacked by a pack of vicious wild dogs whilst Bart looked on and took photos.


za rok w tym miejscu będzie przepiękna autostrada – parę dni temu 120 km tej drogi przejechaliśmy w 8 godzin

120km of Hell – Section of the 120km oif unfinished highway from Shilin to Xingyi. Nb. This was a relatively good section of the road.


Superstar Lunch – Stopped in Xingyi for lunch of beef and noodle soup. Our presence attracted the attention of everyone within a half mile radius. Eupohric after finally conquering the 120km of hell, we both lapped up the attention.


Sarahs turn for special treatment – For miraculously completing the epic 18 Hour journey across rocks and dirt without failing us we saw to it that Sarah recieved a little TLC – a full body jet wash.


We wondered what that noise was! – This family ran garage ascertained that the engine rattle was the kickstart being engaged. Tuned her up, replaced the bungee cords we lost in the rain, re-mounted the seat and gave her a full service. Ready to hit the raod again


Bliss – Beautiful roads, fixed machine smooth running all the way to Baise to look for a place to eat


Two Westeners on a Tuk Tuk draws quite a crowd – Market sellers in Baise onlook and inspect Sarah as we buy camping provisions of a watermelon, a bottle of vodka, and a kilo of sunflower seeds


Lunch anybody? – Turning point as this butchers direct us to the “short cut” local road through a mountain pass to the next town. As the road was bad, the scenery was awesome. Stopped to shower in a custom made waterfall, but the road took its toll on Sarah.


Buggered – The dust from the bad road clogged up the air filter and the engine repeatedly died. The spark plug also turned out to be buggered. This was immensly irritating as the road was superb, but we couldn’t take advantage of it. Everything happens for a reason though as whilst seeing to Sarah the heavens opened and turned the road into a torrent. We wisely decided to spend the night.


Dodgy Dumplings – A great chef prepared us 3 rounds of dumplings and chicken broth soup, beers flowed and vodka followed, though I paid the following morning.


Po drodze znaleźliśmy głowę która doskonale wpasowała się w tuktuka – teraz Sarah ma w końcu swoje ludzkie oblicze

Sarah Ponderosa – The Mighty One gets a Face

Dziś kończę 29. I czuję się świetnie. W końcu dotarłem do Yangshuo – 1300 km z Kunming – tydzień w drodze. Przejechaliśmy dotychczas 3600 km

Posted in .. |

chinskie kalambury

w telegraficznym skrocie
wciaz zyje
zagubiony gdzies o 257 km od nanning…

jak dotre na miejsce (yangshou) to opisze caly ostatni etap

sarah wciaz sie psuje – nawet po wczorajszym generalnym remoncie (za 20 zeta)

chiny mnie przerastaja

zreszta kogo nie

nie rozumiem tego kraju

nie kumam nic

ale jestem pod jego wrazeniem

przygoda jakich MAO

Posted in .. |

Z Lijiang do Kunming

Lijiang to chińskie Krupówki, pełne turystów, przechadzających się po przeuroczych uliczkach i pstrykających swoimi nowiutkimi cyfrówkami. Tłumy azjatycki i zachodnich turystów ze swoimi flagami, parasolami spacerują labiryntami starego miasta, przystając tu i ówdzie, z uwagą wsłuchują się w to co ma to powiedzenia przewodnik. Turyzm. Oni dostarczają kasę do takich miejsc, śpiąc w trzygwiazdkowych lub więcejgwiazdkowych hotelach. Wszystko ślicznie i pięknie i jakże banalnie nudno.

Dojechaliśmy 27 maja. Z mozołem przejechaliśmy tuktukiem przez stare miasto – nie wiem czy to legalne (raczej nie) , lecz nikt nas nie zatrzymał ani nie powiedział złego słowa, tylko setki zaskoczonych oczu odprowadzały nas wzrokiem. W hotelu spotykamy Lucy z Anglii – małolata, 19 wiosen, spędziła parę miesięcy gdzieś w zapomnianej wiosce w Zachodnim Tybecie ucząc angielskiego. Spędzamy razem popołudnie i wieczór, kawa, Internet, syczuańskie żarcie i parę piwek w Praque Cafe (tam spotykamy również Ninę i Emę z Holandii, na które wpadam dosłownie w każdym miejscu, począwszy od Hue w Wietnamie). Lucy zamierza odwiedzić swoją przyjaciółkę, która mieszka w Yuhu, u podnóża Yulong Xueshan (Jade Dragon Snow Mountain) wznoszącej się na wysokość 5500 metrów. Decydujemy się jechać wraz z nią. Następnego ranka budzą mnie odgłosy pił tarczowych – od 8 rano trwa remont hotelu. Nie dali pospać, przynajmniej obudziłem się wcześnie. Nie robię za wiele zdjęć w Lijiang – estetyczna nuda, czarująca architektura zasrana sklepami z tandetą i znów tłumy odwiedzających. Wsuwam niewielkie śniadanie, za które słono płacę (cena za przebywanie w tym miejscu). Wraz z Lucy odwiedzamy jej przyjaciółkę, która nie może jednak być wieczorem w swojej rodzinnej wiosce. Jej mama przygotuje dla nas kolację. Wskakujemy w trójkę na tuktuka i ruszamy w stronę ośnieżonej góry, zatrzymując się na chwilę w niewielkiej wiosce Baisha. W końcu docieramy do Yuhu – rodzice przyjaciółki Lucy prowadzą niewielki hotelik – lecz postanawiamy wsunąć kolację i wyruszyć na poszukiwanie noclegu w górach, pod gołym niebem. Mój budżet skurczył się do zera w portfelu 120 juanów ale dam radę. Po kolacji żegnamy się z Lucy i wracamy do Lijiang aby odnaleźć drogę wyjazdową na wschód – na południe Syczuanu. Niby nic – ale ile problemów – każda osoba zapytana o drogę mówi co innego. Dwie godziny kluczymy po przedmieściach Lijiang aby w końcu trafić na właściwą drogę. Wyjeżdżamy w góry – jak zwykle szukanie odpowiedniego noclegu. Warunek – z dala od wiatru i drogi, aby móc spokojnie rozpalić ognisko. Chyba najlepsze miejscówki to stare kamieniołomy – skąd czerpano kamienie do budowy autostrad i nowych dróg.

Kolejny dzień (28 maja) od rana do nocy w drodze. W górę i w dół – tuktuk z mozołem pnie się po ślimakach górskich dróg, żeby parę minut później zjeżdżać z oszałamiającą prędkością 70km/h w dół (na neutralnym biegu, aby zaoszczędzić na benzynie, o czym już wcześniej wspominałem). Naszym celem jest Panzhihua w Syczuanie. „Cel” jest jedną wielką niewiadomą, otóż wjechaliśmy w tereny nieopisane w „China Lonely Planet” – więc szansa aby spotkać innych obcokrajowców równa jest zeru. No i dobrze. Jedziemy więc, silnik brzmi dobrze, żadnych skowytów, szmerów, pierdnięć – ale wiąże się to również z nawierzchnią, która jest wyśmienita. Temperatura zmienia się z godziny na godzinę – od chłodnego poranka, po gorące i słoneczne popołudnie i wieczór gdzieś w zagłębiu przemysłowym południowego Syczuanu, gdzie klejące powietrze jest 50 razy gorsze niż w Katowicach.

Gdzieś w połowie drogi tuktuk zaczyna się krztusić. Znów ten sam problem – odkręciły się śruby od rury wydechowej i tłumika. Gdy nie dodaje się gazu podczas jazdy, Sarah się krztusi i popierduje z cicha a czasem głośniej. W jednej z zapomnianych przez świat mieścin zatrzymujemy się, aby zreperować ponaddźwiękowiec. Niestety po przeszukaniu 3 kartonowych pudełek pełnych śrub i nakrętek nie znajduję prawidłowej. Są dwa typy – albo 5mm albo 6mm – a my potrzebujemy 5,5 mm, albo przynajmniej nam się tak wydaje. Znów 3 godziny spędzone w warsztacie. Mamy na szczęście tłumaczkę – 16 letnią dziewczynę, mieszkającą po drugiej stronie drogi – jest ona naszą pomocą w porozumiewaniu się z upapranymi w smarze kolesiami. Jest całkiem zabawnie, w końcu reperują co trzeba (za friko) i ruszamy dalej.

Krajobraz zaczyna się zmieniać – z pól ryżowych teleportujemy się w tereny kopalne. Kominy dymią, powietrze jest brudne i gęste, bez ochrony oczu ani rusz. W końcu wjeżdżamy w zagłębie przemysłowe. Brzydkie blokowiska jak w Polsce, dziurawe ulice, korki, tysiące ludzi siedzi przed domami, popija browara, atmosfera pikniku – no tak jest sobota wieczór. Znajdujemy Internet, a potem przy wjeździe na drogę do Kunming, konsumujemy górę kurczaków z grilla i innych znakomitych mięsiw, wszystko popijając napojem z witaminą C. Wokoło zbiera się grupka ludzi, przychodzą pytają, mężczyźni z miną fachowca kopią w marne oponki tuktuka – siedzimy tak godzinę. Całkiem przyjemne miejsce – ludzie są ciekawi, pewnie nie widzieli podróżnych od dłuższego czasu – no bo jaki byłby powód aby zwiedzać to miejsce? Dla mnie jeden – zdjęcia, choć nie robię ich za dużo – inaczej jak podróżuje się własnym transportem – właściwie cały czas myśli się, jak dostać się z miejsca na miejsce, czy też reperując motor.

Nocleg w górach, noc była ciepła, 9 godzin jak zabici gdzieś na południu Syczuanu. Znów w drodze. Ten dzień będzie trudny i ciężki. Pierwsze 2 godziny droga była równa jak stół bilardowy – mogliśmy rozwinąć niesamowitą jak na Sarę prędkość 70km/h z górki. Słoneczko grzało i było całkiem przyjemnie. Nagle droga zamieniła się w koszmar. Asfalt zaczął się topić w 45 stopniach ciepła, ogromne pomarańczowe ciężarówki transportowały kamienie, piasek i cement na okoliczne budowy. Zmienialiśmy się przy kierownicy co parędziesiąt kilometrów, lecz 20km/h na godzinę do była średnia. Siedząc z tyłu przeżywałem katusze obijając sobie tyłek na wertepach i dziurach. Będąc u steru musiałem być bardzo ostrożny, uważając na innych użytkowników tej syfiastej drogi. W sumie po wertepach zrobiliśmy jakieś 220 kilometrów tego dnia, aby pod wieczór dojechać do miasta oddalonego o 74 kilometry od Kunming. Tuktuk psuł się cały czas – w końcu w jednym z warsztatów przyspawali rurę i problemy się skończyły. Wieczorem wjechaliśmy do Kunming po szalonej wieczornej jeździe po autostradzie. Znów The Hump, parę browarów, kolacja z grilla u muzułmanów i zasłużony sen. Tydzień w drodze po drogach Yunanu. Nie wszystko się dało zobaczyć, nie dotarliśmy na północ aż do Tybetu – ale na to przyjdzie jeszcze czas.

Pojutrze ruszamy w stronę Guilin. Mam nadzieję, że spędzę tam swoje ostatnie dwudzieste urodziny. Za rok trzydziestka.


Beware, Grannies – These sweet little old women are not as innocent as they look. They are actually part of a large underground criminal organisation.


Dali – Ideallic view from the balcony of our 3 Dollar-a-night guest house


Duncan Dares! – Anyone remember that one? Well this beautiful young lady just so happens to be his daughter Lucy.. and I’ve met her!


Who said pets look like their owners? – I think this image clearly proves otherwise


An elderly gentleman sitting on a rock – Not much more I can really say!


If I lived to be as old as the people in this photograph I still don’t think I’ll understand the game they are playing.


By the side of the road – Stopping to take in the Scenery and for Bart to do what he does best!


Cooling off – Nothing beats taking a shower in a cool waterfall on a hot day after 3 days on the road.


God Damn Exhaust – Trying to re-attatch the exhaust for the umpteenth time. This guy wasn’t much use so we resorted to tying it on with a guitar string and a safety pin (thanks Nadine)


Yes Mother I am sleeping on the edge of a cliff – Perfect camping spot on the way back to Kunming

Chiny – wszystkie zdjecia z wyprawy tuktukowej i inne

Posted in .. |

tuktuk diaries czyli opowiesci tuktukowe ;)

Zacznę od początku. Po przybyciu do Kunmingu próbowałem zaplanować trasę po Chinach – kiedyś uwielbiałem kartkować przewodniki Lonely Planet – teraz podchodzę do nich z coraz bardziej sceptycznie, więc nie kwapiłem się do tego. Pustka w głowie i raczej mieszane uczucia co do kolejnych posunięć – wiedziałem jedno – żadnych zorganizowanych wypraw czy biur podróży jak w Wietnamie (tam po prostu nie było wyjścia czasami). Sprawdzając pocztę, odebrałem email od Iana (Anglika, którego spotkałem wcześniej w Hoian i Sapie). Ian utknął na granicy w Lao Cai, mając problemy z załatwieniem wizy do Chin. Szwendając się po mieście trafił na zdesperowaną Szwajcarkę, próbującą (bezskutecznie) przewieźć tuktuka (trójkołowy motorower, a nazwa prawdopodobnie to onomatopeja – od dźwięków jakie wydaje z siebie silnik) do Wietnamu. Biurokracja, niechęć urzędników i przepisy nie pozwoliły jej na to więc szukała kupca na maszynę o imieniu Sarah. Ian nie zastanawiał się długo i zakupił pojazd za 550$ (prawie nówka sztuka, z przebiegiem 2000 km). Chcąc zmniejszyć swoje koszty wysłał mi maila z pytaniem czy nie chciałbym partycypować w zakupie. 5 minut namyślania się i wysłałem mu pozytywną odpowiedź.

Londyńczyk jechał 11 godzin przez góry do Kunming i dotarł w piątek popołudniu. Tuktuk kojarzy mi się z solidnymi maszynami jak te w Tajlandii czy Indiach – nasza Sarah ma jednak tylko 50 centymetrów sześciennych silnika – co ma swoje dobre i złe strony. Plusem jest to, że nie potrzebujemy żadnych papierów, aby poruszać się po Chinach, nie mamy nawet rejestracji, jedynie dokumenty zakupu. Minusem jest jednak słaby silnik – nie będziemy mogli dotrzeć w wysokie góry (zresztą zakrawało by to na szaleństwo). Wybraliśmy się do muzułmańskiej knajpy na grillowanie kurczaki i bakłażany aby przemyśleć kolejne posunięcia. W parę minut mieliśmy plan – dotrzeć w trzy tygodni do Hong Kongu (chciałbym zakupić nowe obiektywy tamże, jak i wyrobić nową paromiesięczną wizę do Chin, która przyda się po powrocie z Japonii).

Tuktuk wymagał jednak drobnych napraw – przede wszystkim fotel kierowcy (zespawaliśmy za dolca w jednym z warsztatów) jak i zakupienie i dokręcenie wszystkich brakujących śrub (Sarah ma tą wadę, że lubi je gubić).

Postanowiliśmy wyruszyć w niedzielę popołudniu. Kac straszliwy po paru wieczorach spędzonych w Kunming (mówi się, że to najlepsze miasto do zabawy w Chinach), załatwiliśmy ostatnie sprawy, zakupy i o 16:00 po zapakowaniu plecaków wyruszyliśmy w stronę autostrady, w kierunku Dali. Wydostanie się z Kunming okazało się nadzwyczaj łatwe. Ian wziął na swoje barki kierowanie a ja zająłem się mapą – w niecały kwadrans byliśmy na autostradzie. Chiny. Przygoda. Niezależność. Jazda. Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów to była czysta przyjemność. Zaraz za Kunming zamieniliśmy się miejscami i zasiadłem za sterami naszego pojazdu. Sarah ma 4 biegi i jeden neutralny. Osiąga maksymalną prędkość 60km/h na prostej i równiutkiej nawierzchni bez wybojów, 70-80 km/h z górki, i 20-30 km/h pod górę. Po pięćdziesięciu kilosach coś zaczęło się sypać, skrzypieć i szeleścić – zwolniłem a potem w ogóle się zatrzymałem. Po krótkich oględzinach okazało się, że odkręcił się starter motoru. Szwajcarski scyzoryk i jeden klucz załatwiły sprawę. Znów w drodze. Autostrady w Chinach buduje się w niesamowitym tempie – na naszej mapie nawet nie ma drogi ekspresowej jedynie lokalne. Jadąc mijamy setki ludzi pracujących na jednym z pasów autostrady, która prawdopodobnie za parę miesięcy będzie ukończona. Pracują non stop – mężczyźni jak i kobiety. Za marne wynagrodzenie (20-30$ miesięcznie) budują potęgę gospodarczą Chin Ludowych. Prawdopodobnie 800 milionów ludzi pracuje za taką kasę w Chinach. Nie jestem specem od współczesnej historii tego kraju, więc jeżeli ktoś ma uwagi do tego co tu piszę proszę o maila. Zresztą o samych Chinach będę więcej pisał w miarę kolejnych dni.

Na 90 kilometrze odpadła nam rura wydechowa. Całe szczęście byliśmy nieopodal stacji benzynowej (nowiutkiej, nie mieli nawet benzyny). I to udało się nam naprawić. Odkręciliśmy śrubki z fotela jak i użyliśmy linek aby przymocować rurę z powrotem na swoje miejsce. Uff, zadziałało – Sarah nie brzmiała jednak tak samo jak poprzednio. Powoli wróciliśmy na autostradę, prawie kompletnie pustą (trzeba płacić od 1-5 RMB, maksymalnie 2 złote, za przejazd na specjalnych punktach), więc mnóstwo ludzi porusza się w dalszym ciągu po lokalnych drogach, oszczędzając na przejeździe). Zaszło słońce, wciąż jednak kontynuowaliśmy podróż, podziwiając widoki i napawając się jazdą. Co 50 kilometrów zmienialiśmy się przy kierownicy. W okolicach miasta Chuxiong dotarliśmy do kolejnego tolla (tam się płaci za przejazd autostradą). Drogę zastąpił nam policjant, który wyrzucił z siebie parę zdań po chińsku (ni w ząb). Pokazałem mu parę banknotów, dając do zrozumienia, że chcemy zapłacić i jechać dalej do Dali. Niestety – człowiek nie dał się przekonać – dając do zrozumienia, że na tym złomie nie powinniśmy się poruszać po chińskich autostradach. Po krótkim zbadaniu mapy okazało się, że wzdłuż autostrady prowadzi również lokalna droga. Zjechaliśmy więc na nią. Była 10 w nocy, po raz pierwszy poczuliśmy głód (koło 18 zjedliśmy całą kaczkę ale nie byliśmy w stanie przełknąć talerza pełnego nieświeżej wątróbki, na której wymościły sobie miejsce dziesiątki much). Zatrzymaliśmy się w przydrożnej oberży wywołując sensacje wśród tubylców. Po raz pierwszy pomógł nam słownik angielsko – chiński. Zamówiliśmy więc gar flaków, wątróbek, wołowiny, zieleniny i klusek. Chińczycy jedzą dużo, za dużo – potrawa miała być tylko dla nas dwóch – lecz całość mogłaby zaspokoić głód drużyny futbolowej. Nieopodal mieścił się warsztat. Jego właściciele grali w domino lecz entuzjastycznie wyrazili chęć naprawy tuktuka. Przez trzy godziny dwóch niesamowicie zdolnych chińskich dżentelmenów nurzało się w smarach naszego gwiezdnego pojazdu. Zaczęliśmy się zastanawiać ile nas wyniesie koszt naprawy. W końcu panowie dokonali cudów – przykręcając wszystkie brakujące śruby, przyspawali rurę wydechową, wyregulowali hamulce jak i naprawili amortyzatory. Mieliśmy może 150 yuanów (RMB) na dwóch. Po cichu zacząłem myśleć o oddaniu im zegarka. Gdy nadszedł czas zapłaty – żona właściciela zakładu napisała coś po chińsku na kartce. W Chinach można się poczuć jak analfabeta i półgłówek. Nie skumaliśmy. Ta więc po paru minutach namyślania się nakreśliła cyfrę 5 i dwa chińskie znaczki. 500? Hm… Popatrzyliśmy się na siebie – 500 yuanów to jakieś 180 zeta, czy 60 dolarów – no to by się zgadzało. Ian wyciągnał portfel pełen drobnych banknotów – jednemu z mechaników zaświeciły się oczy – w portfelu znajdował się również banknot jednodolarowy. George Washington działa na każdego, niezależnie od kraju. Cała trójka oglądała więc banknot ze wszystkich stron, mlaskając i mrużąc entuzjastycznie oczy. Nie widziałem o co im chodzi więc dorzuciłem jeszcze 10 yuanów (coś powyżej jednego dolara). Mechanicy zachwyceni i uradowani pomachali nam na pożegnanie a my odjechaliśmy w ciemną noc, uśmiechnięci od ucha do ucha. Sarah znów brzmiała jak poprzednio. Wyglądało więc na to, że żona właściciela zakładu na rachunku napisała 5 yuanów (te dwa znaczki prawdopodobnie oznaczały chińską walutę).

Jechaliśmy jeszcze przez 2 godziny szukając odpowiedniego miejsca do spania. Zrobiło się zimno – mijaliśmy niewielkie wioski, pola ryżowe – obijając sobie tyłki na wybojach. W końcu dostrzegłem niewielką drogę odbijającą w górę od głównej drogi. W końcu – zasłużony sen – rozłożyłem karimatę i nakryłem się dwoma grubymi kocami. Księżyc uśmiechał się pełną gębą a ja odpadłem. Koło 6 rano obudziły nas ciężarówki zmierzające na budowę, której niestety nie byliśmy wstanie dostrzec w nocy. Czas uderzyć w drogę. Poranki w Yunnanie nie należą do najcieplejszych – ubrałem na siebie wszystko co miałem w plecaku i powoli poruszaliśmy się po lokalnych drogach, szokując tubylców. Musieliśmy wyglądać jak z innej planety w naszym czerwonym tuktuku, załadowanym plecakami, gitarą, zostawiając za sobą dźwięki z ipoda…

I tak dotarliśmy w góry. Sarah z mozołem na drugim biegu pięła się w górę po serpentynach. Nie było tak źle – jadąc z górki wrzucaliśmy bieg neutralny i bez wydawania dźwięków silnika (oszczędzając bajurę) z prędkością 50-60 km/h zjeżdżaliśmy w dół. Hamulce sprawowały się znakomicie – niestety nie każdy ma dobre hamulce. W końcu doszło do zdarzenia, które zmroziło nam krew w żyłach. Prowadziłem tuktuka wzdłuż ściany, droga była stroma, więc nie mogłem wyciągnąć więcej niż 20 kilosów. Z góry staczała się ogromna ciężarówka – staczała się jednak za szybko, minęliśmy się na ostrym zakręcie – i jak w zwolnionym filmie spostrzegliśmy, że kierowca nie wyrobi. Podniosły się koła tylnej przyczepy i całe monstrum z hukiem przewróciło się na bok. Szok. Zatrzymaliśmy Sarę i zbiegliśmy na dół aby sprawdzić czy kierowca żyje – nic mu się nie stało – był jedynie w szoku. Okazało się, że miał pęknięte ośki w naczepie i dupa. Jego szczęście, że stało się to na takim zakręcie – gdyby skręcał w drugą stronę spadłby kilkaset metrów w dół. Lekko zszokowani ruszyliśmy w górę. Coś zaczęło się jednak sypać, tuktuk zwalniał coraz bardziej i nie szedł nawet na pierwszym biegu. Niedobrze. Na zmianę pchaliśmy go w górę lecz w końcu się zatrzymał wydając z siebie rachityczne dźwięki. No to koniec – przemknęło mi przez głowę. Oblekaliśmy motor z każdej strony – wszystko zdawało się być w porządku – oprócz jedno – zapomniałem spuścić ręcznego biegu z powrotem w dół przez co Sarah nie była w stanie wyrobić po górkę. „Głupi i głupszy” – nie ulegało wątpliwości który z nas jest tym drugim ;)

Potem wszystko poszło w porządku. W 8 godzin zrobiliśmy 200 kilometrów wykończeni docierając do Dali. Podsumowując – zrobiliśmy 400 kilometrów w 11 godzin jazdy. Chyba nieźle jak na początek podróży.

Dali to miasto o przepięknej architekturze, swobodnej atmosferze, położone pomiędzy Jeziorem Erhai Hu a łańcuchem górskim. Spotykamy znajomych z Kunming – którzy zapraszają nas na nocną imprezę na opuszczonej farmie w górach. Wspaniałe chwile, nie ma o czym pisać w szczegółach – była pełnia księżyca, 50 osób, dobre dźwięki, MC z Anglii, rastafarianie z Chin, Izraelscy miłośnicy zioła, koreańskie piękności, dobre wino, zimne piwo i genialna atmosfera – po prostu o 4 rano oddałem się na zasłużony odpoczynek.

25 maja ruszyliśmy w dalszą drogę. Przed zachodem słońca opuściliśmy Dali, jadą drogą wzdłuż jeziora do Lijiang oddalonego o 170 kilometów. Równiutka nawierzchnia, zero wybojów, wyborne widoki. W jednej z wiosek zakupiliśmy butelkę wódki za 6 yuanów, 10 ryb za 5, arbuza za 2, orzeszki, wodę. Mieliśmy również resztki zioła z Dali i dwie rizzle. Jedyne co nam pozostało to wyjechać w góry i znaleźć miejsce na obozowisko.

Przed samym zachodem słońca dotarliśmy do starych kamieniołomów. Znaleźliśmy dobry punkt z dziurą na wzniecenie ogniska. Wcześniej chcieliśmy kupić 6 sporych kawałków drewna od cieciów z budowy – ci jednak z ochotą nam je ofiarowali, entuzjastycznie wykrzykując coś po chińsku. Uczę się języka – na razie tylko podstawowe zwroty zdołałem sobie przyswoić.

Spożyliśmy co mieliśmy i nadszedł czas aby się wyspać.

26 maja rano ruszyliśmy w dalszą podróż. Tym razem obyło się bez problemów – bardzo dobra droga – przed 11 byliśmy na miejscu.

Dziś Lijiang. Trzeba zaplanować kolejne kroki. Sarah chyba nie jest za mocna aby udać się aż do Tybetu, szczególnie, że mogę już podziwiać ośnieżone szczyty gór na horyzoncie, więc wiem czego mogę się spodziewać. Prawdopodobnie udamy się do Syczuanu a potem do Guilin. 2000 kilometrów do Hong Kongu, do którego chcielibyśmy dotrzeć zanim wygasną nasze wizy.

Jakże inaczej, jakże genialnie jest podróżować po Chinach w ten sposób – w końcu naprawdę czuję, że podróżuję. Żadnych wycieczek, wczasów czy wypadów typowych miejscówek pełnych turystów. Droga, słońce, wiatr i motor. Jest dobrze.

PS.
Ian wrócił z miasta – dwie wiadomości – dobra i zła. Zła – tuktuk wyceniono nam na 2000 yuanów (2 razy mniej niż zapłaciliśmy), więc Szwajcarka nas albo oszukała, albo ją oszukano, albo sam nie wiem… Dobra wiadomość – podładowano nam baterie w tuktuku więc nie musimy już go pchać za każdym razem aby odpalić silnik…

Posted in .. |

z dali do lijiang

ten odcinek to była łatwizna… muszę w końcu usiąść i spisać przygody…


House and hill


Hot hot!! – Scalping out the market for dinner


Dinner – We stopped in a small village just outside Dali to take some photos of the lake and buy dinner of fish, watermelon, Vodka (6 Yuen), and sunflower seeds.


Surface of the moon – We stopped at an amazing quarry to camp after negotiating a price with the land owners for camping a fire wood (free)


Barbeque at its best – In the middle of nowhere, under a cloudless sky, drinking cheap vodka, listening to Johnny Cash on Barts Ipod.


Destination Leijang – Setting of for another day on the road.


Probably the only picture you’ll see on this site that Ian took – Road was so good I took a photo of it


We came, we saw, I conquered (Bart had a nap) – Ok, I didn’t climb the one with snow on it but the one next to it, solo!

pozdrowienia dla jurka dudka od pijanych Anglików ;)

Posted in .. |

kolejny etap

dzis wyruszam z Dali do Lijiang – na polnoc do miasta graniczacego z Tybetem. Wciaz nie mialem czasu spisac wszystkie przygody ktore sie nam przydarzyly podczas pierwszego etapu.

Dali wspaniale – super ludzie – spotkalem dzis dwoch Francuzow przemierzajacych od 2 lat kule ziemska na rowerach gorskich – rzucili mi pare info a propos Japonii…

Dzis noc gdzies nad jeziorem a z rana jazda do Lijiang.

Posted in .. |

z kunming do dali

Juz w Dali, w koncu. w telgraficznym skrocie informuje ze pierwszy odcinek tripa przez chiny ukonczony. przygoda jakich malo – 400 km przez gory w tuktuku – czasem czulem sie jak w filmie “Glupi i glupszy” w scenie wiadomo jakiej …

teraz odpoczywanko przed kolejnym etapem w gory na polnoc, do granicy z Tybetem. Potem dopisze tekst…


Autostrada z Kunming do Dali. The open road – Everything was going so well, until the exhaust fell off.


Wyprawa zaczela sie w niedziele. Sunday 22nd May – Depart Kunming for Dali


First small glitch – After a popping sound and a loud bang, we looked back to see the exhaust skidding along behind us. Incidentally, just to complicate matters I lost the spanner I’m holding.


Bart (Papa)


Lost in translation. All greek to me – Trying to decipher the Chinese map to establish where the hell we were.


*I’m going to have to give them my watch” – Garage where we carried out some minor repairs – Re-attatched exhaust, new Exhaust housing, tightened brakes, spotted we had lost two brackets holding the body to the chassis, fabricated two new brackets, realigned rear wheels, and tightened drive chain, two guys, three hours work – Cost, 1 crisp Dollar bill.


Camping – We we’re looking for a place to camp away from any rice paddies, but then it dawned on us that this is China, and such a place doesn’t exist.


droga wjazdowa do Dali City – koszmar… We thought this was bad – A 2km stretch of unfinished highway outside Dali. Notice the leaning Body.

Posted in .. |

kunming – przygotowania do wyprawy

Jutro wyruszamy w drogę. Cel – dotarcie do Dali – oddalonego od Kunming o prawie 400 kilometrów. Dzisiaj zreperowaliśmy Sarę (tuk tuka) – za 7 yuanów spawanie siedzenia i przykręcanie śrub (czyli niecałe 3 zeta). Nie wiem w co mam ręce włożyć, właściwie nie zrobiłem za wiele zdjęć w Kunming – choć super to miasto, nawet jeżeli zdamy sobie sprawę, że zostało zbudowane od początku, a stare zabytkowe domy (szczególnie te z muzułmańskiej dzielnicy) zostały zburzone. Cóż – taka chińska droga – pomijając oczywiste fakty – miasto ma niesamowity klimat – szczególnie w okolicach uniwerków… aa no i The Hump – hostel w którym trzeba się zatrzymać, jeżeli ktoś planuje parę dni w Kunming…

W ciągu 3 tygodni musimy dotrzeć do Hong Kongu – mam nadzieje, że się to uda. Ian – współtowarzysz podróży to dziwny typek, ale pozytywnie zakręcony Londyńczyk… się zobaczy – “tuk tuk diaries” zaczynają się jutro…

Chiny? Będzie dobrze – na razie oczywiście nie potrafię się za bardzo ustosunkować … w końcu spędziłem tu dopiero 3 dni…


Sara Tuk Tuk


Naprawa siedzenia


The Hump

Posted in .. |

tuktuk o imieniu sara

Ian dorarl po dwoch dniach z granicy wietnamskiej do Kunming – -czerwony jak burak i czerwony jak tuktuk o imieniu Sara (takie imie nadala mu laska ze Szwajcari – poprzedni wlasciciel trojkolowca). Maszyna jest genialna – ruszamy w niedziele popolundniu do Dali a potem w 3 tygodnie jest plan aby dotrzec do Hong Kongu, a potem sie zobaczy…

Posted in .. |

sapa jeszcze raz

parę fotek z ostatniego dnia w Sapie – właściwie mojego ulubionego miejsca w Wietnamie…

a teraz Chiny… zdjęcia na razie się nie robią – wchłaniam klimaty w Kunming


sapa blues o 3 rano… photo by evan

Posted in .. |

kunming

zaczelo sie na wariackich papierach… prawie umarlem z powodu upalu na granicy z wietnem. 90 RMB (yuan) kosztowal mnie bilecik na autobus. Okazalo sie ze jest to autobus – sypialnia, ktory psul sie co 10 kilometrow – nawalil silnik, potem hamulce (co nie bylo zbyt zabawne gdzies w wysokich gorach)

rano kunming – spodziewalem sie niewielkiego miastaczka a tutaj cos w stylu warszawy – szalony trafik, wiezowce i oczywiscie nikt nie mowi po angielsku

wraz z Dio z Japonii jakos dojechalismy do hotelu

a teraz sie okazalo ze moge na spolke kupic tuktuka (moto ryksza) i przejechac nim chiny – wlasnie sie zdecydowalem czekam na odpowiedz od Iana ktory spotkal laske z Anglii na granicy z Wietnamem (nie mogla wjechac tuktukiem do Wietnamu) wiec postanowila go sprzedac… witaj przygodo – po raz ktorystam z rzedu….

aha i jeszcze jedno – festiwal fotoblogow sie zbliza

wiecej info tutaj

Posted in .. |

chiny

welcome to china – rzekl celnik na granicy, po dokladnym oblukaniu i zeskanowaniu paszportu.

wystarczylo przekroczyc granice i znow inny swiat, nowe zapachy, napisy krzaki – czuje ze beda problemy z porozumieniem sie, zaraz sobie kupie kieszonkowy i bede rysowal aby sie porozumiec …

Mam 3 gdziny do zabicie w oczekiwaniu na nocny autobus do Kunming

na razie bezproblemowo – wymienilem kaske wietnamska na juany, kupilem bilet, teraz internet, moze cos przekasze – niestety nie czuje sie najlepiej – kac morderca i straszny upal

jutro wiecej…

Posted in .. |

sapa blues

leb mi zaraz eksploduje dwa ostatnie dni w wietnamie i litry ryzowego wina, grilowane psy, skuterki, wspaniali ludzie spotkani w drodze, sesje nocne i granie do rana

zakupilem gitare w hanoi – wracam do grania – ilez mozna uzywac cudzej muzy w filmach – multiblog – oprocz zdjec, tekstow i filmow beda jeszcze dzwieki :L)

zaraz zmykam do lao cai aby przekroczyc granice i po poludniu chiny ludowe – nowy rozdzial…

sorry za brak polskich liter – kutasy z kafejki netowej zawirusowali mi lapciaka, wysiadlo lacze LAN w kunming bede reperowal…

aloha camrades

Posted in .. |

sapa skuter :)

Posted in .. |

Sapa

A ja tymczasem dotarłem nocnym pociągiem z Hanoi do granicy chińskiej a potem autobusikiem w góry do Sapy. W końcu normalna temperatura – 20 stopni. Ulice pełne H’mongów – przechadzających się w kosmiczych czarnych uniformach, połyskujących metalicznie

Posted in .. |

Halong Bay

wczasy w halong bay wszytsko bardzo fajnie – “fajnie” – tzn wszystko slicznie zorganizowane i zaplanowane i w ogole po wietnamsku skontrolowane… tekst sie pisze :)

Posted in .. |

hanoi

Robi się coraz cieplej (mam namyśli temperatury powyżej 40 stopni). Powietrze jest gęste i wilgotne, w miarę normalnie jest w nocy, wczesnym rankiem i o zachodzie słońca. W dzień nie da się żyć (każdego popołudnia ucinam sobie drzemkę 2h). Wypijam litry płynów wszelakich (soki, woda i tanie browarni z orzeszkami ziemnymi na ulicy przy moim hotelu), połykam witaminy, zacząłem bardziej dbać o dietę, bo bardzo szybko tracę na wadzę – co nie było takie złe ale czuję niemoc w mięśniach. Dziś rano zrobiłem parę kilometrów po starym mieście i na drugą stronę rzeki po moście kolejowym łączącym oba brzegi Song Hong (Czerwonej Rzeki – która raczej nie była czerwona) i ledwo co wróciłem do hotelu, pocąc się i powłócząc nogami.

Zdjęcia robię wyłącznie rano albo w nocy (po wschodzie i podczas zachodu słońca). W dzień światło jest tak ostre, że obrazki wychodzą jak sprane i przepalone.

Parę słów o przemyśle turystycznym. Większość podróżnych przybywających do Wietnamu narzeka na mafię autobusową – „open tour” to najtańsza metoda podróżowania po kraju – jednak może przyprawić o ból głowy. Niestety – chcąc odwiedzić wiele miejsc i nie mając własnego środka transportu trzeba być zdanym na ludzi z biznesu. Turysta z Zachodu jest tylko „workiem pełnym dolarów” i niczym więcej. Idąc ulicami miasta co parę kroków ktoś oferuje ci kartki pocztowe, zapaliczki zippo z czasów wojny wietnamskiej (nowe zapalniczki spreparowane w taki sposób aby wyglądały na trzydziestoletnie rupiecie), owoce, papierosy. „Helloooou” „Helloooou” słyszysz non stop – to rykszarze albo moto-taxi, którym chyba jest naprawdę żal, że turysta z zachodu porusza się o własnych siłach po rozgrzanych ulicach miast. W ciągu pierwszych dni grzecznie odpowiadałem „no, thanks” albo „cam, cam on” (co oznacza to samo po wietnamsku), po 2 tygodniach przestałem zwracać na nich uwagę. Szybko poznałem rzeczywistą wartość rzeczy w sklepach – choć tak naprawdę wciąż obowiązują podwójne ceny (Wietnamczycy płacą mniej) – dochodzi więc do takich sytuacji jak długie targowanie się o butelkę wody mineralnej. Takie rzeczy potrafią zabić zapał do podróżowania nawet u najbardziej odpornych osobników. Wietnamczycy ściemniają – nawet nie są w tym mistrzami – prosto w twarz kłamstwa, aby osiągnąć swój cel. Na przykład przyjeżdżasz autobusem do miasta – kierowca autobusu oznajmia wszystkim, że wszystkie hotele są pełne ale on zabierze nas do takiego w którym są jeszcze wolne pokoje.

Całe szczęście, że nie wszyscy są tacy sami – miałem okazję spotkać naprawdę wspaniałych ludzi, więc nie należy się zniechęcać. Wietnam ma wspaniałą historię, niesamowite krajobrazy, genialne plaże. Właściwie każdy znajdzie tu coś dla siebie. Słynna „China Beach” – plaża znana z filmu „Czas Apokalipsy” jest teraz Mekką dla surferów (w ostatnich latach kitesurfing stał się bardzo popularny). Także na wydmach w okolicach Mui Ne można spróbować sandboardingu. Kraj od tysięcy lat leżał na styku wielu kultur. Chińskie napisy, francuska architektura, socrealistyczne budynki, stare radzieckie samochody, japońskie motocykle – jeden wielki melanż. Oczywiście jak w każdym z poprzednich krajów jeden miesiąc pobytu nie starczy aby naprawdę nasiąknąć atmosferą i przynajmniej odrobinę poznać kulturę danego kraju. Bariera językowa i społeczna jest zbyt duża.

Niestety większość podróżnych nie lubi Wietnamu, co innego ci którzy przyjechali tu na dłużej i zdołali zaadoptować się w nowym środowisku.

W Hue spotykam Ricka, Amerykanin, powyżej pięćdziesiątki. W latach sześćdziesiątych był surferem w Kaliforni, gdy wybuchła wojna w Wietnamie zaciągnął się do marines na dwa lata. Dwa lata które zmieniły wszystko w jego życiu. Siedzimy w kafejce i rozmawiamy. Gdy zaczynam narzekać na ludzi w Wietnamie i opowiadam mu o problemach na jakie natrafiłem podczas podróżowania wzdłuż kraju, uśmiecha się tylko i opowiada mi swoją historię. Po wojnie wrócił do Stanów, do San Diego. Nie mógł jednak ponownie odnaleźć się w nowej rzeczywistości, heroina, alkohol, problemy w małżeństwie, koszmary. Mówi, że strzelił do 15 osób, ale nie wie czy zabił kogokolwiek. „Miałeś kiedyś wypadek samochodowy? To sobie wyobraź podobny strumień adrenaliny jaki dociera do twojego mózgu gdy jesteś na polu walki, kule latają wokoło głowy, z boku umiera twój przyjaciel, towarzysz broni, przez pierwszych parę minut tkwisz w amoku a potem dopada cię zmęczenie i obojętność na to co się dzieje wokoło. Wojna to bagno. Jednak ludzie to ludzie – nie biorą przykładów z historii i wojny zawsze będą miały miejsce”. Rick przyjechał do Wietnamu w 1993 roku. Wcześniej zaadaptował dziewczynkę w Wietnamie, która straciła rodziców na początku lat osiemdziesiątych. Na początku wysyłał jej pieniądze aż w końcu spotkał ją osobiście. Dziś jego córka ma 26 lat i spodziewa się dziecka. Rick co roku spędza parę miesięcy w Wietnamie, tu czuję się najlepiej, mówi, że zrehabilitował się za złe rzeczy, które popełnił służąc w armii. Przez lata pomagał budować szkoły i szpitale w Wietnamie (jak i parę tysięcy innych amerykańskich weteranów wojny). W samym Danang mieszka około 50 byłych marines. „Nie mógłbym teraz mieszkać w Stanach na stałe. Jestem na emeryturze, więc co mógłbym tam robić? Życie tutaj jest znacznie spokojniejsze, teraz czekam tylko na swoją deskę, niedługo znów przyjdą dobre fale na China Beach – nie mogę się doczekać, aby znów posurfować po wschodzie słońca”

Uwielbiam obudzić się z rana i wyruszyć na fotograficzne łowy przed wschodem słońca – wtedy wszyscy zajęci są własnymi sprawami i nikt nie zwraca na mnie uwagi. Ulice są pełne ludzi uprawiających poranną gimnastykę, markety zapełniają się świeżymi kwiatami, owocami morza. Potem śniadanie, mocna kawa i „pho” czyli zupa z kluskami i warzywami.
Jestem w Hanoi, określanym jako „Paryż wschodu” – wspaniała architektura, przepiękne kobiety w tradycyjnych strojach i kapeluszach chroniących przed słońcem przemykają rowerami po szerokich alejach. Po południu życie zamiera, temperatura skacze powyżej 40 stopni. Najlepiej się nie ruszać, przysiąść w jednej z mikroskopijnych kafejek i zamówić mrożoną kawę. Byle do wieczora. Wtedy wszystko zaczyna się od początku. Młodzi Wietnamczycy zbierają się w grupkach i piją tanie piwko, rykszarze znów namawiają na przejażdżkę (oni się nigdy nie poddają).

Zbyszek i Dorota spotkani parę dni temu, przekazali mi wiadomości, że od paru dni wizy do Chin są za darmo (dla Polaków). Tym samym zaoszczędzę 35$, które miałbym zapłacić a kaska pójdzie na rejs po Halong Bay (to jutro). Potem wracam do Hanoi i jadę w stronę granicy z Chinami.

Posted in .. |

hanoi

12 godzin w pociagu i jestem w Hanoi – znacznie lepiej niz w Sajgonie, o 5 rano wysiadlem na stacji kolejowej i uderzylem w sam srodek starego miasta – pijac kawe poogladalem sobie jurka dudka jak puszcza dwie szmaty w meczu z arsenalem a potem pobieglem wokolo jeziora – tam obywatele miasta energicznie wymachiwali konczynami – 80latkowie bez wytchnienia machali rakietkami do badmintona… w zdrowym ciele zdrowy duch…

4 dni bede musial poczekac na wize do Chin – choc nie wiem jak to bedzie do konca prawdopodobnie dotre do Hong Kongu kupie nowe obiektywy , odwiedze znajomych i polece na tydzien do Bangkoku (dostalem propozycje pracy – shooting na Ko Samui dla agnecji reklamowej z BKK) Wszystko dzieje sie coraz szybciej… ani dnia wytchnienia, pomysly bomarduja czaszke, notes puchnie od idei – a w laptopie konczy sie miejsce na twardym dysku… jest dobrze (tutaj odpukac)…

milej wiosny zycze


Britney is dead. Będzie mi jej brakowało…


Na kawce u pani Nguyen Tran czy coś takiego

Posted in .. |

hue

six six six number of the beast

wietnam to bogaty kraj, szmal leży na ulicy

Posted in .. |

hoi an

przyspieszyłem trochę… za pare dni chciałbym się już znależć w Hanoi

Tymczasem jestem w Hoi An – miasto słynne z krawiectwa (za parę dolców zrobią podróbkę każdego ciuszka)… ja nie zainteresowany raczej …

Cała noc w pociągu z Nha Trang (tam cały dzień na plaży). Zrobiłem małą przerwę w pstrykaniu na rzec pracy przy laptopie…

Upał, 40 stopni w cieniu, wypijam 7 litrów wody dziennie, im bardziej na północ tym lepiej się czuję w Wietnamie – no i … jeszcze te Wietnamki… muszę uwazać, zdecydowanie … ;)

Posted in .. |

mui ne

Wygląda na to, że chyba polubiłem Wietnam. Choroba, szalony Sajgon i ludzie związani z biznesem turystycznym dali mi sie we znaki. Ale wystarczyło wsiąść na motor i oddalić się od tego wszystkiego – w jednej chwili wszystko się zmieniło. Nie chodzi o to przecież aby wszyscy byli mili dla ciebie i się uśmiechali. Kurde, jak sobie pomyśle, co też muszą przeżywać niektórzy turyści w Polsce – wszystkie te zacięte twarze w autobusach i tramwajach, problemy z kupieniem biletu na dworcu i inne – nie zawsze musi być przyjemnie i kolorowo. Czasem trza zacisnąć pięści, uśmiechnąć się do siebie samego i ruszyć dalej w drogę…

Wczoraj z ekipa wyprawa na diuny – 35 kilosow od Mui Ne. Afrika w Wietnamie. Coś genialnego.

Nie spałem w nocy. Czasem mam tak, że po prostu leże przez parę godzin w ciemnym pokoju, wsłuchując się w szum wiatraka i bzyczenie komarów. Układam sobie co nie co w głowie. Wstałem rano o 5, wskoczyłem na rozklekotany motorek i pojechałem do wioski rybackiej… efekt poniżej lub więcej zdjęć w katalogu Wietnam pod linkiem Mui Ne

Posted in .. |

mui ne

wczasy w kurorcie
tyle ze wietnamskim

nie spalem w nocy. mialem mnostwo pracy przy kompie, o 5 rano poszedlem robic zdjecia i ledwo przytomny wsiadlem do autobusu zmierzajacego do Mui Ne – wioska polozona nad Morzem Poludniowo Chinskim

zebrala sie ekipa – Holenderka, trojka Anglikow i ja… wracam do zywych – jak i moj robak, ktory zagniezdzil sie w malym palcu prawej stopy – skurczybyk przemiescil sie w inna czesc palucha po tygodniu traktowania go mascia na pasozyty… zreszta nie wiem czy ma sens pisanie o takich rzeczach na blogusiu, ktos z was moze przeciez byc w trakcie posilku…

wietnamczycy sciemniaja – nawet nie sa w tym mistrzami – prosto w twarz puszczaja scieme i klamstwa aby osiagnac swoj cel (kasa kasa kasa)… zenua…

pojutrze wypad, postaram sie jak najszybciej przedostac do Panstwa Srodka… a potem tego drugiego Kwitnacej Wisni

Posted in .. |

saigon

Ekhm… ekhm…

Chyba już odżyłem. Oj miałem ochotę nawrzucać, ponarzekać na Wietnam, na ludzi, na atmosferę generalnie na wszystko, przytomnie jednak wstrzymałem się… choroba odpuszcza – biorę antybiotyki, właściwie nie wiadomo co to – po prostu osłabienie organów po ekscesach w Kambodży (było genialnie :)

Wietnam nie taki zły, ale dziwny. Coś nie mogą się zdecydować w jakim systemie chcą żyć. Komunizm nie komunizm, socjalizm, kapitalizm – jakiśtamizm – wszędzie plakaty z Ho Szi Minem (lub jak kto woli – Wujkiem Ho), czerwone flagi z żółtą gwiazdą oraz sierpem i młotem. Jednak coraz bardziej widoczna jest nowa propaganda – Samsung, Sony, Hitachi etc. – ogromne billboardy zmieniają wizerunek miasta.

Dziś 30 rocznica zwycięstwa nad imperializmem – największa parada w historii Wietnamu (na modłę pierwszomajową) plus fajerwerki poprzedniego wieczoru. W tłumie jakiś idiota ukradł mi mój zielony notatnik i szczęśliwy długopis (notatnik zresztą po raz drugi stracony, wcześniej ukradły go małpy w Hampi w Indiach, ale się szczęśliwie znalazł, tym razem tak raczej nie będzie). Nie mogłem strawić tego widowiska i polazłem do hotelu, po całym dniu spędzonym na mieście – dziś po raz pierwszy miałem moc aby wstać rano, rozprostować kości i zrobić parę kilometrów po Sajgonie. No i pierwsze zdjęcia z Wietnamu… jutro zresztą jadę nad morze do Mui Ne, więc może będzie lepiej.

Posted in .. |

niespokojny polak w sajgonie

Choroba nadal trzyma, nie mam siły łazić po mieście, pot leje sie w strumieniami. Oglądnałem dwa filmy których akcja dzieje się w Saigonie w czasach obecnych. “Rykszarz” (Cyclo) – mistrzostwo świata – jak i “Three Seasons” też świetny film. Oba polecam. Próbuję wkręcić się w klimat Wietnamu ale wciaż coś mi nie gra. Może jutro będzie lepiej.

Posted in .. |

sajgon

ufff… w koncu. jestem w Wietnamie – Ho Chi Mihn City czyli Sajgon…

nie obylo sie bez przygod… ale ja tymczasem ide cos zjesc, wziac lekarstwa (cos mnie dopadlo – ale to chyba nie ptasia grypa), opatrzyc palec u nogi (zaprzyjaznilem sie z jednym fungisem) i skonczyc nigdy nie dokonczone teksty…

sajgon. 30 lat temu wojska amerykanskie zmyly sie z wietnamu. oj cos czuje ze wietnamczykom w kasze (w ryz) dmuchac raczej nie mozna – przedsmak Chin – jestem w szoku – kapitalizm kwitnie pelna geba

2-3 tyg w wietnamie, a potem chiny.

ps.
mama :) buziaki, wszystkiego najlepszego. zadzwonie na dniach

Posted in .. |

life is a beach… sometimes

miasto nad morzem
zatrzymalem sie znow dluzej niz przypuszczalem
juz trzeci dzien nielegalnie w kambodzy
wiza skonczyla sie w srode

przenioslem sie bezposrednio na plaze
w szalasie u Khin moge zatrzymac sie za darmo (zreszta wiele takich miejsc) w zamian za to ze zamowie cos z menu u niej w knajpie

stracilem wszystkie kawalki (3500) z ipoda – cos sie stalo z twardym dyskiem – na szczescie udalo sie naprawic – a kolekcje zaczne od poczatku, namierzylem Gusa z Holandii z ipodem pelnym dobrej muzy

czuje sie jak idiota – zapomnialem jak sie pisze po polsku, nie moge sklecic zdania a tak wlasciwie to najchetniej siedzialbym na plazy i wsuwal homary (15 duzych sztuk za 2 dolce)

jak sklece cos madrego to wyrzuce ten wpis… na razie daje znaki ze zyje

Posted in .. | Tagged

sihanoukville

na plazy jestem leniwy. czasem po prostu siedze na piasku i wpatruje sie w morze

malo zdjec malo rzeczy

pare z wczorajszej przejazdzki po okolicy…

Posted in .. | Tagged

s’ville

znow nad morzem
trudno bylo opuscic phnom penh
decyzja podjeta w 5 minut
4 godziny pozniej moczylem tylek w wodach zatoki

zostane o 5 dni dluzej w kambodzy
5 dolcow ekstra za dzien za przekroczenie waznosci wizy

trudno

a wktorce znow w drodze – szybki przejazd przez Wietnam do Chin…

Dzis 17 kwietnia. 30 lat temu padl Phnom Penh. Wazna data. A o tym tez potem… przepraszam sam siebie, ale na chwile odplywam gdzie indziej…

Posted in .. | Tagged

nowy rok

nie ma mnie w necie – odlaczony z rzeczywitosci, zanurzony w spoconej atmosferze miasta. khmerski nowy rok. jeszcze 3-4 dni i znow w droge. ale o tym potem. jestem teraz gdzie indziej i raczej jest dobrze…

Posted in .. | Tagged

Central Market

Posted in .. | Tagged

Tuol Sleng S21

Więzienie – piekło Tuol Sleng – S21. Tutaj Khmer Rouge wymordowali 20000 osób… o tym też potem w większym tekście i dla tych co interesują się trochę historią.

Musiałem stworzyć nową galerię – zdjęcia z Kambodży będą się pojawiały tutaj. Aby nie mieszać wszystkich galerii

Cambodia – Kambodża a tamże szukać odpowiedniej galerii – w tym przypadku Phnom Penh S21.

Posted in .. | Tagged

Ćwierćfinał

Ćwierćfinał mistrzostw Kambodży w tajskim boksie (muay thai)

Musiałem stworzyć nową galerię – zdjęcia z Kambodży będą się pojawiały tutaj. Aby nie mieszać wszystkich galerii

Cambodia – Kambodża a tamże szukać odpowiedniej galerii – w tym przypadku Phnom Penh Boxing.

Posted in .. | Tagged

czarnobiałoczarnobiało


Srei z kanotorka


Przerwa w pracy, zaplecze restauracji


Kajfeka netowa

Posted in .. | Tagged

back to phnom penh.


Happy Pizza sprawi, że będziesz naprawdę “hepi” ;)

dziwna jazda motorem do soho2. P. chyba będzie szukać szczęścia gdzie indziej – Ameryka to wciąż raj dla wielu – “him take care more for my mom and me, you buk ma, li haj”

Posted in .. | Tagged

Anlong Veng – w drodze do piekła


Bagna w okolicy Anlong Veng


Nielegalna wycinka drzew – wielki problem w całym kraju


Tu na stosie pełnym używanych opon spalono zwłoki człowieka odpowiedzialnego za śmierć 2 milionów Khmerów w latach 1975-1979


Pol Pot was cremated here


Domostwa w któryych żyli Khmer Rouge, Ta Mok – pseudo “Rzeźnik”, Pol Pot i inni

Posted in .. | Tagged

Kambodża – w drodze – Z Siem Reap do Anlong Veng

Posted in .. | Tagged

Pailin

Parę fotek z Pailin. Tekst wkrótce

Pailin – kliknac w ten odnosnik

Posted in .. | Tagged

Kambodża – w drodze


Były żołnierz Khmer Rouge w drodze z Battambang do Pailin – ze swoim walecznym kogutem


Współtowarzysze drogi


Na ciężarówce z Battambang do Siem Reap

tutaj w dziale On the Road – więcej

Posted in .. | Tagged

JPII

upal, skwar, komary, wilgosc, deszcz. dzis odpoczynek jutro ruszam znowu w trase, zdjecia zrzuce jak sie podlacze z laptopem w kafejce.

wczoraj sie dowiedzialem o stanie JPII – nie wazne czy wierzysz czy nie, zyd, muzulmanin, chrzescianin, buddysta, ateista, cyklista czy ktokolwiek – kazdy powinninen byc z nim teraz w glebi serca – dla mnie JPII jest najwiekszym “czlowiekiem drogi” “prze-pielgrzymem” – i wyglada na to ze wyrusza na swoja ostatnia wyprawe. jestem z nim.

Posted in .. | Tagged

w telegraficznym skrocie

zrobilem 300 km po bezdrozach kambodzy
pailin
granica z tajlandia
zjadlem psa
obstawialem walki kogutow (remis)
spucilem w toalecie 7 czterocentymentrowych karaluchow
spotkalem bylych khmer rouge – dzis juz dziadkow – odpowiedzialnych za masowe mordy w 1975-1979 i w pozniejszych latach rowniez

-
taki zarys… wieczorem siadam i pisze. klocki sie powoli skladaja w calosc
:)

Posted in .. | Tagged

battambang

o jak dobrze jest podrozowac z dwiema torbami przewieszonymi przez ramie -zmienia sie mobilnosc, nie trzeba za wszelka cene szukac hotelu, latwiej jezdzi sie na tyle ciezarowki i rozpadajacych sie motorowerkach.

mialem znalezc sie w Paillin rano – niestety , Mom, motocyklista ktory mnie dopadl wczoraj (swietna znajomosc angielskiego) przyslal mi innego typa dzisiaj rano (ponoc sam zachorowal), ktory ledwo co po angielsku mowil – znalazlem sie wiec na lodzie…

wyspalem sie do 11. kawa mrozona, sok i jajko – i zastanawiam sie jak by tu dojechac w samo poludnie do paillin – gdzie nie prowadza zadne drogi asfaltowe

paillin to miasto oddalone 20 kilometrow od granicy z Tajlandia – otoczone gesta dzungla i polami minowymi. Tam wciaz zyja Khmer Rouge i maja sie niezle. no zobaczymy – jest przygoda, cos sie dzieje – ide zakupic kraciasta chuste na glowe (khroma) a potem trzeba bedzie poszukac ciezarowki

Posted in .. | Tagged

Z wizytą na prowincji – Prey Veng.

To był kolejny leniwy dzień w Phnom Penh. Wstałem w południe, zmuszony przez temperaturę – pokój zaczął już przypominać saunę. Tani chiński wiatraczek nie dawał rady, ledwo mielił rozgrzane powietrze. Nadal nie wiele mogłem chodzić – stopa już się zagoiła ale wciąż była to dobra wymówka aby nic nie robić. Około 13 przyszła P. i zaczęła nawijać o jakimś święcie czy wyprawie za miasto, na prowincję. Tylko 50 kilometrów. Nie była w stanie wyjaśnić mi co to ma być za święto – wszystko organizowała rodzina prowadząca guesthouse no9 i były dwa wolne miejsca na motocyklach (prawdopodobnie dlatego też mnie wzięli, że mogłem zapłacić za benzynę). Nie miałem nic w planie oprócz klepania w komputer więc nie namyślając się dłużej wrzuciłem kamerę i aparat do torby (zapominając o ekstra baterii). „50 kilometrów” okazało się 2 godzinną podróżą po najgorszych drogach Kambodży – czasem zakurzona piaszczysta droga całkowicie znikała i jechaliśmy po prostu po suchym stepie. Co parę minut mijała nas z naprzeciwka rozpędzona ciężarówka wzniecając kolejne tumany kurzu, tak, że przez moment nie było nic widać. Zachodzące słońce szybko zniknęło za horyzontem, jeszcze wcześnie pękła opona w moim motorze i D. zjechał do warsztatu aby zakleić dętkę – zaczynałem więc powątpiewać czy w ogóle dotrzemy na miejsce. Wiedziałem tylko, że jedziemy na południowy – wschód nie mając pojęcia jak nazywa się wioska i co będzie się w ogóle działo.

Zatrzymaliśmy się jeszcze po drodze „aby się coś napić” – tym „czymś” okazał się sok palmowy – mocne wino robione z kokosa o zapachu zgniłych jajek. W kompletniej ciemności gdzieś przy dziurawej drodze zostałem uraczony ciepłym alkoholem polewanym z aluminiowych czajników.

I tak znalazłem się w jednej z niewielkich wiosek w prowincji Prey Veng – jak się potem okazało. Tu mieszka cała rodzina z „number 9”, która tego dnia miała się modlić w rocznicę śmierci jednego z członków rodziny, odprawić złe duchy, spotkać się z przyjaciółmi i krewnymi a także zabawić się na całego.

Wokół stołów kłębił się tłum. Wyłowiłem parę znajomych twarzy – Khmerów pracujących w no9. Spotykam jeszcze S. z Kanady – która zakochała się w jednym z członków rodziny, kupiła ziemię w Siem Reap i zamierza zbudować hotel. Ulokowali mnie przy jednym ze stołów, na którym błyskawicznie wylądowały talerze, ryż, miska pełna lodu, browary, słodkie kiełbaski, szpinak i mięso wołowe. Część gości zaczęła jeść, starsi natomiast zasiedli pod sceną na której dwóch mnichów odprawiało modlitwę za duszę zmarłego. Dzieciaki kłębiły się wokół stołów zbierając puste puszki po moczopędnym i wodnistym piwie Bayon (2 centy w skupie złomu), który przypomina mi odrobinę amerykańskiego Budweisera – ta sama klasa sików. W związku z jego znikomą mocą pokazałem tubylcom jak wypić browczyka w dwie sekundy – metoda zwana obrzyn (kluczem, nożem czy innym ostrym narzędziem ostrożnie robi się dziurę przy spodzie puszki, potem przykłada się do ust, pociąga zawleczkę i szybko przełyka jej zawartość) jak zwykle zadziałała – karton 24 piwek zakupionych 15 minut wcześniej zniknął w żołądkach biesiadników i na stole pojawiły się czajniki z sokiem palmowym, o którym wzmiankowałem wcześniej.

Impreza coraz bardziej się rozkręcała – mnisi zniknęli w klasztorze, na scenę wniesiono instrumenty muzyczne, głośniki, wyznaczone miejsce do tańca. Kapela na żywo z dwiema wokalistkami z krzykliwym makijażem, w seksownych ciuszkach i prowadzącym wokalistą wbitym w kiczowaty garniturek rozpoczęła od hitów i skończyła na hitach – czasem w roli wokalistów pojawiało się trzech członków rodziny – im więcej piwa lub soku palmowego tym bardziej byli skorzy do śpiewania.

Także moje postrzeganie rzeczywistości uległo zmianie – w kółko toasty i wykrzykiwane z entuzjazmem „ciol kau” (fonetycznie z khmerskiego na polski – na zdrowie) – wytrwałem do trzeciej nad ranem i padłem na podłogę w jednym z domów. Rano znów zbudziły mnie dźwięki muzyki i modlitwy mnichów. Pić. Kac przeogromny – wyczołgałem się z chaty w poszukiwaniu wody. W wsi wrzało – po paru godzinach snu większość mężczyzn zajęła się czyszczeniem, krojeniem i gotowaniem wieprzowiny w sporych garach nad ogniskiem wznieconym w półmetrowym dole. Kobiety siedziały na ziemi przygotowując warzywa. Na śniadanie podano galaretki, kleik i papkę zawiniętą w zielonego liścia oraz duże ilości gorzkiej herbaty. Niedziela na kambodżańskiej wsi. Sielanka w palącym słońcu. Wioska kończyła się zanim się na dobre zaczęła – niewiele ponad dziesięć gospodarstw z zagrodami. Wokoło palmy, pola ryżowe – o tej porze roku wyschnięte i uprawy ogórków. „Proste życie na wsi – jak powiedział mi potem R. jeden z pracowników w no9 – nie mogę się doczekać, aż znów będę tam mógł zamieszkać, w Phnom Penh czuję się jak w więzieniu” . Rozmawiam także z szefem no9 – duży koleś, koło 40, szeroko uśmiechnięty przechadza się po wiosce bez koszuli, z magnum 45 w kaburze przypiętej do pasa oraz krótkofalówką i komórką, która właściwie nie działa – brak zasięgu sieci komórkowej. Mówi mi, że na prowincji zawsze chodzi z bronią na wierzchu – potęguje to jego silną pozycje, człowieka z kontaktami w rządzie i „nie tylko”. Jest jak ojciec chrzestny – siedząc na skraju pola co kwadrans pozdrawia mnie „boss” wychodzący na krótką rozmowę z jednym lub z dwoma za każdym innymi członkami rodziny lub też którymś z sąsiadów bądź znajomych. W odległości 100 metrów od zabudowań rozmawiają przez chwilę, siedząc w kucki i paląc szlugi. Ciekaw byłem o czym rozprawiają. Siedziałem w cieniu palmy przez dobrą godzinę obserwując cały ten ceremoniał.

Zdjecia z Prey Veng

Wieczorem znów Phnom Penh. Tu nie zrobiłem właściwie nic przez cały tydzień. „Zrywanie się” z łóżka o 12-13, Internet, klepanie w laptopa, czasem wyskok do miasta, gromadne oglądanie zachodów słońca nad Boeng Kak, czasem uczenie się khmerskiego i „inne rzeczy”. Jest upalnie, ciężkie powietrze, zbliża się kwiecień – najgorętszy miesiąc w roku w Kambodży. Kupiłem bilet do Battambang na 7 rano. Nie idę spać, bo boję się, że nie wstanę. Muszę spakować tylko dwie małe torby – duży plecak zostawię w Phnom Penh. Z zeszłorocznych doświadczeń wiem, że trudno podróżuje się na ciężarówkach i zapchanych lokalnych autobusach z dużym bagażem. Jedna para gaci, 2 koszulki, aparat, laptop, kamera i sarong – ruszam do Paillin a stamtąd zamierzam ruszyć północnym szlakiem wzdłuż granicy z Tajlandią – śladem Khmer Rouge.


nad ranem wlaczylem TV – znow trzesienie ziemi – mysle ze na tym sie nie skonczy…

Posted in .. | Tagged

Prey Veng


Nocna wizyta w melinie. 48 puszek parszywego piwka Bayon zakupione


Biba – browary, sok palmowy, herbata mrozona, slodkie kielbaski, ryz i swinskie mieso – nie wplywa korzystnie na wzrok


Zapomnita o karaoke – khmerskie kapele na zywo daja rowno


Poranny zrzut


Zupa z knura


Knur we wlasnej osobie (glowie)

Posted in .. | Tagged

Droga z Krong Koh Kong do Phnom Penh

Na autobusy w Tajlandii nigdy nie zdarzyło mi się narzekać. Wygodne, szybko przemieszczają się z punktu A do punktu B po nowoczesnych autostradach. Podróż z Bangkoku do Trat to był moment. Obudzili mnie dopiero na przystani skąd odpływają promy na Koh Chang – tropikalną wyspę przy granicy z Kambodżą. Wypiłem 2 mocne kawy, jajka i tost zniknęły w moim żołądku, chwilę potem podjechał truck do Trat, skąd wziąłem minivana do Hat Lek, miasta granicznego. Spotykam Joela Ly – Khmera, który w kwietniu 1975 roku uciekł z oblężonego przez Czerwonych Khmerów Phnom Penh. Dotarł do Sajgonu – dokładnie wtedy gdy kończyła się wojna w Wietnamie, Amerykanie w pośpiechu pakowali manatki i ewakuowali ambasadę. Joel przez rok mieszkał w Wietnamie, aby przedostać się do Francji. Osiadł w Paryżu, tam poznał swoją żonę – również z Kambodży. Obecnie Joel pracuje dla UNHCR (United Nations High Commissioner for Refugees) w Bujumbura w Burundi. Uwielbia swoją pracę – może pracować dla uchodźców, jak mówi, sam przecież był jednym z nich 30 lat temu. Przez cały rok podróżuje pomiędzy Paryżem, Tanzanią, Burundi, Bangkokiem i Phnom Penh. Żona mieszka w Phnom Penh, opiekuje się mieszkaniem, które kupili parę lat temu, syn studiuje w Paryżu – cała rodzina w rozjazdach…

Przekraczamy granicę. Tajscy służbiści długo oglądają mój paszport i uprzejmie informują mnie, że nie będę mógł wrócić do Tajlandii na mojej wizie – przytakuję, zabieram paszport i przechodzę na khmerską stronę granicy. Od razu otacza mnie 15 typów chcących ubić interes, podwieźć mnie taksówką czy minibusem. Odganiam ich i szybko kieruję się do khmerskiej służby granicznej. Tam chcą 1100 bhatów za wizę (30$) – oczywiście jest to ściema – wiem, że mogę zapłacić 20 dolarów w gotówce i wyśmiać ich kosmiczny przelicznik bhatów na dolary. Służbiści długo się bronią przed dolarami i nie chcą ich przyjąć – w końcu po długiej wymianie zdań opuszczam budynek z wbitą khmerską wizą ważną na miesiąc. Później się dowiaduję, że praca na granicy to całkiem spora kasa – żeby dostać tu posadę prawie wszyscy muszą zapłacić sporą łapówkę wyższym urzędasom w Phnom Penh, aby potem z kolei pobierać łapówki od przemytników i ściągać zawyżone opłaty za wizy od turystów (na jednej wizie mają 10 dolarów na czysto).

Kambodża. Miasto graniczne Krong Koh Kong jest jak każde inne graniczne miasto w krajach słabiej rozwiniętych. Kasyna, nielegalny obrót walutami i towarami, przemyt pigułek do Tajlandii, kontrabanda na szeroką skalę. Krong Koh Kong ma prawdopodobnie świetlaną przyszłość przed sobą, bo leży na trasie z Bangkoku do Sajgonu przez Phnom Penh a także mogła by to być doskonała baza wypadowa na okoliczne wyspy, które w przeciwieństwie do wysp w Tajlandii, prawie wcale nie mają rozwiniętej infrastruktury turystycznej – więc są atrakcyjną alternatywą do przepełnionych wysp po tajskiej stronie granicy.

Miasto jest przygnębiające. Szare budynki, stragany zawalone przemycanymi papierosami, alkoholem i gadżetami. Wraz z Joelem zastanawiamy się jak najszybciej dostać się do Phnom Penh. Jedna z opcji to szybka łódź do Sihanoukville a stamtąd autobus do stolicy. W naszym przypadku jest już za późno – łódka do Sihanoukville odpłynęła o 8 rano, więc nie pozostaje nam nic innego jak szukać bezpośredniego transportu do PP. Za miejsce w minibusie chcą 15 dolarów. Postanawiamy poczekać i siadamy w kafejce przy bazarze. Joel, mówiący po khmersku nie ma problemu ze znalezieniem taksówki do Phnom Penh – potrzeba tylko jeszcze jednego pasażera na tylne siedzenie (z reguły upychają 4 osoby) Toyoty Camry. Znajduje się po chwili – ogromny 2 metrowy rybak z Alaski – Walt, który przez resztę drogi będzie raczył nas lodowymi opowieściami o orkach zabójcach, polowaniach na białe niedźwiedzie, o śniegu co zasypał jego traperską chatkę, holowaniu tankowców z ropą i jakości rybiego mięsa o różnych porach roku. Z kolei Joel skromnie siedzi nic nie mówi – ale on też przeżył swoje. Droga mija szybko, wysiadamy 4 razy z samochodu aby przemieścić się rzecznym promem. Droga nie jest taka zła, kamienista nawierzchnia, zero asfaltu, kurz i dżungla w około– siedzimy z tyłu w trójkę z bagażami na kolanach. Z przodu 3 pasażerów i kierowca ściśnięci jak sardynki w puszce. Dopiero w okolicach Sre Ambel zaczyna się asfaltowa nawierzchnia.

Phnom Penh. Znów GH no9, spotkanie ze starymi znajomymi. Jest inaczej niż rok temu, a może jest tak samo tylko, że teraz mam się do czego odnieść. Dziwne historie krążą wokoło – ktoś umarł, inny zwariował, romanse, choroby, seks i zbrodnia. Zbrodnia i kara. W samej Kambodży dzieje się wiele, wystarczy otworzyć gazetę: ptasia grypa, bunt w więzieniu (20 trupów), awantury na obrzeżach PP (z reguły walki wręcz i na noże w piątkowe i sobotnie wieczory w khmerskich dyskotekach i karaoke). Zbieram te historie, może coś z tego będzie.

Jak ten leszcz ostatni zostawiłem ładowarkę do laptopa w Bangkoku. 3 dni nie było jak pracować w końcu udało mi się dorwać za 70$ nową. Czasem się zastanawiam gdzie położyłem mózg.

Stopa się zagoiła, kolejna blizna do kolekcji. Od jutra zaczynam biegać po mieście, albo pożyczę rower – to będzie dobry trening przed rowerową wyprawą po Japonii…

Fotografie – z Krong Koh Kong do Phnom Penh

Posted in .. | Tagged

z koh kong do phnom penh


Toyota najlepsza na bezdroza Kambodzy. 6 godzin z granicy w Koh Kong do Phnom Penh. 3 pasazerow z tylu 3 z przodu plus kierowca zfascynowany filmem “Miszcz kierwonicy ucieka”


Za sterem jednego z 4 promow na ktore musielismy sie wbic


Joel Ly – kiedys uchodzca – w kwietniu 1975 uciekl z oblezonego przez Czerwonych Khmerow Phnom Penh do Sajgonu z ktorego wlasnie uciekli Amerykanie. Potem trafil do Francji. Tego dnia w drodze do domu w Phnom Penh, gdzie mieszka jego zona. Joel pracuje na rzecz uchodzcow w Burundi…

Posted in .. | Tagged

phnom penh

znow
dziwnie
dobrze
bardzo

potem wiecej

Posted in .. | Tagged

parę nudnych zdjęć

Posted in .. | Tagged

fuckmepaymefuckmepayme

Próżnia. Samotność w mieście szeptającym waginalnie fuckmepaymefuckmepayme. Pustka w głowie, szczególnie gdy nie można zasnąć. Próbuję napisać artykuł. Wiem o czym to ma być, mam wszystkie jego składowe w jednym folderze, lecz nie mogę złożyć tego w kupę. Och, Tezaurusie pomóż – myślę, szukając odpowiednich słów, nerwowo klikając prawym przyciskiem myszki – nic z tego – te pieprzone synonimy z Worda jakoś kompletnie nie pasują do tego co mam w głowie (do pustki ;)). Mam ochotę się schować uciec jednocześnie coś mnie tu trzyma. W Bangkoku łatwo myśli się kutasem – albo kutas myśli za ciebie – choć nie ma to większego sensu, zdaję sobie sprawę. Ludzkie zoo – szczególnie nad ranem, w okolicach stacji Nana SkyTrain. Jakże inaczej to wszystko się odbiera będąc trzeźwym na umyśle a jedynym środkiem dopingującym są redbulle, M-150 i inne wynalazki, które chłodzą się w lodówkach setek seven-eleven porozrzucanych po całym mieście. Ponoć te napoje zawierają jakieś pochodne amfetaminy. Zgodzę się – serce mi wali jak oszalałe, może to przez te właśnie napoje a może przez te obrazy migające mi przed oczyma. Pieprzyć to – ostatni dzień w Bangkoku – nie wchodzę w ten interes, obserwuję, myślę i zalewam się potem – różnica w temperaturze pomiędzy dniem a nocą jest znikoma.
Siadam na schodach zamkniętej stacji metra i z góry obserwuję całe to widowisko. Znikam. Taksówka, powrót do hotelu, sen nie nadchodzi. Pakuję plecak, zmieniam opatrunek na nodze. Check out o 7 rano. Kupuję bilet do granicy z Kambodżą na wieczorny autobus i wsiadam na łódkę do centrum miasta. Sky Train, Air z ipoda, futurystyczno-betonowe widoki. Kawa w sturbucks i szlajanie się po okolicy Siam Center. Lubię to miejsce. Lubię patrzeć na ludzi robiących zakupy, piękne dziewczyny biegnące do szkoły, hordy turystów z zachodu, tak innych od tego wszystkiego. Lubię Bangkok z jego wszystkimi złymi i dobrymi stronami. Właściwie mógłbym tu trochę pomieszkać, wynająć jeden z tych apartamentów nad rzeką za 800 zeta na miesiąc (30-40 metrów kwadratowych, wspaniały widok i basen). Było by dobrze. No i jeszcze jakaś niezła praca – wziętego fotografa ;) hehe… człowiek niewyspany dziwnie myśli. Nevermind. Zachodzę do kina. Trwa miesiąc japoński. Akurat na czasie. Akurat trafia w mój stan umysłu. Kupuję bilet na pierwszy lepszy film który grają akurat w samo południe. Strasznie mi się spać i film jest w sam raz aby dwie godziny przekimać. Akcja? Brak. Ale to ok. Dziewczyna jeździ tramwajem, śpi, je, rozmawia przez telefon, kupuje zegarek, odwiedza rodziców – wszystko w żółwim tempie, oczy mi się kleją i w końcu zasypiam. Wychodzę na zewnątrz i mam wrażenie jakbym był w Japonii – wieżowce, designerskie sklepy, wszystko jest kawai. 24 godziny bez snu to zawsze stan iście narkotyczny. Czas wracać.

Jack Johnson – In Between Dreams – ta plyta wkrecila mnie totalnie – zresztą jak poprzednie. Wszystko się wpasowało.

Posted in .. | Tagged

bangkok

Pot. Mógłbym brać prysznic 5 razy dziennie. Mógłbym leżeć w wodzie cały dzień i naprawdę miałbym gdzieś gdy skóra na moich dłoniach skurczyłaby się od wilgoci. Płyny. 4 litry wody dziennie, nie licząc soków pomarańczowych, napojów gazowanych i wieczornego spożywania Changa (piwo powodujące, że każdy następny dzień jest jeszcze bardziej mizerny niż poprzedni). Powietrze. Gęste, brudne, ciężkie. Miasto. Wspaniałe. Gdy spojrzysz na nie z góry, z obracającego się tarasu widokowego na samej górze jednego z drapaczy chmur. Horyzont. Zabudowania miasta nikną w smogu i mgle, ciągnąc się aż po horyzont – żyłami, aortami i ślimakami ulic. Gdybym nie spojrzał tam z góry nie zdawałbym sobie sprawy jak wielkie jest. 20 lat temu były tu tylko kanały nad rzeką, wąskie ulice i niska zabudowa. 333 wieżowce śmieją się teraz ze swoich starszych karłowatych braci. 666 wieżowce nie będą się już miały z czego śmiać, bo ci 2-3 piętrowi bracia nie będą już istnieć. Powstanie jeszcze więcej dróg, supermarketów, apartamentowców.

Jest 3:33 rano. Za oknem pieje kogut. Skąd on się tu wziął?

Muszę oczywiście dodać, że wiatrak miele atmosferę, gdy siedzę i piszę z plecami przyklejonymi do drewnianej ściany w pokoju 301 w Chai House.

Już ponad tydzień. Wieczność. Miałem zostać 3-4 dni i uciec na wyspę, poleżeć na plaży a potem odbyć 15 godziną podróż do Phnom Penh. Różne wydarzenia, spotkani ludzie i parę przygód spowodowały, że nadal tu jestem.

Kao San Road – jak zwykle ten sam burdel. O tym już kiedyś pisałem. Pisałem? Tego miejsca nie da się opisać. Oczywiście można stwierdzić na pierwszy rzut oka „to nie jest Tajlandia” – ale nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie „czym jest Kao San?” Może kiedyś spróbuję.

Pojawiły się nowe plany. O nich będzie potem. Prawdopodobnie jak dotrę do Chin. Rowerem przez Kraj Kwitnącej Wiśni majaczy gdzieś w głowie – a data powrotu do domu zamazuje mi się przed oczami. Są nowe możliwości, jest kolejny poziom, jest POMYSŁ.

Tymczasem jestem tu, w Bangkoku. Bang Cocku. My left foot. Moja lewa stopa już nie boli. Choć nie mogę jej całej postawić na ziemi. Ale po kolei. 2 dni temu doszło do spotkania – 3 Polaków siedziało i tonęło w rozmowie pełnej inspiracji i nowych idei. Heh. Trzech 30 latków – ja nim będę za 15 miesięcy. Magiczna liczba. Dla niektórych. Jak dla mnie to może być. Ale nie o tym miało być. W każdym razie siedzieliśmy na ulicy, potem w apartamencie z którego rozciągał się wspaniały widok na rzekę, most i miasto zalewane strumieniami wody prosto z nieba. Nieco bliżej był basen – basen, deszcz, 7 rano, ostatni browar – brzmi nieźle. Idziemy. Akcja z wchodzeniem na niego skończyła się tak, że rozciąłem sobie stopę – albo inaczej pękła mi stopa na długości i głębokości 2 centymetrów, pojawiło się mięsko i trzeba było odwiedzić szpital. Tajski szpital publiczny. P. pojechał do domu, T. wpadł ze mną środka – szybka rejestracja na podstawie legitymacji prasowej – nawet nie pytali o paszport czy ubezpieczenie – szybko mnie przyjęli i 5 minut później mrugały mi lampy pod sufitem. Leżałem na łóżku czekając na zabieg – koło mnie leżała umierająca babcia, a chwilę później przywieźli 23 letniego niedoszłego notorycznego samobójcę, który pociął żyły tak nieprofesjonalnie, że zamiast do piekła trafił do szpitala. Jego angielski był niezły – rozmawialiśmy o – zabrzmi banalnie – o życiu. Młody chciał się zabić bo się pokłócił z ojcem, którego miałem okazję poznać chwilę później. Pojawił się w stroju do joggingu z roztrzęsioną żoną i córką, która chyba właśni wychodziła do szkoły. Nie wiem. Patrzyłem na nich. Wyglądali na dobrych ludzi – 2 + 2 model rodzinki, gdzie wszystko powinno być ok. Ale coś nie wyszło. Potem pożegnałem się i zawieźli mnie na zabieg, wymieniliśmy się mailami, życzyłem mu powodzenia, ten przysiągł, że więcej nie będzie tego próbował. Będę trzymał za niego kciuki i za jego rodzinkę też. Zabieg – czyszczenie, znieczulenie, szycie. T. spał na ławce w poczekalni a ja polazłem wykupić antybiotyki i zapłacić za opatrunek – koszt wizyty 10 zeta. Powrót do hotelu. Płynąłem tuktukiem, który zazwyczaj się jedzie – ale ulice zamieniły się w rzekę po oberwaniu chmury. Sen. Stopa. Ból.

Ledwo teraz chodzę, choć jak powiedzieli – tydzień czasu i będzie ok. Codziennie jeżdżę zmieniać opatrunki do szpitala, gdzie czekam w kolejce z różnymi mumiami (większość poszkodowani w wypadkach na motorze). Ranka jest niewielka – ale muszę uważać na zakażenie. Dość użalania się – wszystko będzie dobrze wkrótce.
——-
Errata

Już jest dobrze. Poszedłem do klinki – opatrzyli, zrobili jeszcze raz opatrunek i mogę chodzic. W nocy w sobote jade do Kambodży.

Posted in .. | Tagged

bangkok

objazdowy salon tatoo, bangkok, okolice khao san road


mister, taxi and boomboom after – taksiarze mają wiele do zaoferowania ;)

Posted in .. | Tagged

foto kolkata

za wiele zdjęć w kalkucie nie powstało… dosłownie kilka


mąż, żona, dziecko i babcia w pociągu do kalkuty


Howrah Bridge


targowisko

Posted in .., India, travel | Tagged

bangkok – 3 dni pozniej

ojojoj… cierpie okrutnie – kac jak malowany – 2 dni spozywania alko na kao san z innymi stracencami…

po raz pierwszy od ladnego kawalka czasu nie wyciagnalem apratu z torby – robie sobie maly urlop – ale jutro ruszam na lowy.

that’s all folks

Posted in .. | Tagged

bangkok bangkok

o jak dobrze jest wracac w dobrze znane miejsca – i tak odrzucajace na poczatku (sam “rajd” autobusem z lotniska zajal mi wiecej niz lot z kalkuty do bangkoku, co wiecej samolot zatrzymal sie w yangoonie, w birmie, wiec postawilem stope na plycie lotniska na 5 minut rozprostowac kosci)…

znow w tym samym hotelu co rok temu, szkoda tylko ze brak tych samych ludzi – niesamowitej ekipy sprzed roku… ale coz – kazda chwila jest nie powtarzalna i wcale nie gorsza czy lepsza od poprzedniej…

pare dni tu… a potem zjazd do kambodzy

Posted in .. | Tagged

coolkata

aaaa… znow kalkuta… znow mialem napisac wiecej niz teraz pisze, ale sleczenie w sieci traktuje jako meczarnie, wole saczyc masala czai z trendowatymi na ulicy…

z wizyta u pani ktora czyta z reki, jaisalmer

zupa z gwozdzia, pushkar

elbaz bedzie naprawde szczesliwy, cokolwiek jest w tej paczce, pushkar

modlitwa do ganesza, pushkar

Posted in .., India, travel | Tagged

pushkar

brak slow
wyizolowanie
dobrze
niedobrze
w puszkar
posrod zaczatkow
nowej cywilizacji
mutanta

Posted in .., India, travel | Tagged

Jaisalmer i pustynia

Wrocilem z samotni. 3 dni na pustyni – 2 wielblady, jeden przewodnik – niezrownany Bilal – 60 kilometrow az pod granice pakistanska zrobione. Oprocz tego ze leci mi z nosa i jestem chory wszystko super… ide sie kurowac

Posted in .., India, travel | Tagged

jaisalmer

cofnelo mnie pare wiekow wstecz

zloty fort na pustyni wynurzyl sie z porannego slonca

2 autobusy z udaipuru i jestem na miejscu

a tu trwa walka o turyste – takiej delegacji powitalnej nie mialem od dluzszego czasu – 30 radzputow witalo przyjezdnych z tabliczkami na ktorych nazwa hotelu widniala + free taxi

potem wiecej

Posted in .., India, travel | Tagged

udaipur

Posted in .., India, travel | Tagged

udaipur

Posted in .., India, travel | Tagged

translation lost in udaipur

mialem cos napisac. ale wszystko mi sie skasowalo. z glowy.

wiosna. ubrany w 3 koszulki i koszule (wszystko co mam do ubrania). kawa, jajko, tost, pomarancza na dachu. potem w dol i gore odpowiadajac na pozdrowienia (zaczepki z ciekawosci i przede wszystkim w celu zlapania klienta – pliz luk maj szop).

tutaj prowadzi sie zycie typowego kota dachowca, przesiadujac w niezlczonych rooftop restauracjach.

udaipur poraza obrazami. nie smialem nawet podniesc aparatu do oka. na razie sobie popatrze.

Posted in .., India, travel | Tagged

Mumbai Slums

Mumbai slums – Wiecej fot tutaj. Jestem juz w Radzastanie w przegenialnym miescie Udaipur…

Posted in .., India, travel | Tagged

mumbai, slumsy

Milosnicy cracku (chemiczna heroina) na torowisku, slumsy w okolicach dworca Bandra . Mumbai

ravs uchwycil moja osobe tuz po kapieli w bajorku

+ dwa nowe filmy

Mammallapuram – 46 mb divx

Madurai – 22 mb , divx

Posted in .., India, travel | Tagged

mumbai

40 godzin w pociagu znow bandra… w koncu dotarlem. potem wiecej teraz wymiekam

Posted in .., India, travel | Tagged

Niedzielne popoludnie, plaza w Kochi…

Posted in .., India, travel | Tagged

Kochi

Kochi, na tylach targu z przyprawami w jednej z czesci miasta zwanej Jewtown – od Zydow przybylych tu 2000 lat temu.

Posted in .., India, travel | Tagged

z kanyakumari do kochi

Thiruvananthapuram czyli Trivandrum


Kerala, Backwaters

Kochi

… znow nie zebralem sie aby spisac co sie w ostatnich dniach dzialo… za duzo sie przemieszczalem – teraz Kochi az do 14 lutego (tego dnia mam pociag do Mumbai)

Posted in .., India, travel | Tagged

pare fotek Madurai i Kanyakumari

Madurai – nowy repertuar do kin zawital

Swiatynia w Madurai, poranne modly

Madurai, prasowka

Kanyakumari, pchelki i weszki

Kanyakumari, poranna toaleta

Kanyakumari, kosciol

kanyakumari, hazadrdzisci


sorry za tak lapidarne opisy, wlasnie dotarlem do trinvandrum (to stara nazwa, nowa jest wyjatkowo skomplikowana)… i padam ze zmeczenia… czas bedzie sie polozyc… zmontowalem 2 kolejne filmy ale lacza za wolne.

Posted in .., India, travel | Tagged

kanyakumari

no dobrze. dalem sie podejsc. przez chwile nie bylem czujny i zrobili mnie w konika polnego. do kanyakumari mialem (chcialem) jechac pociagiem, ale sie okazalo ze nie ma bezposrednich i trzeba sie przesiadac gdzies po drodze na autobus. pokrecilem sie w okolicach dworca (tzn nawet nie musialem za bardzo bo po doslownie 15 sekundach dorwali mnie kolesie z biura podrozy). Onli tri auers ser, ekspres, werio gud, handred fifti. Ok zabulilem 150 i na drugi dzien stawilem sie z ranca przed biurem. jeszcze wczesniej doszlo do awantury w hotelu, przy oddawaniu kluczy, ciec stwierdzil ze hotel jest 24 na dobe otwarty i jezeli wbilem sie do pokoju o 4.15 rano to doba konczy sie rowno po 24 godzinach i ze mam doplacic jeszcze za nastepny dzien – pokazalem mu srodkowy palec i szybko wyszedlem z hotelu (zeby nie nazwac tego ucieczka). Koles z biura niestety sklamal lub tez nie powidzial prawdy – autobus wcale nie odjezdza spod biura podrozy, ale trzeba bylo miejskim autobusem jechac za miasto (godzinka w plecy) i tam za 10 muinut odjezdza lokalny autobus do kanyakumari (hehe 70 rupii, a ja zaplacilem 150). Mniejsza o kase, chodzi o zasady – robienie w ciula niewinnych i zakreconych typow jak ja to rozrywka w indiach.

Autobus i cala droga okazaly sie bardzo spoko. Przespalem 3 godzinki a nastepne 3 gapilem sie przez okno. gdzies za szarej olowianiej zaslony chmur (pomimo oslepiajacego slonca) majaczyly gory o dziwacznych ksztaltach – wyrastaly wprost z rozleglej rowniny pelnej wiatrakow. liczba wiatrakow siegala zapewne setek – wiatrakowe pola ciagnely sie az po horyzont i zachwycilyby nie jednego don kichota czy tez milosnika alternatywnych zrodel energii. te gory tak na mnie podzialaly ze postanowilem tam sie udac za jakis czas, rezygnujac z bezposredniej jazdy do mumbaju powlocze sie po gorskich stacjach odrobine.

20 kilosow od celu podrozy jedna z miejsowosci tonela w czerwieni flag z sierpem i mlotem – znak ze zblizam sie do stanu Kerala – gdzie komunisci sprawuja rzady (jak i Zachodnim Bengalu).

No i jestem na miejscu. Tutaj wody zatoki bengalskiej, morza arabskiego i oceanu indyjskiego spotykaja sie w jednym miejscu – koniec subkontynentu – poludniowy koniuszek indii – tam lezy niewielkie miasteczko Kanyakumari. Z tego co sie zdazylem zorientowac tsunami unieszczesliwilo mieszkancow. Zniszczone nadbrzeze, rozwalone lodzie – wszystko jednak wraca do normy (oprocz turystow ktorych prawie nie widac).

slonce zachodzi, koniec dnia, wbijam sie zaraz do hotelu popracowac troche nad muzyka i filmami no i calkiem sporo zdjec dzis powstalo…

Posted in .., India, travel | Tagged

madurai

minal miesiac.wszystko dzieje za szybko, w mgnieniu oka, doby wybijane rytmem wschodow i zachodow slonca, godziny trawione w szumie wiatrakow rozpadajacych sie hoteli, minuty uplywajace w kafejkach netowych, sekundy wybijane rytmem mlaskajacych klapek. oczywiscie to co sobie zalozylem na poczatku nie jest do konca realizowane. plan trasy zapackany jest datami i miejscowkami – to w przypadku indii, bo juz wlasciwie mniej wiecej wiem jak bedzie przebiegac trasa, ale raczej napewno zajda zmiany … czyli na razie wg planu kerala, mumbai, radzastan i kalkuta

dalszy plan jest mglisty i pelen niewiadomych: jeszcze z miesiac w indiach, potem miala byc birma, ale to chyba odpuszcze, z kalkuty skok do bangkoku, pare dni tamze na miejscu i prrzebitka w okolice granicy z kambodza (paillin jezeli to cos komus mowi), miesiac w kambodzy, przeskok do sajgonu, wietnam, chiny, mongolia, rosja i jak sie uda to wykorzystam swoj bilet na trasie moskwa – warszawa (powrotny mam z mumbaju, ale nie ma sensu sie wracac ladem, choc kto wie, bo jest jeszcze opcja powrotu do indii, przez tybet – ale to wraznie nie powodzenia z wiza rosyjska). tu prosba to czytajacych – gdyby ktos z was mial pojecie jak zalatwic wize tranzytowa przez rosje (poza granicami polski, czy jest to mozliwe?), na dajmy na to tydzien dwa (przejazd transyberysjka koleja). czas i zasoby finansowe wszystko zalezy od tego

4,5 miesiaca co mi pozostaly wydaja sie byc tylko chwila, po ktorej obudze sie w swoim mieszkaniu na pradze polnoc

—pociag relacji chingalpattu – madurai —

wiekszosc wspolpasazerow juz spi, zjedli szybko posilek przyniesiony z domu. ja spac nie ide, nie jestem pewnien czy jak nie zasne to nie przespie stacji – o 3.50 mam byc na miejscu

podroz mija szybko, nad ranem wysiadam na stacji w madurai. kawa na niespodziewanie czystym i przyjemnym dworcu i dreptam pare krokow do hotelu – oczywiscie zatrzymywany przez mniej wiecej 20 rykszarzy na koncu przyczepia sie do mnie dziadek, ktory idzie za mna, choc mysli ze to on mnie prowadzi do hotelu, do ktorego przeciez wiem jak dojsc (widac go wlasciwie od razu z dworca), no ale on idzie za mna, przyspiesza kroku tupiac bosymi stopami po posadzce uslanej cialami spiacych pracownikow hotelu

jestem tak zmeczony ze nie zwracam na niego uwagi. w ogole ostatnio nie mam wyrzutow sumienia. jak wydac calkiem spora sume pieniedzy w indiach dajmy na to w miesiac? policzmy: dziennie jestem nagabywany okolo 50 razy (zalezy od miasta, czy jest to moloch w stylu delhi, czy tez spokojna plaza). kazdej z tych osob daje po 5 rupii (raz dalem kolesiowi 1 rupiaka to myslalem ze mnie zabije wzrokiem, ale on tylko splunal czerwona wydzielina) – daje to mniej wiecej 250 rupii (oczywiscie suma wzrasta, bo gdyby sie plotka rozniosla ze bialas wariat rozdaje rupie to ….) 2000 rupii tygodniowo – 8000 rupii miesiecznie – czyli mniej wiecej wychodzi 200 dolarow do rozdania – wiem wiem sa to wyliczenia liczygrosza i sknery, ale prosze sie postawic w mojej sytuacji. po prostu nie da sie kazdemu dawac pieniedzy. dzieci zdeformowane w ksztalt malp, kaleki bez rak nog, staruszki ktorym nie pozostalo za wiele, wychudzeni starcy z dredami, dzieciaki ze szkoly, male radzastanskie dziewczynki lapiace za konczyny i cala masa innych. o tym juz wielkokrotnie pisalem – jestes tylko bialym workiem pieniedzy ktorego tytuluja “sir”

no tak ale jestesmy w madurai… nie ide spac po przyjezdzie, udaje sie do swiatyni, niesamowite miejsce, innny swiat – 2 godziny oderwania sie od wszystkiego….

potem sen… jest zbyt goraco w czasie dnia… a jutro zmykam na koniuszek indii…

ps. odkad mam mozliwosc pisania z polskimi literami na laptopie, nie cierpie tego robic w kafejkach w wiekszosci ktorych ledwo co cos dziala

Posted in .., India, travel | Tagged

Mammallapuram – a month after tsunami – miesiac pozniej…

Miesiac po tsunami. Zdjecia zrobione w obozach dla poszkodowanych w okolicach Mammallapuram i Kovalam.

Mlode malzenstwo na plazy w Kovalam.

Dzieciaki z Nemmelikuppam. A wlasciwie z New Nemmelikuppam.

Ojciec i syn w New Nemmelikuppam

Rybak z Kovalam.

Nemmelikuppam – opuszczona wioska

Przystanek autobusowy w New Nemmelikuppam

reszta zdjec w linku mammallapuram month after tsunami

Na razie nie pisze nic, probouje sobie to wszystko ulozyc w glowie… Wlasnie skonczylem projektowac broszure dla jednej z organizacji – czesc zdjec znajdzie sie w srodku. Jutro zmykam na poludnie.

Posted in .., India, travel | Tagged

mammallapuram, kilka zdjec

Festiwal Tanca

Kolonia rybacka

poranne rozwozenie wody

Reszta zdjec tutaj, pod haslem mammallapuram

Posted in .., India, travel | Tagged

dlugi dzien, albo raczej podwojny

tym razem sie nie udalo. z enfieldem model bullet – nauka na ulicy pelnej krow, dzieci, turystow nie szla najlepiej – ciezka sprawa – wszystko jasne z poczatku – tu sprzeglo, tu hamulec tu gaz tam ssanie a tak sie go odpala (zebralo sie paru nauczycieli)- tak tak, dam sobie rade, no ale po raz pierwszy na takiej bestyji nie za bardzo wyszlo – dlawilem sie, silnik gasl, a stary bullet nie chcial odpalic – wylalem z siebie 2 litry potu – ale jutro znow sprobuje

poza tym – dwa wieczory pod rzad na festiwalu tanca (takakatakatak tikatikatak tikiktikatak – bedzie mi sie snilo przez nastepne noce)

dziwne rozmowy przy slodkiej herbacie

lepkie palce od parroty

dwa pogrzeby i jedno wesele

kapiel o wschodzie slonca – a raczej rozbijanie sie o dwumetrowe fale

robie postepy w montowaniu filmow – adobe premiere nie taki straszny

odpalilem skypa – majac nieoczekiwana przyjemnosc rozmowy z mr. adomasem

pobawilem sie kamera – hmm.. na takim czyms mozna robic “prawdziwe filmy” – ma m na mysli calkiem spora profesjonalna kamere soniaka – i tym samym coraz bardziej wkrecam sie w film

generalnie – wszystko idzie jak najlepiej i nie powiem abym sie zle czul…. :))

chce mi sie jedynie baaardzo spac i dlatego wypisuje polamane zdania…

jeszcze chwile tu zostane

a potem bardziej na poludnie na sam koniuszek subkontynentu

Posted in .., India, travel | Tagged

mammallapuram

Pustka. Cisza. Spokój. Siedzę na plaży, pośród dziesiątek łodzi rybackich, powietrze zawinięte w sieci, które wydają się być zrobione z obłoków waty cukrowej.

Wszyscy widzieli w TV, Internecie i gazetach co stało się tu miesiąc temu. „Tu” – mam na myśli nie tylko to miejsce, ale tysiące kilometrów wybrzeża po obu stronach Morza Andamańskiego i Oceanu Indyjskiego.

Wczoraj wieczorem jadąc nabitym ludźmi, rozklekotanym autobusem z Chennai, widziałem po drodze porozbijane namioty w obozach, gdzie mieszkają poszkodowani. W całej okolicy podobnych obozów jest kilka (i pewnie dziesiątki na całym wybrzeżu). W całych Indiach powstają też sierocińce dla 2000 sierot. Około 1500 matek straciło swoje dzieci, 15000 dzieci wciąż jest poszukiwanych. W autobusie spotykam Szwajcara – Vashist ma na imię, tzn chyba mial inaczej na imie ale przyjal nowe. Mój równolatek – pracuje dla jednej z NGO (Organizacja Pozarządowa) zajmującej się pomocą dla ofiar tsunami. Szefem organizacji jest niewidomy guru Vashista – pokazuje mi zdjęcie człowieka w ciemnych okularach, uśmiechniętego od ucha do ucha, w jednym z obozów dla poszkodowanych przez tsunami.

Po przyjeździe do Mammallapuram, Szwajcar prowadzi mnie do hotelu, w którym mieszka – Ramakrishna Lodge. Hotel jest prawie pusty i za 100 rupii mam całkiem niezły pokoik.

Potem podczas kolacji dowiaduję się paru szczegółów z życia Vashista. Jak już wspomniałem mój rocznik 76 – pracuje obecnie przez pół roku dla jednej z rosyjskich firm (dokładnie nie wyjaśnił czym się zajmują – chodzi o przemysł paliwowy) a drugie pół jeździ po świecie (czasem jest wysyłany służbowo, bo rosyjska firma ma oddziały na całym świecie). Już wcześniej był w Mammallapuram więc jak tylko dowiedział się o tragedii od razu wziął wolne i przyjechał pomagać na miejscu.

Jak mówi – jego życie zmieniło się gdy przyjechał do Indii po raz pierwszy i spotkał swojego guru. W Szwajcarii siedział po uszy w szambie. Stracił prace, w jego mieszkaniu non-stop przybywała grupa znajomych a czasem nieznajomych, więc stracił i mieszkanie (sąsiedzi nie mogli znieść permanentnej imprezy). Notorycznie pod wpływem kokainy, sprzedawał gandzię, hasz, MDMA, ekstazę i LSD tylko po to aby brać jeszcze więcej kokainy. I tak ładnych parę lat. W końcu postanowił wyjechać. Indie to niezbyt dobre miejsce aby wyjść z dragów. No i rzeczywiście, właściwie od razu po przyjeździe trafił na Goa gdzie przez parę tygodni oddawał się różnorakim halucynogennym uciechom. Przyszły jednak upały, więc Vashist przemieścił się na północ do Riśikeśu. Z ciekawości odwiedził jedną z aśram (świątyń) no i stało się. Człowiek, którego tam spotkał, obiecał, że będzie jego wsparciem w walce z nałogiem, ale jeżeli tylko on sam tego chce. No i jak mówi Szwajcar tak się stało. Guru przekazał mu swoją energię, właściwie nie wiele mówił i nic nie robił, po prostu spędził w świątyni jakiś czas. Po powrocie do kraju, nikt ze znajomych nie mógł uwierzyć w przeobrażenie Vashist. Siła woli. Bóg. Energia kosmiczna. Guru. Sam nie wiem. Ale coś w tym musi być.

Znów poprzestawiał mi się zegar biologiczny. Nie mogę spać w nocy, czytam, leżę, montuję filmy, słucham muzyki. Czekam na poranną krzątaninę za oknem i wtedy powoli odpadam w sen. I śpię do 15:00. Dziś postanowiłem w ogóle nie iść spać aby jakoś się wyregulować. Ale który to już raz z rzędu. Odkąd pamiętam poranne wstawanie było moją piętą achillesową. Wielka niemoc, wkurwienie i przestawianie budzika w nieskończoność. Przez to oczywiście miałem różnego rodzaju problemy, w szkole, na studiach a potem w pracy, z której mnie za te moje senne spóźnienia w końcu wywalili. No cóż, ja po prostu lubię sobie długo pospać, szczególnie, że moje sny są lepsze niż filmy ;)

Posted in .., India, travel | Tagged

still here

znow sie nie udalo – spalem jak zabity do 15.00 (!!!) i pol dnia poszlo sobie gdzies – wszystko przez glebokie zanurzenie sie w 3 ksiazkach na raz i paru artykulach w Tehelce i Outlooku…

mysle jednak, jest jeszcze szansa ze dojade do Mammalapuram dzis wieczorem ale chyba musze zabierac tylek z tej kafejki netowej pelnej kolesi podniecajacych sie najnowszymi telefonami komorkowymi (im bardziej idiotyczny dzwiek tym lepiej – ale to juz znacie)

wschodnie wybrzeze – miesiac temu – wlasnie tu na pasie ponad 1000 kilometrowym uderzyla fala. W Chennai juz nie ma sladu – na Marina Beach odnowili ogrodzenie, malujac je na bialo – plaza pelna ludzi – wlasciwie jakby nic sie nie stalo.

wiem jednak ze tak jest tylko na pierwszy rzut oka – im dalej na poludnie tym gorzej…

ale o tym bedzie potem.

Posted in .., India, travel | Tagged

Chennai

Moment zawieszenia. Gdzieś pomiędzy nocą a dniem nieubłaganie każącym już się budzić.

Zrobiony w bambuko w Bangalore (słowo nie jest pochodzenia hinduskiego w żadnym wypadku – co oznacza proszę sobie znaleźć w encyklopedii albo w sieci) – brzmi jak kiepski tytuł kiepskiego filmu. Zakupiony bilet do centrum miasta okazał się biletem zakupionym na obrzeża Chennai.

Spałem może ze 3 godziny. Wcześniej 3 myślałem i słuchałem Boba Dylana, pieśni chwalących Śiwę – Chants of Shiva i albumu Soul Position 8 million stories – dobra melasa dźwięków, myśli i … chrapania ogromnego kolesia w czapce kominiarce, przyciskającego do szyby swojego syna (tak mniemam) i młodego chłopaka z dziewczyną siedzących z tyłu. Mistrzem był ten dżentelmen – chrapał odkąd tylko zostawiliśmy światła Bangalore.

Człowiek niewyspany jest człowiekiem niegodnym. Wściekły, zły, mówi szybko, bezsensu się wścieka – pozostawiając tylko uśmieszki na twarzach lokalesów. Człowiek po całej nocy w autobusie czy pociągu nie jest po prostu myśleć logicznie i jest łatwym kąskiem dla całej chmary rykszarzy oferujących swoje zardzewiałe usługi.

Wysiadłem więc z autobusu przy jednej z głównych dróg prowadzących do miasta. Światła samochodów z trudem przebijały się przez tumany kurzu. Nie zdążyłem pierdnąć aby pobłogosławić nową ziemię pod stopami a już otoczyli mnie ONI. Przy kompletnym braku asertywności dałem się wrzucić wraz 15 kilo bagażu do środka żółto czarnego trójkołowego pojazdu międzyplanetarnego. Rykszarz błądził ale trafił a ja z kolei trafiłem na następnego typa który pokazał mi ze 3 hotele w których pokoje były gorsze niż kible. Tak bardzo chciał mi te pokazać pokoje, że wchodził do nich i zapalał światło, budząc śpiących jeszcze na kupie, po 3 na dwuosobowym łóżku zawiniętych w koce małych wąsatych człowieczków.

Jak się okazało trudno jest znaleźć wolny pokój ze względu na zjazd muzułmanów – jest jakieś spotkanie religijne nie wiem jeszcze jakie, ale się dowiem. W końcu za 150 rupii dorwałem całkiem przyjemny pistacjowy pokoik z kontaktem (trzeba baterie ładować), wiatrakiem i oknem.

Zbieram brudy, zawijam je w sarong koloru bordo, o 9 odbiorą je pracze, Wypijam herbatkę na schodach sklepu przy Pantheon Road i tak myślę sobie, że chyba czas się przespać chwilę, zanim wyruszę na miasto.

Moment zawieszenia. Pomiędzy nocą a dniem – dniem który można jeszcze narysować.

Posted in .., India, travel | Tagged

wypad z bangalore

po raz 3 z rzedu wstalem o 12.30 – spalbym dalej gdyby nie cala orchiestra grajaca za oknem i na korytarzu hotelowym, oraz z solowym wystepem w kanalizacji

bangalore, bangalore …

pomijam lozko, prysznic, telewizor z kablowka ale bez pilota, odwiedziny tych samych knajp, masala dosa, puri baji, czai, czai, kursowanie ryksza do mg road i powroty na piechote kluczac i wciaz sie gubiac

wszystko tonie w spalinach, ciezka won betonu polanego woda, wiezowce powstaja na glowach robotnic z radzastanu, gdzies w tych wiezowcach zasiaduja setki programistow klepiacych aplikacje dla IT korporacji

super hiper “jak-na-zachodzie” ale przesiakniete olejem przeslodzone ciastkiem z induskiej cukierni, musi byc markowo i z metka, blyszczaco i extra

przegladam Outlook, India Today – 3 lata temu na topie byly te same gwiazdy co teraz. Ta sama Aishwarya Ray, Amitabh Bachchan czy jeden z Khanow. W Polsce jak mi donosza swieci tryumfy najdrozszy hinduski film ostatnich lat – ponoc swietna zabawa. Ja narazie nie jestem tak zdeterminowany aby 4 godziny siedziec w jednym z zaplutych betelem kin. ale jak sie trafi to sie trafi

pomimo kosmopolityzmu – i duzej ilosci obcokrajowcow nie spuszczaja z ciebie oka. w kazdym momencie w kazdej chwili ktos cie obserwuje. mozna wpasc w paranoje. ale to juz przechodzilem wczesniej – choc nigdy do konca nie jestem w stanie pozbyc sie tego uczucia

bangalore to jedno z najbardziej rozwijajacych sie miast azji – moze jest szansa ze nie zje wlasnego ogona

zaraz wsiadam do autobusu i rano powinienem byc w Chennai

PS.
znow na glos przeczytalem to co napisalem (dziwnie sie patrza w kafejce netowej) – w tym Bangalore nie bylo tak zle – hehe – bylo wrecz przednio i jak pomysle co jeszcze przede mna …

Posted in .., India, travel | Tagged

foto

Indie – wszystkie galerie dotychczas

a dla tych z szybkim laczem (pliki kodowane w divx)

Nowy Rok w Mumbai – 40mb

Bandra, Mumbai – 9 mb

Goa Chill

Hampi

Posted in .., India, travel | Tagged

bangalore

10 godzin po kiblem w pociagu zaladowanym do granic mozliwosci – bilet byl nie bylo miejsca – wlasciwie to koles mnie zrobil w bambo ten z agencji – ale coz taki lajf

potem wiecej napisze. miasto jest dziwne. przez 2 godziny szukalem taniego, a potem jakiegokolwiek pokoju. 300 rupii, sir, only for you – pod dworcem autobusowym ale trzeba pare rzeczy zalatwic na miejscu. no i z netu skorzystac – bo wczesniej to byl dramat – lacza netowe piaskiem zapchane

Posted in .., India, travel | Tagged

Hampi

Widok za oknem kojarzyć mógł mi się tylko z Kapadocją w Turcji. Autobus z miejscami do spania sennie toczył się żwirowatą drogą mijając formacje skalne (wyglądające jak ogromne groby dla słoni) pomiędzy które ludzie wcisnęli domostwa i zagrody dla zwierząt. Był piątek, bardzo wcześnie rano. Jak zwykle przyjezdnych przywitali niezłomni naganiacze i rykszarze. Jak zwykle ich zignorowałem i na chybił trafił doszedłem do rzeki, mijając typowe miejsca dla zachodnich podróżnych – pozamykane jeszcze knajpy, kafejki netowe czy guesthouse’y. Przedostałem się na drugą stronę na pseudo promie – czyli niewielkiej okrągłej łodzi z bambusa i liści palmowych. Ghaty na brzegu i schody ciągnące się do góry pełne były pielgrzymów z różnych stron stanu Karnataka. Akurat wypadało święto i setki rozebranych do majtek wąsatych kolesi z radością parskało w Tungabhadrze rzece nawodniającej te okolice i pewnie całkiem inne też. Po schodach schodził brudny słoń. Baba wprowadził go do rzeki na kąpiel przed ceremonią w świątyni – słoniu będzie pobierał rupię za błogosławieństwo a czasem dostanie też kiść bananów. Hampi tego piątku tętniło życiem aby jednak szybko powrócić do typowego stanu zawieszenia gdzieś pomiędzy przeszłością a przyszłością, pomiędzy duchami przodków uwiezionymi w ruinach Widźajanagaru a zwykłymi codziennymi sprawami i kombinowaniem jak by tu zarobić trochę kasy na tłumach turystów.

Wciągam się na prawie tydzień, a może jest zbyt gorąco aby „zrobić” wszystkie jego atrakcje w jeden dzień. Wypad do świątyni, rytualne oglądanie zachodów słońca (nie ma siły wstać rano na wschód), rowerek nad jezioro tudzież wodospad. Pożyczam rozklekotany motorek marki TVS. Droga do Hospet (całkiem spore miasto – 11 km od Hampi) jest wąska, pełna dziur, krów, rykszy, autobusów i dzieci wybiegających ze szkoły. W miarę obeznany z tym klimatem całkiem sprawnie, używając non stop klaksonu przemieszczam się z punktu A do B jak bankomat w Hospet. W drugą stronę tych punktów jest znacznie więcej. Zatrzymuję się tu i ówdzie wjeżdżając na teren ruin Widźajanagaru, które dni swojej chwały ma już dawno za sobą. Kiedyś stolica ogromnego królestwa, rozciągała się na obszarze 30 kilometrów kwadratowych i była domem dla pół miliona mieszkańców. Gorące dni nastały, choć noce wciąż chłodne i śpię w polarze. Przesiaduję w jednej ze świątyń. Jest kompletnie pusta, jeżeli by nie liczyć dwóch śpiących pod murem sprzedawców pocztówek. Rozkładam się w sali kolumnowej. Nie potrafię medytować. Nie umiem się wyłączyć całkowicie, chyba że muszę – przykładowo podczas hardkorowej podróży autobusem. Teraz atmosfera wręcz sprzyja temu aby się wyłączyć. Cisza. Słońce. Wiatr. Jestem.

Szukam wokoło pomysłów. Nawet najmniejsza rzecz, z pozoru nieistotna może nabrać znaczenia. Idea – coś co można wdrożyć po powrocie. Prości ludzie, nie mający dostępu do rzeczy które można sobie kupić w hipermarkecie, sami kombinują, wymyślają, konstruują. Jak urządzić sobie mieszkanie, kibelek, knajpkę a nawet jak zrobić design WWW – wszystko jest wokoło – otworzyć mózg i zarejestrować, zmodyfikować użyć we własnym celu.

Dnia szóstego zacząłem się nudzić. Może inaczej – nie nudzić ale odczułem potrzebę zmian. W końcu nie mam całego czasu i droga wzywa. Bilet do Bangalore zamówiony. Jutro wbijam się w nocny pociąg do induskiej doliny krzemowej.

Posted in .., India, travel | Tagged

hampi

w ciagu 4 dni pobytu w tym swietym miejscu (a ktore w Indiach nie jest swiete) prawie zdeptal mnie slon, utopilem plecak podczas przeprawy przez rzeke (na szczescie polowicznie – utopily sie trampki i 3 ksiazki ktore wyschly na sloncu), ogluchlem na lewe ucho (prawe odblokowalem przed wyjazdem z polszy), w zwiazku z czym bylem w szpitalu (mala przychodnia 4 km od Hampi) i dostalem zastrzyk (infekcja palca u nogi), zakupilem tez masc, antybiotyki – niestety nic to nie dalo, ucho pomimo zakraplania mascia dalej zatkane co doprawadza mnie do szalu, jade wiec do Hospet rano znalezc szpital i laryngologa

spotkalem tez pare osob – pierwszego w swoim zyciu rosyjskiego trawelersa, australijke Izzy i jej chlopaka Jamesa z Londku, Becky i Rogera (z ktorym zrobilem pol butelki goanskiej wodki tuz przed wejsciem do autobusu) oraz Szarona – swiezego typka z Izraela co dopiero zaczal podrozowac – no i na sam koniec goscia z Austri, co mieszka tu 4 lata i jest totalnym menelem, ma dziure w nodze (it was so great to listen Pink Floyd and burn my leg – jak powiedzial – czy sam sobie ja przypalil czy byl to wypadek trudno powiedziec) – tubylcy nie daja mu zbyt wiele zycia.

poza tym bylo jeszcze swieto Sarkanthi, jazda rozklekotanym rowerem nad jezioro, wizyta w swiatyni malp, bangh lassi o niesamowitej mocy, dalem tez pierwszy w zyciu autograf i okolo 101 hindusow zrobilo sobie ze mna zdjecie

no i to chyba na razie wsio…

zdjec nie bedzie na razie – internet jest megaslow

jade do bangalore (hinduska dolina krzemowa) i tamze moze sie wyslac pare fotek

Posted in .., India, travel | Tagged

Goa

Mrówki zjadły plecak, zachęcone hinduskimi słodkościami z bazaru w Canaconie. Piasek wchodzi dosłownie wszędzie, czego nie przeżył mały ixus, umarł wczoraj zapchany drobinkami piasku. Sól i słońce wysuszają i palą skórę białasa, w nocy chłodny wiatr znad Morza Arabskiego nakazuje ubrać się w polara i długie spodnie. Na stopach pojawiły się głębokie rany, efekt chodzenia po skałach obrośniętych ostrymi muszelkami.

Wstaję z rana. Zanurzam się w morzu. Leżę na plaży, schnę, zjadam niewielkie śniadanko. Potem robie kupę i zachwycam się nią (jak sugeruje jeden z anonimowych emaili jaki dziś dostałem).

Beztroska? Lenistwo? Poniekąd tak. Biję się z myślami. Trasę planuję po omacku, porażony wielkością kontynentu. 5 dni przemierzałem Goa motocyklem. Nie za wiele z tego wyszło. Zdjęcia takie sobie. Brak reportażu, tematu, bohatera – wszystkiego tego co sobie założyłem przed wyjazdem. Z drugiej strony jednak nie da się tak. W moim wypadku. Powoli się rozkręcam. Nigdy nie trwało to tak długo. Wciąż siedzi we mnie zimowa Warszawa. Mam nadzieję, że wena przyjdzie do mnie pewnego słonecznego styczniowego dnia.

Goańczycy szczerzą się od ucha do ucha. Ogromnie gościnni, przyjacielscy i pomocni. Goa to jeden z najlepiej rozwiniętych ekonomicznie stanów Indii. Jeszcze 40 lat temu była Portugalia, jednak dziś raczej nie uświadczysz ludzi mówiących po portugalsku, choć mógłbym znaleźć mnóstwo podobieństw z inną byłą kolonią – Brazylią. Dziś to rajskie miejsce, pełne niewielkich wiosek, niewielkich kościołów i kapliczek, gajów palmowych, rzek, strumieni i pól ryżowych. Od lat 80tych Goa jest synonimem nieustających imprez – gdzie alkohol leje się strumieniami, pigułki znikają w żołądkach, knajpy zasnute są chmurami marihuany a zkwaszeni obywatele świata zachodniego doznają oświecenia na plaży. Parę lat temu rząd postanowił coś z tym zrobić. Wprowadzono zakaz grania głośnej muzyki po 22, policja wzmocniła kontrole (prawdopodobnie po to aby napchać sobie portfele bakszyszem). Zmieniło się wiele – północ Goa nadal imprezuje, natomiast południe jest znaczniej spokojniejsze. Puste plaże, miejsca lęgowe dla żółwi morskich, rezerwaty przyrody, wąskie drogi, opuszczone forty. Można nie robić nic, leżeć na plaży, czytać książkę czy grać w karty ale z drugiej strony człowiek ciekawy świata nie może pozostać w bezczynności. Rower albo skuter chyba najlepiej pomogą w eksploracji okolic.

Dzięki różnym znajomościom blogowym (dzięki Marta) łapię namiary na Kaśkę. Wraz z Manu prowadzi małą knajpkę Sunklub w Patnem. 3 miesiące temu sklecili z bambusa, drewna, liści palmowych i sporych płacht kolorowego materiału bardzo sympatyczne miejsce, gdzie można zjeść, pogadać, posłuchać dobrej muzy i zwyczajnie wygrzać się w słońcu na antresoli. Mam więc gdzie zostawić plecak (dziś wyniosłem się z plaży, wieczorem odjeżdżam autobusem do Hampi), dowiedzieć się paru interesujących rzeczy i złapać kolejne kontakty do dobrych ludzi.

Tsunami. Magiczne i złowrogie słowo. Teraz już żadna plaża w Azji nie będzie taka sama. Wciąż myślę o tym co zdarzyło się raptem 3 tygodnie temu i będzie miało swoje konsekwencje na długi czas. Na Goa doszły jedynie echa tej niszczycielskiej fali – podmywając odrobinę plażę w Palolem (jak i inne miejsca wzdłuż zachodnich wybrzeży Indii).

Czytam po raz kolejny na głos to co napisałem i zdaję sobie doskonale sprawę z małości tych słów i bezsensu istnienia istoty ludzkiej – z czym godzę się pokornie ale raczej będę uparty swoich działaniach-niedziałaniach.

Posted in .., India, travel | Tagged

goa

ufff… zsiadlem z motorka po 2 godzinach jazdy przez gory, zatloczone miesciny i jestem w panaji (stolicy goa)

rafal, kamila i piotrek pojechali poprzedniej nocy na samo poludnie do kerala – aby wracac po 2 dniach – ich nagli czas a mnie raczej nie

po raz pierwszy podczas tej podrozy jestem sam

dzis przez pol godziny po przebudzeniu gapilem sie w sufit podziwiajac promienie slonca przeswitujace przez dziury w dachu mojej chatki na plazy

dalej nie moge sie wtrybic. ani w zdjecia ani w teksty – szukam odpowiedzi dlaczego tak sie dzieje . wiecej radosci sprawia mi polykanie swiezego powietrza jezdzac po okolicy, zagladajac na puste plaze czy przesiadywanie w knjapkach zajadajac sie przysmakami poludniowej kuchni.

zmykam. nadchodzi wieczor – a mam jeszcze 80 kilosow do przejechania.

Posted in .., India, travel | Tagged

goa

siedze na goa stop super stop wolny net stop brak czasu stop pozdrawiam stop

Posted in .., India, travel | Tagged

ostatni dzien w mumbai

Posted in .., India, travel | Tagged

colaba i okolice grand road

Kurcze nie wiem kiedy pisac teksty – moze wyluzje na plazy w goa – dalej nic zaplanowane – dzis wypad na miasto – zakonczony jak zwykle wychodzeniem ladnych kilometrow plus rajdy pociagiem, rykszami i taksowka.

Przepocilem sie Miastem. Przesiakam zapachem. Przywyklem do obrazow. Dzwiekow. Wszystko jednak jest zludne i zaskoczy cie w najmniej oczekiwanym momencie.

Okolice Grand Road to dzielnica uciech – przed malymi burdelami stercza kobiety (od malych dziewczynek po starsze kobiety) – ciezki makijaz, obcisle sari – miedzy nimi transwestyci…

Jedna z bocznych uliczek.

Salon gry w Carrom.

Posted in .., India, travel | Tagged

krishna niwas house, bandra, mumbai

Posted in .., India, travel | Tagged

Bandra

Zapewne wiele lat temu, nie pamietaja tego najstarsi Indianie, byla to tylko mala wioska – gdzie uprawiano ryz i fasole az nadeszly czasy gdy rozrastajaca sie lakomie metropolia Bombaju wchlonela ja bezpowrotnie. Dzis Bandra to w miare bogata dzielnica Mumbai (do 1996 roku obowiazywala brytyjska nazwa Bombaj). Sklepy z ciuszkami (strasznie kiczowate kolorowe szmaty), zaklady jubilerskie, kina, centra handlowe – jednakze w induskim stylu – porosniete grzybem malych zakladow rzemieslniczych spowite spalinami z tysiecy ryksz i taxi Ambasadorow.

Bandra to dzielnica zamieszkala przez calkiem spora grupe katolikow. Slumsy znajdujace sie tuz nad woda, wspinajace sie po wzgorzu – przypominaja troche te z Rio de Janerio – z mala roznica – nad samym mozem, tuz przy “plazy” stoja nedzne chatki, sklecone z “czegosietylkoda” nad nimi odrobine wieksze chatenki, powyzej apartamentowce i hotele.

W labiryncie slamsow mozna zagubic sie na dobra chwile. Odrywamy nowe przejscia, podworka, z niewielkich pomieszczen wylaniaja sie zaciekawione twarze – po godzinie cala okolica wie ze 4 bialasow buszuje po ich terytorium – nie wyrzucaja – uporczywie tlumacza ze nie ma przejscia…

Posted in .., India, travel | Tagged

spacerek po mumbaju

na razie chodze ogladam przyzwyczajam sie obiadam hinduskim zarciem przemieszczam pociagami rykszami – jednym slowem – trza sie zaadaptowac…

Posted in .., India, travel | Tagged