MADIDI – dzungla.

Jestem ciezszy o 10 kilo. Przesiakniety woda. Mam wrazenie, ze deszcz pada we wszystkich kierunkach, z dolu tez. Orlando (przewodnik) toruje maczeta droge dla pozostalej trojki (ja, Ivette & Caspar z Holandii). Nie odzywamy sie wcale. W glebi pewnie kazdy z nas mysli jak znalezc sie daleko, daleko stad. Mam dosc po 3 godzinach. Wszystko mokre (aparaty i minidisk bede suszyl przez najblizsze dwa dni). Dzungla jest wspaniala i przerazajaca zarazem. Pozwala zyc tutaj tylko nielicznym. Ja, ty, twoja siostra, starzy, sasiad, babcia, kumpel z lawki, szef czy burmistrz twojego miasta nie przezyli by tu tygodnia. Mimo, ze w lesie rosnie wszystko co do zycia potrzebne. Zbudujesz dom, wyzywisz sie, wyleczysz rany. Tylko wszystko trzeba umiec znalezc.

Orlando co jakis czas podchodzi do jakiegos z drzew. Glaszcze, dotyka, wycina maczeta kawalek i podaje nam do sprobowania, dotkniecia, powachania.

– To drzewo to kaczuk, bardzo cenne, tamto jest dobre na raka krwi, to na malarie – chinina. Podnosi jaki owoc, rozlupuje na pol i podaje. Sprobuj – zacheca. Zjadam polowe. Nowy samk w moim zyciu. To na potencje – dodaje Orlando i scina maczeta kolejna liane.

Idziemy dalej. Mokra zielen. Zielone pieklo. Drzewo rosnie na drzewie i pod drzewem. Nie widac zwierzat – oporcz malp skaczacych po drzewach. Czasem znajdujemy slady – tapira, pumy. Ptaki i insekty krzycza, mrucza, miaucza, piszcza, gwizdza. Kakofonia. Trafiamy tez na ropuche wielkosci malego psa. Napawa sie ulewa.

Park Narodowy Madidi – ogromny teren na polnocy Boliwii. Dom dla tysiaca gatunkow ptakow (10% wszystkich znanych na swiecie). Dotrzec tu mozna tylko na piechote lub canoe.

Mieszkam w obozie rozbitym o 300 metrow od rzeki. Baraki powleczone zielona siatka – wewnatrz proste prycze z moskitera. Da sie zyc. Komarow nie za wiele – rzeczy wisza na drzewie, buty tez. Wszystko mokre. Znakomita kolacje zjadam w samych majtach. Potem z ekipa miedzynarodowa gramy w yatsi – kosci.

Nocny marsz wzdluz rzeki – Orlando poluje na aligatora. Bestja ucieka.

Leze na pryczy. Tajemnicze odglosy, kroki, bzyczenie, turkot – wszystko na raz. Nie nagrywam na minidisk – wszystko wysiadlo. Minidisk dziala, ale baterie zamokly.

Nastepny dzien to samo. Marsz, wspinaczka, przedzieranie sie, probowanie drzew. Na szczescie w palacym sloncu. A moze na nieszczescie. Orlando znajduje dluga i mocna liane zwisajaca tuz nad przepascia. Fruu…. i juz lece 30 metrow nad glebokim parowem. Wspaniale:))

Wieczorem powrot. Miasto ciche. Wszystko zamkniete. Co jest grane? Narodowy spis ludnosci Boliwii. Na szczescie wszystko trwa tylko do 19:00.

Dzien nastepny. Totalny relaks. Rany sie zagoily, antybiotyki podzialaly. Pranie, sniadanko (wspaniale nalesniki z bananami za dolca). Hamak, hustawa, slonce i arbuzy. Jutro wylot do La Paz.

dzungla1

dzungla2

dzungla4

dzungla5

dzungla6

dzungla7

dzungla8

dzungla10

dzungla11

dzungla12

dzungla13

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Ten wpis został opublikowany w kategorii americana i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.