ostatni dzien na wyspie…

Uderzylisimy z Wikingiem na kajaki. 3 godziny zmagania sie z falami, sloncem i samym soba. Nie bylo latwo. Kajaki sluzyly chyba jako dekoracja przez dlugi czas, byly chybotliwe i trudne do ujarzmienia. Wyplynelismy z zatoki. Ciagle wioslowanie i rozmowy i wosku, zyciu, podrozowaniu. Minelismy mala samotna wysepke na morzu, potem dotarlismy na mala plaze. Oczywiscie nalezala do jakiegos krezusa z Rio. W kazdym miejscu tabliczki – ENTRADA PROIBIDADA. Ale kto by sie o to martwil. Oczywiscie zarcie ktore wizelismy zmoklo kopletnie i nadawalo sie tylko na karme dla ptakow lub ryb. Dobrze ze nie wzialem apratu.

Powrot na wyspe. Zmeczenie, znuzenie, slonce prosto w ryj. Obiadek i powloklem sie do mojej posady, gdzie zrzucilem swoje zwkloki na loze i zabralem sie do lektury LITUMIA W ANDACH – Vargasa LLosy. I zasnalem oczywiscie.

Ostatni dzien na wyspie. Jutro Parati. Tamze uderzyla czesc ludzi. Inni ktorych spotkalem rozpiechrzli sie po calej Ameryce. Byli na swojej drodze. Tak jak ja. To jest tak – jedziesz sam, spotykasz innych ludzi, ale nikt ci nie karze byc z nimi caly czas. Spedzasz zajebiscie czas – rozmowy, wspolne wloczenie sie po okolicy. Zawsze ktos kogo spotkasz poradzi ci w roznych kwestiach, dowiesz sie nowych rzeczy.

Co dalej sie zobaczy. Na razie stracilem inspiracje i moze wroci jak trafie w jakies hardkorowe miejsce. Aby pisac o biedzie, alkoholizmie, zlodziejach, zmeczeniu i innych niezbyt przyjemnych rzeczach. Na Ilha Grnade – jak juz pisalem – bylo pieknie, bezstresowo i czuje sie jak nowy czlowiek, nabralem sil na dalsza podroz….

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Ten wpis został opublikowany w kategorii americana i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.