Miesięczne archiwum: Maj 2002

7 dni

Chinska dzielnica, wietnamska knajpa, krewetki i brokuly, zar ulicy i chinskie piwo. Robimy wizytowki do RAKIETY i snujemy sie po miescie. Wczoraj mialem dym z biletem powrotnym, dzis byl jeszcze wiekszy, ale na szczescie wszystko zakonczylo sie inaczej. Dobrze. Wylat w piatek za tydzien. Rano bede calowal brudna glebe na Okeciu. Tymczasem jeszcze zycie w NYC sie niezle toczy. Naprawde niezle ;)

Opublikowano americana | Otagowano , ,

Day Dreamin’

Juz 4 dzien na miescie. Tzn. spiac gdzie popadnie, na podlodze, na materacach, lub nie spiac wcale, chyba ze w metrze. Sobota, impreza, finlandia, mota, impreza u piotrka, koncert na dachu – czyli Bestie Boys w postaci kufla, ravsA i mojej. Dobrze ze sasiedzi wyrozumiali. wiec policja nas nie odwiedzila.

Niedziela. Poniedzialek. I juz wtorek.

Portfolio. Ksiazka. Zdjecia. Drukuje i w koncu to prawie skonczylem. MAC, epson skaner i drukara, papier foto i godziny spedzone na przygotowywaniu tego wszystkiego. Stracilem rachube czasu. Kapiel w zimnym oceanie o 6 rano na mglistej COney Island, zdjecia, metro, upalny poniedzialek i 7 kaw. Nie spie juz nie wiem ile, i wprowadza mnie to w narkotyczny stan, ale mam energie, mam sile, moc i checi. Zycie do przodu sie pcha i jest swietnie.

Dzieki iwo za wszystko, mlodsza :)

Lauryn Hill i jej UNpluged z MTV – sila, slowa, emocje, glos i gitara akustyczna, 2 cd na MD nagrane i sluchane na okraglo. Lauryn jest PRAWDZIWA.

Palma odbija Polakom. Szczegolnie ze im sie cos wydaje ze cos sie im udalo, przypisujac zaslugi jednostki, calemu narodowi, karmiac slabego tchorzliwego potwora zwanego DUMA NARODOWA.

Polanski dostal Zlota Palme. Nie POLSKA ja dostala tylko on. Pieprzone kompleksy – kurwa w naszym kraju zawsze bedzie zle, jak bedziemy walic gruche jak jakis ciec bedzie odbieral oskara, nobla, czy inne cos tam, jak jakis czy skoczek skoczy czy biegacz pobiegnie. Narod wali gruche i kladzie sie spac spokojnie, bo wtedy wie ze POTRAFI, mimo ze nic nie robi, bo robia to jednostki – za wszystkich. Polacy nie wspieraja sie, Polak Polakowi wilkolakiem, zazdrosc o wszystko – ale jak sie komus uda to przez chwile jest jedno wielkie walenie gruchy. Polanski jest zajebistym rezyserem ale ta nagroda jest dla niego i dla SZPILMANA.

Nie dla narodu – tak jakby cale Stany cieszyly sie ze AMERYKANIE dostali 100 oskarow tego roku. Austarlia dostala w tym roku 18 oskarow. Niemcy wygraly NObla. A Szwecja …. blablabla…

To nie narod, to jednostki. Chyba ze caly kraj, panstwo walnie przyczynia sie do rozwoju jednostki. Inwestuje kase w dobrych nauczycieli, szkoly, kasuje cieciow (zlych nauczycieli), wprowadza swietny system szkolnictwa i dobrze placi tym co ksztalca jednostki. Tym co wiedza jak w danej osobie znalezc to COS, jak nie zmarnowac talentu.

takie sobie luzne mysli….

Nie mam jeszcze biletu do POlski, nie mam cyfraka d60 – ale wiem ze wracam na weekend 8-10 czerwiec do Polski.

Opublikowano americana | Otagowano , ,

City Surfin’

Wczoraj zar lal sie z nieba, na ktorym nawet sokolim nie wypatrzysz chumrki. Gorace powietrze zamkniete w asfaltowej klatce ulic wielkiego miasta. Na ulice wylegli pakistancy sprzedawcy lodow i napojow. Ja tymczasem pojawilem sie w Parku Centralnym. Ja i deska. Bebel Giberto i jaj mama i tata plus Beastie Boys (ze skladanki maaraaasa). Jedziem. Las w srodku miasta, skaly, zameczki, jeziora, ogromne przestrzenie boisk bejsbolowych, pol nagie ciala smazace sie w promieniach rakotworczego slonca, rolki, deski, rowery. Brakuje tylko waty cukrowej, po ktorej masz slodko lepiace dlonie. Jedziem. W dol i w gore. Zasuwam pomiedzy ludzmi. Surfing. Po 2 godzinach jezdzenia po calym parku wracam na ulice.

Lexington Ave., Park Ave. Od 87 zaczyna sie fajny zjazd w dol. Do 57. 30 ulic. 20 ulic to okolo 1.6 mili. Zdejmuje sluchawk, skupiam sie na jezdzie. Staram sie zalapac na ZIELONA FALE aby zadne czerwone swiatlo nie zatrzymalo mnie. SURFING. DOkladnie to jest to. Jak na oceanie. Tez czekasz na fale, na dobra fale, ktora dlugo cie poniesie. Musisz uwazac na innych surfujacych i ewentualne rekiny, co biora cie za smakowitego zolwia. Na ulicach miasta sa taksiarze, kierwocy autobusow, gliniarze, przechodnie i dziury w jezdni.

To byl dobry dzien. Wrocilem do domu i zszedlem. Miala byc impreza. Ale zaczalem ogladac „Mexican” z Pittem i Roberts i zasnalem.

Opublikowano americana | Otagowano , ,

glupia szmata

Mialem wstac o 6 rano. Wstalem. Ale poszedlem spac znow. Po to aby wymknac sie o 11 aby nie slyszec klotni gospodarzy domu w ktorym pomieszkuje.

Leb mi pekal, bo imprezie ostatniej, po tzw. wieczorku filmowym. Taken Bartka i Patrze na ciebie Marysiu – bylo sympatycznie, byla ekipa z Polski (Bartczyk i Maja O.), bylo szwedanie sie po ulicach, nie bylo spozywania alkoholu, bo nie wchodzil. Kasa sie skonczyla. Jak zwykle. Jestem totalnie nieodpowiedzialna osoba jezezli chodzi o mamone i za czesto sie splukuje co do grosza. Potem chodze glodny i psiocze na samego siebie.

Jest piatek. Jest goraco. Krotkie gacie i dlugi longboard. Ide do Central Parku posmigac. W ta i we wte.

MIalem cos wiecej napisac. Mialem napisac tekst. Ale nie chce mi sie i moja wena sie schowala tak ze nie moge jej znalezc… glupia szmata.

W ubiegłym roku z przepracowania zmarła rekordowa liczba osób w Japonii – 143 – wynika z najnowszego raportu rządu.

To o 68 proc. więcej niż rok wcześniej. Jest to też najwyższa liczba od 1987 roku, gdy zaczęto odnotowywać takie przypadki (wtedy odnotowano 21 takich zgonów). Najczęściej umierają pracownicy fabryczni, lekarze i taksówkarze. Japończycy pracują jednak mniej niż kiedyś. W 1955 roku przeciętny Japończyk przepracował 2356 godzin, a w 2001 roku już tylko 1843 godziny.

To pewnie dlatego moj aparat tak dlugo robia. Wlasnie przelozyli mi date wyslania na 23/6. Liczba zamowien i osob w kolejce do canona d60 wrasta a Japonce w Canonie obijaja sie – obciac im wakacje!!

Opublikowano americana | Otagowano , ,

Todo es mentira en este Mundo

Wez to wszystko. Miej otwarte oczy i chlonny mozg. Ogladaj TV, czytaj gazety, sluchaj pana prezydenta i wszystkich jego premierow i zony, miej 3 telewizory – na jednym CNN, na drugim wiadomosci Arabskiej Agencji Informacyjnej plus rosyjska telewizja. Oczywiscie stale lacze do netu i prenumerate wszelkich gazet. Naucz sie arabskiego i chinskiego. Badz przygotowany. I sprobuj to wszystko przesaczyc przez filtry w mozgu.

Sie nie da.

Nie da sie przetrawic.

Szkoda zycia.

Tego jedynego co masz.

Jezeli bedzie sie mialo cos stac to sie stanie.

Wlasnie sie przed chwila dowiedzialem ze sa jakies kontrole w NYC. Bo niby to genialny amerykanski wywiad podlsuchal majaki jakiegos Taliba w Guantanamo, koles mial zle sny i snil o tym jak wjezdza ciezarowka pelna TNT na mosk brooklinski a potem przenosi sie do Allaha. Z kolei drugiemu snilo sie ze malym samolocikiem, dajmy na to Cesna, wpierdala sie z impetem w Statue Wolnosci pelna izraeleskich turystow.

No wiec wczoraj czy dzis gazety sa pelne apokaliptycznych wizji. Jakos nie zauwazylem nic. Lezalem pol dnia na trawie w parku na Fresh Pond, jezdzilem na desce i bawilem sie kamera. Potem zjadlem super obiad – zupa warzywna i brokuly z miesem krowim (na pewno musialo byc zarazone choroba tych krow szalonych), wypilem pare szklan wody i gatorade i uderzylem na Manhattan. Nic. Spokoj. 25 stopni i wiaterek. Ludzie laza i nic.

Mam wrazenie ze dzienikarze najwiecej panikuja. Wkladaja wam shit do uszu i oczu a wy w to wierzycie.

Dziennikarz – powinien byc BAJKOPISARZ. Nie ma prawidziwych informacji – nie ma wolnej prasy, nie ma. Kasa, polityka. Nie wierze w teorie spiskowe ale nie chce mi sie juz sluchac newsow i glowic sie nad klamstwami ktore slysze w TV. Dziennikarze szukaja wszedzie sensacji, aby miec o czym pisac w tych durnych gazetach, ktore sie MOZE lepiej wtedy sprzedadza, bo ludzie sa uzaleznieni od „niesamowitych” indormacji, skandali i sensacji – bo ich zycie jest proste jak wlos Mongola i nudne jak wiadro budyniu…

Todo es mentira en este Mundo – zaspiewa Manu na koncercie w Warszawie – na ktorym mnie nie bedzie. Nie ma prawdy na tym swiecie. Wszystko to jeden wielki KIT.

Opublikowano americana | Otagowano , ,

indarabadabastajla

Brak snu. Az do wczorajszego popoludnia moj bilans snu na nieprzespane godziny wynosil 3/40.

O 11 spotkanie w sprawie sprzedazy zdjec (jest dobrze, a bedzie lepiej, podpisuje kontrakt – zycie freelancera mnie czeka, wiec musze sie poukladac i zorganizowac, oczywiscie na swoj sposob). Potem poszukiwania kamery. I jest. 2 tygodnie lazenia, uzerania sie ze sprzedawcami. Oprocz tego dali mi „za darmo” „gratis” takie cudo – czyli moge z predkoscia x32 nagrywac WAVE, MP3 na minidiska. Sweet. Przeczytalem obrzydliwie nudna instrukcje do kamery. Pomacalem, ponaciskalem, i poszedlem spac. Na 15 godzin. Dziwne sny, postaci, zdarzenia, dzwieki z ulicy wkradaly mi sie do glowy, podczas gdy ja snilem.

Wlasciwie oprocz imprezowania, kina, wloczegi ulicami, internetu, i zakupow nic w NYC nie zdzialalem. Ale mam jeszcze troche czasu. I pare rzeczy do zrobienia i zobaczenia.

Aha – komunikat – wszyscy chetni do pokazania swej facjaty w filmie (ci MIESZKAJACY w NYC) mailowac do {kufel i ravs wy nie musicie hehhe – jestecie w filmie, nie macie wyjscia} – krece bowiem czesc filmu o blogersach, blogaczach czy jak ich tam nazwac.

Opublikowano americana | Otagowano , ,

Najpiekniejsza para piersi na swiecie

„Najgorsze sa poranki. Kiedy otwieram oczy, musi uplynac dluga chwila, zanim sie zorientuje, gdzie wyladowalem”

-Roland Topor „Najpiekniejsza para piersi na swiecie”

Nie moglem sie zgodzic z Toporem. Tego ranka. Flushing, Queens. O tym sie dowiedzialem dopiero po jakims czasie. Nie wchodzac w szczegoly. To byla najpiekniejsza para piersi na swiecie :)) …

Ale od poczatku. Ciezko napaleni na impreze. Ja, ravs, kufl, ivo i piotrek. Z reguly jest tak w zyciu ze im bardziej sie na cos napalasz tym mniej wychodzi. Mozna rzec jest tak ze wszystkim. Tym razem tak nie bylo.

Woodpoint Rd. Wieczor. Siedzimy. Senni, znudzeni, i w ogole mamy dosc. Ale ruszamy dupy i pakujemy je w blaszany wagonik mknacy na Manhattan.

37 ulica. Miasto. Wjezdzamy na impreze. Polowa ludzi zasuwa po hebrajsku. BO to zydowska impreza. 10$ wjazdowe i alkoholu ile dusza zapragnie a zaladek zniesie. Wpadaja Polaczki, pija, nie symiluja sie, bo jest sztywno i ch. muzyka. Wiec wychodza. Troche szkoda bo zydowskie imprezy sa z reguly swietne.

Brooklyn. Teraz juz nie wiemy gdzie isc. Pierre, kumpel z Francji ktorego spotkalem wczesniej w Gautemali i Meksyku nakrecil cos innego, mamy adres i jedziemy tam.

Jej tluszcz przelewal mi sie przez palce. Miala 150 cm wzrostu i 100 kilo wagi. Latynoskie disco harczalo z glosnikow. A my wywijalismy salse. Wczesniej dobralismy sie do lodowki. Przypadek. NIe ma to jak wejsc nie proszony na impreze, prosto z ulicy. Puertorikanczyk byl ciezko przekonany ze my kogos znamy i w ogole bylismy jego hermanos i hermana. No i prawie rozwalilismy mu jego rodzinna impreze. Trza jednak bylo uciekac – zle fluidy pojawily sie w powietrzu. Kufel zawinal heinekena z lodowki i czmyhnelismy.

Broadway. Brooklyn. Kumpel Pierra i dziewczyna kumpla zoorganizowali impreze, na ktora zaprosili kogo sie dalo. Bylo jak w POlsce. Stalismy w kuchni i oproznialismy kolejne butelki. Rzadzilismy. Coz czas lecial, zycie wygrywalo coraz lepszy rytm.

Spotkalismy A. Potem mi powiedziala ze plakala. Nie znalismy jej. Ale slowianskie dusze (byla z Rosji) sa zawsze mile widziane wiec zabralismy ja ze soba. KOlejne imprezy a potem zejsciowe pierogi na Woodpoint Rd. I ogolne zejscie.

Slonce. Jeszcze nieprzytomny lub juz nieprzytomny. Jadac taksowka wlasciwie nie wiadomo gdzie. Slonce. Tak prosto w oczy.

Emocje, pomysly, wibracje, plany, przezywka. Wymiana mysli. Wymiana. Inspiarcja. Chce sie zyc.

Siedze teraz na Times Sq. Jest 1:30 am a ja wyszedlem o polnocy z domu, bo nie moglem spac.

A tu pare fotek z imprezy – dzieki uprzejmosci KUFLA – ja wciaz czekam na swoja cyfre…

bart_debilne_okulary

fotopopo

kufl_bart_iwo

kufleasty

ravs_bart

ravs_piotrek

subway

sucidal

superhirou

tu_przegialem

ulycami_se_ide

Opublikowano americana | Otagowano , ,

chimeryczny lokator

od wielu miesiecy. u roznych ludzi. bujam sie od mieszkania do mieszkania, liczac na goscine innych. ciezko czasem jest, ale nie ma wyjscia, jezeli chce sie przetrwac.

wczoraj zabralem Gizie CHIMERYCZNEGO LOKATORA Topora.

i umarlem.

ze smiechu.

Opublikowano americana | Otagowano , ,

Kiedys sobie pomysle

Kiedys sobie pomysle – tak poczelo sie lato 2002.

Byla polowa maja, a laseczki biegaly z pepuszkami na wierzchu, aby reszta swiata mogla trzepac kapucyna. Na ulicach gnily smieci, sprzedawcy sprzedawali precle i kokekole zimna jak wszystkie topniejace lody Antarktydy. A ja? – wlasciwie co ja?

Zalapywalem sie na to wszystko ;)

Lekki miszmasz w glowie, niezrealizowane pomysly, co sie az gotowaly w tej lysej puszce kiwajacej sie na czubeczku mojego tulowia. Na uszach mialem swoja muzyke, „pockets full of cheese”, aparat bez filmu w torbie i wcale nie robilem zdjec. Robilem je oczami. Szkoda filmu, poza tym wciaz czekalem na aparat cyfrowy, ktory wydawal sie nie nadchodzic…

Codzienna wizyta na 42 ulicy – Times Sq. – kiczowate centrum wielkiego miasta. Juz mialem dosc tego miejsca, ale codziennie mozna bylo mnie tam spotkac.

Wkurwialy mnie hordy turystow robiacych sobie zdjecia na tle mrugajacych psychodelicznie ogromnych ekranow, kierowcy toczyli odwieczna walke z przechodniami, oszusci z Pakistanu (choc wlasciwie nieodgadnionej narodowosci) niczym SpajderMan (widzialem juz ten film, wlasnie przed chwila i sie podobal , bo sobie wylaczylem mozg z pradu stalego) wkrecali w swa siec zdezorientowanych klientow, sprzedajac im zepsute aparaty za naprawde „niska cene”, maj frend.

Probowalem tez sprzedac swoje zdjecia, spotykalem sie z roznymi ludzmi i bylem o krok od podpisania pewnej umowy. Czy to sie stalo. Wtedy jeszcze tego nie moglem wiedziec, bo snulem tylko nic nie warte przypuszczenia, zamiast stac obiema stopami na twardym gruncie.

Bylo przyjemnie, nadchodzily gorace dni, w czerwcu mialo byc juz nie do wytrzymania, i wszyscy z upragnieniem mieli czekac na przyjemna jesien.

Ale wciaz jednak byl maj, a zyc dniem dzisiejszym nalezalo. WIec wymazalem z karty pamieci wszystkie mysli a propos przyszlosc, w niepamiec puscilem pytania „co bedziesz robisz jak powrocisz do Polski” – tak jakby kogokolwiek to interesowalo – takie podtrzymanie konwersacji o Nietschem.

Przestaje biegac jak debil po tych samych ulicach, sa inne miejsca, biore longborda, MD, i jade jutro pojezdzic po Parku Centralnym. Moze sie cos zdarzy…

PS.
W sobote impreza na Manhattanie, bedzie ciezko, mam nadzieje ze w niedziele pojawi sie nowa notka. Pray for me, madafuckerz. tymczasem spadam, musze sie znalezc na Grand Ave. St. najpozniej o 11:40 – nie mam ochoty po raz enty maszerowac pustymi ulicami Queenz

Opublikowano americana | Otagowano , ,

Patrz, kurwa, jakie ma czerwone wlosy

Gorace popoludnie na Queens. Czekam nieprzyzwoicie dlugo na bus, gdy nadjezdza w koncu jest spozniony o 40 minut.

„Patrz, kurwa, jakie ma czerwone wlosy” – slysze jak po polsku odzywa sie kobieta w nieokreslonym wieku do swojej coreczki. Do autobusu w tym momencie wsiada latynoska pankowa z czerwona fryzura i kurtka z naszywka SPECIALS – wypisana gotyckimi literkami.

Scena trwa 5 sekund.

Ale sie przy niej zatrzymam.

WYGLAD.

Czemu zawsze w Polsce, szczegolnie w malych miastach, lub tez prowincjonalnej Warszawie wyglad drugiego czlowieka wzbudza tak niezdrowe emocje? Jezeli ktos odbiega od szarego wizerunku (krotkie wloski, dziny, turecki sweter czy biale adidasy) to od razu pada na takim czlowieku wzrok drugiego, czy tez chichy-chichy, podsmiewajki czy tez oburzenie dewotki w pociagu. Patrz jaki kolczyk w nosie, patrz ale ma debilne czerwone spodnie, ty spojrz jak sie ta malolata wystroila.

Zero tolerancji. Nawet tu w NY, gdy Polaczek opusci swoj zapyzialy Greenpoint w dalszym ciagu sie nie moze nadziwic – rzucajac takie „kwiatki” jak pani z autobusu Q59.

A mi sie ten tlum podoba. Roznorodnosc, wymieszka, dziki tlum, spaliny, topiacy sie asfalt i spozycie soku z marchewki przy Washington Sq w upalny dzien, gapiac sie na ludzi, i sluchajac muzyki miasta.

Opublikowano americana | Otagowano , ,