mo' sun
mo' cheeba
mo' joy
mo' money
mo' love
mo' mo's
znow nie spie. ogladam filmy, mysle, zapisuje pomysly, codziennie się coś dzieje, choć odczucie, że kazdy dzionek zlepia się z drugim w jedną zbitą masę, nie daje spokoju.
’04 nadchodzi. tym razem tradycyjnie: zdrowia, miłości, odwagi, szczęścia, kasy, pracy
dla was wszystkich co tu przypadkiem zaglądają
PS.
ci co sie znudza czy cos swoja impreza do mnie na komorke dzwonic por favor
nie nawidze poczucia ze rozmieniam się na drobne, robie po łebkach, nie do końca, po omacku
przeglądnalem swoje foty – hm… nie zrobilem w zyciu jeszcze zadnej opowiesci, moje reportaze nie mowią tego co chcialbym aby mówily, jezeli w ogole są to reportaze. trzeba się jeszcze dużo uczyć.
tzn.:
- leżałem i oglądałem TV
- w trampkach biegałem po sniegu, aby upić się w wbl i ak (klodzkie speluny)
- nie sprzątałem
- przeczytałem wszystkie babskie magazyny mojej mamy
- jadłem
- jadłem
- podjadałem
- piłem piwo
- oglądałem TV (po raz kolejny)
- nie wysylalem zyczen hurtowo
- przeczytalem wyznania królowej jordanii i stwierdzilem ze to nuda
- spałem do 14 dzien.w.dzień
- nicnierobiłem
…
etc,
mozna by dalej mowic , ale po co. jaram się że w styczniu jest co robic, jest praca prawdopodbnie ale szukam dalej, aby 1 lutego oddalić się stąd na 2-3-4 miesiace (w zaleznosci od kasy).
na razie kierunek jest jeeden Bangkok – ale to sie moze zmienic jeszcze.
kurcze
przeżyjcie te święta bez stresu a będzie dobrze. pozdrawiam, życzę pięknych dni.
yo
hm. .. faza koncertowa minęła mi lata temu. za czasów LO i studiów jeździło się na wszelkie koncerty – spanie na dworcach, w pociągach, ludzkie zwłoki wracające z wyżywki, z czasem faza spadła … ostatni raz tak się jarałem koncertami Pearl Jam, czy Toma Waitsa… a dziś Badu.
jeeeee:)
własnie z adomasem odpalamy yellowhouse.pl – ver testowa… na razie, system sie bedzie rozwijal
od paru dni chodzę znów spać o 6-7 rano. odbrabiam zaległe lektury, potem śpię do 14, nieodbierając telefonów, zlewając rzeczywistość, nurzając się w snach
nocne jazdy – pustka, mgła, 3 am, muzyka, wawa
rok z bycza strzelil fotoblogusiowi wiec zapodaje wszystkie miesieczniaki w
gale-ryjki – yo
11.02 w tym miesiacu po raz którys zmienilem koncepcje tej strony i powstal
oddzielny fotoblog. to byl genialny pomysl i strzal w 11 –
12.02 grudzien, dalej nie bylo zlecen,
pojechalem wiec na swieta do domu utuczyc sie i poleniuchowac, przyszedl nowy
rok jak z filmu s/f 2003
01.03 jeea – zaczelo sie cos dziac,
choc wiadoma sprawa – nic sie dziac nie bedzie, jezeli sam nie zaczniesz robic
02.03 luty byl jak zwykle mrozny, zimny,
bialoszary,
03.03 w garncu mialem dosc i zaczalem planowac
ucieczke
04.03 coraz mniej mi sie chcialo, i bylem
malym wkurwiajacym czlowieczkiem, chcialem juz wyjechac
04/05/06 – Indie Nepalm Death
06.03 wrocilem piekne lato w miescie, czas
plynnal szybko, byla praca i zlecenia, lans bejbe lans, dziwne gadki i spotkania,
07.03 latolato –
08.03 to samo
09.03 nic sie nie zmienia
10.03 jesienna deprecha
11.03 i jej kontynuacja
i tyle.
tą notkę pisałem juz pare razy, za kazdym razem miala byc inna i w koncu zapomniałem co w niej w ogóle miało być.
w kazdym razie jest sobota otoczony papierami gazetami plytami minidiskami ksiazkami siedze przed ekranem i gapie się w pustkę.
kim jestem?
wrócic do formy. dzis 1,5 h godziny grania w noge na sali gimnastycznej jakies szkoly podstawowej. cóz, forma poszla sie jebac, trza nadrobic miesiace slodkiego nieruszania dupą.
popoludniu film który wbił mnie w fote; “POWRÓT”, rosyjski film, ktory wygrał Wenecję. w marcu w kinach polacam jak najbardziej, ale nie zdradzam szczególow
ej mamy juz koncowke listopada chyba …
za szybko sie dzieje wszystko. nie nadazam z rejestracja.
over
żu stajla + mieszkanie na miedzynarodowej + barmleczny + meble + inne tam dodatki
ulice warszawy w coraz wiekszym stopniu przypominaja ulice delhi. przynajmniej pod jednym wzgledem – ilosci taksiarzy stloczonych na waskich, remontowanych bez konca ulicach. tylko zamiast malych motorykszy drogi zawalone są jadącymi w żółwim tempie 4 kolowcami,z wąsatymi kolesiami w dzinsowych katankach w srodku. masakra.
yama – przysnila mi się , nie wiadomo dlaczego, piękna żydowska dziewczyna, którą kiedyś znałem
masala dla mnie skonczyla sie o 3 rano, taksówka pomnknęła przez mgłę warszawy, zwalniając tylko aby przepuścić pijanych i zmęczonych imprezowiczów na przejsciach dla pieszych
2 godziny snu – 5 rano kac i książka, nie mogę spać
coś zatliło wewnątrz – w tej jebniętej, ale własnej, głowie
plan
15 listopada, klub punkt koszykowa, start 21 i kurcze jest wjazd za 20 zeta, ale pierwsza masa luda dostaje cedek mikstejpa z masali za friko.
poza zapuszczam na ekranie w czilrumie swoje ruchome obrazki z Indii i Nepalu
.
o co chodzi. pewnego dnia w siedziałem w środku mostu łazienkowskiego w kurze, i spotkałem typa dtk - słowo po słowie i wpadł pomysł do łbuff
jeszcze nie jest pewne wszystko ale prawdopodobnie od 6 grudnia bedzie cykl imprez pod nazwą terror404 w pewnym miejscu w centrum wawy
na razie szukam chętnych, ludzi, którzy tworzą coś ciekawego, robią fotoblogi, komyksy, i inne divadla w sieci. pokazują to na swoich stronach i w dodatku mielby ochotę przygotwać małą prezentacje swoich wypieków.
jak wszystko będzie jasne (na dniach) ruszy strona na której będą wszelkie szczególy, na razie proszę o kontakt, zainteresowanych typów
digitalife.net zapraszam. tym razem slajdowisko z Indii i Nepalu w Quicktime
yo
albo i wiecej. nie wierze w horoskopy, ale cos w tym jest. jako blizniak przyznaje sie do swoich dwoch ekstremalnie skrajncych wykluczajacych sie postaci: lenia i pracoholika. po prostu mam przejebaniutko
Zamknąłem sie w chacie i składam pomysły, sesje, montuje filmy, slucham muzy. wczoraj przejechałem z kłodzka do wawy, cos sie ze swiatłem stalo (prawdopodobnie przez burze magnetyczne na słoncu) – bo było naprawdę przyjemne.
dość bredzenia, aha jest nowy revolver
święto. czyli fiesta. ale chyba raczej nie. stałem pod cmentarzem w jednej z zapomnianych przez świat wiosek; z koscioła szła procesja na mszę, która miala sie odbyc na cmentarzu; mijał mnie korowod smutnych twarzy, zaciętych, ksiądz wspomagał się soundsystemem wypowiadajac imiona kolejnych świętych, tymczasem tlum zasmuconych parafian mruczał pod nosem “módl się za nami”. było to tak dramatyczne przezycie, aż prawie umarłem ze smutku. nagła rozpacz ograneła moje serce i musiałem sobie wmówic ze to tylko film, ze za chwile mnie tu nie bedzie.
ja wiem, ze to taki dzien, ale kazdy dzien sie zamienia we wlasnie taki. smutne dni, gorycz, melancholia wstrzykiwana prosto w nasze serca – jednym slowem wole głupawkę i debilną radość niż to masochistyczne użalanie
end
i spadam sie zabawić
w nocy przejechałem z wawy do kłodzka. uwielbiam jezdzic w nocy, sluchać rozmów w radio, wyznań alkoholików, przebojów zza czeskiej granicy (w okolicach nysy da sie stacje złapac czeskie), radiomaryjazetrfmplustrojka – wszystko w jedno sie zbija.
w kłodzku piękne słonce, byczę się.
yo
dochodzę do tego że wiem co mam robić. “klocki lego” (mam ich niewiele jak w latach 80tych, pareset klockow wiedzy nie więcej, ale przychodzą nowe) składają się w jakąś mgliście sensowną, ale o wyraźnych konturach RZECZ.
wyrwane z kontekstu 80 sekund mojego zycia na napisanie tej notki
niemogesiezebracniemogesiezebrac
8.00, 9.43, 10.13 no i w koncu 12.12 wstaję
słońce w ryj
niemogesiezebracniemogesiezebrac
wysprzątać? odpisać na maile? opisać zdjęcia?
o piękny dzień może pójdę zrobić zdjęcia?
niee. najpierw kawa. komp. maile, postaci na gg i icq, rozmowy, plany
notes. zapisać, zanotować, opracować strategie
kawa. hm… jeszcze jedna ok.
mp3, zapuszczam, mano negra. nakręca mnie
juz 13.12. hm… moze wysprzątam mieszkanie? stopy się kleją do podłogi zalanej sokiem z czarnej porzeczki
13.13
dzień jeszcze przede mną wiec moze coś zdziałam
16.42
nie zdzialalem za wiele. ale odbylem wiele interesujacych rozmow telefonicznych. zycie na kablu, w ekraniku kierwa.
uwielbiam długie cienie na popękanych chodnikach, słoneczne swiatło wlewające się przez witryny sklepów, zółtoniebieskie chmury nad warszawą
szukam historii, książki opowiadnia wspoleczesngo, dziejącego się w polskim mieście, teraz i TU. BARDZO. prosze o kontakt.

jest jesień zaraz zima i deprecha, więc trza łapać swiatło….
więc nowy cykl przez parę dni…
oszczędzać, pieniądze które zarabiałem znikały w tajemiczych okolicznosciach na pierdoły, połowa października, wkrótce jesienna deprecha dopadnie masy rodaków, trzeba bedzie uciekać
trza więc gromadzić fundusze, czytac książki, opracować gryplan

Dziś zacząłem coś innego. Od dziś zmieniają się reguły tego fotoblogusia. Teraz będą tematy – kontynuowane przez jakiś czas, przez pare dni, jeden tydzien – jeden temat, cykl, pomysł.
Bieżący cykl – ludzie których dziś spotkałem – akurat zaczynam od bedura, z którym akurat bakaliśmy z wieczora i wtedy mi pomysł się nasunął
no i tyle….
to ja. znam siebie chyba na tyle aby zdać sobie sprawe tak szczerze jak wiele nie wiem jak wiele nie umiem, jak duzo muszę się nauczyć.
w końcu dochodzę do wniosków jak działac co robic, plik ideas.txt zapełnia sie i ma z 20 kb, czyli jest dobrze
własnie sie zakonczył pokaz Koyanisqatsi w Muranowie gdzie puszczalem na duzym ekranie slabej jakosci swoje zdjecia, mam nadzieje ze na masali 15 listopada w punkcie (wawa) bedzie lepiej – tamze zapuszcze prawie 2 godziny zmontowanych zdjec i video z indii i nepalu, zaprszaammm./.
tyle. wino uderzyło do głowy, znów chce w droge, znów chcę poczuć TO.
wracają różni znajomi, wracają z wakacji, z wyjazdow, z zagranicy, zewsząd, są podekscytowani, podjarani maja naladowane baterie… ale za chwile….
czytam Kapuścińskiego – ale ma człowiek moc. Tym razem zbiór wyrwanych myśli Kapusty z wielu wywiadów jakie dał. Znamienna rzecz – możesz otworzyć tą książkę na jakiejkolwiek stronie, przeczytać akapit, zdanie – podobnie jak w innych książkach przez niego napisanych, w szczegolności w LAPIDARIACH.
10 rano. środa. dni zbijają się w jedną całość. nie jestem jeszcze dobrze poukładany, np. aby mieć czas polecieć gdzieś na tydzień (i mieć na to kase) naładować baterie i wrócić na pole warszawskiej bitwy o “cośtam”. Na szczęscie marny ze mnie fajter i nie posłuże jako mięso armatnie. ;)
Montuje slajdowisko z Indii i Nepalu. Do zobaczenia w piatęk jako zapchajdziury na pewnej imprezie w Muranowie. Szkoda ze tylko wejscie na zaproszenia, których nie mam (już). Tutaj info
…
ale mam nadzieje zbiorę tyle mocy aby coś takiego zoorganizować samodzielnie (tzn. pokaz zdjecia + urywki filmów)
yo
ehh cisnienie w miescie, w glowie i w roznych sprawach. jutro spadam na pomorze, aby wrocic tego samego dnia, wariactwo
blog nie sluzy juz do niczego jak tylko do informowania znajomych, przyjaciol, rodziny co sie u mnie dzieje.
nie ma przemyslen, nie czuje sie na silach aby usiasc i naskrobac cos tutaj, z drugiej strony nie ma sensu zamykanie bloga, bo po co – przyda sie znow wkrotce…
zaczął się kiepawo, najpierw problem na stacji benzynowej (pieprzony bank zapodaje zaksiegowane sumy do bankomatow dopiero po 12 w poludnie, dzien po operacji), spedzilem wiec 40 minut w kolejce w banku, aby oddac kase na stacji benzynowej i odebrac zastawioną komórkę.
potem 2 godziny w korkach… masakra, wypadki, karetki nie mogące przejechac, i pieprzeni taksiarze
sprzątanie w nowym studio, telefony, praca
no i okazało sie ze nie moge isc spac, bo nagla robota a od 6 rano na plan jakies reklamowki zdjecia robic…
ale dzieje sie i jest fajnie
ajt

zdjecia – adomasa aparatem, robili chyba wszyscy… yo!
dobra impreza, i adekwatnie dobry kac
czyli wernisaz radka polaka
wiecej takich imprez
aaa…
no niezly film, znakomity Edek Norton, jeszcze fajniejsza jego dupencja w filmie. Spajk Li Dżoint tym razem uderzył bardzo pompatycznie, 1109, wtc, duzo tu Nju Jorku (zreszta nie narzekałem, Spike jak malo kto potrafi pokazac co nie co)
znakomity montaz, troche muzyka wkurwiajaca, nachalnie wrecz kompozytor wkrecal klimat oglądaczowi, suma sumarum, warto jednak zobaczyc
…
zabijają mnie drobiazgi, papierki, wyjscia na poczte, wysylanie maili, jezdzenie po miescie w gownianych spawach, no i jeszcze los mieszkania w ktorym mieszkam, czuje za soba cień syndyka i chcac nie chcac trza sie wkrecac w sprawy upadłosci spoldzielni mieszkaniowej, moich sasiadow, papierkow, sadow, i innych….
…
miasto noc deszcz – 5 osob wbitych w puszke peszota, miło
…
wymyslilem (po raz nie wiem ktory) ze zaczne znow chodzic na basenik, niech kondyncja wraca, dni spedzone przed kompem daja sie we znaki
…
i tyle
jeszcze raz ponawiam ogloszenie o sprzedazy:
canon d60 – 5000 zeta (ale juz jest nowa migawka, matowka, czyszczenie i gwarancja od canona na pol roku na te rzeczy)
canon eos 3 – 3000 (po przegladzie, ma zdarte napisy canon i eos3 ale dziala swietnie)
canon 20mm 2.8 USM – 1500
sigma 105mm 2.8 macro – 1250
ceny jak najbardziej negocjowalne, musze sie spieszyc…
rzucilo mnie do wroclawia
a potem do klodzka
a dzis do wawy z powrotem
jest pieknie, w tym miesiacu, lato wrocilo, jezdze po kotlinie
i nie chce mi sie nic pisac
yo
duzo sie dzieje, oczywiscie, i znow w tym caly amoku, duzodziejstwie, wybieram chwile aby cos napisac, nowa notka, zapis i urywek z calych 24 godzin
“10 minut pozniej: trąbka” – genialny film, no moze za duzo powiedziane, ale swietny, wczoraj premiera w muranowie, pare milych chwil i 7 doskonaych 10 minutowych nowelek.
o CZASIE.
ktorego gwarantuje, nikt nie straci ogladajac ten film.
aaaa. moge krzyknąć?
staram sie wlasnie zlozyc jakies sensowne portolfio ktore se wydrukuje i bede sie nim zaslanial… hm.. no wlasnie – wybor, jak ulozyc, zlozyc, w jakas sensowna calosc. nie wychodzi – wydaja mi sie jakies nijaki i bezsensowne.
czasem mysle ze fajnie maja te typy co robia zdjecia tylko i wylacznie koni, czy tez samolotow, czy tez robakow. zawezaja pole dzialania i sie w tym specjalizuja. ja stety/niestety tak nie potrafie. i tym samym mam pierdyliard do entej zdjec kazde z innej mańki. help!
dymi, burza w czaszce, pomysly na kartke, pomysl na zycie sie wdraza w rzeczywistosc
jedyna przeszkoda jest brak organizacji, ale z tym u mnie coraz lepiej, nawet dobrze
przed snem najlepiej i rano i podczas roznych dziwnych spotkan i rozmow, czasem zaluje ze nie mam kartki z soba. bede chyba z dyktafonem chodzil czy cos…
deszcz. cieplejsze ubrania, sandaly w szafie, smierdzace conversy na nogach, nieublaganny znak jesieni,
w tym jest o zmeczeniu.
materialu mozgowego.
nawarstwia sie mnostwo rzeczy, co gorsza sa to pierdoly do zalatwiania, na ktore nie mam czasu, tu zrobic to, tu tamto tu pojsc tam napisac maila.
a gdzie czas na spokojne ogladniecie 3 filmow w kinie, zlapanie inspiracji i zaplanowanie podrozy do Meksyku?
jestem balaganiarzem, u mnie w mieszkaniu syf powstaje w oka mgnieniu, chyba dlatego ze nie mam mebli, wiec wszystko (zarcie, gazety, ubrania) walaja sie po podlodze. oslabia mnie to – ale nie jestem sie w stanie przemoc aby to teraz wysprzatac.
pomyslalem ze zaczne chodzic na basen 3 razyw tygodniu, plywanie uspokaja mnie, bo jak Zu powiedziala na gieldzie w niedziele gadam jak nakrecony italianiec, gestykulujac jak maannnniak
a generalnie to chyba dupy potrzebuje hahaha…
brak czasu wlasciwie aby usiasc i wrzucic jakies sensowne mysli, szybko sie zyje i tyle…
uslyszalem / przeczytalem historie o dzieciakach kladących się w nocy w ciemnych ubraniach na srodkowym pasie jezdni. igraly z losem, szczesciem – liczac ze zaden z samochodow nie zmieni pasa i nie wjezdzie jednemu z nich w mozg.
dzis robilem zdjecia na mistrzostwach polski na cwierc mili. umowilem sie z 2 kolesiami aby przejechali z maksymalna predkoscia kolo siebie a ja lezalem na srodku z aparatem i czekalem na odpowiedni moment…
bardzo przyjemna dawka adrenaliny…
i glupoty hahah
tramwaj 25 na prage, mnostwo ludzi, ociekają wodą, na zewnatrz leje
robie zdjecia
podchodzi do mnie typ (wąsy, kurteczka dzinsowa, 35lat) i pyta “Skąd masz ten aprat?”
ja: “skontowni”
on: “skąd?”
ja: “skontowni”
on: “lepiej go schowaj”
—
takich typow bym po prostu … wiecie co bym z nimi zrobil
ni to tajniak ni to zlodziej ni to kto? generalnie wawa na robienie zdjec w tlumie i reportazow jest niefajnym miastem – powietrze gnije od podejrzliwosci, krzywych min, zlych spojrzen…
tego typa ostatni raz w nyc widzialem… a tu dzis totalnie niespodziewanie w knajpie. lukajta na strone – komus sie moze taka fotografia nie podobac, ale jezeli o mnie chodzi to rispekt, bez wdupowlastwa
piekielny zmeczony poniedzialek. malo spania, powrot z klodzka w nocy… i od razu zejscie. ale juz jest ok.
gameboyzz sesja zespolu takiego co muze tworzy na gameboyach nintendo – wkrotce beda gwiazdami, aha no i graja w warszawie za czas jakis, na poczatku pazdziernika. zdjecia na falowcu i twierdzy w klodzku, czyli tam gdzie sie wychowalem ;)
wiecej zdjec z tego szalonego wieczoru przed i w WBL – kko i wbl
suplement: dzis mi przypomniano ze stasiu to juzek byl.
zajechalem – 10 h w pociagu, ale zdazylem na podwojna tecze nad klodzkim stadionem… leze teraz ze wzdeciem i odpoczywam – ostatnie 2 tygodnie lekko mnie zmeczyly – ale sprawy tocza sa ku dobremu.
no i tyle. zero przemyslen, na temat polityki, muzyki, ksiazek, pogody, wielkosci mojej kupy, filmow, gospodarki i ukladu gwiazd – moze to i dobrze – nie widze siebie w roli goscia spedzajacego cale dnie na forach komentujac wydarzenia z dnia (vide: gazeta czy onet)
mam sredni format i chyba czas sie pozegnac ze starym sprzetem.
ogloszenie na razie testowe i bez ceny ale zeby zakomunikowac, sprzedaje:
canon d60 (nowa matrcya, migawka, bo przegladzie i czyszczeniu)
canon eos 3 (w dobrym stanie, po przegladzie)
canon 50mm 1.4 USM
canon 20mm 2.8 USM
sigma 105mm 2.8 macro
lampa 380ex + kabel offshoe cord
+
pudelka, baterie, ladowarki, filtry, torba, instrukcje, co tam jeszcze znajde
odzywac sie na kontakt i tylko powazne oferty
hho… idzie jesien i swiatlo sie konczy… bardzo niedobrze, trzeba uciekac do cieplych krajow ;) jak jakis bociek
jezdzenie po miescie i wymylanie scenariusza do filmu. za rok nakrece ;)
tymczasem montuje indie ale nie wiem czy beda do nadawania dla ludzi ;)_
podkurwiony od rana. cos mi sie dzieje dzis, mimo ze poniedzialek czy czwartek czy sobota – wszystko mi jedno – ale jakos malo bodżców mnie atakuje – jak sie cos dzieje to jest dobrze, a jak nic to wtedy do dupy… nawet jezeli moge sie polozyc i nic nie robic.
dobra sobota. zabiegi i masaze pieknej masazystki daly rade – stopa ok :L)
ICE STORM czyli Burza Lodowa – film przeze mnie przeoczony, przespany gdy byl w TV. Wczoraj i dzis ogladnalem go dwa razy. Ang Lee, pochodzacy z Taiwanu w zajebisty sposob potrafi przemieszczac sie pomiedzy niuansami kulturowymi, czy tez to pokazuje pieprzoną Anglię w Rowaznej i Romantycznej czy tez Hulka o zielonym obliczu. Ale Burzą Lodową rozwalil mnie na lopatki. Kto nie widzial niech oglada. W skupieniu. Sa rzeczy ktore trzeba sobie zapodawac na spokojnie, powoli, kontemplujac, a uderza ze zdwojaona moca.
—-
LIBERA no i dane mi bylo uczestniczyc w artystycznym przedsiewzieciu :) pozdrawaim ekipe
Sprzedam Canon EOS 30 + 3 obiektywy (Canon USM 28-80 III, Cosina 19-35(!), Sigma 70-300 4.0-5.6 APO Macro Super + 2x Close up lens), pilot bezprzewodowy RC1, torba, filtry. kontakt
dzsiejszy dzien wykreslic nalezy – nie odbieralem fonow, spalem jak zabity z noga w gorze, a z wyborczej gazety dowiedzialem sie ze wlasciciel mojego budynku w ktorym mieszkam zbakrutowal, wiec wkrotce zaczna sie jakies dziwne sprawy.
niewiele zrobilem ale nalezy sie odpocznek
no i wrociłem, pare przygód, w tym nieciekawa ostatnia – ze tez zachcailo mi sie cieplego piwa na stacji gdzies na zadupiu – wpadlem w dziure i tym samym hehe leze z opuchnieta kostka
eeee….
namiastka bycia w drodze. w ostatniej chwili moje zwloki spiace wyskoczyly na stacji w tarnowie, gdzie jak okazalo sie jest NET !! zaraz jade do …. a potem do …. aby wysiasc ….
te kropki oznaczaja ze nie pamietam nazw stacji – wiem ze mam wyladaowac w jakis biesisku czy przydupiu. jest dobrze…
PS.
nie wiem czy robiac jajecznice o 4:45 rano wylaczylem kuchenke elektryczna, w zwiazku z tym zyje w niepewnosci..
dzien pracowity… choc ledwo co sie z lozka zwloklem – na szczescie wpadla m. z kawą i zrobila jajo rzadkie z cebulką…
potem jakies jazdy, wkurzeni kierwcy, upal, jak w kazdy inny poniedzialek..
jutro jade w bieszczady robic reportaz o jakis ludziach co jezdza na koniach, napadaja na pociagi, strzelaja do siebie farbą, wessside jednym slowem. 3 przesiadki pociagowe a potem autobusowe i potem to samo w druga strone. wyluzuje w pociagu….
—
wieczor spedzilem na dwocru centralnym polujac na pewne obiekty z aparatem – dziwne i hardkorowe to miejsce, normnalnie wpadasz na pociag lub z niego wypadasz, kalejdoskop ludzki przed oczami,. inaczej jak jetes w celu poogladania i podglądania zycia – wszytsko uklada sie w pokrecone i chore historie… ale o tym kiedy indziej
Kogo jeszcze “napierdala dziś łeb” ? Z kim nie rozmawiam (jezeli rozmowe przez komunikatory netowe mozna nazwac rozmowa) to kazdy placze i narzeka na glowke. Jak powiedziała moja znajoma “coś wisi w powietrzu” tylko co? spisek? pewnie korea czy jakis inny wróg czy tez alkaida zrzuciła nam “ból w proszku” i teraz wszyscy cierpimy..
miałem dziwny sen – przemycałem marijuane do Indii – tylko po co wozić drewno do lasu? Siedziałem na lotnisku, leciałem z jakimis cieciami, wlasciwie nie chcialem leciec, ale mialem juz bilet, wyjazd byl calkiem bez sensu, bo zostawilem milion rozgrzebanych spraw, no i jeszcze ta gangda i wąchające mnie niemieckie psy na lotnisku gdzies w NRD
ile kuwa jeszcze. ja rozumiem i wiem ze sa ludzie ktorzy potrzebuja dlugich weekendow (niektorzy mowia ze im dluzszy tym lepszy) ale ile mozna.
czuję się jakby mnie zawiesiło gdzies. czas się zatrzymał. piatek – a tu jakby wybuchła bomba co ludzi zmiotla. nikt nie zadzwonil, nie dostalem zadnego maila, lezalem w lozku do 14 snujac plany podboju swiata i pieprzonej ludzkosci
sklepy zamkniete wiec kupilem 6 parowek i zjadlem je popijajac sloikiem musztardy
a potem komp – do usranej polnocy
zycie jest piękne
tak. powinninem zagrac w drugiej częsci idiotów, jak tylko lars znow zechce robić schizowe filmy…
mam faze qqrydzianą – gotuję kolby, jacek sprzedawca z dolu specjalnie codziennie przywozi specjalnie dla mnie pare, bo dresy w moim bloku nie jedzą żarcia dla świń i krów.
ugotowałem pare, ale zostawiłem kuchenke elektryczną na ON, więc .. hehh.. po powrocie z domu (5 h out) zczaiłem ze nie śmierdzi już zgniłym kalafiorem (skisł 3 dni temu, ale zapach został) ale zapodaje spalonym popcornem… dobrze ze nie puściłem chałupy z dymem… jak amerykanie elektrowni – czuję tu rekę osamy i tego drugiego – bin ladena i trzeciego saddama
tyle mój pamiętniczku
…
i wszystko do przodu. dużo pracy i nie mam czasu nawet aby siąść i stuknąć pare zdań. od dziś jestem totalnym satanistą bo wszedłem w posiadanie sprzętu 6×6 cm – czyli rolleiflex 6006 ;) wszystko własciwie zdarzyło się bardzo szybko i nie ma co mówic…. ale jestem happy – wkrótce kompletnie inne i nowe zdjęcia i powrót do kliszy…
mam deja vu deżawi non stop ostatnio – jak tak sie dzieje to z reguły zbiega się to z dobrymi zdarzeniami…
… yo

pożar na kowieńskiej, 4:00 am. dzisiaj. wiedziałem że coś się stanie … haha
OTWORZYŁEM SKLEP z koszulkami – czuje sie jak sprzedawca ze stadionu teraz. taki e-stadion.pl hahah
ciao
PS.
oczywiscie kto chce niech pisze do mnie jezeli ma byc cos na specjalne zamówienie koszulkowe.
i nie tylko
rita
–
poza tym dziś zmeczyłem się bardzo pikniem w lesie i w związku z tym zaliczam zwałkę.

w poprzedniej notce narzekali na brode, wiec polazlem sie ogolic
ezra robil fote. rispekt
i zachrzan, wlasciwie tez nie mam o czym pisac. napisze jak bede mial 70 lat i bede starym pierdzącym pierdzielem
d i g i t a l i f e tutaj filmy , jest nowy

idea: skoczek – nie wiem kto to jest, ale sie wpisal w komentarze i sam sie wylansował
najlepsze kolory letniego pustego miasta, ludzie którzy wracają do domów, nieszczęśnicy jadący do pracy w niedzielny poranek, przysypiający gdzie popadnie, od autobusów po przystanki i okoliczne trawniki.
o warszawie myślę, że byłem i będę
będąc “tam” mówię że jestem
rzadko trafia mi się stan teraźniejszości, tak jak tego niedzielnego poranka.
i w koncu uporałem sie z porządkowaniem zdjęc na dyskach twardych. wiem ze liczy sie jakość nie ilość, ale to drugie jednak mnie przytłoczyło. 25000 zdjęc do druku. Na razie opisałem i skatalogowałem amerykę południową (rok po powrocie ;) … czas krótce na inne i na wrzutkę w agencję.
tropiki w wawie, przenosiny bedura do centrum, śleczenie na kompie, troche pracy i nieustanne rozmowy przez Mirandę – w końcu sie pozbyłem pieprzonego gg , a wraz z nim tez icq.
dzis szabas. wiec chyba czas cos zrobić dla duszy – jednym słowem wyjść z domu i zaimprezować.
3h snu, bardzo dziwnego w dodatku. Sesja o 6 rano. Dzięki G. za tak wczesne wstanie:)
rita3
wsiadłem na rower, zapakowalem sobie na plecy 2 torby ze sprzetem foto i pognalem z pragi pln na chełmską. na MD The Neptunes, The Roots, nowe Radiohead, Nas “I can”, Gus Gus “why” czyli skladanka lipiec 2003. popracowalem troche i wrocilem do domu.
montuje film z Indii i Nepalu. Bardzo szybko to robie. Kiedys slyszalem ze jedną minutę w TV montuje sie godzinę. heh… nie wiem , ale mi sie nie chce. wole fristajl.
daleko byłem od stwierdzenia że nie warto życ, gdy zapuściłem sobie Cassandrę Wilson i zjadłem 3jajo na cabluce popijając kefirem, bezmyślnie gapiąc się w niebo nad Pragą Płn, dziś z rana
Wczoraj w nocy przez okienko obserwowałem farsę. Złodzieje lat 7-12 zajumali 20 worków chipsów przez źle zamknięte okno w sklepie. Oczywiscie byli gliniarze, byli sąsiedzi robiący zdjęcia gówniarzom, ci natomiast wyzywali ich na potęgę, grożąc i dalej kradnąc. Potem jeszcze raz przyszli. Uwieczniłem całość na taśmie. Dla potomnych. Gówniarzą nic nie bedzie nikt ich nie złapie, a newet jezeli to ich wypuszczą. 20 worków chipsów? przeciez to nic takiego… prawda?
A potem z tych gowniarzy wyrosną tacy kolesie jak z dzisiejszej historii.
4:00 rano. Pracuję nad teksem, gadam z innymi pracusiami i insomniakami, tudzież mieszkańsami NYC na icq, wielkie słuchawy na uszach… jest ok. Wtem słysze jakiś hałas. Spogladam przez okno a tu paru typow wynosi TV z mieszkania mojego ulubionego sąsiada ( o którym już pisałem parokrotnie). Zlalalem sprawe. Lecz za chwile znow halas – jebolce wrocili po dalszy łup. Przegonilem ich i wezwalem gliny. Coz chlopaki w mundurkach nawet nie probowali mnie zaskoczyć i zadali mi klasyczne pytania i odpowiedzi: jak wyglądali? – byli w dresach. Gdzie pobiegli? – w prawo, a moze w lewo.
Somsiad na wakacjach – jest typem niekoleżenskim wiec nikomu z innych sasiadów nie zostawił namiarow ani nic. Zostawił tylko otwarte okno.
Padam. Jest 5 rano. Gliniarze zabezpieczaja okno sasiada. Pewnie jeszce beda mi dupe truć, jak nie sasiad to policja jak nie policja to złodzieje. Aaa.. jak ich przeganialem to krzykneli ze zapamiętali też moje mieszkanie. Kurwa – żyć i umrzeć na Pradze Północ.
PS.
a najgorsze w tym wszystkim jest to ze nie wiedziałem ze go nie ma od tygodnia (ze sasiada nie ma) zrobiłbym jakas ciezką impreze bez ceregieli i nikt nie wzywałby policji…
kolejna gorąca niedziela
przed komputerem
___________
ruszyło digitalife.net czyli movieblog czy jakos tam
taaa wielkie arcy adminikastrator alias adminokwas adomas robi dzis impreze na rembertowie. to jest wpizdu.com … lukac u niego
…nie pytac kto bedzie tylko przywiezc odurzacze wszelkiej masci, przetestujemy somsiadow
_________
KTO JEDZIE NA WOODSTOCK?? do żar czy żor?
hehe – po 7 latach w sieci – nadejszla wielkopomna chwyla – mam stale lacze – neosrade – historie jak doszlo do tego zachowam dla siebie – strada była bardzo zawiła i ciężko i okraszona suto biurkracja….
yo :P)
ale tu bedzie mniej
ale za to
więcej wiecej wiecej
momomo
mo
…
po prostu blog jako coś gdzie pieprze o swoich problemach, rzadkich czy też coś tam opisuje stracił za duzo w swojej formie – bedą za to zdjecia i zdjecia + male formy tekstowe.
zreszta co ja sie tlumacze… ajt?
…
bart poleca jimi on the road
[kurde chyba sobie przyznam medal za nadawanie nagłowków do notek]
—
2 dni jak z bycza walnely.
nie ma co pisac
e l d o – sesja na kacu i bez weny, cos tam wyszlo
i cos tam dorzuce jeszcze.
strona mi puchnie znow trzeba bedzie robic porzadek
…
co zrobić aby jeszcze dalej zaczac sie rozwijac , czy to juz koniec?
czuję swąd spalonych ciał, samochodów tonących w lepkim i mientkim asfalcie, pot, pot, nagie ciała….
ja tymczasem przykleilem sie do kompa i kurde wymiekam
bedur mial pecha kurde – chciał bardzo strzelić gola podczas wczorajszego meczu i tak sie stalo niefortunnie ze przez miesiąc bedzie kaleką -
yo

The word “swastika” comes from the Sanskrit svastika – “su” meaning “good,” “asti” meaning “to be,” and “ka” as a suffix.
Until the Nazis used this symbol, the swastika was used by many cultures throughout the past 3,000 years to represent life, sun, power, strength, and good luck.
ten co rano wstaje ten sie wygrubasi
—
zapodali o 2:52 w uadiostacji
—
no niby racja, wiec pojde spac, aby wstac o 7 rano aby sie wygrubasić,
what ever it means
—
j#%#@#na Tpsa – ja juz chce tą j$#@%ną neostradę – ale cóż trza spłacać to co sie na modemku przez lata świetlne nabiło
—
chciałbym dziś przytoczyc cytat z jednego kawałka NWA “fuck the police” ale raczej zleje to bo wyjde na gamonia
dzień jak dzień – niby kupa spraw – tylko kiedy zobacze efekty? a moze nie tego szukam ale czegos innego
no własnie,
odebrałem dziś d60 – wymiana matówki, migawki, czyszczenie matrycy – już dziaała jak nówka – znow zaczynam robić
kto ma jakis pomysł na sesyjke – prosze o kontakt. yo
mózg mi wybuchł jak jakiś islandzki wulkan a potem znalazłem sie w kosmosie.
podczas pierwszego kawałka biegłem przez molo w stronę Szwecji, na przekór wszystkim zmierzającym w stronę sceny gdzie Pani Bjork dawała nam pierwsze dźwięki – ucztę dla oczu i uszu, a przede wszystkim dla duszy. Biegłem aby sie odlac, prosto do morza, bo infrastruktua kiblowa zażenowała mnie, a ludziska stojący pod sceną (tyle czasu bez lania?) zadziwili – pewnie mieli skafandry jak ci w “Diunie”.
***
Rano zapakowaliśmy się w laskowóz z Korei – ja, adomas, laska, gruzja i jędrek – aby dotrzeć po paru godzinach do 3miasta – gdzie Iza i Agnieszka czekały na nas ze wspaniałym śniadaniem (!!!!! aaaa żadne słowa nie oddadzą mojej dźwięcznośći za gościnę).
Plaża, plaża, sopot, lans, księżniczki i książęta lansu, chaosmiczni ludzie. Między tym wszystkim my, w innym wymiarze – dzięki panie Hoffman.
Potem koncert. Brak moich słow. Choć myśli są gdzieś we mnie, ale nie będę ich przelewał na blogusia. Bo po co.
***
Dzięki moja ekipa + Iza i Aga.
Dzięki Brumella + ekipa i Pućka :)
Dzięki Bjork.
ZDJĘCIA – nie ma na nich Bjork – nie jechalem tam robic zdjeć na koncercie
kiedyś mogłem godzinami (i tak czasem było) chodzić ulicami przemoczonej Warszawy. Bez końca, obijąc się o ciała przechodniów zapieprzających do pracy/domu/szkoły/gdzieś. Lubie chodzić nigdzie. W Indiach nie mogli zrozumieć że mozesz tak po prostu iść bez celu przed siebie.
Kiedyś jeszcze dawno temu chodziłem szarymi ulicami, nie było jeszcze tak kolorowo, nie było tych wszystkich kafejek, były tylko nędzne budy z żarciem i piwem. Nawet chyba nie robiłem zdjęć, wtedy, na pewno – coś tam może nie wiele – jeden film na miesiąc z którego stukałem wszystkie odbitki – te zdjecia które już są historią pokazują miasto bez wyrazu. zalegają w albumach pieczołowice ustawionych na szafce z pieprzonej ikei.
Kiedyś mogłem tak godzinami i nikogo znajomego – byłem niewidzialny. Kompletnie i całkowicie. Jedyne słowa wypowiadałem do sprzedawczyń w kiosku czy … ej nie ma czy – to były tylko sprzedawczynie.
Teraz
dziś
miasto się zmniejszyło, nie przeraża tak, nie nazywam go pieprzona warszawka
choć wciąz jest i bedzie popieprzone
co chwile wpadam na kogos z kim mozna zamienic slowo, wejsc na kawe, pojsc dalej, oblukac stare i nowe gazety w empiku, popatrzec na najbardziej zajebiste chumury i kosmiczne laseczki
i tez czasu mniej i czasem większe nerwy
ale co tam
PS
znów byłem gueboki
nastroju można by było pisac gadac wkrecac
dzieki nim czuję że żyję – nie można przecie być szanowni państwo na wyżowym haju non stop
eee…
zaraz jutro pojutrze minie ale znow przyjdzie.
nastepnym razem napisze o zwątpieniu
i o radości i o
There’re some photos – as a part of my stupid project – A room with a view. I shot people thru my room’s window – Praga Północ, Warszawa
bardzo przyjemniaście, po cięzkim dniu poprzemieszczać się w miescie stolicznym, bezalko, ofkors nie ;)
oddalem cyfrowe oko do czyszczenia – zdjęcia na złomowisku troche go przykurzyły….
ej co tu więcej pisać – nie będę tego robił za często – przejrzałem ostatnie pare lat bloga – heeh – przydają się – człowiek sie uczy na błędach (o ktorych może przeczytac we wlasnym blogu)
ciao

Scena gdy polska Trinity probóje się polączyć z dresiarzem Neo.
lokalizacja: Praga Północ, Warszawa

dziękuje operatorom satelity Bajkoknur CCCP za udostepnienie zdjecia Wisły i brzegów Warszawy
ejj.. były i są blogi, fotoblogi, pveki, i wogole inne komiksy – teraz czas na MOVIEBLOGA – juz wkrótce na ekranach waszych pięknych monitorków
Bogu za to ze nie dał mi głosu a rodzicom ze nie wysłali mnie do poznanskich kurde słowików…. ;)
…
dziś dzień w którym odwiedziła mnie Telewizja Polsat, Braum, sąsiedzi (jakies zebranie czy cos w sprawie braku cieplej wody).
przez cały dzień próbowałem wyjść z domu, ale się wkręciłem w dysk twardy i nie wyszedłem – a na pradze duzo sie dzieje – Art Praga, dresy i sztuka, tanie wino i pijane kobiety, kabanosy w warzywniaku, FRANCUZI ??, videoartsztuka, lans i w ogole
srena wena – jak zwykle – w czasie gdy najbardziej potrzebna – szmata, gdzies uciekła
ej./.
musze zrobic nowe dizajny, poukladac zdjecia na stronie – ma ktos jakis genialny pomysl jak to zrobic? z miłą chęcią ukradne ideę.
…
ostatnie dni pracowite i imprezowe – a 12 lipca wyprawa nad morze :)
niedziela na polach mo’ kot ofskich – powrót do korzonków czyli eos 3, t-max 100, 50mm.
dzień się ciągnie – generalnie jest pozytywnie bardzo. ahoj
daje dziwne uczucie stanu oderwania od rzeczywistości pomieszanym ze wstydem i winną. nieodebrane telefony, olane rzeczy, stracony dzien – ale czy to takie ważne? najwazniejsze jest dobre samopoczucie….
Dzis od rana sesja dla Izy i Pawła – dwojga młodych cudownych ludzi co sie przez bloga poznali – Ado Mas był świadek – zdjecia i relacja spec. korespondenta z szeratona (oczywiscie rywalizuje na tym polu z panią z Twojego Stajla….) juz wkrotce..
…
lato w miescie – nie bedzie tak nieciekawie jak niektorzy mysla ze bedzie…
jutro bedzie wtorek, potem wiadomo co
i co z tego?
mogłbym napisać
“6 rano, poranna kawa, nowy dzień filmu w którym biore udział. Ten film trwa już 9885 dni. Czyli wkróte pierwsze 10000″
ale ponoć mówienie że zycie to film czy teatr i vice versa jest już zbyt banalne i nie należy używać takich metafor-fetamor
…
czyli 23 pazdziernika 2003 obchodze dziesięciotysiaczka ;) – nie lubie urodzin obchodzić – ale taka okazja nie zdarza sie często, ajt?
intesywny
ciekawy
inspirujący
długi
szarokolorowy
dzień
zakończony lektura wyborczej w mcdonaldzie przy rondzie babka o 23:55 (za 5 minut zamykamy, prosze jeść szybciej te zimne frytki)
całą noc przerzucałem foty z Indii…. ziew..
popołudniu postanowiłem posprzątać.
nic mnie nie wkurwia jak KURZ – lubie nieład artystyczny ale ciężka i gruba warstwa kurzu na wszystkim , błyskawicznie osiadajaca chwile po sprzątaniu jest czymś nieznośnym

W moim ogrodzie, gdzie czas leniwy powolną strugą płynął wytrwale
W moim ogrodzie, gdzie jeszcze nigdy tak dawno słów przyjaznych parę
W moim ogrodzie, gdzie smutek gościł, gdzie gorzkie dni i gorzkie noce
W moim ogrodzie, gdzie samotności nikt nie rozjaśniał, gdzie nigdy dotąd
W moim ogrodzie, gdzie długa zima zmroziła wszystkie ciepłe uczucia
W moim ogrodzie, gdzie strumień źródła zastygł w bezruchu, a czas umyka
Aż pewnej nocy puściły lody, ogrodu serce mocniej zabiło
Przyszłaś, nabrałaś źródlanej wody i napoiłaś, a wszystko ożyło
Byłaś tak śliczna niczym poranek niczym wiosenny kwiat jabłoni
I nie zapomnę nigdy tej chwili, gdy dłoń dotknęła twojej dłoni
I nie zapomnę tych chwil radosnych, kiedy nie mogąc wydobyć słowa
Z zapartym tchem patrzyłem ci w oczy, tak trwała nasza bez słów rozmowa
Ja twoje włosy dotykałem ukradkiem, ty zamyślona z pochyloną głową
Byłaś mi jak prześliczna nimfa, co się przegląda nad tafli wodą
I choć tak blisko byłaś przy mnie, choć twoje oczy śmiały się do mnie
Doprawdy niczego nie jestem pewien, co czułaś wtedy,
czy jestem wart wspomnień?
Daab.
—
Znow sie wkręcam w lata 80te i te genialne teksty i muze, czasem wtedy robioną….. aaaa
…
Ogród w Pokharze, Nepal
Dzisiejszy WPROST nieudolnie przedrukowuje artek z New York Times’a – o photoblogach – a sorry, nie mamy w Polsce naszych photoblogow? (np. mój czy pozytywa czy tez photoskuad czy lui cala masa innych? (moze zrobie linkownice photoblogow polskich ? hm????
“oo fajny temat wiec przetlumaczmy i puśćmy czytelnikom” – bez wchodzenia głebiej i szukania w innych miejscach…
ehhh…
pomysł aby wracać do wawy w tym samym momencie gdy wszyscy z “dlugiego uikendu” wracaja odpadł.
wciąż w kłodzku, przeciągając się, powoli zbieram graty
wieczorem warszawa
ekhm… 4 tablety rozpuszczone w wodzie na dobry początek dnia. kac kupa i te rzeczy…
rano o wschodzie słońca zasuwałem przez łąkę na moim starym osiedlu. było tak sentymentalnie aż sie prawie rozkleiłem. no ale weź się w gaaaarść, bart;)
dobry dzień, dobrzy ludzie, dobra muza, dobrze było
strefa.smroku – o je. ixus mojej sister to cudna zabawka, ale nie na iso400;)
…
lukajcie też tutaj i może zczaicie o co chodzi bo ja czasem nie czaje –> STREFA.NG.PL
coraz dziwniejsze. z dnia na dzien śnię coraz intenstywniej. przez to mimowolnie śpię więcej niż potrzeba. Prawdopodbnie jest to kwestia zmiany żarcia. Sam nie wiem. Rano budze sie na poranne siknięcie, spogladam na pustą i zamgloną ulicę przy kłodzkim stadionie i wracam śnić dalej. dialogi i rozmowy ktore prowadze z wyśnionymi ale prawdziwymi osobami przenoszą mi się na rzeczywistość więc deja vu nonstop.
pierwszy dzień lata. jak dla mnie to będzie kolejne szalone “summer in the city” – mam jednak działać intensywnie i bez ściem.
w poniedzialek rano, czy w niedziele wieczorem spadowa do wielkiej warszawskiej dziury…
czyli b.art.pl – photoblog powrócił – codziennie nowa fota…
tymczasem w kłodzku pora monsumu. leze, gryze psa, czytam Anais Nin “Deltę”, jem pierdotworcze jedzenie, ale jakie samokowite.
ale to jeszcze nie wszystko… padam ze zmeczenia…
Ogladam zdjecia. Nieostre, zamazane, bez przylozenia sie, wymagam najwiekszej krytyki – coz – zjebalem az milo cala sprawe – musze jeszcze raz usiasc wybrac te najlepsze – probowac publikowac i zapomniec o calej sprawie – spojrzec na przyszlosc – myslenie, nauka, czysty i kreatywny umysl – tego potrzeba – no i przegnanie lenia…
Impreza w hotelu Yes Please trwala, gdy otworzyly sie drzwi i wszedl pacjent z recepcji aby poinfo mnie o taksowce na lotnisko szczekajacej na mnie, yes please…
Taksi, półprzytomny na lotnisku, nędzne żarcie w sowieckim samolocie.
Szemeretiewo. 12 godzin czekania na LOT do Warszawy. Beton, spanie przy kiblu, potem samolot, dobre jedzenie, gazety polskie (nie GAZETA POLSKA)
Potem ekipa i sruu do domciu na Pragie Pln… dzieki za przywitanie kochani.. :)
+
rachunki, bzdety, telefon (jak sie to obsluguje?), porzadek, pranie, no i poczatek zajmowania sie zdjeciowkami – dysk twardy kopiowal sie 6 godzin prawie. 15 gigabajtow zdjec z Indii i Nepalu.
Jutro pojutrze nowe galerie – tez takie wgladowe…
wracam do domu…
2 miesiace i 5 dni – to niewiele – ale swoje przezylem
dzieki za komentarze, i ogromne wsparcie
yo. :)
przed nimi nie uciekniesz.
16 razy wylewalem kubel “zimnej” wody na siebie. W nocy. Wiatrak tylko mielil wciaz gorace powietrze, ktore wydawalo sie byc geste i lepkie. Tej nocy wypilem 3 litry mineralniej, litr Limki (cos jak fanta cytrynowa) i butle kokakoli.
Nie wiem jak mozna zyc w takim klimacie – blogoslawie nasz umiarkowany klimat – wole kontynentalny niz pol roku upalow a potem pol roku deszczu – czy cos w tym rodzaju…
Dzis zakupy – pojechalem wiec na Chowdi Fucking Chowk (stare miasto) – idioci rykszarze oczywiscie chcieli mnie zawiesc w pare miejsc, pokazac dziela sztuki i inne (przy cenie 50 rupii z Paharganj). To stary system. Rykszarze dostaja kase od wlascicieli sklepow za przywiezienie klienta. Ok. Jakbym mial czas i cierpliwosc to 2 godziny z radoscia spedzilbym jezdzac od sklepu do sklepu, zanim dojechalbym do celu. I tym samym nie zaplacilbym nic i oczywiscie nic nie kupil. Just look – a rykszarz dostaje kase. Placi wiec sprzedawca.
Goscie nie wiedza ze stalem sie nienormalnie asertywny, cholernie niemily dla wszelkiego rodzaju kretaczy i sciemniaczy. Przejechalem wiec pol drogi gdy kolesie na sile chcieli mnie zaprowadzic do sklepu. Wyszedlem wiec z rykszy i wsiadlem do nastepnej – a gnoj ktory wsiadl ze mna do rykszy (zbieral kase od sklepikarzy) prawie dostal w ryj, mowiac brzydko.
….
delegacja wyjezdza po mnie na lotnisko.
home sweet home wkrotce
yo
W Polsce czy gdziekolwiek w nudnych krajach polnocy, tzw. cywylizowanych, tudziez nalezacych do unii ewropejskiej (jes jes !), podroz autobusem czy pociagiem odbywa sie bez wiekszego walenia gruchy, nie za duzo podniecania sie, kupujesz bilet na 5 minut przed wyjazdem, wsiadasz do pociagu i jedziesz. W krajach “egzotycznych” (choc krajow egzotycznych jest wiecej niz cywilizowanych – wiec te cywilizowane sa egzotyczne, bo w mniejszosci) kazda podroz jest “ostatnim tripem”, podroza w nieznane, wielogodzinna odyseja, lzy sie leja, rodzina sie zegna, wasaty hindus jedzie na delegacje do Wielkiego Miasta. Autobus nigdy nie odjezdzaja i przyjezdzaja o czasie (ale i tez potem w drodze nigdy nie czeka na pasazerow co w kibelku przykucneli na dluzej, aby lewa reka popracowac – tym samym “Buses in India never wait, always late”). Wszyscy sie na autobus spozniaja, dlugo laduja bagaze i inny dobytek na dach, dlugo wyklocaja sie o miejsca, walcza do upadlego o nobilitujaca miejscowke blisko kierowcy, gdzie nie rzuca tak bardzo i tak bardzo nie chce sie rzygac. Pozegnania, lzy, ostatnia szluga, poklepywanie po plecach, i jeszcze cos tam, wskakiwanie do autobusu, ktory juz juz osiaga predkosc przelotowa (40 km/h).
Autobus z Kaszmiru do Srinagaru. Oczywiscie sprawy mialy sie podobnie. 40 wasatych i brodatych czytelnikow Koranu zasiadlo w wraz ze mna w calkiem luxusowym . Oj i nawet Osama sie zalapal. Tylko wersja “young” – w dresie, bejsbolowie, pumpiastych gatkach, sandalach i bialych skarpetak frote.
1 kobieta (slownie: jedna). Pozostaje mi tylko ogladac reklamy cocacoli gdzie prezy piers calkiem calkiem apetyczna hinduska (ale jak wczesniej wspominalem nie widac takich na ulicach).
Podroz 27 godzin minela calkiem szybko. 5 przystankow (sniadanie przespalem), dwa siedzenia tylko dla mnie – wiec sie rozlozylem i po raz ktorys z rzedu przesluchalem wszystkie minidiski jakie mialem.
Posilki na przystankach rzadowych – tylko i wylacznie dla tej lini autobusowej J&KSR – dopiero po jakims czasie przywyczailem sie do charkania – po kazdym wyjsciu z autobusow pacjenci oczyszczali swoje pluca poprzez dlugie i maksymalnie glosne wciaganie i spluwanie. Jednemu raz sie nie udalo, zahlysna sie kulminacyjnym charkiem i niestety musial pozegnac sie z obiadem (ryz, dal, warzywa).
…
Bedac po raz drugi w Delhi juz lepiej sie orientuje o co biega w calym tym syfie. Wiem gdzie spac, jesc, ile za ryksze. Czuje sie wiec calkiem dobrze i humor dopisuje…
…
Tradycja religia przeszlosc maja ogromny wplyw na pop kulture i w ogole nie tylko pop. Kino, TV, teatr, muza, reklamy zachodnich produktow, napojow, gazety, kolorowe magazyny – wszystko co cie otacza jest tylko hinduskie i tylko i wylacznie. Czytam o uderzeniu marketinowym MATRIXA wszedzie na swiecie – hehe – nie w Indiach. Tutaj obecnie rzadzi horror Bhoot i jeszcze cos tam. 2 godziny wlepialem slipia w TV – MTV – tylko i wylacznie hinduska pop muza, na jedno kopytko – zero urozmaicenia (no chociazby polski hiphop czy finski black-doom-death metal – nic z tych rzeczy).
Osobiscie nie wyobrazam sobie zeby w polsce meczyli cepelie 24/7 w mediach, na ulicy, wszedzie. Np. “Stara Basn” – 1000 odcinkow przez 7 lat. Czy tez religijne bzdety czy na ten przyklad gorale i kaszuby non stop w TV. Plus typowo polskie drinki. Zero zachodnich wplywow.
Hindusi sprawiaja wrazenie jakby totalnie im to wystarczalo. Mahabharata – non stop. Ale z drugiej strony maja za soba tysiace lat tradycji, historii plus niesamowite wplywy zewszad. A Polaczki? Ruscy, NIemcy, troche Szwedow i Turkow. That’s all, folks…
kurwa
czasem czlowiek czasami wie, nawet nie odnosi wrazenie, po prostu wie – ze wyparowal – ponoc skladamy sie z wody i czegos tam jeszcze – wiec ta woda wyparowala
poza tym – dzis wszyscy staraja sie zrobic mnie w konia, wiec ja ich robie – stara zabawa, jak za dawnych czasow (czytaj 2 miesiace temu) – nie daje sie wiec – ale jestem juz okropnie znudzony pytaniami “jak mi sie indie podobaja” i “ile dni tu spedzilem” i “are you married?” i czy lubie kurde jedzenie w Indiach. O jee. :) POszedlem do McDonalda – z reguly jak jestem w jakims hardkorowym miejscu i chce sobie usiasc i pojsc do kibelka – to Mc’s jest dobrym miejscem – klima, cicho, spokojnie, mozna szejka zmeczyc. Nic podobnego – Na connaught place masakra – klima wysiadla, zabraklo lodu, sprzedaja mokre fryty – czym predzej zapakowalem sie w ryksze i wrocilem do enklawy gdzie zamierzam przesiedziec do wieczora.
czas na zakupy (musze sie psychiczne przygotowac – ciezkie boje i targowanie)
no i jeszcze pare zdjec do zrobienia…
Podrozy autobusem z Kaszmiru. Znow jestem w miescie ktore wyglada jak Nowy Jork po zagladzie nuklearnej – przezyly tylko karaluchy i ludzie mutanty.
Delhi. 40 stopni. Smog. Szarosc pomieszana z dziwnym slonecznym swiatlem. Tyle do sfotografowania.
Wracam w niedziele.
Tylko prawda sama w sobie moze byc dziwniejsza niz fikcja.
Czas zatrzymal sie gdzies na przelomie lat 80 i 90tych. Siedze oblozony starymi magazynami znalezionymi w szafie. India Times, Cosmopolitan, wloskie brukowce – przezywam bardzo klasyczne zdjecia paparazzich z Francuskiej Riwiery, ogladam kiczowate reklamy produktow z tamtych czasow – np. drewniane magnetowidy z poczatku lat 80-tych czy tez Roman Polanski reklamujacy meble w przyciasnym garniaku. Czas zatrzymal sie w Kaszmirze – to slady ostatnich turystow ktorzy nawidzali Doline w tamtych czasach. Przegladam ksiege gosci – od 1998 roku bylo tu okolo 120 zagranicznych turystow (na lodzi Golden Lily). To naprawde niewiele.
Teraz pusto. Czujesz sie jak zakladnik. Brak informacji – trudno je wydobyc od lokalnych ludzi – ktorzy sluza wtedy gdy wykupisz u nich “wycieczke”. Nie ma przewodnika – co moze byc czasem zbawieniem, bo odkrywasz miejscowki samodzielnie.
Wszystko sie pocharzanilo jakis czas temu. Kaszmir nigdy nie byl pod kontrola Brytyjczykow (nie mogli posiadac ziemi, stad tez sie wziely domy na lodziach – Brytole pierwsi na to wpadli, niemogoc posiadac ziemi stworza sobie “male Zjednoczone Krolewstwo” na jeziorze Dal), kraina rzadzil Radza. W 1948 roku mial zdecydowac czy Kaszmir przylaczy sie do Pakistanu czy tez Indii. Pewnie palil za duzo opium bo za cholere nie mogl podjac decyzji. Powstal spor pomiedzy rzadami Indii i Pakistanu. Zawila historia, nie bede jej calej przytaczal. W kazdym razie 2/3 kaszmiru sa pod kontrola Indii, zas polnoca jego czesc znajduje sie w rekach Pakistanu. Konflikt byl zawsze od tego czasu najwazniejsza sprawa w stosunkach pomiedzy dwoma krajami. W 1989 doszlo do machlojek politycznych, konflikt urosl do niebotycznych rozmiarow, w tym samym czasie w gorach otaczajacych doline i przy linii demarkacyjnej dzielacej Kaszmir Indysjki od jego pakistanskiej czesci zbroily sie ugrupowania paramilitarne, szkolone w Pakistanie. jajaaj… dobra zapedzilem sie w polityke… mniejsza…
wiec.. naparzaja sie, w imie bomb atomowych, chorych ambicji, olewajac ludzi, znaczac teren krwia tysiecy ludzi od poczatku konfliktu…. fuck it
…
Dlugowlosy rykszarz pedzil uliczkami Srinagaru. Sluchal starej tasmy Midnight Oil, dziwnie pasowala ta muza do otaczajacego mnie swiat, dziwnie, ale pasowala. Tlumy ludzi, dumnych twarzy, zebrzacych spoza miasta, wasatych zolnierzykow czujnie oberwujacych okolice, kobiety w czodarach, dzieciaki nudzace sie w te niedzielne wczesne popoludnie.
Wysiadlem pod Dzama Madzit (nie wiem jak to sie pisze, wiec zapodaje fonetycznie), ogromnym drewnianym meczetem, ponoc najwiekszym tego typu w Indiach. Lecz co nie trafiam do jakies swiatyni, kosciola meczetu zawsze trwa tam pernamentny remont. Why like this?
Ulice starego miasta, waskie, wija sie i klucza. Przejscia pomiedzy starymi drewnianymi budynkami, wysokimi na pare pieter (balkony wygladaja tak jakby zaraz mialy sie zawalic), prowadza w coraz w nowe miejsca. bez mapy jest calkiem fajnie, jak w grze komputerowej. Pusto, niedziela. Mieszczuchy wyjechali nad jezioro czy w gory, a ci co nie mogli, nudza sie w domach czy tez siedza na ulicy. Poza tym okres wesel – trafilem na trzy przynajmniej. Jedno na jeziorze, tuz kolo mojej lodzi, dwa inne w miescie. Jedno od strony kuchni obczailem. 25-30 kuchcikow wrzucalo do garow lezacych na ubitej ziemi, tluste kawalki miesa, dal, sosy, smazone sabzi (warzywa).
Jest bardzo goraco. Wieczorem niechybnie spadnie deszcz. Szare chumry, rozproszone swiatlo – doskonaly czas aby robic portrety typom na ulicy. Brodaci starcy, Hinduscy zolnierze, straznicy meczetow, dzieci. Kobiety – trudna sprawa, albo w czodarze, albo sie wstydza machaja lapami, chichotaja i uciekaja. Mam kuwa urok osobisty , heheheh
Zatrzymalem sie w sklepie z artykulami miedzianymi, dziadek brodaty zaprosil mnie na herbate i na bakanie z fajki wodnej, myslalem ze tyton, jak w nargili, no coz po chwili mialem opimowa jazde i odurzony diabelska moca wrocilem do hotelu.
Snilo mi sie ze ogromne trzesnienie ziemi nawiedzilo planete. Bylem w Indiach, domy, ludzie zapadali sie w czelusc gdzie czerwono czarna lawa wartka rzeka plynela. O dziwo tv, net dzialaly wiec wkrotce skumalem ze trzesienie jest wszedzie, oprocz paru miejsc. Dokladnie pamietam mape, cala Azja, Stany, pol ameryki pld, zachodania Europa (ucieszylem sie ze nasz piekny kraj ocalal). Potem tych ktorzy ocaleli zabrano do jakiegos dziwnego domu ktory unosil sie w powietrzu. Totalna masakra. Obudzilem sie gdy zaczal padac deszcz, a lodz z weselnikami odplynela. Wieczorem slychaj bylo strzaly, i wybuch. Rano powiedzieli ze to pekla opona ciezarowki a strzaly to fajerwerki.
Tuz przed switem obudzili mnie modlacy mamroczacy mruczacy dudniacy muzulmanie z meczetu – nie wiem ktorego, jest ich tyle.
W nocy zasypiam przy dzwiekach TV z drugiej lodzi – maja kablowke i jakies ejczbio wiec mecza ile wlezie.
Moj pusty umysl przestal produkowac zdania, juz nie mam sily pisac ze cos tam ze bylem tu i tam. Wpadlem w rutyne i dlatego niewiele pisze, bo to malo interesujace. Starzejemy sie. Ja i blog. I naprawde nie jest tak jak z winem, im strasze tym… ;)
Wodny Srinagar to setki, moze tysiace, lodzi, domow na palach, sztucznych i prawdziwych wysepek. Sa sklepy, telefony, elektrycznosc, brakuje tylko knajpek z prawdziwego zdarzenia i Internetu. Latwo mozna sie zgubic w platanine wodnych uliczek.
Codziennie 3-4 godziny spedzam w shikarze (waska, chybotliwa i dluga lodz wioslowa) podgladajac ludzi, lub tez wylegujac sie w slonu. Oczywiscie nie jestes sam – co chwile podplywa “sklep” w ktorym kupisz wszystko co do przezycia potrzeba od papieru toaletowego po skorzane wyroby czy tez haszysz, opium i inne. Czasem jak sie rozgladniesz wokolo zauwazysz krazace duze shikary z kabina wylazona poduszkami, na ktorych leza brodaci i wasaci dzentelmeni – w pozycji Roberta de Niro z poczatowych scen “Dawno temu w Ameryce” – upaleni opium, schowani przed swiatem, w wodnych pojazdach kierowanych przez milczacych “murzynow”.
Mieszkam na lodzi schowanej Golden Lily – rodzina Bashira jest bardzo spoko. Za 200 rupiakow mam nocleg, sniadanie i ogromna kolacje + hektolitry kaszmirskiej herbaty.
Jednym slowem sielanka.
Miasto wyglada inaczej. Czyste ulice, za nic nie wygladaja jak ulice innych hinduskich miast. Nowa czesc miasta jest w miare normalna – czyli nikt nie zwraca uwagi, natomiast stare miasto pelne jest podejrzliwych i ciekawskich twarzy lustrujacych mnie jak tylko przymierzam okolice.
Wciaz napotykam sie na wojskowe oddzialy okupujace niektore hotele, przemierzajace ulice w opancerzonych pojazdach. Jeszcze nie wyjezdzalem za miasto. W najblizszych dniach musze ruszyc dupe. Na razie zdjecia wodnego miasta.
PS
dzieki wszystkim za zyczenia, :)
11-12 spadowa do Delhi. 15 odlot. W nocy Polszka.
…stuknelo, a raczej stuknie o 18 czyli o 10 w nocy tutaj.
mam wlasna lodke i zasuwam po pare godzin po wodnych uliczkach i kanalach jeziora…
PS.
napisalem “teraz zdjecia” – co oznaczalo ze ide je robic, lamy
Szybko. Streszczam sie. Bedzie czas jeszcze aby napisac wiecej.
W koncu dojechalem. To juz ostatnie miejsce w Indiach, potem juz tylko powrot.
9 godzin szalonej jazdy jeepem z Jammu do Srinagaru, 10 kontroli wojskowych, pare wiosek, 5 herbat i ujrzalem DOLINE KASZMIRU.
Ohy ahy zostawiam sobie tylko i wylacznie.
Obawy byly i nadal sa. Pomimo pozorow bezpieczenstwa jestem na froncie. 50km stad w gorach ponad 20 ugrupowan fundementalistow powiazanych mocno z Pakistanem i pewnie tez z Al Kaida i Talibami (a kto nie jest z nimi powiazany?) dziala mocno w sprawie separacji Kaszmiru i polaczenia z Pamirem (czesc Indii,wg. mapy, ale totalnie pod administracja Pakistanu. Moze cos teraz bredze, ale sprzeczne info uderzaja mnie w mozg.
Nigdy nie widzialem zdjec, ani nie slyszalem nic o tym magicznym miescie na wodze, tysiace lodzi-domow (niektore w luksusach takich ze oczy mi wypadly i gdyby bylo zimniej pewnie roztrzaskaly by sie na 1000 kawalkow na drewnianej podlodze).
Wenecja Indii, czy Petersburg orientu czy tez Amsterdam Azji (raczej to ostatnie ;-) – o tym tez napisze potem.
Teraz zdjecia.
ciao people
no i jestem. bez map, wiedzy, przewodnika, bez niczego. jezdze po miejscie ryksza i jest spoko, jutro jade na gleboki front czyli Sringaru
mnostwo wojska i w ogole skandal.
spadam bo mnie rozlacza, ale jak mowi pacjent z kafejki polaczonej z zakladem krawiecki – nju konekszyn komin tumorou
:) szur
sobie i wam, im i om – wszystkiego w tym wymyslonym dniu -
…
droga z Siringaru do Lehu a potem do Manali zostanie ortwarta dopiero 15 czerwca – wciaz snieg – nie dziwne jezeli droga wije sie w gore az na 5300 mnpm.
zostaje wiec Kaszmir – pytam, sprawdzam sytuacje na Kaszmir News …
oblukacie to
….
i jedno z ostatnich zdjec niestety polaczenia i kompy za wolne, nie bedzie wiec na razie nowych galerii… wiecej zdjec na moim koncie na plfoto. obczajta
W koncu ledwo zywy dojechalem…
spodobala mi sie ta jazda wiec uderzam do Kaszmiru a potem Ladakh i powrot do Delhi – to beda interesujace 2 tygodnie :)
Byl sobie raz worek kartofli. Polskich kartofli. Podrozowal ciezarowkami zwanymi autobusami. Przezucano go z miejsca na miejsce, z autobusu do rykszy, z rykszy do taksi, z taksi do autobusu , z autobusu do pociagu. Czasem musial isc na piechote, a czy kto kiedykolwiek widzial idacy worek kartofli?
7 morz i 7 wzgorz za swoim rodzinnym krajem worek zmagal sie z trudami urlopu (wczasow czy tez delegacji – jak to niektorzy nazywaja). Wyjechal w koncu z pieknego Nepalu (gdzie na wszystko bylo za pozno, bo to sie konczyl sezon, a to dopiero zaczynal, byl gdzies pomiedzy) i trafil do Matuszki Indii nucac “Country Road take me home”. Przekorczywszy rzeke graniczna znow zaczal byc molestowany przez setki sniadych i wasatych twarzy tubylcow (hello seeer!) – zalowal tylko ze nie molestuja go samice – ale samice nie wysylaly zadnych fluidow do polskiego worka kartofli. Samice sie chowaly po katach i za zaslonkami.
W Banbasie worek wrzucono do autobusu z laweczkami jak dla siedmiu krasnoludkow – ciasnych i malych. Wraz z nim tubylcze worki kartofli poskakiwaly bezwladnie po wertepach. Autobus nie mial resorow ale za to wyposazono go w ekstremalnie glosny klakson. Polski worek kartfolio podrozowal wiec znow do Haridwaru aby piac sie mozolnie w gore mapy czyli na polnoc – do Manali i Dharamsali.
Wyrzucono go na przystanek w Chandigahrze (stolica Punjabu – i gdzie Zojka mieszka, ale teraz jej nie zlapie, w drodze powrotnej – Zoja jak czytasz to napisz maila, bo mi sie gdzies twoj zagubil). Znalazl net – znalazl niesamowite podobienstwo do blokowisk polskich miast. Nie ma dziwne bo jak sie dowiedzial miasto zostalo zaprojektowane przez Le Corbusiera i niejakiego Nowickiego)…
Worek kartofli poobijany i zmasakrowany postanowil jeszcze dzis dokonczyc katorge i pozwolic sie przetransportowac autobusem do Dharamasli. 10 godzin, only.
spojrzalem na mape – gdzie w polowie Siddharta Hajuej na szczycie gorki jest sobie mala wiocha – postanowilem tam uderzyc – pulpa czy tansen (wystepuje pod dwiema nazwami) to pierwszy przystanek w dlugiej drodze do Dharamsali w Indiach…
pozegnanie z ekipa, pobudka rano, kawa w knajpie przydroznej i znow w drodze – chyba polubie jezdzenie na dachach autobusow :)
pzdrw,
przez ostatnie 10 dni czulem sie jak na koloni, pieprzonych wczasach dla dwunastolatkow – ale juz czas wrocic na szlak – jutro uciekam do Lumbini – tam narodzil sie Budda – potem na polnocny zachod do Dharamsali
—
Mama :) wszystkiego najlepszego – caluje
bardziej , bardziej – z dnia na dzien lubie ten kraj… zaczynam juz nawet rozumiec Nepali ;)
1 czerwca musze byc w Dharamsali w Indiach, 2 tyg i powrot do kraju.
Utknalem w Pokharze. Ejj.. znow jestem maly kurdupel, chodzacy po drzewach, skaczacy z 8 metrow (na nogi) ze skaly, lodka, rower, tysiace nowych pomyslow – wydaje sie jakbym refreshment maly przezyl… bardzo optymistycznie
nie wiem, ale latwiej mi sie pisze -narzekajac, plujac na wszystko, opisujac hardorowe sytuacje niz piekno przyrody, wspanialosci kulinarne.
to samo zauwazylem czytajac ostatnio przygody pewnego Aussie ktory z LOndynu do Australii przejechal. Koles nienawidzi (czy tez uwielbia krytykowac) wszytko i wszystkich, powodzenia stary ;)
dobra. dzis wpada Aga – friendka juniora ktory wciaz z SARSem walczy. Poza tym spotykalem 2 polakow wczroaj w nocy – Jacka, Michala i Przemka z Gdyni – oczywiscie nie obylo sie bez pozytywnych relacji.
chaos w tym co pisze – poskladam znow mysli na papier siedzac na dachu autbusu jadacego na zachodnia granice Nepalu z Indiami…
Juz trzeci dzien tu siedze i moglbym dluzej, bo wspaniale miejsce. niewiele luda, pusto, wspaniale jezioro (codziennie zamawiam sniadanie, przechodze przez ulice i oddaje jeden skok z 5 metrow przebijajac glowa nieruchoma tafle jeziora, potem wracam na sniadanko) no i widok na Himalaje (Annapurna).
Mieszkam w zajebistym hotelu za 2 dolary (only) – sezon nie w pelni wiec ceny 50% w dol.
Poznalem rodzine Francuzow. Lorenna (mama – okolo 45-50 lat), Ezra (syn – 25 lat) i Hanako (15 lat, coreczka juz calkiem wyorsnieta). Nie maja domu – poruszaja sie pomiedzy Francja, Chinami, Reunion, Kanada, Nepalem, USA etc. Obecnie mieszkaja w Pekinie – pracuja jako nauczyciele angielskiego i francuskiego. Dzieciaki urodzily sie w drodze, Hanako w Nepalu (imie z filmu japonskiego filmu anime Ksiezniczka Mononoke).
Mieszkaja w tym hotelu co ja, wiec calymi dniami snujemy sie razem (lodka, sniadanie, kolacja, bilard, piwko). Wspaniali ludzie….
:)
Pare dni w Pokharze i na zachod w strone Indii..
PS.
mniej pisze bo net kosztuje 6 razy wiecej niz w Kathmandu, ale to i lepiej, bo mam inne rzeczy do roboty niz wywalanie wnetrznosci na bloga. ;) salut
PPS.
slucham albumu Norah Jones – polecam… a i Thievery Corporation (niesamowita muza)
… nie ma czasu na pisanie – jezioro, lodka, skoki do wody z drzewa, szwendanie sie…
no i drogi net. jutro napisze wiecej – dzis urodziny Buddy i FoolMoon Party ;)
nedzny rower – dobre hamulce (praaaawie dobre)- smog na ulicach Kathmandu, setki pojazdow – 3 godziny w deszczu i spalinach, adrenalinka uszami wyplywala – sama przyjemnosc
jutro Pokhara, potem zachodnia granica i spadowa do kochanych Indii
KATHMANDU ZDJECIOWKI – okolice Durbar Sq, stare miasto.
Kathamndu to magiczne slowo. Utkwilo mi w glowie juz dawno temu – jak inne nazwy Timbuktu, Lalibela czy tez Madagraskar. Wiesz i nie wiesz nic, mysli bladza gdzies, wyobrazenia mieszaja sie z obiegowymi opiniami i wyobrazeniami.
Wyryfikujesz mysli tuz moment po zderzeniu z rzeczywistoscia.
…
Gdy autobus zatrzymal sie na dworcu, odwinalem chuste z niby-turbanu, ktory zakrywal cala twarz. Otrzepalem sie z kurzu, aparat caly pokryty brudem – pomimo szczelnego zamkniecia torby – kurz znalazl droge do ofiary.
Stalem sie bezwzglednym i niemilym skurwysynem. Skaza po Indiach. Szkoda. “trust no one” – lecz w tym samym momencie badz owtarty na wszystko.
…
Thamel pelen klubow z muzyka klubowa na zywo hiphopem czy tradycyjna newari. kazdy rykszarz, kazda osoba stojaca bezczynnie przy ulicy, nawet policjant wydaje sie byc dilerem. Gonia mnie szepty: hasz, hasz, my fren, you smoke, very cheap, wanna get high?, dope?, marijuana. Czasem tez podchodza i stosuja zawsze te sama zagrywke – skad jestes, ile czasu jestes, chce tylko porozmawiac, na pytanie czego chcesz, co chcesz sprzedac i slowo spierdalaj – odpowiadaja obudzeni – I wanna be friend, my friend, you don’t like with local people but… i tu sie zaczyna co koles moze dla mnie zrobic co moze mi sprzedac i jak bardzo tanio.
Nikt nie mieszka na Thamelu. To sztuczny twor. Istnieje tylko dla i dzieki turystom. Moze to byla samoobrona rzadu w Kathmandu? Przeniesli skupisko travellersow z Freak Street na Thamel. Freak st. – dawna stolica hipisow w Azji, wyznawcow gandy i zamilowanych konserow najlepszego haszu na planecie – zjechali sie tu w latach 60-70. Problem w tym ze freak street (ulica swirow) byla zbyt blisko swietych miejsc, palacow na Durbar Sq.
Kathamandu przypomina wielki bazar – aczkowlwiek przyjemny – kupisz wszystko (od ksiazek, ubran, po herbate i “ziola” na tanich aparatach i kamerach generalnie sprzecie elektronicznym zakonczywszy).
Buszuje w ksiazkach – mnostwo tytulow nigdy w Polszy nie wydanych – az zal …
Teraz stare miasto jest czyste i zadbane. Natomiast zyciem przez cala prawie dobe tetni Thamel – przyciagajac leszczow takich ja – tanie hotele, knajpy, sklepy, biura podrozy, internet, supermarket i inne duperele.
Istnieje wiele podobnych miejsc jak to na swiecie – gringolandia w Quito, centrum w Cuzco, Bangkok etc.
Widzialem dzis rodzine wielorybow. 4 otylych czlonow rodziny – ociec, mama, 2 corki. Amerykanie. Toczyli sie zajmujac cialami cala waska uliczke pelnych szczuplych wegetarianow w wiekszosci.
…
Dzien za dniem taki sam. Nie urozmaicam. Moze za duzo opcji – trudno wybrac wlasciwa. treking? rafting? balony? bungy jump? rower? full moon party?
Ja tymczasem snuje sie ulicami robiac zdjecia siedzac w knajpkach czytajac ksiazki dlubiac w nosie droczac sie z baranami – w koncu mam urlaub co nie?
Zatrzymuje sie w jednej z ksiegarni ogladajac albumow – jak duzo mi jeszcze brakuje…
Robienie zdjeci i pomysly nachodza mnie w nocy. W dzien wszystko splywa. Wszystko wyprane z kolorow, jak u fryzjera z lat 80tych – zaniebieszczone zdjecia fryzur i wyblakle pocztowki od przyjaciol fryzjera co wyjechali za chlebem do usa, francji czy pernambuko. Sens jedyny to pstrykanie rano – wieczorem jest ok ale nie jest.
Nepal – jakze inni ludzie. Male panstewko wcisniete w najwyzsze gory swiata – pomedzy najbardziej zaludnionymi krajami swiata – Chinami i Indiami. Zyja. Choc kraj wstrzasany jest roznymi akcjami – od zamachu na zycie CALEJ rodziny krolewskiej po susze i strajki Maoistow.
Nie bylo dzis roweru – do 6 rano walczylem z komarami, za oknem dudnila muza, czytalem Keruaca “Big Sur” i “The dope stories” kolesia co nazywa sie Howard Marks.
Skupic sie. To najwazniejsze. Dzis pracuje nad artykulem w koncu odaje sie wyslac zdjecia do druku po calym dniu wsciekania sie na lacze.
…
przerwa ktora troche potrwa – robie zdjecia, pisze teksty – niestety jakosc lacza ciezka – nic sie nie da przeslac
…
dzieki wszystkim – kupilem kamere – sony trv-22 – wiec znow film
…
jutro szalenstwo rowerowe i Patan
…
wtorek – sroda – Pokhara tuz kolo Himalajow
…
pzdrwm
jestem. 15 godzinna podroz autobusem lekko mnie rozwalila, ale teraz po sniadanku, znalezieniu hotelu (2$ – dzielnica Thamel), zalatwieniu rezerwacji powrotnej (15 czerwiec powrot) – szukam kamery…
Dzieki wszystkim dobrym ludziom za pomoc – 150$ zostalo zebrane.Troche wiec jeszcze mi brakuje do kupna – ale zobaczymy. Sprzet, aparaty, kamery jak w NYC czy Hong Kongu – po prostu idealne miejsce na tego typu zakupy. Laze wiec pytam… no i zobaczymy.
Z Kathamndu jade na poludnie, do Parku Narodowego Chitwan, potem Pokhara – rafting no i zamierzam pozyczyc rower gorski, namiot i w gory na 3 dni. Na razie rozeznaje sie w sytuacji..
musze spedzic pare godzin przy kompie (jak znajde odpowiedni) aby zarchiwizowac 10 gigabajtow zdjec (5000 fot) z Rishikeshu, Haridwaru, Varanasi, Kalkuty i Darjeelingu.
Zaczynam pisac artykuly.
pozdrawiam
nie ma czasu pisac
laze po gorkach, polach pelnych krzewow herbaty
dzis zrobilem na piechote z 25 km wspinajac sie wsrod chmur na Tiger Hill – skad widac Himalaje (caly lancuch gorski) niestety o tej porze roku ch. widac
dobrze spie, wieczorem piwko w pubie, ludzie przyjaznie nastawieni i vice versa…
jutro do Nepalu…
Ostatnie dwa dni w Kalkucie.
Upal daje nadal w czaszke, powodujac czyny i mysli topniejace i szalone. Nie jestem z wosku czy cukru ale nie bylo latwo. Sennosc – nie moge wstac rano o 5 aby robic zdjecia. W czasie dnia bardziej staram sie poruszac metrem, choc robie pare ladnych kilosow tak czy owak. Nie wszedzie metrem dojedziesz, bo andergrand w Kalkucie jest bardzo w warszawskim stylu – czyli jednoliniowy.
Brak jakiekolowiek uporzadkowania, brak FORMY. Nieregularnosc, kicz, zaniedbanie, wszystko wydaje sie zakurzone, bardzo stare. Piekno miesza sie z podla brzydota. “Nepal is good for eyes” rzekl Olivier, jeden ze spotkanych Francuzow wracajacych z tamtych stron. Good for eyes, ale bardziej uporzadkowany ponoc, nie tak pikatny jak Indie, pelne wszystkiego. Wlasciwie mozna zrobic swietne zdjecia siedzac przy ulicznej knajpie przez caly zdjec, pstrykajac. Ale rozsadek rozkazuje poruszac sie, przemieszczac, poszukiwac.
Oprocz dzwiekow i obrazow dochodza jeszcze zapachy. Porazajace, az zrzygac sie mozna, nos przyzwyczaja sie z czasem lecz ich intenstywnosc przygniata, zadna z woni nie pozwala sie skupic na sobie przez chwile. Tutaj zapach smazonych potraw i przypraw, 5 sekund nie mija, idziesz dalej i juz dusisz sie od zapachu sciekow i krowiego gowna. Ciekawie jest gdy spadnie deszcz – ktory zdaje sie zmywac to wszystko dodajac odrobine orzezwienia, lecz tylko na chwile. W Kalkucie jest tak codziennie. Deszcz dwa razy dziennie pomaga ochlonac. Na pewno czlowiek z zachodu pachnie inaczej. Pomimo 3 tygodniowego brudu, czarnych stiop, sterczacych wlosow, wosku w uszach i braku zeba i tak kazdy pies w slumsach wyczuje cie na odleglosc. Polazlem pod Howrah Bridge – tam przy ghatach myja sie ludzie, caly syf z bazaru scieka po schodach i rurami do rzeki, ci oczywiscie nic sobie z tego nie robia, pewnie sa uodpornieni i niezniszczalni. Wiec siadam tam przy schodach. Wtem pojawia cala banda kundelkow starajacych sie polknac mnie na kolacje, choc moze nie, taki pies to z pewnoscia wegetarian, padliny ludzkiej nie rusza, choc kto go tam wie. Jak te psiaki wyczaily ma skromna osobe w calym tym tlumie? Zapach, sposob poruszania zapewne…
Ide zobaczyc sarkofag Matki Teresy jak i South Park Cemetery (nie myslic z filmem, pliz). Zwiedzam jeszcze jeden cmentarz na ktorym mieszkaja ludzie, w ten upalny dzien, w cieniu rozlozystych drzew cale rodziny wylegiwuja sie na 200 letnich grobach. Niech odpoczywaja w pokoju. RIP.
Ok, zostawiam w spokoju babcie Terese, nie bede o niej nic tu za wiele pisal, bo moje slowa moglby obrazic jej osobe. Zrobila wiele dla ludzi ulicy, choc co niektorzy oskarzali ja o nawracanie biedoty na wiare katolicka. To tylko fanatycy systemu kastowego, ktorym pogardzam, ale to tylko moje skromne zdanie. Matka Teresa jak najbardziej ok – byla ponad religia.
Pozegnalem sie z Cyrylem (pisze prace mgr o Zachodnim Bengalu i ma zajebisty sitar, na ktorym sobie troche poszalalem podczas puszczania chmury na tarasie Paragorn Hostel) i uderzylem na stacje Sealdah. Moj pociag Darjeeling Mail mial chyba z kilosa dlugosci wiec spocilem sie zdeczka zapodajac z plecakiem i 4 litrami wody na sam koniec, gdzie byl moj wagon S1.
Nastepnie odbyla sie wojna o miejsce numer 23. Okazalo sie ze ma rezerwacje na to siedzisko jeszcze jedna osoba. Koniec koncow wyspalem sie 12 godzin na wygodnym lozu – fight for your right to sleep.
Niektorzy pewnie wiedza, ale tuz po przebudzeniu jestem w podlym nastroju z reguly. Wstalem gdy wszyscy juz prawie opuscili pociag na stacji w Siliguri. Tylko wywloklem sie na peron zaatakowali mnie naganiacze, taksowkarze, zebracy, bezzebne matki z chorymi dziecmi, jednorecy i jednonozni kalecy, wszelkiej masci wariaty – wsciekly, rozczochrany, zaspany ogarnialem sie od nich starajac sie dorwac jakis sensowny jeep do Darjeeling.
Potem 1,5 godziny czekania w samochodzie az zbierze sie odpowiednia liczba osob. No i ruszylismy. W gory. Droga wila sie stromo posrod zielonychpol herbaty, przez okno obserwowalem jak ludnosc w mozole zbierza drobne listki najlepszej herbaty na swiecie (ponoc). Wciagajac w pluca herbaciane powietrze poczulem cos nieokreslonego. W koncu wlasnie poczulem TO. Czego szukasz bedac w drodze. Robilo sie coraz chlodniej sloneczko nadal rozswietlalo chmury wokolo. Coraz wyzej. Az w koncu Darjeeling na wyskosci ponad 2200. Stad widac caly sznur Himalajow w tym 3 szczyt ziemi – Kanczendzonge. Niestety – od 2 tygodni chrzmurzasto. 16-20 stopni celka, da sie zyc. Uff..
Atmosfera tez inna, nikt nie zaczepia, nie nawoluje, ludzie sie tylko usmiechaja. Pewnie pija duzo herbaty ;)
Mieszkam w Hotelu … PAGODA :) Wlasciciel dal mi znizke jak zobaczyl paszport ;)
No nie wiem czy wszyscy wiedza ale partia rzadzaca w Kalkucie jest partia komunistyczna. Mamy wiec ulice Lenina, Karola Marksa etc. Sierp i mlot na czerwonych flagach doslownie wszedzie. No i dzis jeszcze 1 maja. Najpierw polazlem do swiatyni Kali. Oczywiscie nie wolno robic zdjec, ale pstryknalem pare jak spryskuja krwia oltarz a czarne kruki porywaja resztki padliny. Potem mnie dorwali kaplani i kazali schowac aparat. Usiadlem wiec i gapilem sie na cale widowisko. Podeszly do mnie 2 mlode Hinduski i zaczely wypytwac skad i po co etc. Dowiedzialem sie ze dzis przyszly do swiatyni bo maja swieto w Kalkucie. Jakie swieto, pytam. Noo.. swieto. Dopiero wtedy moj maly rozumek zebral w calosc wszystkie fakty. Jadac po calym dniu taksowka na Sudder St. (Modern Lodge Hotel – to miejsce mojego wieczornego spoczynku) stanelismy w ogromnym korku przy Maidanie (park, drzewka, duzo zieleni). Wlasnie pochod pierwszomajowy zatamowal caly ruch, zaplacilem wiec taksiarzowi 30 rupii zamiast 50 (wsciekl sie ale nie dalem sie) i polazlem robic zdjecia. No tak stare czasy – lud zalegal na grzaskiej lace, nowe pochody (np. zwiazek rykszarzy czy tez zwiazek robotnikow ulicznych) dolaczaly do tlumu. Robilem zdjecia i po raz kolejny tego dnia narazilem na wscieklosc nadgorliwych obywateli dowiadujac sie ze “fotografy iz strykli prohibited”. Wczesniej to samo uslyszalem w metrze i robiac zdjecia na Howarh Bridge.
tak sobie wymyslilem – ze jezeli oni mnie to ja ICH. Czyli nie daje sie wszelkiego rodzaju probom oszukanstwa czy tez zaywazania cen – wreczam sume i odchodze, wbrew ptotestom i tupaniem nogami. Raczej Hindusi sa mniejsi ode mnie wiec dam rade (jednemu ;) ale nie calej masie).
Jutro do Darjeeling, to juz gorki i to sporo.
z malym opoznieniem i tylko kilka fot, bo nie moge dysku podlaczyc
…
co do fotografowania w Indiach – ludzilem sie jak baran myslac ze bedzie latwo… ale idzie do przodu
Kalkuta. 14 milionow ludzi. Tak pi razy drzwi, bo wlasciwie jak to sie ma z tymi wielkimi molochami? Ludnosc jest po prostu niepoliczalna. Kalkuta przypomina mi bardzo Mexico City. Tam garbusy takskowki, tu ambasadory zoltetgo koloru. Jest tez przyjemne metro, jak i ogromny park w srodku miasta (Alameda w Mexico, Maidan w Kalkucie). Brudne zasyfione ulice, zebracy, syf kontrastuja z nowoczesnymi budynkami i drogimi sklepami. Mnostwo malych stoisk z pierdolami, w srodku miasta ogromny bazar. Ulice obu tych miast “patroluja” rozklekotane autobusy do ktorych w biegu wskakuja ludzie.
Metro – nie wolno robic zdjec. Czysto ladnie, na ekranach rozwieszonych przy suficie leca Gwiedne Wojny (te nowe). Gdy nadjezdza pociag projekcja filmu zatrzymana a na ekranach animacja z tlumem ludzi na peronie i wjezdzajacym pociagiem. Wygodny i tani to srodek transportu.
Jade do Nandan (centrum kulturalne). Na film z Harvey Keitelem – cos sie dzieje po II wojnie swiatowej, przesluchanie jakiegos dyrygenta co niby z faszystami wspolpracowal. Niestety ledwo co slyszalem dzwiek, obraz w ksztalcie trapezu – dalem sobie wiec spokoj. Podobnie wczoraj. Polazlem na 3 godzinny hinduski film THE HERO. Z jakoscia bylo podobnie. Film byl w hindi, rzadka tresc – wojna pomiedzy Pakistanem a Indiami o Kaszmir. Bomby atomowe, szpiedzy, dluuuuugasne dialogi – ktore w zaden sposob nie przeszkadzaly mi w zrozumieniu skomplikowanej akcji filmu. Sunny Deol – pulchny amant cos kolo 40 gra szpiega ktory po otrzymaniu jakiegos odznaczenia za bohateryzm wpada w konflikt ze swoim szefostwem i ucieka w gory aby zostac dowodzca odzialu pilnujacego porzadku w Kaszmirze. Tam spotyka piekna chlopke (Priyanka Chopra – byla miss swiata – cudddowna :) no i nasz super szpieg zakochuje sie w niej. Ona tez staje sie szpiegiem i… a potem wyszedlem z kina. Oczywiscie calosc udekorowana abusrdalnymi piosenkami, wlasciwie usiedzialem tylko ze wzgledu na aktorke. No coz… na razie nie fajne te kinowe wspomnienia, choc usmialem sie przednio, pijac cieplego sprajta i zajadajac chrupki ziemniaczane ze swastyka na opakowaniu. Film kosztowal jakies nienormalne pieniadze i a Kaszmir nakrecili w Szwajcarii (!!!!!!!) – serio.
Potem poszedlem na wystawe ze slumsow. Dzieciaki slumsow czy cos takiego. Spotkalem autorki zdjec – 3 mile studentki fotografii i ich nauczyciela. Dostalem cale mnostwo wskazowek na pare tematow w Kalkucie – czas jednak leci – 2 maja spadam w Himalaje. O je.
A potem… spadl deszcz, po kostki w wodzie brodzilem, dzieci ulicy na golasa kapaly sie w deszczu a ja szalalem na bazarze owocowym, gdzie w strugach wody z nieba sprzedawcy uwijali sie w jakims szalonym pedzie, przezycajac towar z ciezarowek na stragany.
…
eehh..
aha… tak wiem ze notki ostatnie byly dolujace, ale nie mam depresji, dementuje. :)
pozdrawiam
po 14 godzinach przybylem.
spotykam 2 francuzow
szalony rajd taksowka przez miasto (taksowkarz byl nowicjuszem, bo nie wiedzial gdzie jedzie, wiec zaplacilismy mu za malo)
nedzny hotel z gazetami zamiast okien
miasto – o kurde – wyglada jak miasto !!
…
wiecej potem, teraz jesc, pic, kino
Dni plynna, w podobnym rytmie. Wczesne wstawanie, miasto o wschodzie slonca, popoludniowa drzemka, potem ryksza do centrum, Mona Lisa – czyli knajpa w ktorej przesiaduje, wieczor nad rzeka i powrot do hotelu.
…
Weather Report, Varanasi
max temp. 44.1 / min 27.3
sunrise 5.35
sunset 18.27
wilgotnosc 75%
…
Spotykam Beate, wyjechala pare miesiecy temu do Indii, swoje juz przezyla, chwile gadamy i ruszamy nad rzeke. Lodka za 40 rupii – musze sam machac bambusowymi wioslami, odrobina gimnastyki zawsze mile widziana. Poczatek problematyczny – lawirowanie pomiedzy innymi lodziami zaparkowanymi przy kamienny schodach schodzacych do Gangi. Plyniemy na wschodni brzeg rzeki. Piach, dzikie psy, krowy, woly, tony smieci no i nieboszczyki. Napuchniete, opatulone w szmaty leza na brzegu lub tez smetnie unosza sie w wodzie. Psy nigdy nie sa tu glodne.
Robie pare zdjec, lecz daje spokoj po chwili.
Plonace zwloki nie smierdza tak jak myslalem. Dzieki uzyciu drzewa sandalowego odor nie jest tak silny, wrecz znikomy, ginie w innych zapachach miasta. W bocznych uliczkach leza tony drzewa, kilogram kosztuje 120-200 rupii, do calkowitego spalenia przecietnych zwlok potrzeba ponoc 200 kg tego cennego drewna. Niebagatelny to wydatek nie wszystkich na to stac. Nieopodal znajduje sie tez tansze – elektryczne krematorium. Lecz ci ktorych nawet na to nie stac wrzucaja zwloki po prostu do rzeki. W Varanasi codziennie pali sie 500-600 zwlok. Non stop. 24 godziny na dobe.
Z tarasu budynku zbudowanego tuz nad krematorium mozna obserwowac cala ceremonie. Przykleja sie do mnie mlody Hindus, wkreca historie o tym jak to powinnienem zrobic cos dobrego dla swojej karmy. Np. zasponsorowac pare kilo drewna dla wysuszonych kobiet czekajacych na smierc w rogu pokoju. Dwie staruchy natarczywie patrza sie na mnie. NIestety nic dla swojej karmy zrobic nie moge. Wszystko zostalo przeciez juz zapisane, no nie?
10 rupii – zla karma, 1000 rupi – dobra karma. Indie jak widac sa zajebiscie uduchowione i wzniosle. Juz dawno ten kraj, zreszta jak i wszystkie inne zostaly przeliczone na $$$
W okolicach ceremonii palenia zwlok nie wolno robic zdjec. Tysiace oczy groznie spogladaja na kazdego uzbrojonego w obiektyw. Wlasciwie jest to nie mozliwe aby zrobic tak po prostu zdjecia z bliska podczas ceremoni, z miejsca gdzie stoi rodzina. No chyba ze zaplacisz. Coz, mam jednak swoje sposoby ;)
Wszyscy wiedza ze Ganges w Varanasi jest tak brudny, ze normy jakiekolwiek przekracza kilkaset tysiecy razy. Coz z tego – herbate robia z wody pompowanej z rzeki, przez caly dzien tysiace ludzi zazywa “orzezwiajacej” kapieli w nurtach, lowi sie ryby (udokumentowalem) i wsyztko niby wyglada w porzadku. Czy ktos skalda zamowienie na pare litrow? Opijemy sie jak przyjade ;)
…
Rozmawiam z innymi podroznymi. Smiejemy sie sami z siebie, podczas niealkholowej imprezy (nie pilem nic od 3 tygodni, jak i miesa nie jadlem), smiejemy sie z naszej pogoni za Indiami, nawet ci co znaja Hindi, historie, zwyczaje, ci co spedzili tu dlugi czas, sami przyznaja ze nie wiedza nic. Postanowilem nie wiedziec nic. To co zobacze, to co samo przyjdzie do mnie – ok. Nie bede sie jednak poswiecal aby poznac kraj, ludzi, w imie niewiadomo czego.
Czasem wydaje sie ze to kraj bez kobiet, czasem przemykaja, ale nie tak jak w krajach europejskich, czy Ameryce Pld. Schowane za metrami sari, w domach pomieszczeniach. Swoja seksualnosc pokazuja w filmach, na plakatach i w teledyskach. Czy te wszystkie laski rzeczywiscie istnieja?
Na ulicach przede wszystkim mezczyzni, podobnie jak w krajach arabskich czule trzymaja sie za rece czy tez obejmuja spacerujac nad brzegiem Gangi. Kobiety, zony – schowane gleboko gdziestam.
Mam dosc ciaglego nawolywania:
- Hellou Sir!
- Which Country?
- I am the Yoga Master
- Hasish, hasish, veri cheap
- massage? veri good for your body
- ryksza, ryksza
- wanna to see my shop?
- you want something, sir?
- etc.
Jest to nie do zniesienia, swoje widzialem ale takiej natarczywosci w zadnym kraju nie odczulem. 24/7 – totalna nagonka
Nie uciekam jednak od tego, bo wlasnie teraz moglbym sie spakowac i wrocic do domu. Czasem jednak przychodza pozytywne chwile i w ogolnym bilansie jednak wychodzi wszystko na plus, pomimo przeszkod i niepowodzen.
Wiele osob gloryfikuje Indie, uznajac je za swiete, zbieraja pieniadze, w koncu wyjezdzaja. Tu po przylocie wszystko tak ich przytlacza ze wracaja pierwszym samolotem do domu.
…
W koncu spadl deszcz. Dzis bylo tak parno, ze nie mogac sie ruszyc tracilem kilogramy lezac w lozu w hotelu do 16.
Prysznic – pare razy dziennie. Nie uzywac recznika a najlepiej kapac sie w spodenkach i koszulce. Przynajmniej chwile odrobine ochlody.
Przerwy w dostawach pradu zdazaja sie wielokrotnie dziennie. 5-6 minimum. Kazda pora dnia dobra. W nocy wylaczyli prad o 2:30. Nie moglem juz zasnac. Polozylem sie na zewnatrz.
Dalej nie wiem kiedy wyjade do Kalkuty. Dzis mialem odebrac bilet w agencji turystycznej (czasem lepiej aby ktos kupil bilet za ciebie, za oplata 50 rupii, nie trzeba jezdzic na dworzec [daleko] ani pieprzyc sie z biurokracja indyskich kolei). Niestety pacjent z agencji nie poinformowal mnie ze dzis ma zamkniete. Wiec nie wiem czy mam bilet, i kiedy jade. Do Nepalu nie ma co w tych dniach – strajk generalny – 28-29 kwietnia nic nie dziala. Wiec Kalkuta pare dni jak najbardziej wskazane.
Fryzjer. Lub raczej golibroda. Za 20 rupii (10 kosztuje, ale mnie nie zarznal brzytwa wiec dalem mu 10 wiecej). Golenie wyglada tak, ze pokrywaja cala twarz pianka, z wylaczeniem wasow, tymi zajmuja sie na koncu. Coz z wasami nie wygladam dobrze. Nikt nie wyglada dobrze. Wasy na przedzie to atrybut dyktatorow (Hitler, Stalin, Saddam), Fridy Kalho i obciach. Bez urazy oczywiscie – jak ktos lubi, prosze bardzo :)
Deszcz wciaz pada. Zamienil ulice w plynacy rynsztok. Poza tym ciemno jak w d. Nie wracam teraz do hotelu, bo chyba skonczy sie to tragicznie.
mialo byc o wielu rzeczach
wlasciwie nawet juz napisalem notke, o tym co sie dzialo, niestety znow brak pradu, i wszytsko poszlo sie chrzanic…
byl wiec niesamowity festiwal muzyczny, gdzie starzy miszczowie tabli i sitaru pokazali klase, dzwieki jakich w zyciu nie slyszalem, siedzenie w swiatyni do rana, spiacy ludzie gdzie popadnie, zanurzeni w snie i dzwiekach
mialo byc o rykszach, calym tym syfie, paleniu zwlok i dlaczego nie mozna robic zdjec w tym miejscu (hm hm :)
napisalem tez o ekipie ktora tu przebywa, wlasciwie lewituje gdzies nad wszytskim
i o wielu innych rzeczach
…
ogarnac to wsio wymaga skupienia i konekwencji, niestety nie w moim przypadku w tym momencie, teraz jakos powoli idzie, zeba nie ma, lepiej sie czuje
…
nie mozna miec przyjaciol wsrod hindusow, niestety – kapuscinski o tym pisal kiedys, nie mozesz miec przyjaciela w kims kto ma bardziej pusty zaladek i zero w kieszeniach
wciaz chca cos – szepca, wolaja, oferuja
…
indie sa nieobliczalne, nie sadze aby byly doskonalym lekarstwem na dusze, na pewno nie na cialo
…
ponoc ludzie spedzajacy duzo czasu poza domem , podrozujacy w wiele miejsc, jedzacy rozne rzeczy, sa mniej odporni gdy sa juz w podeszlym wieku, tak ktos mi powiedzial, czy to prawda?
…
jazda rowerem po ulicach Varanasi to niesamowite doswiadczenie, polecam :)
…
bilet i do kalkuty, jutro wieczorem zapewne.
…
wlasnie stracilem zeba, dentystka w blekitnym sari i z kompletnie niezrozumialym angielskim meczyla sie z 15 minut,
okazalo sie ze dobrze zrobilem usuwajac scierwo, w srodku zeba stworzyl sie ogromny ropiejacy glut, ktory potem pani doktor pokazywala wszystkim w gabinecie – byli pod wrazeniem.
na razie ide umierac…
benaras benares banaras varanasi – juz sam nie wiem ktora nazwa prawdziwa
biore prochy i nie czuje zebym mial chorego i juz prawie martwego zeba. po poludniu odpalem, spanie…
teraz przez caly wieczor ryksza i snucie sie po miescie
niesamowite wrazenie wywiera wszystko w okolo, a nawet jeszcze nie bylem przy ghatach nad rzeka, gdzie pala zwloki, teraz raczej nie pojde, bo w miescie ciemno kompletnie, znow wylaczyli prad
nie wiem gdzie jestem, gdzies na polnocy miasta, w miejscu co zowie sie dream cafe
chodzenie po omacku po waskich uliczkach zaowocowalo krowia kupa x 3
pierwsze wrazenia, niesamowita dzielnica muzulmanska, jakze inna, z innymi dzwiekami kolorami zapachami, jeszcze wiekszy scisk w miescie, poraz pierwszy stalem w rickshaw traffic jam
wyprawa ze spotkana ekipa na bangh lassi (taki specjalny jogurt;) skonczyla sie tak ze ekipa pogubila sie w labiryncie uliczek starego miasta
uderzam na fesiwal muzyczny – o 10 w nocy do 6 rano – dzwieki jakich nie slyszaly moje uszy
Ostatni dni to – upal, kurz, ogromne ilosci plynow spozywane 24/7 no i ten ZAB. Prawdopodobnie po wplywem temepratury plomba sie rozeszla, poza tym zgryzlem cos niechcacy jedzac muesli (skorupke z orzecha).
Pociag do Varanasi. Cala noc przespalem, budzac sie dopiero kolo 9. Caly czas biore kodeine na bol zeba. W pociagu juz prawie pusto – przez ostatnie godziny lezalem na gornym siedzeniu, teraz laze tu i tam. Upal sie zwieksza, przez otwarte, zakratowane okna widac spalnona sloncem ziemie, co jakis czas kawalek zieleni, ale dominujace kolory to zolty, brazowy, i wszechobecny szary. W dolinie Gangesu koncza sie zniwa. Kolorowo ubrane kobiety plyna polami z ogromnymi snopkami siana na glowach.
Skonczyla mi sie woda. Pragnienie rozwala mnie, na szczescie stajemy na jakies stacji i kupuje 2 butelki cieplej wody (tylko taka maja, poza tym podejrzanie zakrecona, wiec pewnie z jakiegos niewiadomego zrodla).
W dalszym ciagu pociag. Juz sam nie wiem ktora godzina. Co pare minut stajemy w srodku pola, lub przy jakies wsi na pol godziny. Ostatnio coraz bardziej popularna w Polsce jest sauna – to bardzo fajnie, mam ja teraz od paru godzin. Zab, upal, kodeina nie dziala. Do stojacego pociagu wpadaja konusy z goraca herbatka, ogorkami. Na szczescie jeden z nich ma zimna wode i arbuza.
Po 24 godzinach dojezdzamy do Varanasi. Spotykam Paula i Toma (dwoch Angoli – jeden w stylu Fat Boyslima, drugi taki brytolski rasta) – razem bierzemy ryksze i pedzimy ciemnym miastem, w ogromnym scisku, korku, syfie i kurzu. Wlasnie wylaczyli prad. Zalapuje sie na pokoj w hotlu Shiva Ganga – tuz przy rzece.
Mam straszne sny nocy, balem sie ze zwariuje, czy cos, na szczescie rano ok. Spotykam Kube, Polaka, mieszkajacego w tym samym miejscu. Gadamy chwile i zmykam do szitala.
Heritage Hospitals. X-ray zeba. Totalna infekcja. Albo dlugotrwale i dorgie leczenie kanalowe lub tez usuwamy. Wypada na to drugie. Do piatku mam brac leki, w piatek o 10 wyrywamy. Zab i tak sie juz rusza a polowa niego to plomba. Leki ktore kupilem chyba podzialaly bo nic nie czuje. Czuje lekki paraliz prawej czesci szczeki. Zeba zaniose nad ganges i spale a prochy wrzuce do rzeki. Varanasi to najlepsze miejsce na swiecie aby to uczynic.
Ciekawa rzecz. Wydaje mi sie ze musialo kiedys przydarzyc. Najpierw kamera, teraz zab. Nieszczescia chodza parami. Ejj ale ja dopiero 2 tygodnie w Indiach. W Ameryce Pld. nie zdarzylo mi sie wlasciwie nic przykrego – oporcz wypadku na motorze…
Tymczasem jestem w Varanasi. Trza robic zdjecia. Prawdopodobnie w sobote jade do Kalkuty a potem na polnoc. Mam kompletnie dosc upalu. Co gorsza po prostu nie trawie czasem sposobu w jaki zachowuja sie Hindusi. Szczegolnie wtedy gdy patrza sie na ciebie, bez slowa, dlugo i wytrwale. Czasem chcialbym byc niewidzialny. Wlasnie piszac te slowa podszedl do mnie koles i wylaczyl mi kompa, na szczescie zapisalem to co pisalem. Ale bez pytania, prad wysiadl, musieli wlaczyc generator pradu, ale kuwa nie moze powiedziec choc slowa?
W tym 200 tys. miescie Ganges wyplywa na nizine i plynie w strone Varanasi, Kalkuty, az do oceanu.
Haridwar to jedno z najswietszych miast Indii. Co 12 lat gosci miliony pielgrzmow na swiecie / festiwalu na czesc Wisznu – Kumbh Mela.
Rano sniadanie, net, kapiel w rzece, pozegnanie z ekipa (Hoomit, Gili, Roey) i spadowa motoryksza do odleglego o 20 km i 20 rupii Haridwaru. Wyskakuje przy glownej drodze, zabieram plecak z dachu rozsypujacej sie rykszy i sadystycznym upale ide szukac hotelu Ashok. Przechodze przez jeden z mostow na Gandze. Mieszam sie z tlumem na bazarze i powoli ide do hotelu, tuz przy stacji hidnuskich PKP. Zadekowalem sie w brudnym i zapuszczonym hotelu za 2 dolce i na miasto. Ryksza i pedzimy w kurzu i sloncu, pomiedzy innymi uczestnikami tego masakrycznego uliczego chaosu.
Har-ki-pairi (slady stop boga – Wisznu) – to dokladnie w tym miejscu rzeka opuszcza Himalaje. Jeszcze w miare czysta (przynajmniej w Rishikeshu, tutaj juz raczej nie) z kazdym kilometrem pochlania coraz to wieksze ilosci smieci, odchodow, sciekow, chemikali i trupow (przedwczoraj Debbie poszla na plaze, wrocila przerazona, 2 siedzacych w poblizu niej Hindusow wylolwilo zwloki i poczeli sie nimi bawic).
Pod mostami, przy ghatach, swiatyni i na brudnych kamienistych pozostalosciach po wyschnietym nurcie rzeki tysiace ludzi siedzi w glebokich dziurach, kapiac zapamietale. Ponoc szukaja zlota. Tuz obok gromada dzieciakow tapla sie w blocie, 10 metrow dalej przy schodach swiatyni obmywa sie cala rodzina. Na wschodnim brzegu ogromne koparki marki Tata przekopuja i reguluja brzeg rzeki.
Nie ma innych turystow. Gdziekolwiek sie nie pojawiam ktos mnie zaczepia, pyta, oferuje, chce sobie zrobic zdjecie, czasem tylko sporzenia, gdy siedze w knajpie zajadajac sie thali za 20 rupii.
Sen. Totalnie dziwny. Snilo mi sie ze jestem w Colorado. Dopiero co przyjechalem, znow szukam pracy, napotykam Marasa ktory jest kierowca darmowego autobusu kursujacego po doline Fraser. Spotykam Anie i Mike’a maja ogromny dom, pelen pracujacych na czarno Polakow, ale luz, Mike jest najbardziej szanowanym grzybiarzem w miescie, ma ogromna grzybiarnie i wszyscy go kochaja. Dom wyglada jak hinduska swiatynia, pelna czerwonych i wsciekle niebieskich figur. Strach sieja agenci do spraw clandestino (nielegalnych pracownikow).
Budzi mnie komar i bolacy zab. Mama miala racje – co do kamery i do zeba tez. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, mamma. :)
Net jest drozszy niz w R. Jedna rupia za minute. Ale i tak jest to 1,5$ za godzine. Dzieki wszystkim za naplywajace oplaty za kamere. Naprawde jestem wdzieczmy, i troche zawstydzony cala ta akcja. Jak dobrze pojdzie w Kathmandu bedzie nowa kamera. Moze wiec powstane film?
Wjezdzam kolejka linowa na do swiatyni zbudowanej na wzgorzu nad miastem. Kurz i pyl zasnuwaja cala doline, wschodni i zachodni brzeg.Im wiecej slonca tym mnie widac. Zdejmuje buty i wchodze do swiatyni. Przybyli oddaja czesc bostwom. W rogu na ziemi stary czlowiek goli brzytwa glowke malego chlopczyka. Cala rodzina dopinguje 2-3 letniego chlopca dracego sie w nieboglosy. Wlasciwie nie zauwazony siadam w kolku i robie zdjecia.
O 21 mam pociag do Varanasi. 22 godziny w pociagu. Zakupilem tani bilet za 300 rupii. Bedzie sie dzialo.
swiat, wszystkim…
…
Samotnosc jest zbawieniem i przeklenstwem zarazem. Jestes wolny w tym co robisz, jednoczesnie szukasz towarzystwa innych. Nie jest to trudne raczej, bo w Indiach non stop otaczaja cie ludzie. Czy to tubylcy czy tez inni podroznicy.
Czasem sie wylaczam. Siadam gdzies na dachu hotelu, czy jak wczoraj w swiatyni, w ktorej na samej gorze nie bylo nikogo. Jednak w dalszym ciagu nie potrafie oddalic sie tak do konca, uspokoic, oddychac rownomiernie, uspokoic mysli, uporzadkowac dysk twardy w mozgu.
Dalem sobie spokoj z namiastka Jogi. W calym miescie oferuje sie kursy jogi zadnym wyzszych mentalnych i fizycznych doznan kursy jogi. Niektore za darmo, inne co laska, sa tez takie gdzie kursy odbywaja sie po pare tygodni czy miesiecy. Zamykasz sie wtedy w asramie i zglebiasz wlasne wnetrze. Mowie o namiastce, bo hatha joga traktowana jest przez trawelersow jak kolejna atrakcja, cos jak rafting, jazda wielbladem, safarii czy wyprawa w gory. 2-3 dni i dalej w inne miejsce. Oczywisce wiele osob zostaje dluzej. Ja niestety nie mam takich mozliwosci czasowych (finansowe raczej odpadaja, bo mozna sie za grosze tu utrzymac) wiec tym razem daje sobie spokoj, choc jestem ponoc w swiatowej stolicy jogi.
Obrazowanie Boga (czy tez bostw, w przypadku Indii) jakos nie przemawia do mnie. NIe daje pracowac wyobrazni. Indie to wszechobecny kicz- wiec takze i swiatynie nie pozostaja w tyle jezeli chodzi o w kosmiczny sposb dobrane kolory czy sposob wykonania rzezb roznych bostw. Pstrokacizna masakryczna. Prawdopodbnie nie dziala to na mnie, na pewno jednak na Hindusow, ktorzy calymi wycieczkami przybywaja do swiatyn Rishikeshu czy tez innych swietych miast.
21 kwietnia jade do Varanasi, jezeli sie uda zdobyc bilet. Na razie mam rezerwacje, ale caly ten system rezerwacji kolejowych (polecam strone koleii hinuskich) jest totalnie zbiurokratyzowany i na razie nie kumam go za bardzo.
Staram sie znalezc w tej calej egzotycznej chaotycznej kiczowatej mieszance COS.
…
Przez caly dzien lazenie po swiatyniach w miescie, ogladanie ludzi i vice versa. Wycieczka z Punjabu podchodzi do mnie i do Debbie (spotkanej wczesniej w Delhi) chcac sie przywitac i zrobic sobie zdjecie, cale miasto jest pelne tubylczych turystow. Przyjechali z Delhi, Punjabu, sa z wyzszej czy tez sredniej kasty. Szczerze sie wiec posrod ubranych w kolorowe sari kobiet i wypomadowanych kolesi, gdy wynajtey fotograf uwiecznia wszystko aparatem z czasow kolonialnych, taka hinduska zorka 5.
…
Znuzony upalem, i calodniowym chodzieniem udaje sie na popoludniowa drzemke. Wstaje tylko na chwile aby zjesc co nie co. Nie ide na Pesah, wszyscy poszli do Swiss Cottage w gorach, cos nie mam ochoty, dzis spie i czytam ksiazke “Droga do Indii”. To rzecz o czasach gdy rzadzili w indiach Angole, w tak nie zrozumialem dla nich kraju.
“Daje Anglikowi rok, a Angielce pol roku” (cyt. z pamieci) mowi jeden z bohaterow (Hindus) o kolonialistach przyjezdzajacych ze Zjednoczonego Krolestwa. Jeszcze wiecej cos o tym napisze.
…
Pobudka o 5:30. Mala gimnastyka na dachu. Kiepsko ze mna, trzeba rozruszac stare kosci. Wszystko jeszcze zamkniete, sniadania nie daja, internet off. Biore wiec aparat i ruszam przed siebie. Nad brzegiem Gangi kobiety susza sari. Dlugie na 6 metrow, szeroki na metr. Wiatr rozwiewa i nadyma je jak bajecznie kolorowe paralotnie. Szkoda ze mam tylko obiektyw 50mm ze soba,wchodze pomiedzy nie, te tylko sie usmiechaja i mocno trzymaja material aby wiatr nie porwal go gdzies daleko.
Przy zakurzonej drodze na ziemi siedzi 4 sadhus. Maja pomaraczowe szaty, na ogniu gotuje sie herbata, przesypuja jakies proszki, milcza. Przysiadam sie do nich. Czestuja chillum i czajem.
…,
Dalej nie ulozylem planu. jechac w gory do kaszmiru czy tez na poludnie, do Agry, Varanasi, Kalkuty i potem do Nepalu.
what you think?
—
dobra podaje konto. kurcze ale nie wiem czy to dobry pomysl, bo wlasciwie kamere bede mogl kupic tylko w jakims duzym miescie badz nepalu. nie wiem ile taka kamera kosztuje w Delhi. Tamta 1000$ kosztowala. Wiec to troche kasy jest. No zobaczymy. Jak sie uda, to bede musial jakies kino wynajac czy co… ;)
Bartlomiej Pogoda
CBE Telepekao24
Eurokonto WWW
nr 10801646-573940-27004-894000/111
dzieki wszystkim ludziom dobrej woli. yo.
Jestem w miejscu gdzie Ganges (Ganga) wylywa z Himalajow. Risikes (lub Rishikesh – “sh” w Hindi w transkrypcji na angielski, ale po polsku chyba lepiej wymawiac jako “si”) jest mala wioska tuz kolo Haridwaru. W latach 60 tych wpadli tu John, Paul, George i Ringo – ale z calej czworki tylko Georgowi zostalo zamilowanie to sitaru, hinduskich klimatow. Od tego czasu wpadalo tu coraz wiecej luda. Zazyc medytacji, znalezc sie w innym swiecie, nie jesc miesa, miec swojego guru, powyginac sie na jednym z kursow jogi, czy tez zapalic sobie co nie co dobrego chrash (zywica z konopii zluszczana w dloniach i formowana w plastelinke) , ktorego zachwalaja “pseudo-sadhus”.
Wyglada na to ze chyba nic sie nie zmienilo. Ucieklem z Delhi, nie spalem od chwili gdy mi kamere zachrzanili (ejjj wy serio z ta akcja zbierania na kamere?? :))) bo nastapilo bratanie sie z ekipa izraelska, potem nie kladac sie spac lazilem po torach kolejowych (zdjecia w notce ponizej), potem na Connaught Circus szukajac CD nagrywarki, notesu i chlodu w klimatyzowanym McDonaldzie.
Niestety biletu na pociag nie dostalem, musialbym czekac 2 dni. Wybralem autobus. I to byl blad.
O 20:45 przylazlem do Hare Rama Guest House. Tak rzekl koles ktory sprzedal mi bilet do Rishikesh. Pod knajpa zebrala sie cala banda Izrealitow, ja i 2 Hiszpanki. Cala ekipa siedziala tak godzine aby ruszyc za konusem (chyba pomocnikiem kierowcy) w miejsce gdzie mieli podstawic autobus z klimatyzacja etc. ponoc wygodny, only 200 rupii. Znow godzina czekania. Potem okazalo sie ze trzeba ekstra 50 r doplacic. Burza i awantura. Konus chce rzadzic, krzyczy na wszystkich, wyzywa jedna laske, wtedy na niego rzuca sie dwoch gosci z dredami (Naras i Sas -maja gitarki, dredy i non stop kreca dzointy). Dochodzi to szarpaniny i prawie caly autobus sie napieprza. Trwa to 2 minuty i nerwy opadaja. Ok jedziemy dalej. Caly czas trwa awanutura o siedzenia, kierowca i konus chca upchac wiecej niz sie da, klima wysiada, jednej nerwowej szalonej i awanturujacej (ale pieknej) sie caly czas zydowce ktos zachrzania cd player. Znow bijatyka. Jedziemy. Klakson non stop. Prawie cale 8 godzin. Piekielne 8 godzin. Gdy wysiadla klima, Eli, siadzacy kolo mnie zrobil dzointa i puscil w obieg. Hindusi zaczeli sie awanturowac i zatrzymali autobus. No i tak w kolko. Ledwo co przezylem ta podroz.
Risikesz. Dojezdzamy ryksza na miejsce. Swiete miesce. Juz mi sie myla bostwa, swiatynie, baba, sadhus, kryszna, budda, wisznu, siwa. Wszystko sie miesza. Jestem coraz bardziej zmeczony. Na sniadanie ogromne thali (ryz, soczewica, chili, czapati, kalafiory) za 2 zeta. Herbatka o kolorze kawy z mlekiem za 10 groszy i jakos sie da zyc. Gadam jeszcze chwile z Carmit (taka jedna ;) i ide spac.
16 godzin spie. Mieszkam w asramie, wokolo same swiatynie, 20 metrow ponizej plaza nad czystym jeszcze Gangesem. Przespalem caly dzien. Budze sie o 4 rano, Pada deszcz, powietrze czyste i rzeskie. Stoje nago na tarasie, potem ubieram gatki i schodze nad Gange, zanurzam dlonie i myje twarz.
Zaczyna sie dzien.
…
Indie coraz bardziej mnie wciagaja, tyle rzeczy nie wiem, tak wiele nie rozumiem, i nie zrozumie nigdy.
Nie spie juz sam nie wiem ile godzin. Zalatwilem wszystko co bylo trzeba. Przewodnik, bilet do Risikes (tam kiedys przyjechali The Beatles gdy faza hinduska ich ogarnela)… jestem w jakies lepsiejszej dzielnycy bo Hindusi podjezdzaja w turbanach do McDonaldka i rozmawiaja po angielsku miedzy soba…
Wizyta na posterunku policji jeszcze bardziej poglebia moje wkurwienie. Mniej wiecej wygladalo to tak. Tuz po wydarzeniu pokrecilem sie jeszcze wokolo czy moze gdzies zobacze typa co zapinkolil mi torbe. No ale jak w takim tlumie. Motocykle, ryksze, samochody, na zbiegu ulic zamontowali scene, tam jakies tance spiewy teatr hinduski. Wracam i mowie kolesiowi z knajpy z sokami co sie stalo, po chwili cala ulica mi wspolczuje, wszyscy klepia po plecach, pada pomysl z policja. Wlasciwie wiem ze nic z tego nie bedzie, moje ubezpieczenie niczego wlasciwie nie obejmuje takiego jak kradziez torby na hinduskiej ulicy, no ale co tam. Ryksza – posterunek. Na posterunku ziewajacy gliniarze, pieciu pacjentow jeden po drugim pyta co sie stalo, jeden z nich tylko co nie co kuma po angielsku. Postanawiaja obadac miejsce zbrodni. Wracamy, tam hindugliny kreca sie wokolo, wyptuja i z powrotem na posterunek. Tam wskakuje wraz z posterunkowym Kumarem Singhem (singh – lew, wszyscy Sikhowie w Indiach nosza takie imie ponoc) na jego motor. Jak nawiedzony gna waskimi uliczkami Paharganju, chyba intuicyjnie omijajac spiacych ludzi. Dojedzamy na posterunek glowny policji New Delhi. Pitupitu. Znow zaspanie, “uot hapen ma fren, samfin rong?” pyta sie pietnastu posterunkowych. Wiekszosc ma imie Singh (na tabliczce przyklejonej do munduru widnieje), choc nie sadze aby walczyli jak LWY o moja zgube. Niby rozumieja angielski, ale nie az tak bardzo zeby zrozumiec o co wlasciwie mi chodzi. papierki, switski, biurokracja jeszcze gorsza niz w polsce, wlasciwie sam im od siebie podaje dane i paszport, bo ci nie probuja sie nawet pytac, dostaje tylko papierek potwierdzajacy moje zeznania. Na ryksze i na Main Street.
Zbieram sie jakos w kupe, musze kupic przewodnik chyba jakis, bo tamten byl w torbie, od Pakiego dostaje metalowy lancuch i klodke (tamta tez byla w torbie), znow mala imprezka. jest 5 rano, zaraz ruszam na tory dworca kolejowego New Delhi, bynajmniej nie aby polyzyc glowe na torach i czekac az nadjedzie Diamentowy Ekspress do Kalkuty.
znalazlem punkt gdzie zgrwyaja zdjecia na CD… jutro tam uderzam
no coz. nie krzycze w nieboglosy, nie bije malych hindusow, nie opluwam sadhus w pomaranczowych szatach, nie bije krow (za sikanie i sranie gdzie popadnie powinny byc przerobione na cos bardziej pozywnego), nie placze, nie zastanawiam sie co bylo
wlasnie stracilem kamere DV sony. 15 minut temu. jak i przewodnik, torbe moja zielona, 2 ksiazki, przewodnik i zeszyt.
wystarczylo 2 sekundy pozostawienie jej wolnej z mojej plecow abym mogl wyjac pieniadze na musli bananowe
sekunde pozniej torby juz nie bylo
na szczescie nie mialem zadnych dokumentow, cyfra i caly sprzet zostala w hotelu
filmu z Indii i Nepalu juz nie bedzie.
musialo to kiedys nadejsc, wystarczyla chwila nie uwagi i zaspany umysl po wyczerpujacym goracym dniu (z pod prysznica leciala goraca zupa zamiast wody) co przestal rejestrowac wszystko co dzieje sie wokolo
Paki z Izraela mowi stary bylo ale juz nie ma, taka karma. Spiknalem sie z ekipa z Izreala wczoraj na malej imprezce w klaustrofobicznym pokoju, do 5 rano…
wkurwienie.
jade na polnoc do Risikesz.
za pare dni.
Delhi delikatnie przytlacza, stajesz sie obojetny na wszystko, nie dbam o to ze ktos nieustannie o co cie prosi, zawraca ci glowe.
Taka karma. Taki los.
Coz. Mam tylko nadzieje ze zrobie zdjecia niezle i sprzedam je za odpowiednia cene. Ze napisze artykuly teksty etc.
Nie moge miec w glowie tylko tego ze te chujki kradna. mozna miec nadzieje ze kasa ze sprzedazy tej kamery wyzywi pare rodzin hinduskich… (zludna nadzieja)
…
trzymjacie kciuki za mnie teraz kurka wodna
Pobudka wczesnie rano. 2 godziny snu. Do pozna czytalem ksiazke Mroziewicza (po raz kolejny). O 6 wschodzi slonce, ludzie sie pudza, to dobra pora aby robic zdjecia. Nie ma takiego tloku, slonca, najwyzej trafisz na modela co wstal lewa noga.
Wraz z Nickiem wbijamy sie w motoryksze do Czerwonego Fortu. 20 rupii od leba. Rykszarze w Indiach maja cos z wyrachowanego samobojcy, nie dbaja raczej o zycie swoje i pasazerow, wierzac zapewne ze jak zginato odrodza sie w lepszym wcieleniu. Przepraszam, ale moje obecne wcielenie chyba mi sie raczej podoba…
Tlok,upal, kurz, spalni, ruch w nieokreslonym kierunku, jeden wielki kakofoniczny dzwiek klaksonow. Masiakra.
Dojedzamy do monumentalnego Czerwonego Fortu. Niestety otwieraja go dopiero o 9:30. Coz, walimy w jakimstam kierunku. Kalifornijczyk z Santa Barbara raczej juz wymieka, jutro zbiera sie i jedzie w Himalaje, upal, brud, smrod raczej nie sluzy mu. Dzisiejszy poranek jeszcze bardziej go rozwala. Snujemy sie tak bezsensu, Ptasi Szpital, Kosciol Babtystow, Swiatynia Sikhow. Nie wiem gdzie mozna wejsc, gdzie zabronione. Wracamy do fortu, tam jeden koles namawia nas na przejazdzke ryksza rowerowa. Czemu nie. To tylko dolar od lebka. Miszcz sluzy nam jako przewodnik. Jedziemy na targowisko z kwiatami i miejsce gdzie skladuje, pakuje, obrabia przyprawy. Wpierw betel. Nie za bardzo wiem co mi laduja do tych lisci. Korzenie, orzeszki, przyprawy. Zuje, wypluwam, jezyk robi sie czerwony, a w glowie lekki haj.
Magazyn z przyprawami jest niesamowity. Pracuja tam tylko kolesie z Radzastanu. Niesamowita mieszanka przpraw unosi sie w powietrzu. Nochal swedzi, w gardle gryzie, oczy nachodza lzami. Nasz przewodnik przedstawia nam pracownikow. Lazimy przez dluzszy czas po tym starym 300 letnim budynku az wchodzimy na dach z ktorego widac zatruta i zamglona panorame Delhi.
Czerowny Fort. Nie wiem, ale nie jaram sie takimi rzeczami. Ogromny, zbudowany z czerwonego piaskowca, w srodku trwa jakis koszmarny remont, cale Hinduskie rodziny przechadzaja sie w ta i we wte. Nuda generalnie. Dobrze ze maja zielone trawniki z polewaczkami. Robie pare zdjec. Aby tylko bylo.
Powrot na Paharganj i drzemka. Do 7 wieczorem.
Dalej sie w sbie nie zebralem. Co do zdjec. To nie wiem czy jakies wrzuce. Trudno znalezc jest jakis sensowny komputer ktory ma CD, USB, karte graficzna etc. Moze ktos zna takie miejsce w Delhi? kontakt prosze…
spalem jak zabity do 18:00. Wczesniej wysiadl wiatrak bo po raz ktorys wylaczyli prad w okolicy. Gdy dzieje sie cos takiego w ruch ida generatory pradu napieprzajace tak ze juz dzis przydaly sie stopery do uszu.
Jak wstalem to rzeczywiscie nie uwierzylem. Jestem tu. teraz. i dalej nie wiem co robic. plan musi jakis byc, trudno jest dotrzec do ludzi, ktorzy chca caly czas cos od ciebie. ale nie jest tak zle jak myslalem ze bedzie. jestes inny, obcy, napotykasz ogromna bariere za ktora stoja lata historii. Duzo czytam – o religii kulturze zwyczajach. Wiem jednak ze to nie wszystko. Trzeba nabrac odpowiednego stosunku do otaczajacego cie swiata.
Wprowadzilem w zycie zasade spania w dzien. Moze lepiej bedzie pare godzin w nocy i pare w dzien, gdy upal jest nie do zniesienia.
Za pare dni jade na polnoc do Hadriwaru. Potem na poludnie do Agry i wzdluz Gangesu do Kalkuty.
Zdjecia. To najwiekszy problem wlasciwie. Tematy leza na ulicy. Ulica atakuje wzorami, kolorami, sytuacjami. Nic tylko robic zdjecia (zrobilem juz prawie 500, ale tak na luzie, bez przykladania sie).
Znalezc metode w tym szalenstwie.
Ceny. Super niskie. Wlasciwie za 7$ na dzien mozna spokojnie przezyc. Internet 80 groszy za godzine. Woda tyle samo. Pic duzo plynow – to najwazniejsze. Jedzenie super , i tanie. Tylko hotel duzo – wlasciwie mozna znalezc taki za 10 zeta. Ale wybralem 3 razy drozszy ze wzgeldu na temperature, jest zimny prysznic, wiatrak, okno i jest bezpiecznie.
Jezuu… chyba tyle. Jest 12 w nocy. Main Bazaar powoli pustoszeje. Krowy, psy i ludzie skladaja zwkloki na ulicy.
LOTNISKO
Moskwa. Szeremetiewo.
Senna atomsfera. 3h do odlotu. Siedze, pisze (dzizas znow polskich liter nie ma… fuck) gapie sie na ludzi, czytam PRZEKROJ (noo wyrasta mi tutaj najlepszy polski tygodnik), Wyborcza, wertuje przewodnik.
AEROFLOT
Male dementi. Wcale nie jest tak zle. Jest nawet bardzo dobrze. 600$ bilet do Delhi, lot bezproblemow, jedzenie ok, stewardessy rowniez, na trasie moskwa-delhi Boeing 777, wyspalem sie jak mops na dwoch siedzeniach. Nic sie nie stalo, samolot nie rozpieprzyl sie ze spektakularnym hukiem o radziecka glebe, nad Afganistanem tez bez problemow bylo.
SARC
Wydaje sie ze nadchodzi paniczna paranoja. Coraz wiecej ludzi w maskach.Ludzie z oblsugi, pracujacy przy kontroli paszportow wszyscy w maskach. Ludzie z trwoga mijaja Chinczyka ktory zle zaciagnal sie szlugiem. Mam nadzieje ze nikt mnie nie okaszle (piszac te slowa w kafejce netowej siedzi kolo mnie laska i charczy, chyrla az mi sie wszystko wywraca, na szczecie nie byla ostatnio w Chinach, to wszystko przez klime)
W DRODZE
Pustka w glowie, radosc w sercu, lekki stres. Siedzac na lotnisku zastanawiam sie jak to bedzie. Dalej nic nie wiem o Indiach. Kiedys dawno temu czytalem “Pariasow”, potem “Ucieczke do Indii” Mroziewicza, “Masale” Maxa C. JEdno wiem. Rzeczywistosc bedzie calkiem inna niz jakiekolwiek wyobrazenia.
BLOG
Nie wiem jak pisac i czy pisac i jak czesto. Zastanawiam sie na uprzadkowaniem tego wszytskiego, poszarpane nieposkladane mysli zamieniam w krotkie zdania. postaram sie cos co pare dni napisac wrzucic, ale na pewno nie tak czesto jak w Ameryce Poludniowej. Wtedy kazdego dnia poswiecalem czas aby znalezc kafejke zrzucic zdjecia, polaczyc sie, napisac tekst.
DELHI
Poszlo szybko. Wysiadka na lotniksu, szybka kontrola, zabralem plecak, wybralem z bakomatu 4000 rupii (jakies 400 zeta), ogarnelem sie od taksiarzy ktorzy zrzucili sie na mnie jak pies na parowke.
PREPAID TAXI – 220 rupii (z wrazenia zostawiam reszte 90 rupii, ale na to wpadam dopiero w hotelu. Od razu wyskakuje taksiaarz “tak tak to ja , kam mister, kam, dis is maj taksi, luk, ser” Nie mam skrupulow, niestety dla niego numery wozu nie zgadzaja sie z tym co mam napisaane na kwicie. Walcze z nim przez 5 minut i w koncu znajduje swoja taksi.
4 rano. Ciemno. Mowie Namaste, Pahargandz i jedziemy. Zapach siarki, spalin, kuzwa sam nie wiem czego. Wysiadam na Main Street, wpadam na swieta krowe i w jej placek, potem jeszcze na 2 Szwedki ktore rekomenduja mi hotel Namaskar, zreszta i tak go szukalem. za 300 (6$) mam duzy pokoj z widokiem na slumsy, prysznicem etc.
Nie ide spac. Siedze na dachu obserwujac budzace sie Delhi. Ludzie spiacy na dachach wstaja przeciagaja sie, czesc na dole zaczyna przygotowywac jedzenie, wstaje slonce. Temperatura skacze z marnych 30 stopni do prawie 40. Zdycham.
Zgrywam sie z gosciem ktorego spotkalem wczesniej w samolocie. Kalifornia Cielawiek – Nick. Snujemy sie pomiedzy swietymi krowami, ryksiarzami, wszystko tak siada na beret ze nie wiem jak sie w slowach wyrazic. Robie zdjecia, krece film. Wymyslam ze bede egzystowal przy wschodach i zachodach slonca, w dzien bede spal… inaczej sie nie da…
pojde spac chyba i jak sie obudze to nie uwierze.
listy maile grozby skowyt miauki i jęki
wszystko bedzie, adaś robi co może kuwa wiec nie płakusiać tutaj ok?
połączcie sie z nim w myślach przez 10 sekund o 6:66 popoludniu ( to bedzie jakas (19:06) ) i wydajcie przeciągłe OMM….
niech moc bedzie z wami,
wrocilem nocnym pociagiem do wawy, snieg az milo, naprawde, ludzie o twarzach mordercow wlasnych matek, smutek i rozpacz, slizgajace sie samochodziki na letnich oponach, jak zwykle ten sam wkurwiony kioskarz, ktory nigy nie mowi prosze, dziekuje, dowidzenia dobranoc dziendobry hasta manana,
i nie zmienia sie nic
sen o wojnie, telefony przez sen, wiem wiem musze wstawac tyle do zalatwienia wstaje i ide .
snieg snieg znow ten tramwaj znowu ci sami ludzie znow ten kioskarz u ktorego kupuje orbity white w paskach (chyba sie mowi w plasterkach czy listkach?)
jeszcze dzis i jutro
pojutrrze bedzie juz inny dzien na innej planecie
cóż. sprawdzam w necie. jest pociag jak zawsze do Warszawy. Jade na głowny w Kłodzku. Pani z okienka informuje mnie ze nie ma takiego pociagu i nie bedzie. najblizszy za 8 godzin. jakas paranoja. nie cierpie jezdzic w nocy, ale chyba tak bedzie musialo byc…
od 2dni siedzę w Klodzku. Na zmiane śnieg i slońce. Za 4 dni bede w Delhi. Tak to odlegle ze zapowiada się najbardziej wariacki wyjazd ever. Nie zalatwilem wiekszosci rzeczy, drobnych rzeczy, ale zawsze mogą być przeszkodą. Dzieki za maile z pomyslami i tematami do zrobienia na miejscu, w Indiach.
wracam do sklejania listy rzeczy do zabrania. minimalizm w tym roku rządzi

When comes the shaking man
A nation in his eyes
Striped with blood and emblazed tattoo
Streaking cathedral spire
They say
he has no brain
They say
he has no mood
They say
he was born again
They say
look at him climb
They say ‘Jump’
They say
he has two gods
They say
he has no fear
They say
he has no eyes
They say
he has no mouth
They say hey that’s really something
They feel he should get some time
I say he should watch his ass
My friend don’t listen to the crowd
They say ‘Jump’
Got to believe somebody
Got to believe
…
lyrics by David Bowie
photo by SZACHO, 2003
bede robil obrazki
bo ludzie je lubią
chyba ze zacznę rejestrować zapachy
urządzeniem jakiego jeszcze nie wynaleziono
pojawią się specjalne gazety w ktorych zamiast zdjec i relacji z calego świata, bedziesz mógl się nawąchać do woli
słucham bena harpera. dobrze mnie nastraja i pozytywnie.
ludzie mnie pytają o kolory.
nie ma “prawidzych” kolorów.
kazdy ma takie kolory jakie lubi, jakie potrafi stworzyć, połączyć
zawsze mnie śmieszyły testy filmów w gazetach foto – “ten film doskonale odwzorowuje kolory”
ale po co?
uczę się nowych rzeczy
jadąc tramwajem
dziś dowiedzialem się
że
arka gdynia
to
kurwa i świnia
…
oczywiscie tak nie mysle, ale jakos mi to wpadlo w glowe, kibolska poezja jest taka przyjemna dla zmęczonych usząt
taa taa
wieczor spędzony w nowym klubie traffic
pot, klejący się aparat, gorąc, napieprzanie sie fotoreporteków przed sceną, wilki, nieodebrane fredki, niezła dupa steczkowskiej, magiczny sojka solo na fortepianie, szukanie bedura, ktorego i tak nie znalazłem
kiedy juz wszyscy prawie wyszli, bawiła się tylko obsługa, i ktoś tam jeszcze, ja leżałem jadłem kolacje i piłem piwo (roznoszone przez identycznych kolesiow-kelnerków), Adamus (nie mylić z Adomasem) zapuścił Fisza
“Jestem vipem/ ważny jestem/ salonowym typem/ każdym gestem/ ja idę tędy, którędy idą trędy/ uwielbiam chodzic na ekskluzywne spędy”
no comments
czas leci, przygotowania do wyjazdu tak sobie, wlasciwie wszystko gotowe, nic tylko zabrac 4 litery, plecak na lotnisko 10 kwietnia i fruu.
Dzis wieczor robienie zdjec na rozdaniu Fredkow… jutro cos tam, jeszcze cos tam, ostatnie rzeczy do zalatwienia, skok do klodzka na 3 dni i powrot do Warszawy…
Pieprzona ciepla woda nie istnieje w moim budynku od 5 dni. Generalnie nie wku$%#iam sie na cos takiego, ale goracy prysznic raz na jakis czas przydałby się. Poza tym ze zlewu szczerzą się brudne kubki, patelnia po jajku, gary po makaronie.
Wlasciwie mialem to zrobić w trakcie wernisazu, czy jakoś na końcu, parę słow powiedziec, podziekować za przybycie tłumne, ale wszystko sie rozmyło w ogólnej atmosferze. Robię to teraz, dzięki WSZYSTKIM co się pojawili :) , sorry za niedociągnięcia organizacyjne, wlasciwie to niby tak mialo być ;) W przyszłosci, tzn. na wakacjach i po nich zapraszam na kolejne klimaty, może nie w tym stylu, tylko inaczej przemyslane….
Impreza zakończyła się nagłym jednogodzinnym skokiem w czasie, dokonanym w Jadłodalni Filozującej.
PS.
po prysznicem mam tylko lodowatą wodę, nie wiem czy przeżyję te 30 sekund arktycznych klimatow
Jeszcze raz w sprawie sobotniej (29.03) imprezy AMERICANA w Starej Prochoffni.
Proszę się zjawiać bardziej koło 22. Do 21:20 w środku ma być cisza bo grają NORWAY.Today. POland.tommorow ;)
Poza kolejna sprawa. Zamkneli bar w prochoffni. Więc nie bedzie alko na miejscu. Prosiem sie jakos dostosowac do tego ;) kazdy wiec we wlasnym zakresie
Generalnie ma być wiekszy chill niz jakis wernisaz. trza sie zabawić….
wiec 22, stara pro. , ul. Boleść 2, wawa, aby się tam dostac nalezy do Nowego Miasta sie udac, a przy Bakabanie zejsc na doł w strone pełnej ryb Wisły.
więc do zo:)

Such a nice monument you can buy for 22 000 000 dolars. This amount of money polish goverment pay for polish soldiers in Iraq.
w zamierzchłych czasach, w pięknych latach 90tych, w ogólniaku, pani z polskiego w kółko wkręcała nam o tym że człowiek DOBRY umie odróżnić dobro od zła – czarne i białe.
Możemy sobie to teraz wyrzucić do śmieci.
Za Eurypidesem – “Zło i dobro zawsze ze sobą graniczą”
fuck, a może w ogóle nie istnieją? uwarunkowane innymi wartościami, położeniem geograficznym, miejscem urodzenia, wyznawanym tym samym Bogiem, ale pod innym imieniem.
…
ostatnio nie chce już mi się myśleć o tym wszystkim. szczegolnie o wojnie, o manipulacjach telewizyjnych i tak nigdy nie dowiemy sie względnej prawdy, bo jej po prostu nie ma.
nie oglądajcie TV, nie czytajcie artykulow o wojnie i wszelkich spekulacji, nie protestujcie ani nie bądźcie za. czas i tak to wszystko zwerifikuje. Najlepiej zakupić stos gazet z 2053 roku…
. no chyba na to wyglada ze koniec siedzenia na dupie, wojna nie wojna, 10 kwietnia wylot – Wawa – Moskwa – Delhi. Powrót 1 czerwiec – choc to moze byc sie moze zmienic
i tu propozycja – ktokolwiek ma jakies konsztakty w Gazetach, redakcjach – wszedzie gdzie ktokolwiek potrzebowalby fajnych materiałow z Indii, zdjeć artykułów etc. – prosze o kontakt.
tyle.yo
głodówka przerwana, teraz zupki, owocki, respect dla własnego ciauka
a dzis w nocy pewnie koniec czegoś co było a początek końca
juz drugi dzień. bez żarcia. ślinię się na widok czegokolwiek co do gęby mozna wlożyc. od jutra powoli wracam do jedzenia, ale ostrożnie trzeba ponoć. wlasciwie czuje się swietnie, słoneczko, wiosna – czekam jeszcze na posunięcia Busza (choc pewnie wojna bedzie) i spadam do Indii.
na razie nie jem juz 24h
wcale nie jest tak źle
oczyszczam sie z shitu, toksyn, trucizn, i innych
ciekawe jak będzie jutro
dziś okazało sie ze jest praca do zrobienia, wiec dzień wcale nie stracony, pomimo spania do 15h
maraton filmowy sie nie konczy, wlasciwie przestalem ogladac TV, kino i DVD non stop.
jutro, pojutrze – ambasada Indii. wiza.
za tydzien. bilet
za 3 tyg. Delhi.
ciesze sie wewnątrz. na zewnątrz wciąż zima
mam te, wiecie, wątpliwości
6000000 Polakuff potrzebuje pomocy psychiatrycznej. Najprawdobniej się załapuje, choć radzę sobie innymi sposobami
Wkurwiam sie na to, że za dużo osób mnie czyta. (je, jakie to przykre i smutne). Nie moge wywalić wszystkiego co mi na wątróbce leży. Przecież nie chciałbym nikogo zranić, huh?
Jadę do Indii, choć nie wiem jeszcze czy to prawda. Aeroflot (Il i Tu) Wawa-Mosqfa – Delhi czeka na mnie. Mam plan. I go zrealizuje. 15 kwiatka – 2 miechy, moze mniej, dipendz on mani
I co jeszcze? własciwie to nic. Aha. Robię głodówkę, hehe od poniedziałku, bo czuję się full of shit. Jak umrę to to moja sprawa.
noo… to ja chyba pójde do łóżka leczyć kaca, cięzki powrót z 2 dniowego chillu w Krakowie
ART_E_STRADA – fotki z festiwalu, Krakowa, ludzie, nieludzie, pijacy i święci.
nawet nie mam czasu wrzucac, bo nie jestem wstanie przerobic tych fot.
J U R I – portfolio for Juri, inspirowane masą filmów jakie widziałem ostatnio.
udaje mi się wstawac w końcu o 9 rano codziennie, mimo ze chodzę spać o 3 rano. w trakcie dnia chwila drzemki i tak codziennie.
zapieprz.
brak czasu.
wyrzuty sumienia jak tylko nie zrobię czegoś, czy tez gdy się zatrzymam.
w weekend Krakoff. w koncu ruszę dupe z wawy
polecam tekst w Newsweeku najnowszym o polskich MULAS siedziacych w przytulnych pierdlach Ameryki Południowej. OMC a sam bym tak skończył… ;)
29.03 (sobota) zapraszam wszystkich na impreze bez tytułu (może być np. AMERICANA) wkrotce więcej info. Slide Show z ameryki pld, muza na zywco, balanga, mnóstwo miejsca, na kilkaset osob, Stara ProchOFFnia, Warszawa. Na dniach zrobie specjalną stronę z info.
zbieram już tylko na wyjazd. honoraria spłyneły wiec jak tylko mogłem pojechałem do sklepu i kupiłem przenosny dysk 30gb do aparatow cyfrowych, z ekranikiem, sliczny mały. Teraz mogę pstrykać bez ograniczen będąc w drodze. No … i jeszcze bateria, ale ta starcza na 600 pstryków, więc nie jest źle. Musze jednak kupić drugą. Wydatek za wydatkiem, a ja pragnę już byc w drodze. Na chwile. Na miesiąc dwa, poczuć inne zapachy, inne bodźce niech uderzą mi w mózg. Jestem uzalezniony od tego. Szukam tematów, składam wsio do kupy i wiosną ruszam. Na prima aprillis.
myślałem ze już zdrowy jestem, ale dopiero teraz mnie dopadlo, po ostatniej imprezie, bieganiu po miejscie etc.
nie odbieram fonów, leże, pocę się, oglądam filmy.
to dziwne, ale nie odbierając telefonów przez 24h juz mam wyrzuty sumienia ze ktoś móglby w waznej sprawie, ale kurde nie ma bata. i batów też
zjadłem opakowanie panadolu, herbatka z cytryną, Bob Marley, Soul Rebels z 1970 roku vs. Massive Attack z 2003. Wygrywa to pierwsze na razie.
Wrociłem z giełdy foto zaopatrzony w 5 filmów do średniego formatu – Mamiya 645 idzie w ruch. No i jeszcze 4 kilogramowy nowy statywik. Hehe.. jak baba, od razu szczęsliwy jak sobie coś kupie ;)
Poza tym po wczorajszych przewracankach materacowych rypnęło w plerach. Czuję się jak w kołnierzu orto.
odezwał się organ-izm. to jest bunt chyba. leze przed ekranem. oglądam idola. łupie mnie w plecach. na biurku stos papierów. rzeczy do zrobienia na tydzień temu leżą i kwiczą. zjadłem opakowanie jakis piguł. wolałbym kwasa już, niż te mulące tabletki co na grype pomagają. apsik.
bloody mondayПровокационная работа польского фотографа Барта Погоды. Не рекомендуется впечатлительным и боящимся вида крови.
Sowietcy towarzysze to się znają na sztuce.
życzę wszystkim miłego i upojnego walenia tynek lub walenia tynków
…
poza tym – wszystkie listy za wojną przeciwko wojnie, w obronie teatru w łodzi, łancuszkach szczecia i pokarmowych, od nigerysjkich uszcześliwaczy i rozdawaczy kasy trafiają w jedno miejsce – TRASH. pieprzone zaśmiecanie łączy i miałka wojna z babylonem, który tak naprawdę to jest w naszych głowach, w tym co robimy a nie gdzies kuwa tam na górze.

Zabawkowe metro.
Jak kolejka piko.
Pikuś metro.
Dwa tory.
Pustka. Krótkość.
Przewidywalność.
Natychmiastowa skończoność.
Cisza. 7 am.
Wzrok uciekająco
spotyka się
w odbiciach.
Zabawkowe metro.
Jak kolejka piko.
Pikuś metro.
Dwa tory.
Pustka. Krótkość.
Przewidywalność.
Natychmiastowa skończoność.
Cisza. 7 am.
Wzrok uciekająco
spotyka się
w odbiciach.

aby nie mieć problemów ze wstaniem, nowa technika. 5 rano. trzeba sie wbic na południe wawy aby pojechać z moim nieoceniuonym kierowcą bedurem na zdjecia, które będą robione z samochodu, po to właśnie mi kierowca bedur. jakaś paranoja. ale za paranoje płacą.
Nie lubie poniedziałku i kontrowesje wokoło tego. boszz, cały czas chce mi się śmiać. już nawet nie chce mi się komentować. just check it.
…
wizyta w redakcji, jednej i drugiej. potem do nocy cykanie zdjec na spektaklu w Teatrze Komedia i szybka kolacja w KFC. Bart kce chrapać. I to natychmiast. DzieńDobryDobranoc
jest najważniejsze gdy go nie ma umieram, choć należe do generacji NOC – co pisze i slęczy przed kompem nocami, ale w dzień powinno być raczej mniej szaro….
Bezsenność w Warszawie. Palpitacje serca po 5 kawach. Niedokończony artykul. Jazda 3 tramwajami na gapę. Pół sesji foto i nakrecona rozmowa ze świetnymi ludźmi, których pozdrawiam.
I coś jeszcze :)
PS.
Maj sister ma dziś urodziny – wyślijcie jej kartkę :))
Wczoraj w pojedynku dokumementów w televizyji publiczney – GWIAZDOR (o kolesiu z Ich (liebe) Troje) vs. Bob Marley na tvp1 – zdecydowanie wygrał ten drugi. Byłem porażony. Przez całą noc przez sen dżamajskie rytmy i słowa walczyły z sennym babylonem w mojej głowie.
Wszystko się kręci.
Trzeba gdzies pojechać wkrótce, bo mi dupa do krzesła obrotowego przyrośnie.
Magdala tymczasem w Wietnamie :) trzymaj się, młodsza :)
Jutro robie pierwszy duży reportaż do dużej gazety. Kciuki trzymać.
zapowiadało i chyba jednak tak bedzie – dobry rok. :)
praca, rzeczy zaczynają się dziać
PS.
Wladca Piersi i Cieni super:)
oo:o1
dzis idziemy calą bandą, tylko czy przypadkiem nie zejdziemy gdzieś kolo 2:46 am?
mam to dziwne uczucie, jakby nic więcej nie istniało poza warszawą, a to co pokazują w TV, prasie i w necie do jedna wielka bujda
back to the past – skanuje stare foty. hoho, nie bylo tak źle kiedyś, nawet ze swojej manualnej minolty x300s z obiektywem 50mm dało się niezłe rzeczy wyciągnąć.
tu prawie codziennie uaktualnienia i nigdy nie publikowane zdjeciówki
pięknych snów życzę (miewam takie ostatnio)

wywalam komentarze, bo mi się już nie chce tego czytac. wlasciwie jest to zarzut tylko do jednostek, ale znow mam wrazenie ze uczestnicze w reality sroł, gdzie ja sobie jestem po jednej stronie, a po drugiej anonimki-animki. Wywalilem komentsy na bartpogoda.net, i widze ze gowno przeszlo na ten sajt.
Zdjecia i tylko zdjecia. Jak ktoś chce mi coś napisać – mail…
Skanuje jak dziki, juz blizej niz dalej. Pracuję w pocie czoła nad swoim codziennym grafikiem. Dyscylina musi być ;)
Miśki, poklikajcie troche ! TU ! bo mnie w konkursie i-net w kategorii BEST GUIDE (!!!! – ciekawe w czym, ten przewodnik) , wyprzedziły KAMPANIA WRZEŚNIOWA i OGŁOSZENIA PŁATNE, czy cóś….
Ostatnio stołuję się w JADŁODALNI na Stalowej. Bardzo przyjemny lokal. Jezus Chrystus wisi. I 2 landszafty. I jest kompot za 1 zeta. I the greatest hits of polish kitchen. Na razie zasmakowałem porazającej zupy pomidorowej, jarzynowej i barszczu. Oczywiscie nie tak jak Mamma robi, ale nie mogę narzekać. Tanio zdrowo i jest ochroniarz też, bo jak wszyscy prawostronni Warszawiacy mówią , w życiu na Pragę by nie pojechali, bo tam niebezpiecznie i moga cie zabić, i to nawet 2 razy. A szczególnie na Stalowej.
Jak byłem mały i jeszcze chciałem być rokendrolowcem a nie ziomalem to kupowałem TYLKO ROCKA (od pierwszego numeru). Wąsaci redaktorzy z łysą czaszką i kitką z tyłu zapodawali kawałki o wielkich z lat 60tych i 70tych – poznawałem wtedy muzę i wszystko było new to me. Led Zep, Doors, Purple – istnieli na łamach tej gazety jakby wciąż wydawali płyty a w Polsce słucha się tylko tego. Mozna bylo juz kupić legalnie kasety pirackie na targowiskach i sklepach wiec zylismy grubo. Tanim winem i rokendrolem.
Raz przeczytalem o pewnym filmie dokumentalnym o słynnym koncercie Rolling Stones w Altamont. Podczas grania kawałka Sympathy for the Devil, ochroniarze zatrudnieni przez zespoł (słynni HELL ANGELS w dzinsowych kurteczkach, harlejowcy, długowłose opije z brzuchami jak balony) zabili Murzyna. Własciwie tylko slyszalem ze jest to niesamowity dokument, ktorego nigdzie nie mozna zobaczyc.
A wczoraj na jedynce poleciał. W nocy. Siedziałem jak zahipnotyzowany – niesamowita ANTYTEZA Woodstock, i dzieci kwiatów. Piękny i mroczny film. I gdyby był filmem fabularnym to przełknąłbym go niczym Urodzonyc Morderców, Seven, czy jakis fil Lyncza. Mozna odniesc wrazenie ze wrecz wymyslony. Ze to wszystko powstalo w glowie Jaggera. A jednak – to wszystko wydarzło się rzeczywiscie.
Te z 1024 w nazwie są do większej rozdzielczości ekranu, te z 800 do mniejszej. Ładujesz zdjęcie, klikasz prawym przyciskiem mychy i wybierasz opcje ustaw jako tapetę. Tyle. Wkrótce więcej…
Staram sie wyrównac balans w moim zegarze bio-logicznym. Cięzka sprawa. Miało to nastąpić własnie dziś ale się nie udało, Heheh co za pech.
Wkrótce znów walka w kolejnych redakcjach. Wiem jak rozmawiać z paniami redaktorkami, fotoedytorami. Minuty w lustrzanych windach, nowoczesne budynki mieszczące 15 redakcji należących do jednego maganta medialnego.
Wino Sofia ostatnio jest coraz bardziej różowe. A Bitelsi w słuchawkach tacy sami jak zawsze.
remains of the day – tam się wsytawiam ze zdjęciami, codziennie jedno dwa…
ta. własnie, prosze nie pisać mi maili dlaczego to niby smiałem wypinkolić komentarze. po prostu ich nie bedzie. rzucam komentarz. w kąt. aż do wyjazdu, do którego pewnie nie nastąpi, bo wszystko się zmieni, wstąpię do sekty raelian i porwą mnie kosmoludki w zielonym batyskafie.
zrobiłem stronę WWW dla pewnej pani. o tym będzie potem. bardzo panią lubię, ale niestety się rozmineliśmy. oczywiscie sam tego chciałem, ale ok. tak miało być.
siedzę ze słuchawkami na uszach. miałem puścic muzkę. miałem posprzątac w domu. tą czynność przełożyłem na jutro. czyli dziś.
Przeczytałem GŁÓD Knuta Hamsuna. Lubię takie rzeczy. Jest to opowieść o młodym intelygencie, nieprzystosowanym do życia w normalnym społeczenstwie. Koleś probuje pisać artykuły, za gówniane pieniądze, które i tak nie przychodzą za łatwo. Rzecz dzieje się w Norwegii, pod koniec 19 wieku. Głód, spanie po bramach, parkach, majaki, brak weny, samotność. Strasznie lubie takie historie. “Pasja życia” o Van Goghu i “Księzycowy Pałac” Austera miały coś z tego. Na pewno też jakieś wspomnienia wrociły, szczególnie z wypraw autostopowych 1995-1997. Gdy rozum głodny, ciało wyniszczone po dniach wędrówki, włoczegi, budzą się demony, przekracza się pewną barierę w mózgu, wszystko staje się ostrzejsze, wyraźniejsze, zapachy uderzają z intensywnościa jak nigdy. Na pewno też człowiek zwierzęcieje, nie przejmuje sie właściwie niczym, zastanawia się tylko nad tym gdzie by się przespac za darmo, zjeść za friko, i złapać stopa do następnego miasta.
Dziś pojadę do empiku. Trzeba kupić organajzer. Co z tego, że sobie zapiszę rzeczy w pliku txt. jak nie otworze go wtedy kiedy trzeba, poza tym tusz się w printerze wyssał więc nie mogę tego drukować.
Haha tak sobie pomyślałem ze sie nie dziwię moim staruszkom, że mnie biją bo głowie za robienie syfu jak jestem w Kłodzku. Wcale a wcale. Mam to samo, jak nie bedzie ten burdel posprzatany to własciwie nie jestem w stanie zrobić nic sensownego. Szczerzące sie na mnie sterty kubków po kawie, patelnia po jajku, wszystkie gazety z ostatnich 2 tygodni, 3 otwarte książki (Głód, 29,99, Strach przed lataniem) wokoło materacu pokrytego ubranianami, bzdetami. Brudny brodzik, błoto w przedpokoju, klej do zdjęc w umywalce. Na biurku cedeki, sprzet, baterie, zdjecia, niezeskanowane negatywy.
W głowie niedokonczona ksiązka, 5 artykułow, jeden pomysł do zrealzowania – który mogę zrobić wizualnie sam do końca, potrzebuję tylko muzyki aby ktoś napisał lub użyczył (myślę o muzie grammatika w tym momencie, bo najbardziej pasuje do tego co wymyslam). Szczegóły wkrotce ;) Będzie to film dokumentalny.
Praca, kasa, zlecenia – to też jakieś rozmyte. Indie – rowniez. Wszystko niby sie w dobrym kierunku toczy.
Pieprzony głod wszelkich zmian. We wszystkim co robie. Weryfikacja.

Skontakowali sie ze mną prawnicy pewnej pani, to ona zrobila tą fote
;))
dzięki Lano
Świetne zdjęcia (Rodrigo Prieto ten od Amores Perros), muza, gra Eminema
Prosta historia ale niezły przekaz no i wątki autobiograficzne. daje ***** (wyborcza dala ***)
…
wbijam sie na rower i ide robic zdjecia do projektu ktory wymyslilem wczoraj. yo
Z powodu trzymania ciepełka w warszawskich tramawajach i autobusikach wprowadzono nowe zasady – DRZWI OTWIERA SIE SAMODZIELNIE – naciskamy guzik i wychodzimy/wchodzimy.
Trudno sie przyzwyczaic do tego więc ta sama scena sie powtarza. Zatrzymuje sie tramwaj. Chcesz wyjsc ale nie wpadasz na to aby nacisnac guzik, to samo maja ci co wchodzą. Następuje sekunda ciszy, zaniepokojenia, trzeba spojrzec w oczy wchodzacych/wychodzących. CZasem jakis dres wyskoczy z filozoficznym pytaniem: NA CO SIE KURWA GAPISZ?
…
zmieniam tryb znow. postanowilem wstawac rano. uu…
jezuu wlasnie sobie przypomnialem, juz tam jade, jakby ktoś chcial se pogadac ze mną o czymś tam, to zapraaszam o 14:00 (za GODZINE) na czat.
yoo
Już prawie zapomniałem. Gość Oskar z NYC miał marzenie – abym mu zfotografował podwórko na którym sie wychował – dziś tam zbłądziłem, robiąc zdjcia dla Z.
co poza tym, nie spalem 40h, wiec juz chyba jednak pojde. jutro sesja foto, sie wyspac trzeba.
playlista na ostatnie mroczne dni, zamkniety z powodu zimna, przytwierdzony do kompa z powodu rzeczy do zrobienia
- PJ HARVEY Stories from the city, stories from the sea
- Neil Young Decade
- Pearl Jam VS
- Temple of the Dog
- !!!! Nirvana drua płyta (!!!)
powrot do korzonków jednym słowem
Nowy Almodovar. Hable con ella. Genialny. Zniewalający. Film. Przez F.
polecam.
…
przy wyjściu z kina. rozmowa.
Ona: ty te zakonczenie głupie takie, wiesz, bo o co chodziło, ten tytuł bezsensu, ja nie rozumiem,
On milczy. Już więcej nie pójdzie z nią do kina.
Colorado. New Mexico. Mexico. Creel. Tijuana. California. Arizona. 3 tygodnie w drodze.
podzieki dla marasa i Ani… :)
chcialem cos napisac o marazmie zimnie dole braku weny – ale to mają wszyscy
bardziej należy trzymać kciuki z ekipę na K2 – oby sie nic nie stało
Własnie ukonczylem film pt. MOVIEBLOG.02 – czyli skrawki z rzeczywistosci zarejestrowane na taśmie DV od lutego.02 do stycznia.03
51 minut – które wstrząsną światem.
cóż tylko wybrańcy zobaczą to kontrowersyjne dzieło… hehehe…
Nie bedzie wrzucania do sieci, no chyba ze znajde szybkie łącze aby w DIVxie wrzucic, ale to dopiero po pokazie dla AKTORUFF
- Dzien Dobry. Czy to pan Bartek Pogoda? Podróżnik?
- Tak? (jeszcze spie wlasciwie, jest 10, siedzialem do 8 rano nad montazem)
- Tu mowi ######. Pan jest podróznikem? Mam pytanie, bo jest konkurs i nie znam odpowiedzi na pytanie – jak sie nazywał Polak który pomagał wyznaczyć granice Brazylii? Bo nie moge nigdzie znaleźć, i myslalam ze pan mi pomoże
- hmm..hmm (właściwie nie kumam o co idzie ale odpowiadam) no nie wiem, proszę poszukać na gie o o gie el e kropka kom, poza tym śpię jeszcze, proszę zadzwonić potem, za pare godzin
ide spać. chyba chodziło jej o Krzysztofa Arciszewskiego, ale skad miala moj telefon i dlaczego ja? A moze mialem szanse wygrac 10000000 peelenow?
—-
Poczta. Pełna starszych ludzi. Dzis emerturki. Podłoga pełna błota. Kupuje koperte, znaczek. Wdaję się w rozmowę z żulem stojącym za mną. Nakręca mi o teorii spiskowej dziejow, jest wstawiony i chyba juz dluzszy czas sie nie mył. Odchodzę od okienka. Zul krzyczy do panienki z okienka – niech zobaczy co to, podając jej świstek. Polecony z Kolskiej, odpowiada ona. Dodam ze Kolska to adres Izby Wytrzezwien w Warszawie. Powiedz im że nie adresat nie żyje, tym jebanym kurwom, czerwonym, niech sami chuje płacą – krzyczy żul, staje na środku zabłoconego holu, wyzywa wszystich od kurw i wydaje koguci okrzyk. trzeba jakoś z Babylonem walczyć no nie?
tym razem podbijam Matuszkę Rassiję
56stuff.ru – czyli Mnie Nie Dogoniat i Ja szedl s uma hahaha
…
se kupilem domene – jeszcze nie wiem jak ja wykorzystac, tzn. wiem, ale moze ktos wie lepiej
bartpogoda.com
jest jeszcze film, ktory rozwali wszystko, ale montuje go wlasnie, jednym okiem oglądając Trainspotting na DVD….
nad ranem zajmę się pewniem montowaniem teledysku dla GameBoyzz Orchestra Project
jeżeli nie zasnę./..
ciao bambinos, wykluł się w kalendarzu nowy rok, więc trzeba go wykorzystac