LOPEZ MENDEZ

Muzyka rozbrzmiwala jeszcze dlugo. Lecz morze wydawalo sie byc glosniejsze. Piatek wieczor. Oprocz turystow z plecakami przyblo tez dziesiatku mlodych ludzi z Sao Paolo i Rio de Janiero. Carpirihnas, browce, muzyka na zywo, lekcje samby udzielane przez trzy 15 latki z Sao Paolo (samba – chyba jednak potrzebuje wiecej lekcji, niz ten jeden taniec). Tuz po tym jak zainstalowalem u Luisa Fernando windoze -wrocilem na sam srodek dobrej zabawy.

Wszyscy w drodze. 20 latek z Norwegii – ktory od razu wygladal mi na Wikinga – pracowal w przetworni lososia – teraz od roku jest w drodze. Koles z Australii w jednym bucie normalnym – na druga noge zalozyl sandala. Drugiego buta zgubil w Rio jak wskakiwal do autobusu. Tak sie przedstawia – I`m Clinton, you know, like Bill. Na to ja – I`m Bart, you know, like Simpson. Potem spotykam Iana i Erinn z Anglii. Iscie brotylski czarny humor. 3 carpirihanas mas, por favor – krzyczy Irinn do kelnera, ktory juz nie wie gdzie ma sie podziac. I tak przez dlugie godziny…

aasa_hond

anapaola

atoba

atoba2

hendrix

horsemusic

samba1

samba2

sao_paolo_chicas

surfer

turtle_ilha

Rano obudzilo mnie slonce. Pierwszy raz od 3 dni. Ja, Reiner i Andrea – w koncu zebralismy nasze dupy i ruszylismy przez dzungle. Niezle tempo – ukrop, z gorki i pod gorke, bloto, zielen az oczy bola. Zasuwamy. Po2 godzinach jestesmy na Praia Lopez Mendez – ponoc najpiekniesza plaza w Brazylii. No i rzeczywiscie – powala. Bialy piasek, 4 metrowe fale, surfing, laski, blekit nieba i zar slonca.

Zebralismy sie kolesiami (reiner i rafael) – i jak niezlych hardkorowcow przystalo, poszlismy posefrowac. No tak – ale nie mielismy desek. Przez pol godziny staczalismy boje z ogromnymi morskimi zakretasami. Miliony litrow wody przewalay sie nam nad glowami. 100 metrow dalej tubylcy smigali na deskach. Pytam potem jednego jak bylo. Eh wiesz… ciezko, nie ma jednej wielkiej i dlugiej fali, tylko 4 mniejsze. Na tym nie da sie smigac – wyjasnia. Hm. Surfing to filozofia – nie sport. Musze tego sprobowac. Wkrotce.

Zamiast wracac 2 godziny zapodaje na statek. Lodz za 5 reali i talerze pelne owocow. Plyniemy 40 minut.

Czasem trudno mi jest cokolwiek opisac. To nie jest zadna beletrystyka. Pisze co czuje. Ale niektorych rzeczy ni jak. Slowa nie pasuja. Jak kwadratowy klocek w okragly. Nie wlozysz go. Mlotka przeciez uzywal nie bede.

Wracajac z dokow spotkalem dzieciaka w koszulce z napisem – NO STRES, ILHA GRANDE. To chyba wyjasnia wszystko. Geby sie wszystkim dookola ciesza, zycie plynie powoli, saczy sie jak carpihirnia przez slomke.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Ten wpis został opublikowany w kategorii americana i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.