Yearly Archives: 2001

SAN PEDRO DE LAGUNA

Ostatni dzien roku. W Japonii juz strzelaja na wiwat. Tu strzelaja caly czas, dzien i noc. Jestem nad jeziorem Atitlian w malej wiosce w ktorej bylem 3 lata temu. 3 godziny szukalismy miejsca (z barbie i kunem … nie barbie i kenem….. hehe… dopiero teraz skumalem jak maja slicznie na imie). Mamy zapadla dziure, bo wszystko zajete. Zachwile otwieramy pierwsza butelke – a w nocy impreza w stylu rzymskim – przescieradla, prywatna willa, i w ogole pare innych “rzeczy”, ale sam nie wiem jak to sie skonczy…
to byl dobry rok…. naprawde dobry..

chciialbym podziekawac paru osobom za wszystko co sie w nim zdarzylo… :)) ale to pewnego dnia… trzymajcie sie..

Posted in .. |

SUERTE

czyli szczescie? czy je mam? na to wyglada… (odpukac)….

Argentyna – co sie tam teraz dzieje. 5 miesiecy temu sytuacja gospdarcza i nastroje rosly jak banka mydlana co pekla pare dni temu….

Peru – zamilowanie do wybuchow, dynamitow i mamy tragedie. Bylem tam 3 miesiace temu.

teraz na polnoc. Wlasnie skonczylem kurs espanola …. jutro impreza nad jeziorem Atitlian i czas bedzie mi w droge znow uderzyc….

Az sie boje liczyc kilometry do NYC…

Dzis moj eos 50, monopod i 50mm polecialy tamze , wraz z Rayem

hehe…. ale zapomnialem mu dac negatywy i slajdy…

coz…. dobrej zabawy zycze i udanego roku 2002…. :)) pozdrawiam jak najmocniej rodzine, przyjaciol i nieznajomych, czytelnikow, wrogow (kazdy ich ma) i w ogole wszytkich ludzi …. blabalbLVBALA

Posted in .. |

ANTIGUA FOTOGRAFIA cz.2

45 minut. I 120 zdjec. Wieczor. Antigua. I tyle mam do powiedzenia.

ANTIGUA 2
i zdjecia z imprezy w ANTIGUA 1

Posted in .. |

ANTIGUA GUATEMALA

Dni mijaja. Naprawiam swoj uliczny hiszpanski przez 6 godzin dziennie – 4 godziny w szkole i dwie zadan domowych. Postepy, postepy, nowe rzeczy, samodyscyplina, upor.

Dwa dni temu Canon Eos 50 zmarl na dobre i obiektyw 50mm. Coz teraz zostal mi cyfrak, eos 3 i 20 filmow.

Jeszcze pare dni do konca roku. Sylwester? Nad oceanem, nad jeziorem badz w miescie. Sie zobaczy. Ekipa sie powoli mala zbiera.

Dni gorace, noce drzyste. Z wulkanow sie czasem co-nie-co podymi, jakies opary i wybuchy. Wulkan jakos nie wydaje sie niebezpieczny, niebezpieczne sa raczej sztuczne ognie od ktorych w ciagu 3 dni zginelo 27 osob w gautemali. Paranoja… Wszytskich ofiar bylo 45 – noze, bojki i wypadki samochodowe.

Aaa….. ziew…. zmeczony jak pies. Calu dzien sie cos dzieje. laze po miescie z apratem i pstrykam – przez reszte dnia – hiszpanski. Wieczor – piwko, internet i czasem impreza…

Posted in .. |

Wulkaniczne swieta

Wulkan zdobyty w pierwszy dzien swiat. Pacaya – tylko 2600 metrow. Nie wiele. Ale za to aktywny. Gazy trujace prawie mnie zabily. Potem powrot ciemna noca. Gdzies tam w dole swiatla La Ciudad Guatemala – najwiekszej metropoli Ameryki Srodkowej. Taki byl pierwszy dzien swiat. A wigilia? Calkiem sympatycznie – wraz z guatemalska rodzina…

Dzis znow ide do szkoly… ;))

FOTKI:
HONDURAS – nowe
ANTIGUA
WULKAN PACAYA

Posted in .. |

ANTIGUA GUATEMALA

…. pewnie zasiadacie do kolacji wigilijnej w tym momencie…

a ja?

A ja wlasnie dotarlem do Antigua Guatemala. Bylem juz tutaj – 3 lata temu, a w tym roku spedze Swieta i Nowy Rok. Laze z plecakiem. Nie ma miejsc w hostelach. I moze sie okazac ze Wigilie spedze na uilicy…

Hehhe… sie zaczalem uzalac…

Jest goraco, tlocznie, mnostwo knajp, internetow, gringos.

Za 120$ za tydzien mam szkole hiszpanskiego (dali mnie na poziom sredniozaawansowany) + chata i zarcie 3 razy dzienneie. NIezly deal…

Wypicie moje zdrowie. PA

Posted in .. |

GUATEMALA CITY

2 noce i zmykam dalej. Przemieszczam sie coraz szybciej chyba. Wkrotce zamiast relacji to zaczne pisac 17sto zgloskowe HAIKU. deklamowac, recytowac, pisac, czytac, sluchac wierszy to ja nigdy nie moglem. Jakos malo romantyczny postac jestem. Piosenki, muzyka, teksty oczywiscie sie zalapuje i to bardzo. Ale tworczosc w stylu Pana Tadka i te rymowanki doprowadzaly mnie do szalu zawsze.

Lezalem w hamaku. Noc. Omoa. Honduras. I zaczalem tworzyc haiku. Po polacku oczywiscie i nie zachowujac zasad. To maly opis 5 minut, zapis chwili.

—-

Ptactwo w krzewach
buszuje
Ale dyskoteka glosniejsza jest

—-

Gdzie jestem
Wlasciwie
Zapytuje w hamaku sie bujajac

—-

Skonczyl mi sie dlugopis
Niepytajac
Pozyczylem drugi

—-

Goraczka sobotniej nocy
Dzis nie mam
Goraczki

—-

Na zakonczenie klasyczny 17sto zgloskowiec (sylabowiec – boziuu…. pani z polskiego by mnie zamordowala wlasnym dlugopisem). To haiku, bardzo niepoprawne polityczne, nie dla dzieci, falszywych dewotek. Instrukcja – nalezy wymawiac szybko i mantrowac bez konca. jest to haiku na cwiczenie wymowy. Oto ono:

Chujdupapizdacycki
Chujdupa
Pizdacyckichujdupa

—-

6 rano. Zerwalem sie ze snu. Slonce dopiero sie budzilo. Wzulem sandaly i pognalem przez pusta wioske na rownie pusty pomost. Ogromnie pelikany krazyly 3 metry nad glowa wypatrujac ryb niechybnie. Przysiady, pompeczki, rozciaganie, duzy rozbieg, sekunda w powietrzu i spotkalem sie z lustrem wody. ostatnie chwile w tym miejscu.

W strone granicy z Guatemala.

5 godzin do Puerto Barrios. W klasycznym chicken busie i znalazlo sie tez miejsce dla calkiem sporej glowy, ktora podrozowala przez ladna chwile wraz ze mna. Ciezarowka z granicy Hondurasu i juz Guatemala. Zielen, slonce i 12$ za wize.

W puerto Barrios (obrzydliwe portowe miasto, wszyscy i wszytko tapla sie w glebokim blocie wdychajac malo przyjemne zapachy). Stamtad autobus do Guatemala City.

WLADCA PIERSCIENI – DRUZYNA PIERSCIENIA. Warto bylo czekac. napisze wiecej. Wyobrazcie sobie tylko. Film powala. Czekam na kolejne dwie czesc. 2002, 2003….

aaaaaa….. ide spac… jutro Antigua Guatemala i Wigilia. Z kim, gdzie, jak – ni wiem nic ni wiem….

Posted in .. |

OMOA, HONDURAS

OMOA – mala rybacka wioska tuz przy granicy z Guatemala. Wspaniale morze – Karaiby rzecz jasna, wokolo dzungla i ludzie Garifuna – potomkowie niewolnikow z Afryki.

Zadekowalem sie w hotelu za 2$ – tzn. mam hamak i dach. Wlasciciel miejsca Roli ze Szwajcarii piecze wspanialy szwajcarski chleb dzis. Zapach prawie zwalil mnie z nog. Pobudka o 6 rano. Nietomny powloklem sie na molo i rzucilem swe cialo w glebiny. Taka gimnastyka z rana to cos co misie lubia najbardziej.

Poza tym w calej Ameryce Srodkowej chmurzasto i pada deszcz – wiec swieta parne , deszczowe i gorace…

ZOstane tu dwa dni (na Wigilie na pewno) i dalej w droge – do Gwatemali. Koncze, zycze wiadomo czego i w ogole wspanialych Swiat…. pa

Posted in .. |

W drodze z NICARAGUI do HONDURASU

8:00 —> POBUDKA, Leon, Nicaragua

W nocy dmuchawa dawala przyjemny chlod. Big Chill. 20 cial snilo w wielkiej sali. Jak w szpitalu dla oblakanych. 20 roznych osob i snow. W roznych jezykach. Nietorzy z nich biora rowniez tabletki antymalaryczne wiec sprawa sie komplikuje – sny sa bardziej kolorowe i przerazajace. Nie wiadomo czemu przysnila mi sie M. dziewczyna w ktorej zabujany bylem w podstawowce… no comments


w kibelku, Leon, Nicaragua

9:00 —> INTERNET

HO, Ho!! To sie porobilo mi kontaktow na ICQ. Wystarczylo ze dalem swoj numer ponownie na strone i sie zaczelo. Kazdy chce powiedziec czesc i hallo i co tam slychac. Ale jak ja sie na ICQ pojawiam to rozmawiam tylko z przyjaciolmi ktorych znam. I tyle. Nie siedze na sieci caly dzien, aby se konwersowac …. no nie? Co waznego —-> MAIL

10:00 —> SNIADANIE

Kawa, sok, 4 tosty, dzem, miod

10:30 – 15:00 —> W DRODZE NA GRANICE Z HONDURASEM

“a la izquina” (na rogu) – rzekla stara kobieta sprzedajaca czosnek. To a propos ciezarowki, ktora sluzy jako autobus, przewozac na pace ludzi. Jade na dworzec autobusowy, a wlasciwie wielkie targowisko. Czemu zawsze czosnek sprzedaja starsze kobiety? Czyzby tylko one mialy monopol na ten antywampiryzm?

Spoko – ciezarowka przyjechala po 3 minutach. Wskoczylem i pognalismy na targowisko. Rzucalo jak w piosence 10 w skali Beauforta. Na miejscu zmiana autobusu – do Chinandega. W Ameryce Srodkowej na bus sie nie czeka. TO bus czeka na ciebie. Co nie przychodze na stacje (targowisko) autobus juz drzy w gotowosci, kolesie goraczkowo zapraszaja do srodka, Ba! wrecz bija sie o kazdy kawalek podroznego.

38 km z Leon do Chinandega. 1,5 godziny. Rowerem bylbym szybciej. Ale tak to jest. Kupuje co pol godziny plastikowy worek z woda. Jak i zarcie. Wszystko od ludzi, dzieciakow pojawiajacych sie w autobusie na kazdym postoju. Kupisz wszystko – nawet zywa kure.

Chinandega – znow nie czekam. Szybki odjazd ze stacji. Tym razem 2,5 godziny w drodze. 70 km ale droga znacznie gorsza. Wertepy, wyrwane mosty, przebudowa, remont, slady duzych zniszczen. To efekt dzialan huraganu MITCH z 1998 roku. Nie bylo gorszego kataklizmu w nowej historii Hondurasu i dla pewnych czesc Nicaragui i Guatemali. Ta czesc Ameryki Srodkowej zbiedniala jeszcze bardziej. Przez 48 godzin MITCH (kategoria 5 – czyli najsilniejszy) dokonywal straszliwych zniszczen wiejac z predkoscia 180 mil na godzine. 10000 dusz ulecialo z ziemi. Setki tysiecy osob stracilo domy, dobytek.

W koncu granica. Rowerowa ryksza dojezdzam do punktu granicznego po stronie Nicaragui. Blabalbla, biurokracja jak zywkle. Papierki, pieczatki i klasycznie oplata za cos – 2 $ tym razem – podatek wyjazdowy. Mam nadzieje ze pojdzie do przynajmniej na jakis dobry cel. Choc watpie. Wymieniam reszte cordobas na limpares (waluta Hondurasu). 1km – moj masakryczny plecak, maly plecak z zepsutym zamkiem i ja – idziemy. Cinkciarze, rykszarze, kierowcy tirow spiacy pod swoimi pojadami na podwieszonych hamakach, krecace sie wokolo tirowki (tak tak – one sa wszedzie), dzieciaki plywajace w granicznej rzece. Wspaniale widoki wokolo i w punkt graniczny Hondurasu. Wypelniam karte graniczna (po raz 10ty chyba) i ustawiam sie w kolejce z paszportem, oganiac sie rownoczesnie od cinkciarzy, ktorzy wymienili by nawet wlasna matke i babcie na dolary, limparesy, cordobasy, czy nawet zlotowki. Pot sie leje ciurkiem, wycieram sie co 10 sekund (w.! bandana sie przydaje, dzieki mala). gdy przychodzi moja kolej, pani w okienku informuje mnie ze nie oplacilem czegos w kasie. No to ide do kasy, cierpliwosci coraz mniej. A tam w kasie jedna pani pije kawe, droga trajkocze przez telefon, trzecia nie robi nic, aa sorry, oddycha. Wolam wiec ta co oddycha – taa. taa…. prosze poczekac, muchacha poszla do toalety.

15 minut i muczacza sie nie pojawia – za to zauwaza mnie inna chica siedzace w kacie i przekladajaca papierki. okolo 20 stki, piekna, czerowny obcisly sweterek (generalnie nie lubie czerwonego, ale w tym wypadku). Wiec jeszcze raz jej tlumacze, ze goraco i te plecak i ja sie spiesze do Hondurasu. Ta sie usmiecha slodko i idzie szukac muczaczy. Muczacza w koncu sie pojawia, zdecydowanie niezadowolona ze ktos jej sjeste przerwal. Place 2$ (!!! ponoc sie normalnie 7$ frycowego placi za przekroczenie granicy!!) i ustawiam sie znow w kolejce co bylem poprzednio. I tu znow lala mnie ratuje i przyjmuje moj paszport bez kolejki – dzieki ci chica w czerwonym sweterku ;)

15:00 – 19:30 —> GRANICA – TEGUCIGALPA

Jadem. Najpierw microbusem, smierdzac jak cap jade ladna sliczna droga do miasta CHUCELTACA. Znow widoki, slonce wlewa miekkie swiatlo do srodka pojazdu. Gory. 2000mnpm. W koncu wielka plama swiatla w dolinie. Tegucigalpa – stolica Hondurasu.

19:35 —> TEGUCIGALPA, dworzec autobusowy

Jest juz wystarczajaco ciemno aby dostac w morde, zostac obrabowanym, ale jak zawsze (pukpuk) nic takiego mi sie nie przytrafia.

Na stacji autobusowej lini EL REY okazuje sie ze bus do SAN PEDRO SULA jest o 3 rano. Hotel – ten tani, zapakowany na maksa, reszta droga wiec pozaostaje mi czekac na dworcu. Tym razem ja czekam na autobus, a nie on na mnie.

Duza sala, wiatraki (tylko 2 dzialaja). 20 osob i placzace dzieci. Jedyne co moge robic to pisac ten tekst, wygodnie ulozony w plastiowym fotelu, sluchajac manu nagry. This place´s gonna kill you baby…

23:00

Siedze kolo kibla wiec smierdzi coraz bardziej, zatkany pewnikiem jest.

1:21

Zyjem wciaz. Ludzie spia. Slucham wszystkich plyt MD co mam, wertuje przewodnik i rysuje.

2:30

Kupuje w koncu bilet. Ten co go sprzedaje raczej niezadowolony z zycia. Na stacji dym – miejsce ktore mialo byc w autobusie dla bagazy, zostalo zajete przez tajemnicze szre paczki.

3:00

Odejazd. Plecak jedzie tu ze mna, nie w luku bagazowym. Zasypiam.

7:24 —> SAN PEDRO SULA, HONDURAS

Ehh…. W koncu. Soczek bananowo-papajowo-mleczny na sniadanie i kawa. W deszczu. Szukam internetu … a potem w droge na Karaiby ponownie. To tylko godzina drogi stad.

———

NOWE FOTY

NICARAGUA 2
HONDURAS

Posted in .. |

PRZEDWCZESNE ZYCZENIA

Co to jest nastroj swiateczny?

To
snieg skrzypiacy pod butami
To
Zieleniec i snowboard w niedziele rano
To
ulga ze, nie ma szkoly, uniwerku, pracy
To
powrot do domu wieczornym pociagiem z Warszawy, badz samochodem zatloczona gierkowka
To
mama krztajaca sie w kuchni gdy jeszcze spie
To
droczenie sie z siostra, co wlasnie z Wrocka przyjechala
To
pogadanki z tata
To
nerwowa atmosfera
To
dziesiatki ludzi przewijajacych sie przez dom
To
ubieranie choinki (nie nawidze)
To
czekanie ba prezenty (uwielbiam ;=)))
To
pierwsza gwiazdka
To
mroz szczypiacy
To
wigilia w malym gronie rodzinnym
To
impreza w 1 dzien swiat wraz z Przyjaciolmi w Klodzku

Czy jestem w takim nastroju? Skadze znowu. Zapomnij. Jest 20 grudnia 2001, a ja siedze w Ameryce Srodkowej na hamaku. Pisze, pije zimna jeszcze wode, i nie mam sily gadac z tymi nieznajomymi ludzimi, ktorzy siedza tam przy stoliku obok, gderajac po angielsku z francuskim akcentem, wertujac przewodnik. Bo to nudni ludzie, ludzie bez jaj, nie chce mi sie z toba gadac – chcialbym aby zrozumieli ten tekst.

Jest goraco, jest 23.00. Cos cyka w ogrodzie i male gekony biegaja po scianach. Wlasciwie to je lubie bo one lubia insekty ktorych natomiast nie kocham za bardzo. Jakas piekna muzyka otacza mnie, nie slyszalem tego wczesniej. Ogromny nietoperz wlasnie prawie zabil starszego kolesia przysypiajacego w bujanym futelu.

To na pewno nie jest nastroj swiateczny. Zaczalem dostawac pierwsze zyczenia emailowe. Cos z tym trza zrobic przemknelo przez glowe.

Spojrzalem na swoja liste z kontaktami. Emaile, ICQ, telefony do domu, pracy na komorke. Totalny komunikacyjny balagan.

Nie bedzie wiec spamowania wszystkich ludzi ktorycch mam tutaj w kompie. I tak wszyscy dostaniecie zyczenia swiateczne od kazdej osoby ktora ma was w ksiazce adresowej, wasz diler telefonow komorkowych nawet wam je wysle. Sztampowe zyczenia, kartka elektroniczna i spam do 500 osob. To bezsensu. Zreszta moj admin Adomas i tak mi wylaczyl spamowanie, heheheh…

Chcialbym abyscie sobie odpoczeli, nie mysleli o pracy, nie narzekali ze znow sie Sylwester nie udal. Nie przejedzcie sie na swietach, za duzo kielbasy to niezdrowo (ZABILBYM ZA POLSKA KIELBASE TERAZ ;)))) Nie ogladajta za duzo TV, bo tam bzdury pokazuja, spotkajce starych przyjaciol w knajpie w pierwszy dzien swiat :)

Tyle i tyle. Do tych najblizszych sie w mailu odezwe osobiscie i zadzwonie….

Brejkajcie wszystkie rule… pa !

PS.
Zaraz jade do Hondurasu. Dzieje sie dzieje. W Argentynie stan wyjatkowy, w Kolumbii wciaz zadyma…. gdzie znajdziesz teraz spokojne miejsce na tym ziemiskim padole?

Posted in .. |

LEON, NIKARAGUA

Siem spocilem. Wrecz rozpuscilem. Nie tylko ja chyba. Cale miasto. Kierowcy autobusow, sklepikarze, bezdomni, policjanci, turysci, kelnerzy, wlasciele hotelu. Leon – stare miasto, baardzo stare, podobnie jak Grenada – kolonialna zabudowa, koscioly, place, skwerki, zielono, ale wszystko zalane sloncem. Jakis dziwny bezruch powietrza – nawet wszelkiego rodzaju dmuchawy, wentylatory nie pomagaja, bo powietrze i tak jest gorace.

Z radia ciekna lzawe przeboje o zlamanym sercu Mi CORRAAAZZZONNN… blablabla…. Ludzie zasypiaja idac, spia gdzie popadanie, szukaja cienia. temperatura powoduje czasem nerwowe spiecia – prawie sie pobilem z malym chudym taksowkarzem – ktory chial mnie otegowac na ladna sumke – zniszczylem w zamian uszczelke do drzwi w jego 25 letnej ladzie (coz… USSR upadl, wiec jak on teraz se sprowadzi nowa uszczelkie?).

Managua – milionowa stolica kraju, jej obrzeza skladaja sie wylacznie z bazarow, barakow i dworcow dla CHICKEN BUSOW. Masakra. Przeciskalem sie ze swoim dobytkiem pomiedzy straganami aby dotrzec do kolejnego autobusu. MOJ BAGAZ – to juz osobna historia. Z listy ktora stworzylem wywalilbym polowe. 15-20 kg…. eh…. w takim upale to i 5kg to udreka. Ale na przyszlosc wiem z czego na pewno z rezygnowac.

VIA VIA – to hotel w ktorym mieszkam. Za 45 cordobas mam miejsce w ogromnej sali z 20 lozkami. Jest pelna. Ludzie z calego swiata. Jada na polnoc lub poludnie. Wiekszosc podorozuje tylko w Ameryce Srodkowej. Podrozuje. To zle slowo. To juz nie jest podrozowanie wlasciwie. To tkwienie w drodze… moze kiedys nabiere do tego dystansu.

Bieda – Nikaragua i Honduras to najbiedniejsze kraje Ameryki Srodkowej. Nie trudno to zauwazyc. Oporcz wszelkiego rodzaju przwrotow politycznych, dochodza HURAGANY, trzesienia ziemi. Ameryka Pln i tak juz wyczerpala wszystko co sie dalo. WYSSSALA wrecz. Kraje takie jak KOSTRATYKA to jedynie pacholki i marionetki w rekach mocarstwa z polnocy. Nie mam nic przeciwko USA – ale widze to co widze. Ludzie nie nawidza AMERYKI ale i ja kochaja. Marzeniem jest praca w USA, marzeniem jest amerykanski samochod, marzeniem jest takie zycie jakie pokazuja w kablowce. Tu wszystkie dzieciaki graja w BASEBALL i w kosza. Nikt nie gra w pile nozna. Pizza i MCDONALD kroluja. Podobniez FILMY. Afganistan i wojna to tylko kolejna PELICULA w CNN… kolejny film, atrakcja-abstrakcja. Podobniez jak i reszta swiata. Jestes bialy – tu musisz byc NORTEAMERICANO – i chuj ich obchodzi ze jestem z POLSKI. Aha… ;:)) dzis ladna historia. Brzydka i koslawa Francuska myslala ze jak jestem z Polski, to na pewno przyjechalem tu do pracy. TAAA…. jestem pieprzonym gastarbaiterem w Nicaragui….

Nie mam czasu. Na refleksje, na ograniecie tetgo wszystkiego, na napisanie madrego tekstu, zawarcie w nim wszystkiego – tego co mnie otacza – mysli, informacji historycznych. Ja juz nie mam sily ;))

…. przegladam mape jak sie do NYC ladem dostac…. ladny kawalek – 30 roznych autobusow pewnie… jeszcze sporo do zobaczenia. Ale mam juz gdzies wspinanie sie po wulkanach, ogladanie parkow narodowych, lazenie gdzies z plecakiem przez 20 km. Powoli bez paniki i pospiechu, nie odhaczajac nic a nic w kajecie posuwam sie na polnoc. Robie wciaz zdjecia, ale nie mam sily na pisanie. Wybaczta….

Posted in .. |

Nicaragua, dni kolejne

W tym upale to mi sie juz nawet nie chce pisac…

Jezioro Nicaragua – inaczej COCIBOLCA czyli SLODKIE MORZE. Calkiem spore to morze. Przekroczylem granice z Kostaryka i uderzylem do Rivas. Cicha miescina. Puste ulice. Obiadek, 10 minut internetu, jablko przegryzlem w biegu i przemiescilem sie do San Jorge – skad odplywaja promy na Omotepe. Nie spodziewalem sie takich fal, szczerze powiedziawszy – calkiem wymiotne przezycie (nie dla mnie, ale dla polowy pasazerow). Metrowe faliste potwory na jeziorze. A lajba do najsolidniejszych nie nalezala.

Jezioro odzielone jest od Pacyfiku waskim (20km) przesmykiem. Stad tez te fale i … dziwne zwierzaki mieszkajace w wodach, np. slodkowodne rekiny – 3 metrowe bestje, aczkolwiek z rzadka widywane.

Wyspa zostala utworzona przez dwa wulkany. Pytanie – czemu wlasciwie ludzie osiedlaja sie w poblizu wulkanow? Gleba jest bardzo zyzna – co powodowalo migracje ludowow z innych terenow tuz na zbocza ziejacych ogniem gor. Ometepe w jezyku NAHUATL oznacza “pomiedzy dwoma wzgorzami”. prawie 40 tysiecy ludzi mieszka w malych wioskach rozrzuconych na dwoch czesciach wyspy. Slonce, deszcz, dobry klimaty caly rok, ryby w jeziorze – maja tu wszystko co trzeba.

Zamieszkalem w hoteliku za dwa dolce. Z gadajaca papuga o imieniu Lorenna – swietny partner do rozmowy, szczegolnie gdy sie spozylo duzo Coba Libre. Znow spotykam ludzi nowych – Shaun z RPA, Vera z WLoch i ANgie z Australii. Wiec sobotnia impreza jest udana. Szczegolnie ze imporezujemy z tubylcami – rum domowej roboty i CUMBIA – muzyka ktora niezle traktuje uszy.

KRWAWY SPORT

Zawodnik koloru czerwonego w jednym z rogow wielokata zagdaczal gniewnie. Sekundanci trzymali go jednak mocno. Jego przeciwnik, bialo upierzony rowniez rwal sie do walki. Fakt, ze jego biale piora za 3 minuty beda kompletnie czerwone dodawal dodatkowych skrzydel. Wlasciciele kogutow omawiali ostatnie szczegoly, publika obstawiala faworyta, a ja nie moglem robic zdjec – bo to “sport” nielegalny i nie dla oczu kazdego.

Zaczelo sie. Walka. Krwawa. bardziej emocjonujaca niz pojedynek Goloty z Taysonem. W kameralnej atmosferze, gdziej na podworku jednego z miasteczek wyspy Ometepe. Nicaragua. W trzepocie skrzydel, zadnych krwi nielotow. Te inne nieloty, czlekoksztaltne, stajace wokolo ringu, byly chyba tej krwi jeszcze bardziej spragnione.

Ogladnalem tylko jeden pojedynek. Zaliczam do cos do reszty tego typu masakr: corrida, walki kogutow, psow, ludzi. Malo przyjemne w odbiorze, niehumanitarne, sciagajace cale rzesze ludzi z brudnymi lapami, robiacych nieczyste interesy. Chyba zadzownie do programu ANIMALS…. ;))

GRENADA

Spokojne miasteczko nad jeziorem Nikaragua. Zalozone w XVI wieku, niszczone, palone, zdobywane przez piratow (docierajacych tu z Karaibow waska rzeka). Wspaniala architektura, za kazdy rogiem cos nowego. SNuje sie z aparatami tam i z powrotem. Zalapujac sie na atmosfere – przyjazna i leniwa. 3 dni i 2 noce. Wkrote swieta. Chyba spedze je w drodze badz w Hondurasie. Nad morzem. Do Gwatemali juz nie zdaze. Tam dojade na NOWY ROK.

Posted in .. |

KOSTARYKA i NIKARAGUA FOTO

hoho…. udalo sie znowu – internet w Nicaragui nie taki zly.

dwie nowe galeryje, lukajta czielawieki…

KOSTARYKA i ZACMIENIE SLONCA (ledwo widoczne, uprzedzam :)))
NIKARAGUA cz.1 (moze bedzie czesc druga)

Posted in .. | Tagged

KOLUMBIA suplement

Z czym ci sie kojarzy KOLUMBIA?? No wlasnie. Jezeli sie komus kojarzy to z narkotykami, ich produkcja i przemytem to ma racje.

Z czym jeszcze?

Amerykanskie filmy stworzyly wizerunek kolumbijskiego handlarza scierwem – rzezimieszka, ktory ginie w 15 minucie filmu. Jest tylko trupem – watpliwa ozdoba, spocona kreatura w kolorowej koszuli i w ciemnych okularach.

Fanowi literatury iberamerykanskiej kojarzy sie oczywiscie jeszcze z Gabrielem Garcia Marquezem. Do szufladki wrzucamy jeszcze narkotykowego barona Pablo Escobara. Escobar za zycia proponowal rzadowi splacenie calego kolumbijskiego dlugi. Teraz jest trupem i swietym dla tutejszej ludnosci.

Ale to nie wszystko. Rzecz jasna. Calosc jest trudna do ograniecia.

FUERZAS ARMADAS REVOLUCIONARIES DE COLUMBIA – guerilla, partyzantka, cokolwiek jak by nie nazwac bande kolesi z AK 47. porywanie ludzi dla okupu, zatrzymywanie i ostrzeliwanie autobusow. Notoryczny rabunek pasazerow. Codziennie nowe ofiary, zabici, ranni, porwani. Malo przyjemne co? Nawet mieszkancy tego kraju, nie tylko turysci, boja sie podrozowac. Moze dlatego polecialem samolotem do Cartageny, zamiast przebijac sie ladem. Nie moze, na pewno. Te zbrojne sily – jak sie sami nazywaja – to zadna filozofia i ideologia – wiekszosc z nich to zwykli bandyci, powiazni interesami z naroktykowymi gangami.

Bedac w Santa Marcie znalazlem na ulicy lokalna gazete. Z dnia poprzedniego. Na pierwszej stronie gruba czcionka krzyczacy tytul 10 OSOB ZGNIELO WCZORAJ W SANTA MARCIE. 3 w wypadku samochodowym reszta strzal w glowe. Otwieram kolejne strony gazety: porwany autobus, porwane natolatki z Bogoty, co przyjechaly na wakacje do Santa Marty. Bo to grudzien. Ludzie tu maja wakacje. Ladne wakacje..

Bedac tu, siedzac na plazy, saczac piwko i jedzac wieczorna rybke w restauracji nie masz zielonego pojecia co sie dzieje. Szczegolnie ci co hiszpanskiego nie znaja zyja w blogiej nieswiadomosci.

Kolumbia to ogromny i wspanialy kraj. Miliony ludzi. Roznych ludzi. Biali, czarni, ludzie rdzenni i mieszanki tych ras. Niedni i bogaci, uderzajace kontrasty – zreszta jak i wszedzie w Ameryce Pld. Monumentalne gory z osniezonymi szczytami, zielone rowniny, gesta i wilogtna dzungle, ktora przecinaja brazowe wody rzek, wpadajacych prosto do Amazonki. A na polnocy biale piaski i blekitne wody Karaibow. Tam tez urodzil sie Marquez. I tam gdzie jest jego mityczne MACONDO ze STU LAT SAMOTNOSCI.

… ja na razie to mam ponad 100 dni samotnosci…. 100? hm… juz bedzie 200…

Posted in .. | Tagged

TELEGRAM Z ISLA OMPETEPE

drugi dzien.stop.internet drogi.stop.daje rade.stop.zyje.stop.wulkany dymia.stop.woda ciepla w jeziorze.stop.komary – brak. stop.dobre zarcie.stop.zdjecia pstrykam.stop.pozdrawiam.

Posted in .. |

NIKARAGUA

Papierki, stempelki, znaczki na czerwony krzyz, wymiana kasy, 4 godziny stania w kolejce aby opuscic KOSTARYKE. Potem to samo aby wjechac do Nikaragui.

I jest juz inaczej. Widac po cenie internetu dolar za 10 minut, wiec sie streszczam.

Uciekam na wyspe – na jeziorze Nicaragua. Wspanialem to miejsce – wulkany, jezioro ogromne jak morze, zielono i krowki sie pasa…..

Odezwe sie wkrotce. Yo

Posted in .. |

ZACMIENIE

…slonca. I to 95%.

Obudzilem sie z rana, solidnie pogryzony przez bzykaczy krwiopijcow. Sniadanie o 7.15 i skok do autobusu do Tiliran (na polnoc kraju). Wulkanu nie zobaczylem, mglisto, deszczowo, nic z tego. Spojrzalem do przewodnika. NICARAGUA. Slowo do mi sie w czaszcze obija. HIsotria, miejsa, ludzie, IRAN-CONTRAS, Sandinisci. Potem Honduras i WOJNA FUTBOLOWA, o ktorej pisal Kapuscinski (jedna z moich ulubionych ksiazek). Wiec jest co robic, a kasa sie konczy i czas uplywa. Wiec zmykam z Kostaryki.

Wiec zmykam. Latwo powiedziec. Deszcze padajace od dwoch miesiecy totalnie zniszczyly drogi. Wiec jechalem autobusem a tu w pewnym momencie totalny obsuw gleby. Czterej Pancerni wraz z Szarikiem nie dali by rady przejechac. WIec cofnelismy sie do La Fortuny. Tam sie okazalo ze az 14 gringo chce jechac do Liberi (na polnoc kraju). Spoko, ale autbusu juz zadnego nie bylo, zblizala sie 10 godzina. Policzylem jeszcze raz persony, wypytalem czy naprawde wszyscy jada tamze i pognalem szukac transportu. Wraz z jedna Angielka. Po 15 minutach mielismy sliczny microbusik i za 9$ za osobe przejechalismy przez caly kraj.

Zacmienie. Nie wiedzialem. Dojechalismy na miejsce i sie zaczelo. Stalismy tak z otwartymi gebami, robilo sie ciemniej i ciemniej. Prawie mrok.

Wieczor. Pokoj dziele z para Czechow – Pavel (mama z Polski, wiec gadamy po polsku) i Radka (laska jego – calkiem smakowita sztuka). Jutro wczesnie rano wale na granice Nikaraguy… co bedzie dalej – w najblizszych odcinkach. Ciao

Posted in .. | Tagged , ,

COSTA RICA dzien 3

Heh… Znow w drodze, duzo i intensywnie, znow czytam przewodnik, znow spogladam na mape, znow znow…

Jakiegos paueru dostalem, chyba. Pedze przed siebie.

Pol roku w drodze. Duzo i malo. Sam nie wiem. Zastanawiam sie coraz powazniej gdzie spedzic wigilie i nowy rok. A moze mnie ten dni po prostu gdzies w drodze dopadna.

Kostaryka. Kraj bogatszy od tych co wczesniej widzialem, czysty, bezpieczny, DROGI (!!!) i jakis poukladany. Mnostwo mlodych Amerykanow – sie czuja chyba tu bezpiecznie :))

Opuscilem rano San Jose i udalem sie na polnoc do miejscowosci LA FORTUNA. W okolicach znajduje sie najbardziej aktywny wulkan w Ameryce Srodkowej. Niech i sobie bedzie. Co z tego. Jak nic nie widac. Deszcz, chmurzasto. To znak ze pora deszczowa sie jeszcze nie zakonczyla.

Kostaryka. Bardzo stara demokracja. Maja wybory parlamentarne (wolne!!) od XIX wieku. Nie maja ARMII!!!! A prostytucja jest legalna dla kobiet powyzej 18stki.

Ludzie – biali. 1% czarni, 1% rdzenni mieszkancy. bardzo przyjacielscy, pomocni. Ale jakos nuuudno….

Ide so supermarketu cos kupic do jedzenia. Wlasnie zaplacilem 10$ za hotel. Kuzwa, najtanszy w miescie…

PS.
Deszcz pada nieublagenie a z glosnikow Van Morrison. Jest spokojnie. Pisze nowe rzeczy. Jeszcze bedzie tekst o Kolumbii.

Posted in .. |

FOTKI CARTAGENA 2 i TAGANGA

Szybki wrzut nowych zdjec.

Uaktualnienie CARTAGENY 2

TAGANGA w okolicach SANTA MARTY

Posted in .. | Tagged

LOT 059 i AMERYKA CENTRALNA….

Dzis rano wstalem wczesnie. W nocy szalal jakis maly huraganik. Taganga w okolicach Santa Marty. Moje lozko w zbiorowej sali bylo tuz przy oknie bez szyb, tylko kraty i niebieska szmata. Warunki spartanskie ale za dolara wybrzydzac nie bede. Wiec obudzilem sie. Kurz na ulicy, wschodzace slonce. Zjadlem 4 banany i 2 mandarynki. Spojrzalem w kajet – wychodzilo na to ze dzis jest 11 grudnia. Wygrzebalem z plecaka LP CENTRAL AMERICA. Mapa. Trasa. Kraje. Duzo tego, pomyslalem. Mechanicznie spakowalem plecak, pozegnalem sie z brygada i wlasciwie nie wiedzac co robie wskoczylem do taksowki i pognalem do miasta. Byla 9 rano. Miasto dopiero gotowalo sie do dlugiego goracego dnia.

Avianca. Linie lotnicze. Bedac w malym transie i kierujac sie wizja rychlego przybycia do Ameryki Centralnej zakupilem bilet do najblizszego miejsca gdzie moglbym bez wizy pojechac. San Jose, Kostaryka. W Panamie Polaczkow nie chca – papiery, wizy, prosby do konsula – juz mi sie nie chcialo. Wiec celem byla Kostaryka. Bilet. Taxi. Szalona jazda na lotnisko. Potem nie mialem jak zaplacic taksowkarzowi – problem drobnych pieniedzy. Suma 10$ i juz problemik powstaje. Lece z Santa Marty do Bogoty…

***

Bogota. Lot 059 kolumbijskich linii lotniczych AVIANCA. Jestem spozniony. Wskakuje do samolotu na 30 sekund przed odlotem. Wszystko przez biurokracje, balagan na lotnisku, brak borading pass, wojskowa kontrole i klotnie o scyzoryk, ktory mi w koncu zabrali (zapomnialem go wrzucic rano do duzego plecaka).

Lecimy. Rozdali zarcie, kawe i piwo.

Przypadkowo koles siedzacy za mna zbyt dlugo przygladal sie lewemu skrzydlu. No i zauwazyl ze cos cieknie. I to calkiem sporo. Zglasza stewardesie. Ta oczywiscie blyszczy trenowanym od lat usmiechem w stylu nie-ma-co-sie-obawiac, ale wola kapitana. 10 minut potem wracamy do Bogoty…

prosze panstwa mamy informacje z lotniska musimy wracac prosze zachowac spokoj za 15 minut bedziemy na lotnisku El Dorado nie ma co sie obawiac wszytsko jest pod kontrola to dla Panstwa bezpieczenstwa

Wyrzucil sie siebie Pilot. Spokojnie to tylko awaria a ja chcialem zapytac Czy leci z nami pilot… Pamietam scene z jednego z tych filmow, gdy Leslie Nielsen (ten siwy kolo z Nagiej Broni) wciska kit pasazerom, ze wszystko jest w porzadku, a w miedzyczasie rosnie mu nos, jak Pinokiowi….. hehe…

Ladujemy. UFff… Wypad z samolotu. Gadam z kolesiem ktory wyczail ze cos jest nie w porzadku. WYCIEK PALIWA jak sie okazalo. Felippe – perfekt angielski, uratowal nam wszystkim dupe. Wystarczyla by godzina wiecej. ISKRA. DUUUP. I Bart wita sie z aniolkami (badz z Lucyferem – w zaleznosci od mojego konta z grzechami).

O 19.00 w koncu odlatujemy. Znow zarcie, tym razem kurczak, a chwile potem wymiotne turbulencje. Me gusta aviones me gustas tu. Manu Chao spiewal. Kurde stary, ja juz chyba nie lubie samolotow.

San Jose. W koncu. Jestem w Ameryce Centralnej. Kostaryka. Czyli na polski – Bogate Wybrzeze. No rzeczywiscie. Jakos inaczej. Czyste lotnisko. Sklepy, McDonaldy, amerykanskie samochody. I drozej. O wiele drozej. Ciule na lotnisku gubia pare rzeczy z mojego plecaka – przewodnik, i wszytskie moje plyty MD. Na szczescie – sie wszystko odnajduje.

Taxi do centrum 10$. Wsiadam w autobus za dolara. W pol godziny jestem w hotelu za 4$ (najtanszy w miejsce) o dumnej nazwie GRAND IMPERIAL. Moj pokoj to samobojcza cela 2×2 metry. Da sie jednak zyc…

BOHATEREM DNIA jest Felippe z Bogoty, Colombia. Muchas Gracias, Hombre

Posted in .. | Tagged

OSTATNIE…

godziny w Ameryce Poludniowej…. obudzilem sie z rana i postanowilem ruszyc w dupe, bo zegarek tyka (mimo ze go zgubilem), i czas leci. jade na polnoc – w strone Nowego Jorku. Lecz po drodze jeszcze pare innych klimatow.

Za chwile samolot – Bogota – San Jose, Kostaryka. Potem powoli ladem – Nikaragua, Honduras, Gwatemala, Meksyk, USA

trzymajta kciuki… :) i mocno pozdrawiam. Dzis wieczorem AMERYKA CENTRALNA

Posted in .. |

SANTA MARTA i okolice

Santa Marta. Pozdrawiam z tej okazji wszytskie MARTY jakie znam – a znam ich trochie ;)))

Wlasciwie to wpadlem do miasta tylko na internet i do banku – bo mieszkam w malej rybackiej wiosce – 15 minut drogi od centrum Santa Marta.

No i mam kaca. Bo spozywalem rum z kola.

Mialem cos madrego napisac, ale nic mi do glowy nie przylazi. Bo coz mozna napisac? Ze leze w hamaku, czytam ksiazki w ichnim jezyku, prowadze debilne konwersacje w Spanglish z jednym szalonym Francuzem, grajacym wszystkie kawalki Manu Negry i Manu Chao. Francuz – Erik, studiuje lingwistyke w Tuluzie, ale gada po angielsku jak … kazdy zwykly Francuz. Moze dlatego ze jego jezyki wiadace to arabski i chinski. Serio. Heehhe… Poza tym snuje sie znami 30 letni koles z Nowej Zelandii – Cliff – sobowtor Kurta Russella z czasow Wielkiej Draki w Chinskiej Dzielnicy. Pojechani przesmiewcy ci kolesie, wiec jest zabawnie.

Kolumbia. Zaczynam coraz bardziej lubiec ten kraj. Genialne miejsce. Tylko za bardzo porywaja, przemycaja, zabijaja, kradna. Ale to drobnostki, o ktorych kazdy powinnien jak najszybiej zapomniec, bo latwo mozna zalapac paranoje, zwariowac i trafic do psychiatryka w Medellin.

Poza tym jest swiatecznie. Koledy, choinki (z puszek po piwie), cycate murzynki za czerwonymi czapami swietego Mikolaja. Czuc Dziada Moroza wszedzie. Feliz Navidad :))

Coz, nie bede tutaj towarzystwa zanudzal, zmykam na plaze i brudny hamak. Poklony…

PS.
Rodzinka – napiszta maila – bo jednego macie w krzynce, ale go nie odebraliscie, bo to diabelnie trudne;)

Posted in .. | Tagged

PLAYA BLANCA FOTO

Pare obrazkow, na krotki zimowy dzien w POLSCE. Bez zbednych slow. Bo sie niedlugo utopie w ich potoku.

Miejsce: Playa Blanca, Kolumbia
Aparat: cyfrowy, canon ixus s100
Czas: jeden dzien, bateria szybko wysiadla, wiec tylko pare fotek…

Posted in .. | Tagged

PLAYA BLANCA

Znalazlem sie w miejscu gdzie CZAS sie nie liczy. Tryb zycia wuregulowany jest wraz z przybyciem nowych ludzi , lodzi, wschodami i zachodami slonca, przyplywem i odplywem. To wszystko. Przykladowo – kolacja codziennie o zachodzie slonca – ryba, ryz, salata, piwo.

I wcale nie jest to wyspa. To tylko skrawek ladu, wystarczajaco oddalony od cywilizacji, aby mozna bylo uznac go za WYSPE. To PLAYA BLANCA (BIALA PLAZA). Dostac mozna sie jedynie lodka badz tez promem, przekraczajac rzeke na rozklekotanej ciezarowce, pelnej tubylcow. Siedzialem tak, na pace, pot sie lal i lal sie tez olej z peknietego worka z rybami, usmiechniete czare twarze wokolo mnie, reggae KOLEDY (!!!) i wesoly kawalek o Osama bin Ladenie (dudniacy rytm i glos reggaemuffina).

Dluga plaza, WIELKI BLEKIT, rafa koralowa, 200 czarnoskorych mieszkancow, paredziesiat palm i niezliczone lisciaste, rozlozyste drzewa dajace przyjemny cien.

Pobudka o wschodzie slonca, kawa, kokos, lezakowanie, zdjecia, na chwile chwila zapomnienia w podwodnym swiecie, aby powrocic na zalazna sloncem plaze. Poza tym oganialem sie nie tylko od wrednych much i komarow – tez od kolesi probujacych wciasnac ci wszystko co sie da.

Nie ma elektrycznosci, slodkiej wody, prysznica, nie ma lozka, jest tylko hamak z moskitera, nie ma sklepow, telefonu, internetu. NIC NIE MA, albo jest wszystko.

Czytam ksiazki. HI FIDELITY (Wiernosc w Stereo, Nick Hornby). Swietna sprawa, wczesniej lyknalem po polsku, ale nawet w ichnim jezyku czytalao sie wybornie, spokojnie w jeden dzien. Druga rzecz to CHASING CHE (SLADAMI CHE badz w innym tumaczeniu W POGONI ZA CHE). Patrick Symmes ruszyl na motocyklu sladami Che Guevary. Wyborna rzecz, z niezlym tlem poltyczno ekonomicznym. Ale tez rzecz o zwyklym niegdys czlowieko, co stal sie REWOLUCJONISTA.

To taki maly raj na ziemi. Mozna sie wylaczyc, co z radoscia zrobilem. Dawno juz nie lezalem na plazy. PUSTEJ PLAZY. Patrzac w gwiazdy.

Az zasnalem…

* * *

A propos POLITYKI i znienawidzonego atykulu ktory wlasnie przeczytalem…. Zamieszanie klasyczne. Glosy oburzenia, krzyk i harmider, zgielk i paranoja. Mozna to bylo oczywiscie przewidziec i wcale sie autorce (autorce?) nie dziwie, ze spartolila profesjonalnie robote i teraz pewnie pochlipuje (chlip? co tam u ciebie stary?) z cicha przygnebiona gniewem pisarzy-grafomanow-blogowiczow. Co bys nie napisal bedzie zle. Piszesz o blogu – zjawisku – i chcac nie chcac wsadzac wszystkich do jednej szuflady: wiolke, adomasa, chlipa, bscibziolka.blog.pl, minimala pschola, onananistow, wierszokletow, prorokow, masonow, skinow, nauczycielki, zwyklych lobozow majacych dostep do sieci, dyslektykow, mnie, moja siostre ( na szczescie kochani rodzice bloga nie prowadza), magdale-pisarke-prawdziwa, gejow-ukrytych, sekretarke szefa, nocnego stroza i niesmiertelna krysie jande, ktora juz nie jest akorka, jesy wybitna blogowiczka. I CO MAMY??!! KOCIOKWIK. Nikt nie jest jednakowy. Wystawianie opinii wszytskim na bazie 5 pamietnikow cybernetycznych to blad, ktory moze autora artykulu kosztowac zycie. Poza tym dziennikarze w wiekszosci nie stosuja metody Stanislawskiego, jak De Niro czy Dustin Hoffman – nie beda prowadzic bloga przez miesiac aby potem o nim pisac.

Jak powstanie atykulu ktory zadowoli wszystkich bez wyjatku – prawdziwy dupowlazacy knot, skasuje bloga i wraz z nim samobojczo caly blog.pl (hhehe…). Zreszta swego skasuje niebawem – albo przynajmniej zawiesze – huhhuh. nasza zima zla uhuhua – ale nie dla mnie…

CIAO! :)))

Posted in .. | Tagged

BYLEM KOLUMBIJSKIM CINKCIARZEM

Czulem sie przez chwile jak bym gral w PULP FICTION – w tej scenie gdy kolesie paraduja w krotkich spodenkach i debilnych t-shirtach. Tak wygladalem w ten upalny poranek gdy z Alfim zasuwalismy po miescie – od banku do banku. Co wlasciwie robilem? Wymienialem kase. Duzo kasy. Cala fure. 5000$. Wszystko slicznie legalnie i bez problemow. Czeki podrozne, gotowka. Rzecz sie rozchodzi o to, ze mieszkancy Kolumbii legalnie moga wymienic jednarazowo niewielkie ilosci kasy i musza placic 3% prowizji i jakies podatki. Obcokrajowcy – do 10000$ bez zadnych innych formalnosci – potrzebuja tylko paszport. Pracowalem dla O. i jego braci. Maja maly kantor – z przeplywem gotowki jak policzylem okolo 100000$ tygodniowo.. Codziennie okolo 15000-20000 papierow. Wszystko dzieki obcokrajowcom. Warto znac tych kolesi jakby cos sie stalo – bo oni znaja wszystkich z kolei.

Tak wiec zarobilem dzis troche kasy. Bedzie na wiecej suchych bulek. Nie pojechalem tez na wyspe. Dopiero jutro.

Spotkalem innych oszolomow. Mieszkajacych tu. Robiacych dziwne interesy. Ludzi co porzucili wszystko co wczesniej mieli…

Jest taki kraj na swiecie. Dziwny kraj, kraj szalony – to pewnie dlatego niektorzy przekrecaja jego nazwe na LOCOMBIA (loco – szalony, po espansku). To takie miejsce gdzie ludzie przyjezdzaja zyc – zyc na maxa. Ludzie z przeszloscia, Europejczycy, Amerykanie, ktokolwiek. Zostawiaja domy, samochody, dobytek. Biora gotowke i osiedlaja sie tu, nie ogladajac sie za siebie.

NIE OGLADAJAC SIE ZA SIEBIE.

Spotkalem paru z nich. Szalenstwo w oczach, totalny rozpierdol i zarazem chec zycia. CARPE DIEM. Kurde, chwytaja dzien i to jak. Pieniadze, majatek przestal dla nich byc priorytetem. Rzucili wszystko w imie ZYCIA – w kraju okaleczonym przez wojny, zamachy, kartele narkotykowe – kraju magicznym, kraju mojego ulubionego Marqueza. Rzucili wszystko w imie zapachow, slonca, upalow, muzyki, nieustajacej imprezy, spoconej koszuli na plecach przez caly bozy dzien. W imie milosci moze? A moze dlatego ze za bardzo kochali KOKAINE. Albo mieli dosc? A moze po prostu nie mieli wyjsca. Starali sie LAPAC DZIEN u siebie, w rodzinnym kraju i zaszli w konflikt – z prawem, spoleczenstwem, rodzina etc.

Czy ktos z WAS uczynilby taki krok? Aby opuscic DOM i pojechac gdzies — i zaczac wszystko od poczatku. Nie mowie o krajach “cywilizowanych” jak USA, Niemcy — gdzie jedzie sie za groszem i cierpi czasem katusze. Mowie o miejscu gdzie bezstresowo mozna dozyc starosci i umrzec…

Mowiac o umieraniu nie mialem na mysli takich przypadkow…

CARTAGENA KOLUMBIA FOTO cz. 2

Posted in .. | Tagged

CARTAGENA dzien 4

Caly dzien robienie zdjec. W brudnych podworkach, na targu, w malych zakladach rzemieslniczych, na ulicy i w autobusie. Wlasciwie wszedzie. Przynajmniej probuje. Bo nie jest latwo. Bialas z aparatem krecacy sie po podworku wyglada zdecydowanie podejrzanie.

Wieczor. Zbiorowe spozywanie rumu na tarasie hotelu. Atmosfera jak zawsze miedzynarodowa. Jest tez Alfred – 41 lat, koles z Polski z narzeczona Marianna – od 20 lat w Norwegii – juz o nim pisalem wczesniej, bo spotkalem typka w Montanicie. Wiec co. Pijemy.

Z Wolfgangiem z Niemiec i Jeanem z Francji walimy do najgorszej speluny na naszej ulicy. Dwie sale. W pierwszej 3 stoly i pare krzesel. Ciemno – gola zarowka daje nikle swiatlo. Serwuja piwo i goraca muzyke. Brak mlodych ludzi. Siedza jegomoscie i podstarzale, lub wrecz stare kurwy z grubym makijazem na twarzy. Wszyscy pijani. Saczymy browczyka i rozmawiamy o wynikach losowania do MS, Georgu Harrisonie i Kolumbii. Koles siedzacy w drogu leci w pewnym momencie na pysk. Nikt nie przerywa imprezy. Najlepszy z tego wszystkiego jest kibel – znajdujacy sie w sali tanecznej (gdzie siedzmy) – oddajacy mocz odgrodzony jesy lepka carata od reszty. Muzyka. Rumba. Rumba…

Yo soy policiant – rzecze wielki czarny koles w czerwonej koszuli
Claro, si si – potwierdzamy.
Koles przysiada sie, w kolko powtarzajac mantre: YO soy policiant (jestem policjantem). Wyjmuje portfel i dobywa swa legitke – rzeczywiscie, gliniarz, o imieniu Jorge. Prawie gubi wszystko co ma. Karty kredytowe, papiery, legitki, zdejcia dzieciakow etc. Opowiada o swoim alkoholizmie, pracy, zlych ludziach, bandytach, strzelaninach.

Opuszczam miejsce – po drodze zaczepiaja mnie jeszcze dwie stare kurwy, chcace mi possac. Wracam. Ide spac. Mam dosc dnia. Jednak w nocy budza mnie odglosy. To dwoch kolesi ktorzy mieszkaja w tym samym pokoju – Robin i jego Batman. Tak ich powinniem chyba zaczac nazywac – bo kolesie urzadzili sobie cicha sex sesje cmokajac, wzychajac, ssajac i pojekujac. Kurwa mac, nie mam nic przeciwko gejom, ale mogli by to robic gdzie indziej. Dzizass…..

Jutro zmykam na wyspe. Gdzie nie ma elektrycznosci, gdzie jest bialy piasek, niebieskie niebo, slonce i hamaki. 3,4,5 dni… do zobaczenia wiec…

PS.
Kasa sie konczy. Spogladam na konto – i kurka nie za wesolo. Czas przejsc na suche buly i wode :))

Posted in .. | Tagged

FOTOGRAFIA CARTAGENA

Oczywiscie z problemami (zostawilem plyte z instalkami w Quito) – zapodalem nowe zdjecia na stronke. Mialem wlasciwie cos napisac, ale goraco jak w piecu… taa… za goraaaco. 1:30 pm, sobota, miasto sie smazo, wyczuwam zapach topiacego sie asfaltu, wentylatory pracuja bez wytchnienia a ja sie ide napic zimnego piwa.

Dzieciak na ulicy, Cartagena, Kolumbia

CARTAGENA KOLUMBIA FOTO

Posted in .. | Tagged

CARTAGENA

Spac w nocy nie dalo sie prawie wcale. Tzn. dalo sie – bo bylem zmeczony na maksiora i gdyby nie to – nie zmruzylbym oka wcale. Impreza na ulicy – kolumbiance chyba spac nie moga – bo posilkuja sie kawa (znakomita, tania i mocna), ktora serwowana jest dzien caly i ciemna noca. Poza tym pewnie biora koke – ktora jest prawie za darmo. Wszystko doprawione alkoholem, muzyka, goracym klimatem i sen masz z glowy.

Rankiem zmienilem pokoj. Na prywatny i drozszy o 1500 peso (dormitorium 6500). Czyli 3$ za prywat z TV i ogromnym wiatrakiem i 3 lozkami. Musialem sie przeniesc z drugim kolesiem z dormitorium (normalnie placilbym pelna sume)- Robin, Szwed z paszportem kanadyjskim i czeska mama. Spoko koles – okazalo sie ze zna tych samych ludzi co ja, z Montanity.

Miasto. Dzien. Zwariowalem. Od tych okraglych tyleczkow ciemnych laseczek zmiksowanych przez niesamowitego DJ zwanego ZYCIE. Od zapachow. Od slonca. Nieba niebieskiego. Intensywnosc, zar, muzyka, puls. Cartegena. Kolombia. MAGIA.

Ludzie zyja wrecz na ulicy. Widzisz co sie dzieje w domu. Siedza na podlodze, na fotelach, lozkach. Ogladam ich przez otwarte na osciez okna, pluca budynkow probuja zlapac troche tlenu dla domownikow. Kolorowe budynki. Czerwien, blekit, ceglasta pomarancz. Troche jak w Wenecji. Poza tym morze i KARAIBY. Tuz, tuz. 3 metry lub rzut mokrym beretem.

Robie zdjecia. Rozmawiam z ludziskami. Stara spiewka Barta – jest sudentem fotografii i robi zdjecia na strone internetowym o TWOIM miescie. Lykaja jak pelikany a ja mam zdjecia. Cyfrowe, celuloidowe i te w glowie, w pamieci. Obrazy.

Hostal Casa Vienna. Swietne miejsce. Internet za dolca. Wszystko dziala na LINUXIE. W miare szybko, darmowa kawa i spoko atmosfera. Poza tym kuchnia na tarasie (choc zbedna jak dla mnie – bo knajpy za 70 centow serwuja pelny posilek wegetarianski – zupa, drugie i napitka).

Dzis liznalem tylko klimat. drugi dzien w Kolumbii. I z tego co widze – wspanialy to KRAJ.

Wieczor. Zapach z dymiacych co 5 metrow grillow, tlum ludzi i temperatura przywodza mi na mysl znow Marakesz. sie cofam myslami…

Z pare dni tu ostane. Wracam do lozka – czytac przewodnik i planowac co dalej….

Posted in .. | Tagged

KOLUMBIA!!!

Nie przypusczalem ze bedzie tak goraco. Generalnie czulem sie jak w pieprzonej reklamie szamponu do wlosow – ta sama fryzura, inne warunki atmosferyczne, inne miasto.

Quito – wiosna, soczyscie i radosnie.
Bogota – jesien, ciezki deszcz, 16 c.
Cartagena – upal, 40 st.c., zapachy, kolory, muzyka.

Wiatrak pracuje bez przerwy. Casa Vienna – 2,5 $ za dormitorium. Jest jakos inaczej. Kompletnie inaczej.

W samolocie bylem niezywy. Efekt ostatnich dwoch dni i upojnych nocy do 7 rano, aby potem wcale nie polozyc sie spac.

Quito – nie chcieli mnie wpuscic do pieprzonego samolotu. Bo nie mam biletu wylotowego z LOCOMBII… nie mam, oczywiscie ze nie mam. Laska bardzo starala sie sprzedac mi bilet na trasie BOGOTA – NYC. Smiechu warte, idz pani w chuj z takim zartem. Coz – 15 minut pokazywalem im bilety, paszport zapelniony w 75% (czemu nie robia paszportow 100 kartkowych??), wizy, pieczatki, papierki, tlumaczylem – z obolaym jezorem, nie wymawiajac RRRRR oczywiscie. W koncu. Nareszcie.

Potem spalem, probowalem zjesc kurczaka w samolocie – ale sie poddalem. Kraj z gory. Zielono i pieknie. Kraina Marqueza. 100 lat samotnosci. Na razie to ja mam 150 dni samotnosci…

Wieczor. Moze pojde cos zjesc. Z radia mecza nowy cienki jak kiszka z woda (zadna niespodzianka) przeboj Brintey. Ale ale, chwile potem SHAKIRA z przebojem Suerte, co za szczescie prosze panstwa…. 20 tydzien na pierwszym miejscu w Kolumbii… Shakira to wlasnie z Kolumbii jest. Ale popularna wszedzie. Cala LAtino America nie moze wyjsc z podziwu.

Dotarlem na kraniec kontynentu. Po 5 miesiacach. Ale to jeszcze nie koniec.

To bedzie najgoretszy grudzien w moim zyciu.

Posted in .. | Tagged

JESTEM MASOCHISTA…

Boli przez chwile. Winston byl bezlitosny. 5 minut i gotowe. Body piercing. Kawalek zelastwa w moim jezyku. Potem Marina i podobne cos w nosie. W okolo cala banda. Bija brawo Winstowi tuz po zabiegu, ja w tym czasie plucze usta woda z soda oczyszczona.

Czemu ludzie to robia? Wlasciwie nie wiem. Z ciekawosci? Na pewno… bo sa masochistami? tez…. bo chca byc oryginalni? czemu nie…

Moj bidny ozor….

QUITO 3

Ostatni dzien w Ekwadorze. Nie moge jesc przez 3 dni. Jutro Cartagena. Mowie teraz jak czlowiek ktory RRRRRRRRR nie wymawia… cos , jakas odmiana…

PS.
Michael gracias por sacar las fotos , hombre ! :)))

Posted in .. | Tagged

tup tup…

se chodze
spie
imprezuje
ogladam tv
slucham Manu Negry
czytam Chasin Che
fotka i fotka
jem
i innych pare rzeczy jeszcze

2 ostatnie dni
w
Ekwadorze.

Kupilem bilet do Cartageny, Kolumbia. Lece w srode, w samo poludnie. Wieczorem bedzie juz inaczej.

w telegraficznym skrocie. Czuje sie niezle. jakby kogos to interesowalo. Wrecz lepiej niz niezle ;)

Pozdrawiam moja rodzine i psa, lawja!

Posted in .. | Tagged

COS WIELKIEGO

Piatek. Wieczor. Ile tych piatkow juz bylo?

Wlasciwie nie za wiele. Ostatnie dni w Ekwadorze. Moim BABILONEM Kolumbia – maksymalnie na 30 nastepnych dni. Eksodus. Karaiby, plaza, ponoc wspaniali ludzi i tym samym kobiety. Tak slyszalem, tak mi ludzie mowili i ptaki na nielicznych drzewach w Quito wycwierkaly.

W El Centro del Mundo – w samym centrum swiata – poleje sie alkohol. Lotem ptaka wiesc sie po okolicy rozniosla. 15 litro Cuba Libre. Fidel i Che w swoim zyciu tyle nie wypili zapewne. Choc Castro ma jeszcze szanse.

No wiec do dziela.

W Papaya.NET polecial OASIS. Dawno nie slyszalem tych skurczybykow.

Muzyka.

Zasluchuje sie ostatnio w Manu Negra – od Italiancow przegralem. No i genialny koncert Manu Chao w mediolanskim radio. Aha… no i niespodzianka. Bedur i Magdala beda zainteresowani niechybnie. Klezmer Band z Amsterdamu. Dziwnym zbiegiem okolicznosci widzialem tych kolesi z Bedurem podczas naszego TRIPU do Amsterdamu w 99. Nie za wiele pamietam, bez bicia sie przyznaje. Siedzielismy w Vondel Parku, gdy okolesie zaczeli zasuwac genialna klezmerska muze. W tym samym mniej wiecej czasie Italiance rowniez zabawiali w zielonym miescie. No i dostali kasete od tego bandu. Mam i ja. Na MD.

***

W niedziele SPIS LUDNOSCI w Ekwadorze. WIec bede odciety od swiata. Wszystko zamkniete. Brak ludzi na ulicach. Bede ogladal TV i czytal ksiazke…

***

Wzrasta liczba osob czytajacych i ogladajacych moje wypociny…

Wspolczucie ;))

***

Malysz znow skacze. As Pan skoczyl….

***

W Polsce zbliza sie zima

***

W Ekwadorze wiosna. 25 stopni. Deszczowe dni.

***

Zaczeli sprzedawac koszulki z Osama

***

Na swiecie atmosfera przesaczona ANTRAXEM i jakaniem Busza. Inaczej w Ameryce Poludniowej. Tu jak zwykle FUTBOL w modzie. I nieustajaca impreza.

***

Nowy wiek sie juz naprawde zaczal. Moze mam jeszcze z 50 lat zycia. Jak dobrze pojdzie.

***

Chcialbym zrobic COS WIELKIEGO – zanim chwila zejsca nadejdzie…

Posted in .. | Tagged

DOSTALEM WIZE

Z rana, po 3 godzinach spania, zapodalem kawe, zadzownilem do ambasady Kolumbii, przyjechal Michael (koles z Niemiec, z ktorym sie codziennie imprezowalo w Montanicie).

Mam wize, plany sie w miare wyklarowaly i zamiast zapodawac autobusem przez zajete przez rebeliantow tereny, wale samolotem do Bogoty lub od razu na Karaiby. Potem skok do Nikaraguy, Hondurasu, Belize, Gwatemali, Meksyku.

Takie plany, pewnie sie zmienia, jak znam zycie.

Znam?

Chyba nie. Wczoraj rozmowa z dziewczyna ze Stanow na wozku inwalidzkim. Wybryk z czasow mlodosci, 90 mil na godzine, pijani przyjaciele, Hawaje, swietowanie zakonczenia szkoly…

7 lat na wozku. Teraz podrozuje przez Ameryke Poludniowa. Bo jest trundo. Nigdy nie czula sie szczesliwsza w swoim zyciu. Nie wiem sam, na jej miejscu trzeba byly by byc, odpukac…

Dziwna rozmowa, o 3 rano, i jeszcze pijany Andy z Chicago, ktory uciekl ze stanow na Kostaryke (prawo go scigalo i chyba nadal sciga). Teraz bedzie uczyl angielskiego przez rok w Quito. Rozmowa o bolu, wypadkach samochodowych, cierpienu. Nie moglem spac w nocy za bardzo. I slonce tak ladnie z rana przygrzewa…

Posted in .. | Tagged

Tattoo foto

No i nowe fotki. Wczorajsza sesja tattoo, impreza i inne…

QUITO 2

Posted in .. | Tagged

Tattoo sesja.

Bzzz.bzzz…….bzzzz……….

Kolumbijka o imieniu Erika plakala jak bobr. Generalnie nie dlatego ze Winston wlasnie dziaral jej konczyne – czarne kontury rozy, i czarny barwnik zmieszany z krwia. Erika byla prawie czarna, kiedys pokrecone wlosy, teraz byly proste jak u mongola – robota fryzjera. Nie wiem ile wlasciwie miala lat, a podkrazone oczy i lzy cieknace po policzku raczej jej nie odmladzaly. Jak jej 4 letnia coreczka krecaca sie tam i owdzie. Bol jak sprawial jej Winston wcale nie byl powodem do placzu – powodem byl jej byly maz i ojciec dziewczynki. Nachodzil ja i chcial odebrac dziecko.

Byla to dziwna sesja tattoo. Wczesniej z Winstonem przez 3 godziny szukalismy wzoru. W sieci. Dolaczyl Carlos i Tanya z Wloch. Freelancerzy – fotograficy. Tanya jest takze filmowcem, robi jakies pokrecone film w Mediolanie. Bardzo fajni ludzie. No moze oprocz tego ze sobie nos za czesto pudruja. Potem jedzonko za dolca, piwko. Hotel Green Turtle. Winston przygotowal materialy do dziarania, przyszla Erika, a my pstrykalismy foty, sluchajac bootlegu Manu Chao z Mediolanu i Manu Negry.

Wieczor. Tina i Matt wrocili. 15 litrow darmowego alko – i jedna z tych glupich pijacki gier. Ten co przegrywa pije. Tina, nauczycielka z Bronxu, przegrala sromotnie i poszla sie wyrzygac, za przeproszeniem do banos – wiec Matt pozostal bez kobiety na cala noc. Coz, NOBAR czekal z ustesknieniem – wiec cala ekipa, a nawet wiecej, upojeni ponczem, poszla sie zlajdaczyc.

Wczoraj spotkalem kolesiow z Germanii. Ich autbus w Kolumbii zaatakowali rebelianci i zostaly im tylko paszporty z calego dobytku…

Co dalej? Bilet do Wenezueli kosztuje tylesamo co na Cube i Jamajke. Czekam wciaz na wize. Wciaz szukam taniego rozwiazania. GDzie swieta i nowy rok? to sie okaze. Stay tuned….

Posted in .. | Tagged

QUITO FOTO

Czasem lapy opadaja… Ruszylem wrzucic fotki na serwer. Nic trudnego. Szybko znalazlem miejsce gdzie maja CDROM i USB. Prosze bardzo. Zapodajemy. Plyta z instalka do Canona w glownym kompie , ja lacze sie przez siec lokalna, aby zainstalowac ustrojstwo. Nie dziala. Klik, klik. Nic z tego. Ide do kolesia, a ten z glupim usmiechem na twarzy wyjmuje resztki mojej plyty CD (oryginalna Canon). Zlamala sie – rzekl. Kurwa mac. Zlamala sie, jak to sie zlamala, widze cos takiego po raz pierwszy w moim zyciu. Coz – wychodze, bezsilny. Co teraz? Kupuje czysta plyte cdr i szukam miejsca gdzie moglbym zainstalowac USBdriver do Canona i program do sciagania fotek z aparatu. W koncu. Jest. Wszystko zabralo mi 5 godzin…

Czasem po prostu jestem zmeczony jak pies…

FOTKI QUITO

Posted in .. | Tagged

Rozmowy

Stare miasto. Quito. Ladnie, kamieniczki, troche zniszczonych budynkow. Tlocznie na glownym placu. Bo to niedziela. Skacowany tlum dostojnie lezy gdzie pobadnie, siedzi, milczy, patrzy czerwonymi od przepicia oczyma. Tloczny market, bulka z serem i figa, odswietna i skacowana atmosfera.

Rozmowa. Wieczor. Centrum swiata. pokoj z dwoma pietrowymi lozkami. Ja, Nicos i trzech kokainstow z Londynu. Working class heroes. Kierowca, stolarz, budowlaniec. Sluchaja dziwnej konwersacji. Nico jest z Grecji. Mieszka w NYC i robi to samo co ja prawie. Tylko ze na video. Mini DV kamera, dziennik, a tematem jest Ameryka Poludniowa a historia srodkow halucynogennych. Kreci film, cyfrowo, czarnobialo i kolorowo. Bedzie to duza rzecz. Totalne porozumienie i inspiracja. Moj zeszyt wypelnia sie pomyslami.

Przenosimy sie w inne miejsce. Rozmowa wciaz w toku. Dolacza koles z Izreala – byly (lub wciaz) hacker, nalogowy komputerowiec, zajebiscie zdolny koles. 10 miesiecy nie tknal juz kompa. Mowi ze spedzal przy nim 24/7. Maile zamierza opebrac po raz pierwszy w swoje urodziny za dwa tygonie. Robil straszna kase, firma wyciskala ostatnie soki z jego mlodego mozgu. Zna hasla, bramki, kody – wciaz moglby zrobic wiele syfu w SWIATOWYM INTERNECIE. Wyobrazacie sobie ze system ICQ wywala sie w ciagu minuty?

Rozmawiamy o przyszlosci. Sieci, ludzkosci, swiecie i o tym jak to wszytsko sie zmieni. Cyber revolution przed nami. Pojecie dobra i zla juz dawno zniknelo. Istnieje w ksiazkach. teorii. Mamy mniejsze zlo i dobro. Smutne to, co?

Posted in .. | Tagged

spokoj

Chyba jestem spokojny. raczej na pewno tak. Rozmowy, ludzie, zdarzenia. Wlasciwie nie dzieje sie nic – czekam na odezwe Ambasady Locombii. Czytam newsy. Planuje trase. Nic co mogloby kogokolwiek zainteresowac. Nic.

Quito i nowe miasto – wszystko juz wczesniej widzialem, nie zaskakuje, jest moze przyjemne, ale NO SUPRISES.

Spac sie w hotelu nie da. Wczoraj impreza w NO BARZE do 8 rano… TZn. gdzie w jego okolicach ;)

Dzis telewizor, gadki po hiszpansku, picie wody mineralnej i odwiedziny w RESTAURACJI MONGOLSKIEJ – genialna sprawa :) Gazy zabily wspollokatorow….

Przyjechal Matt (koles z Montanity), w nocy z NYC przyleciala jego laska (bardzo ladna mala chinka)… Sniadanie w Papaya Net (salatka owocowa) i walimy na miasto… stare miasto… pstryk pstryk… wiec ciesze sie juz – bo dawno nie pstrykalem (3 dni).

Posted in .. |

El Centro del Mundo

Wstac, wstac. Wczesnie. Marzenie scietej glowy. Bart, chlopie obudz sie w koncu. Tak to jest jak sie oglada film Almodovara do 2 rano.

Przeprowadzilem sie do El Centro del Mundo. Fajne miejsce, a dzis impreza i 50 litrow alko za darmo. Spotkalem starego przyjaciela z Montanity – Winstona. Dostal wlasnie role w ekwadorskiej operze mydlanej, gra Indianina – bo kogo innego moglby zagrac? Sklepem surfingowym zajmuje sie obecnie jego brat Oscar. Chwile potem przylazl niedoszly trup – Sebstian z Quebecu – ktory zadarl w Montanicie z miejscowymi rzezimieszkami – pocieli mu facjate “tulipanem”. Po calym Ekwadorze chodzili pogloski ze kolo jest martwy, stracil wzrok lub zmysly. Zadne z dwoch pierwszych, ale pewnikiem trzecie. Ma teraz calkiem spora szrame na czole ale chyba czuje sie niezle.

Ambasada Kolumbii, a raczej konsulat. Mila pani w srednim wieku kazala mi spreparowac pokazny pilk dokumentow. Xero x2: kazda strona paszportu, bilet lotniczy (czy Swiss Air jeszcze istnieje?), karty platnicze oraz napisac list motywacyjny po hiszpansku dlaczego to ja chcialbym pojechac do Kolumbii (no wlasnie ? dlaczego?). Uwinalem sie w pol godziny, zlozylem tone papierow i dowiedzialem sie, ze dowiadywac sie moge w srode. Czyli mam minimum 6 dni w Quito.
Kombinuje jak tu powiekszyc fundusze, bo na koncie nie za wesolo. Wlasnie sie przed chwila dowiedzialem ze Banco de Pacifico owalil mnie ze 150 dolcow. Poszedlem do bankomatu w Banos pare dni temu. 50$ – nic z tego, transakcja niemozliwa, 50$ po raz drugi – to samo, 50$ po raz trzeci – prosze sprobowac potem. No i poszedlem sobie. Dzis sprawdzam konto, a tu sie okazuje ze 3 krotna operacja zostala dokonana… rece opadaja….

Posted in .. |

QUITO i nowe fotki

Quito jest tak brzydkie, ze az piekne. Dyszczy, chmurzasto, slonce ucieklo. Rownik? 0,0 ? Gdzie jak? co? Moze to ta wysokosc 2800 mnpm. Budynki, potraktowane przez tubylcow i czas bez jakiegokolwiek szacuneczku. Odrapane, wzniesione jeden na drugim, na wzgorzach wyrastajacych z betonu.

Dotarlem do Nowego Miasta. Glodny jak wilk, zmeczony jak pies, znalazlem hotel, ktory mialbyc tani, ladny, z kiblem i widokiem na najlepszy burdel w miescie. Wszystko to najprawdziwsze klamstwo. Lonely Planet, moj kochany przewodnik, znow skrewil. Jutro przenosze sie do El Centro del Mundo (Centrummm swiara??? – ciekawe czemu).

Nowe miasto jest calkiem calkiem. Internet za 80 centavitos. Knajpy, kina. I dwie ksiegarnie z niesamowitym wyborem anglojezycznych tytulow. Mam juz pare na oku. Jak np. LP Cuba za 12$ i Antalogia Jack Keruac za 17$…. mniam….

Paranoja. Ponoc AIRPASS na Karaiby z wenezuelskimi liniami lotniczymi – nie istnieje. Jutro sie do biura przejde i zrobie im raban. Przyszedl czas decyzji. Jutro wale do ambasady Kolumbii (jednak). Jak dostane wize, wale ladem na Karaiby. Potem do Caracas, gdzie sie zastanowie co dalej. Jezeli biurokraci w ambasadzie ziewna i odmowia, bede probowal z tym airpassem. Moge tez leciec do Caracas z Quito normalnym lotem za 270$. Jest mozliwosc do Havany bezposrednio za 370$. AAAA..aa… sam nie wiem. Ktos pomoze? ktos doradzi? ktos ma genialny pomysl?

Siedze w pizzeri i obserwuje jak kelner probuje mnie w tzw. chuja zrobic. Nie ladne to slowo – ale po imieniu rzeczy nazywam. Poprosze MALE piwo – koles przynosi duze. Chwile potem taszczy jakis chleb, ktorego przecie, do diaska, nie zamawialem. Prawdopodobnie skonczyl wieczorowy kurs telepatow w Nowosybirsku i wyczytal glod z mojej twarzy, a brzdeczace monety w mojej kieszeni podniecily go na maxa.

No.. ale pizza byla dobra…

Glowa znow pelna mysli, planow. Zmeczony, wroce pewnie do swojego smierdzacego hotelu i zasne kamiennym snem. Chyba, ze…

…………….

NOWE FOTKI Z BANOS !!!!!

Posted in .. | Tagged

Po prostu to zrob….

Historyje dziesiatkow ludzi spotykanych w drodze ukladaja mi sie w glowie. Spisuje. Nie kradne, ale kolekcjonuje i skladam na twardym dysku mojej glowy. To bedzie rzecz o tym jak ludzie przelamuja bariery – a mowiac scisle jedna bariere – ta w mozgu.

MOZESZ ZROBIC WSZYSTKO.

Hm… no prawie. Przelam sie, mysl elastycznie, wyobraznia to twoja bron i narzedzie pracy.

Ludzie w drodze. 20-30 lat. Czasem wiecej. Jezdza dookola swiata – czy sa milionerami? Nie. Czy maja konto pelne dolcow? nie. Wiec jak to sie dzieje?

Moment, chwila. Skladam slowa w calosc. Opowiadanie. Moze pomysl na film. Pomysl na FILM juz jest. I zostanie ZREALIZOWANY.

Lamac bariery, stereotypy, uprzedzenia, wyczuwac dobrych i zlych ludzi, aktorow i ludzi prawdziwych – z krwi i kosci. Co sie w popiol obroca. Ale teraz zyja i robia dobre rzeczy. Kaosmos. Do tego wszystiego dodac odrobine szczescia, umiejetnosc lub DAR znajdowania sie w odpowiednim miejscu i czasie – hardkorowcy pewnie dodali by zeschniety skrzek zaby, pazur nietoperza i niezywy plod lamy – ale te rzeczy sa zbedne.

***

Wczoraj pedzilem rowerem droga przecinajaca zielone wzgorza. Wokolo wulkany, wodospady. Waska drozka, na dole przepasc. Gdzies juz to widzialem. Deja vue. Taa.. to bylo w Boliwi – la Paz. 11 wrzesnia tego roku. Tez rower, wymijanie autobusow, bloto na twarzy. Tyle ze jakosc mniej dramatycznie i latwiej. Taka wycieczka. Wrocilem po 3 godzinach. Spotkalem sie z Tali (Dania, ale tatus z Izraela) i ekipa z Angli. Zabijajac czas gralismy w DICEMANA – czyli lazilismy cala brygada rzucajac koscmi – 1: w lewo, 2: prawo, 3: siedzenie w parku, 4: isc na piwo, 5: pocalowac stara wiedzme sprzedajaca slodycze (fujj), 6: costam innego. I tak z 3 godziny.

***

Pobudka. Place z hotel. Slonce znow radosnie spoglada z gory. Jade do Quito. Tam sie okaze co dalej. Kolumbia? Wenerazuela? Karaiby? Jamajka? Kuba? Centralna Ameryka? Meksyk? USA? Gdzie jak kiedy i co?

Posted in .. |

BANOS

Jak tak dalej pojdzie – to chyba pozbede sie biletu powrotnego z NYC i uderze wplaw. Spadajace samoloty, awionetki. W imie barona Zeppelina. I Osamy bin Ladena. Ale trza liczyc na szczescie, co nie? Sciskajac w reku kamyk zielony, wsiasc do samolotu…

***

Cuenca, Ekwador.

Ekwador. Nic nie-robienie. Przebywajacych tu turystow podzielic mozna na tych co objechali cala Ameryke i dotarli do tego kraiku, na tych co przyjechali tylko i wylacznie tu i tych co zaczynaja swoja przygode od rownika.

Generalnie ci co juz objechali Ameryke lapia tzw. EKEFKT NICNIEROBIENIA. Nie zwiedzaja, nie zalapuja sie na roznego rodzaju atrakcje turystyczne. Odpoczywaja, lenia sie, ziewaja, grzebia w nosie. Przez miesiac, dwa. Browczyk, ksiazka, internet, lezeniem dupa do gory, lub brzuchem (zalezy od preferencji).

Ci z kolei co przyjechali tylko do Ekwadoru – zaliczaja Ameryke Pld w pigulce – ocean, gory, dzungla, kurs jezykowy. Sa zachwyceni i dzialaja jak w amoku, przemieszczajac sie z miejsca na miejsce, zaczytujac sie w przewodniku, zwiedzaja muzea i resztki inkaskich ruin (ktore sie nawet nie umywaja do tych w Peru)…

taa….

No bo przeciez nic sie tu nie dzieje. Jest taka piosenka MANU NEGRY “Guayaquil City” (Najwieksze miasto Ekwadoru) i jedna sentecja:

Oyé pana! que pasa por la calle ? Paaasaa nadaaa..

Co oznacza: HEJ! Co tam na ulicy? nic tam nic tam….

***

Po upojnych dniach nudy i beztresowego zycia i jednej ZAJEBISTEJ IMPREZY w garazu, opuscilem Cuence.

Autobus, 10 godzin i Banos.

Co oznacza nazwa Banos? Banos to kibel po prostu, lub lazienka – takie Ekwadorskie Baden Baden lub Kudowa Zdroj. Slynna miejscowosc wypoczynkowa, mozna posiedziec w goracych zrodlach i ugotowac jajeczka.

Spotkalem paru znajomych z wczesniejszych miejsc. Aviada z Izraela (ktorego spotykalem z 5 razy wczesniej), Oliviera i Charlotte, Darrena, Macka (Montanita).

***

Obudzilem sie z rana. Tzn okolo poludnia. Ziew. Saltka owocowa w barze i czarna kawa. Przy dzwiekach Phila Collinsa. Another Day in Paradise. raj to moze nie jest, ale pieknie i zielono w okolo, sliczne wzgorza – prosto z Hobbitonu, mogliby tu nakrecic Wladce Pierscieni. Mialem sie wybrac na rowerek, porobic zdjecia, ale ogolne niemoc nie pozwolila mi ruszyc sie z miejsca. Moze jutro. Aha – w czasach gdy prace latwo stracic i gdy trzeba byc wszechstronnym nauczylem sie ZONGLERKI. 3 pileczki i 3 godziny spedzone wczoraj na treningu. Teraz moge juz pracowac w cyrku.

***

Uff… w koncu lawirujac wsrod niekompetentnych wlascicieli Internet Cafe znalazlem odpowiednie miejsce i zapodalem nowe fotki

MONTANITA 3

CUENCA

Posted in .. |

Zagubiony w kosmosie

Wciaz nowi ludzie. Zeszyt zapelnia sie kontaktami, e-mailami. Tak, tak – oczywiscie napisze. Podaje adres strony i galerii ze zdjeciami. Czesc, czesc, powodzenia. I w 90% widze czlowieka po raz ostatni w zyciu. Razem z miedzynarodowa ekipa szwedasz sie po miescie, wypijasz hektolitry moczopodobnego browca, idziesz na pizze, rozmawiasz o zyciu, spisz w tej samej zbiorowej sali w hostelu. Pewnego dnia pakujesz plecak i ruszasz w dalsza droge. Czasem twisz z czlowiekiem lub grupa pare dni, tygodni w drodze. Bez zobowiazan. Cos nie pasi. Bye i juz cie nie ma. Samotne podrozowanie z plecakiem to nie zabawa dla niesmialych odludkow – musisz gadac, mowic, sluchac, spotykac, poznawac, przedstawiac sie 15 razy dziennie i zapamietac wszystkie imiona.

Czasem po prostu mam ochote zniknac, zamknac sie w pokoju i poczytac ksiazke. Czasem. Gdy tego potrzebuje. Uciekam tez w siec, gdy nie mam juz sily. Maile, blogi, newsy, zdjecia. Dodaje to mocy. No i telefony do rodziny.

Glowe mam jak przejrzaly arbus. Ogromna i pelna pomyslow. Musze myslec caly dzien, uwazac, miec oczy z tylu glowy i umiec wyczuc czlowieka, sytuacje, klimaty, aby nie wpieprzyc sie w cos niezdrowego.

Gdzies w kosmosie znajduje sie mala blekitno, zielono, zolta planeta. ZIEMIA. A ja jestem tylko malym czlekiem posrod 6 miliardow innych. Gdzies w drodze.

Posted in .. |

Ja i pilka

Wlasnie to znow mialem podsumowanie sklecic z resztki slow jakie mi w glowie pozostaly – bo czas pedzi do przodu i 4 miesiace w drodze nie wiadomo kiedy minely. Ale rozklejac sie ani mysle.

Idac za ciosem i bedac pod niewielkim, ale zawsze, wrazeniem meczu i tego co sie po nim w Ekwadorze wydarzylo, postanowilem napisac pare slow o PILCE NOZNEJ, skorzanej, okraglej, czasem szmaciance, badz tez kawalku gumy czy zwitku brudnych szmat.

FAZA PIERWSZA – NIESWIADOMOSC

Mialem lat 6, byl rok 1982. Po czarnobialej dobranoce (nie pamietam czy byl to Bolek czy Lolek) kazano mi spac. Potem chyba mama czy tato wyrwali mnie ze snu i zaniesli do duzego pokoju. Tam przykryty gruba puchowa koldra i wlepilem swe oczy w niewiadomo czemu KOLOROWY teraz telewizor. To jest jak sen, mgliste wspomnienie przedszkolaka (hm… wtedy to bylem w zerowce chyba). To byla wazna sprawa – Polska grala z Francja o 3 miejsce mistrzostw swiata. 3:2. Polska wygrala…

FAZA DRUGA – ZAUROCZENIE I KARIERA KOPACZA

To bylo rok pozniej. Poszedlem do podstawowki. Betonowe boisko czy sala gimnastyczna pelna od dzwiekow piszczacych chinskich trampek i potu. Szkola podstawowa numer 3 w Klodzku, WF, SKS.

Potem na komunie dostalem swoja PIERWSZA PILKA – “piatke”. Skorzana, klasyczna pileczka, ktora mi wkrotce jakis zly czlowiek zapierdolil. Mialem wiele pilek – zszywanych, sklejanych, czasem na swiatlo dzienne wychodzil pomaranczowy balon. Byl to znak, ze pilka wkrotce odejdzie. No i rzeczywiscie tak sie dzialo – szczegolnie gdy gralo sie na bezlitosnie betonowym boisku przy podstawowce. Byly wlasciwie 2 miejsca – boisko przy trojce i trawiaste, krzywe, pseudo-boisko z kamiennymi slupkami i niewidoczna, nieokreslona w przestrzeni poprzeczka, na rozleglych lakach osiedla przy ulicy Rodzinnej. Wiele godzin sie gralo, az do zapadniecia zmroku, gdy pozycji pilki mozna bylo sie jedynie domyslec. Guzy, siniaki, placz lalusiow, bo ktos ich kopnal, podczas twarde meskiej gry 12sto latkow. Tak, tak. Krwawe to byly pojednynki. Bylem chyba niezly. Nie najlepszy, ale brame strzelic niejedna potrafilem.

W 1986 Polska sromotnie przegrala na Mundialu. Brazylia rowno skopala im dupe. 4:0. Wciaz wtedy wierzylem w PILKE. Kupowalem znakomity tygodnik PILKA NOZNA, wyklejalem zeszyty innymi biografiami pilkarzy, czytalem ksiazki o futbolu (oczywiscie czytalem tez inne). Np. przebrnalem przez dwie ksiazki pewnego Bonka, slynnego polskiego kopacza, ktory teraz jest wazna osobistoscia. Takze przestudiowalem doglebnie paszkwil bramkarza Schumachera (NIEMCY). Nie ominalem biografii innych slynnych futobilstow.

Wciaz ogladalem mecze, ludzac sie, ze masza reprezentacja w koncu wygra. Niesmiertelny Szpakowski i Szaranowicz, niechybnie spozywajac czysta wyborowa w studiu TVP, snuli wspomnienia i bajki z remisowego meczu na Wembley, gdy jak wszystkim wiadomo Tomaszewski zatrzymal Anglie. Zycze Ekwdorowi, aby ten ich remisowy mecz (podobniez w eliminacjach do MS) nie okazal sie dla nich FATUM.

Ogladalem to ze wzrastajacym obrzydzeniem, Az przestalem, bo poszedlem do ogolniaka.

FAZA 3 ZNIECHECENIE

… az poszedlem do LO. Tamze moje zainteresowanie kopaniem spadlo prawie do zera. Przestalem grac i ogladac.

FAZA 4 RENESANS

No wlasnie – odrodzenie przyszlo troche za pozno. Polska znow gra i w patriotycznym uniesieniu z radoscia wybralbym sie do Korei i Japoni…

***

W drodze spotykam sie z pytaniem – skad jestes? Polska, polska, polonia, polonia… hm.. hm… aaa ! LAto!, Boniek! – wykrzykuje stary i wierny kibic z Ameryki Poludniowej.

***

Skonczylem czytac “Pod mocnym aniolem” Pilcha. Polecam wszystkim, szczegolnie alkoholikom. Moze znajda pretekst aby przestac, a moze aby pic dalej?

***

Biuro podrozy. Jak zwykle, jak wszystko, porazilo mnie niekompetencja. Sprawa: AIRPASS na trasie Quito-Caracas-Kingston-Hawana-gdziestamze jest wciaz niewyjasniona. Ponoc taki bilet nie istnieje, a moze tylko pani z ktora rozmawialem jak najszybiej chciala opuscic miejsce pracy, aby dajmy na to zdazyc do fryzjera. Tak, to musialbyc fryzjer – biorac pod uwage kondycje jej wlosow.

Posted in .. |

Czasem remis oznacza zwyciestwo i smierc.

Wrocilem do hotelu. Spotkalem Mathanje z przyjaciolka. Pare zdawkowych zdan – moze dlatego, ze Holenderki na innej fali raczej nadaja. Czasem spotykasz osobe, ktora mowi tak monotonnie, ze usypia. Wiec w czasie rozmowy wylaczam sie co chwile. Wyciagnalem swiezo wydrukowana ksiazke Pilcha i zanurzylem sie w historii. Slowo po slowie. Ostroznie powoli, smakujac sentencje. 20 kartek A4, czcionka verdana 8 – ksiazka ale nie ksiazka. Brak okladki, ponumerowanych stron. Nie szkodzi. Wazne ze jest.

Za 1,5 godziny zaczyna sie mecz. Cale miasto i pewnie caly Ekwador biega po ulicach w zolto-niebiesko-czerwonych koszulkach, powiewajac flagami. Si si se pudo! krzycza. Mecz z Urugwajem. Ekwador potrzebuje tylko remisu.

W przyplywie sarkastycznej przekory mialem sobie zakupic koszulke Urugwaju. Tak, to bylo by calkiem zabawne. Moje cialo poniewierane przez wsciekly tlum, a potem spalone na rytualnym stosie przez futbolowych fanatykow.

Ze swiezo spotkanymi ludziskami udajemy sie do baru. Ekipa miedzynarodowa. Polska, Szwajacaria, Holandia, Irlandia, Kanada. Usmiecham sie. Z tych wszystkich krajow tylko moj kraj awansowal do Mistrzostw Swiata. Onanistyczna duma ;)

Piwko, kanapka z warzywkami. 15:00. Zbiera sie tlum. Nerwowa atmosfera. Dwa telewizory. Zasiadamy na stolkach i wlepiamy oczy w EKRAN. Hymn, pierwsze kopniecie pilki. Zaczelo sie. Dwoch komentatorow wyrzuca z siebie slowa z szybkoscia UZI. Mogliby byc wzorem dla Szaranowicza i Szpakowskiego. Im pilka blizej bramki urugwajskiej ty tlum w barze szaleje. Go GoGOLLL!! Nic z tego. Sube sube – do przodu! Ekwador….

W 30 minucie pierwszej polowy – Urugwajczyk bezwzglednie wykonuje karniaka i jest 1:0 dla Urugwaju. Cisza. Smutek. Gorzkie i siarczyste przeklenstwa. Barmanka z makijazem w koloze barw narodowych rosnosi kolejne, tym razem mocniejsze drinki. Druga polowa. 10 minut do konca. Ekwadorec w koncu zdobywa gola. Radosc. Szklanki lece na podloge, rece w gore. Remis – ktory oznacza zwyciestwo. Przez ostatnie minuty druzyna gospodarzy zagrywa w podawanego na wlasnej polowie, starajac sie nie oddac pilki Urugwajowi. I nie oddaje. Gwizdek. Ludzie wylegaja na ulice. Szalenstwo. Ekwador po raz pierwszy zagra w MS! Klaksony samochodow produkuja znajomy mi rytm z warszawskich ulic, gdy gra Legia.

E-e-e-kwa-dor!E-e-e-kwa-dor!E-e-e-kwa-dor!E-e-e-kwa-dor!

Zachodze do sklepu. 4 starszych kolesi chce sie koniecznie ze mna napic. Wiec pijemy – 3 kolejki jakiegos paskudnego alkoholu.

Futbol w Ameryce Pld. to religia. Lekarstwo dla mas – upokorzonych, biednych ludzi, ktorzy czasem nie maja co do garnka wlozyc, jezeli maja garnek. Smierc, pilka, religia, Jezus, polityka, salsa i muzyka. Kolorwa mieszanka – kwintesencja kontynentu.

Wieczor w Cafecito. Miedzynarodowo, alkoholowo, glosno, beztrosko. Spacspacspac.

Nastepnego Dnia.

Podczas swietowania REMISU zginely 4 osoby a 70 odnioslo obrazenia. Alkohol, strzelaniny, pare osob przejechanych przez rozpedzone samochody…. religja.smierc.futbol

Posted in .. |

CUENCA

Bla bla bla. Madre slowa, przemyslenia, wnioski – wyparowaly. Czuje sie znakomicie. Jakos lekko i beztrosko. Ale zdania sklecic nie potrafie. Czytam inne blogi. Smutek, gniew, deprecha. Jesien. Nieuchronna sprawa, mysle sobie. Czy cierpienie i pernamentny dol pomagaja w pisaniu? W tworzeniu? Wszystko wskazuje ze tak. Poce sie. Czacha dymi. Brak polskich slow. Na szczescie wydrukowalem sobie ksiazke Pilcha za 2 dolce ;) – aby sie zainspirowac co nieco.

Ruszylem tylek z Montanity. Swoja umiejetnsci surfingowe zamierzam za czas jakis podszkolic na THAITI (yes yesssss :)). 6 rano, pobudka, dzien wczesniej lzawe pozegnanie ze wszystkimi (z psami tez). Wraz z Brandonem uderzylismy do Guayaquil. Ten skierowal sie na poludnie. A ja na wschod. Musi tam byc przecie jakas cywilizacja. I tak dotarlem do miasta zwanego Cuenca. Pikne, sliczne, klimatyczne. Moze pare dni tu ostane. Zadekowalem sie w hostalu El Cafecitio. Spal ktos z was kiedys w kawiarni (oczywiscie wylaczajac tych co zasypiaja przy kawiarnianym stoliku)? W holu miesci sie kawiarnia, ludzie imprezuja do 23:00, potem mozna spac. Moj pokoj (dormitorium- sala zbiorowa z calkiem czystym kibelkiem) miesci sie tuz tuz.

Co tam jeszcze? Wlasciwie to nie wiem, bo jakis zdekoncentrowany jestem. Aaa! JEst mecz! Ekwador – Urugwaj w Quito. Dzis caly kraj paraduje w zoltych koszulkach druzyny pilkarskiej. Flagi okrzyki. Mam nadzieje ze wygraja (Ekwadorce rzecz jasnawa) – bo bedzie totalna FIESTA – a kobiety w przyplywie radosci i szalenstwa, stana sie bardziej wyzwolone (sic). Rzecz toczy sie o wyjazd do Korei i Japoni….

o v e r

Posted in .. |

Ostatnie dni w Montanita

Wioska jest pelna. Jak juz wspomnialem. Korek na jedynej ulicy. Ogromne terenowe pojazdy, kierowcy w ciemnych okularach prowadzacy w Miedzynarodowym Stylu Cwaniaczkow, z reka wywieszona za szybe. Na tylnich siedzeniach cytate czarnulki, czasam na pace (gdy jest to terenowy truck). Wolno poruszaja sie po miescie, psy skomlac zchodza z drogi. Potem parkuja gdzies pod imprezowania, alkohol leje sie strumieniami, ludzie nie wiadomo czemu kreca sie po ulicy zamiast siedziec w barach. Ogolna rozpierducha i halas. Po 3 tygodniach czuje sie jak w swoim miescie, wiec podswiadomie nie lubie introzow nawiedzajacych moje miasto. Wczoraj drugi sloneczny dzien jak tu jestem. Surfowanie o zachodzie slonca. Pieknie….

Powoli zbieram graty. Robie jeszcze zdjecia. Licze filmy jakie mi zostaly z tej ogromnej sterty z poczatku podrozy. Znow zaczalem czytac przewodnik. Czas ruszyc d u p e.

——-
z ogloszen:
Kolejne zdjecie na ONEPHOTO.NET i PLFOTO

Posted in .. |

SURFING, trzeci tydzien

Ludzie maja wakacje w Ekwadorze. 4 dni wolnego czy cos w tym rodzaju. Zjechala sie wiec banda nowych ludzi do Montanity.

Skutek – w sklepach ceny poszly w gore, hotele wprowadzily nowe stawki (dolar wiecej z osobe). W moim ulubionym barze z zywymi skorpionami, nowy barman (stary gral w szachy i pil wodke) chcial mnie zczardzowac 1,5 za butle browczyka. Brendanowi ktos zwedzul pantalones (spodenki surfingowe) z balkonu. Mam nowych sasiadow – ekwadorskich dresiarzy – ktorzy robili pozna noca wodke na balkonie, sluchajac jakies muzycznej ichniej kiszki, musialem wiec interweniowac jak stary zgred. O 6 rano impreza pietro nizej – 15 latki z Guayaquil. Dzizzzas….

W wodzie zrobilo sie gesto. Pewnie jutro pojawia sie SURFNAZIS walczacy o kazda fale i starajacy sie obciac sie leb swoja nowa deska 7 stop 2 cale.

Nie jest wiec lekko…

SURFING

Robie postepy, wiem jak pokonywac kolejne fale (paddling out), wiem jak szybko poruszac sie w wodzie i jak optymalnie ulozyc cialo na desce (lezac na desce trzeba dotknac koniuszkiem palca dziob deski).

Najpierw nalezy przebic sie przez male fale i biala piane, ktora produkuja rozbijajace sie fale. W odpowiednim miejscu siadam na desce i czekam. fajne uczucie temu towarzyszy. Co 10 metrow siedzi inny koles (jest tez pare surfujacych lasek) w milczeniu obserwujac horyzont. Fale przychodza … falami. Po 3,4 minutach oczekiwania – przychodzi 5-6 duzych fal. Z reguly lapie sie na ta druga.

W odpowiednim czasie nalezy machnac lapami 3,4 razy aby moja predkosc i predkosc fali w miare zsumowaly sie. Bedac na szczycie nalezy wskoczyc na deche obiema stopami. Oj, trudna to sztuka – z 20 razy mi sie udalo. W pozostalych przypadkach pilem wode. Aby surfowac w miare, potrzeba paru lat i najlepiej zamieszkac w takim miejscu i trenowac dzien w dzien.

W wodzie trzeba uwazac na innych. Gdy gesto od ludzia robi sie niebezpiecznie. Mozna stracic leb, utopic sie, ktos moze porysowac ci twarz statecznikami sterczacymi od spodu, mozesz zlamac deche , a potem za nia slono zaplacic.

Ceny desek? W Montanita jest fabryka i sklep – nowa decha z drzewa balsa – 400$. Nowa decha z wlokna okolo 1000 dolcow. Uzywane – okolo 100-200 dolarow. W przypadku zimnej wody – surfer potrzebuje tzw. WET SUIT – mokre wdzianko ze specjalnej pianki. Tez trza slono placic. W zaleznosci od grubosci piany od 100 do 300$. Wiec nie jest to tani sport. Codziennie pozyczam deche z drzewa balsa za 2$ – calkiem rozsadna cena.

Uff…. ide chyba posurfowac.

A tu zdjecia z wodnej sesji

Posted in .. |

1 listopada

Jak zwykle obudzil mnie halas – to nowi ludzie sie zjechali, ogladali pokoje, szurali ciezkimi buciorami, ciagali bagaze po schodach. Spac sie wiec dluzej nie dalo. Zabki, leb pod prysznic, lekko ziewajacy schodze na dol – bulki, ser i filizanka goracej kawy z odrobina mleka. Zasiadam na balkonie, Olivier zapodaje jakas francuska muze, Brendan rysuje jak zwykle, Charlotte robi jointa na sniadanie, pojawiaja sie nowi sasiedzi – Amerykanie.

Dzien jak dzien. W Polsce pewnie wracalbym teraz z cmentarza, w szary, zimny, przygnebiajacy wieczor. Mialbym palce pokryte woskiem ze swieczek, w telewizji tona wspomnikow o tych co odeszi, w nocy horror lub film o duchach, w radi Lennon, Marley, Joplin, Morrison, Cobain.

W Ameryce Poludniowej ludzie zwykli zbierac sie na cmentarzach, zasiadac przy grobach bliskich. Zapalaja setki swiec, wyciagaja jedzenie i napoje z toreb i spozywaja w uroczystym milczeniu wraz z duchami bliskich. Ceremonia. Ponadczasowosc.

Dzis nie odwiedze grobow bliskich. Dziadkow, wujkow. Nie pojde na cmentarz. Ale pomysle…

Posted in .. |

Druga galeria z Montanity w calosci…

Brendan McLure – Hostal Tsunami, Montanita; Ekwador

EKWADOR MONTANITA FOTO cz.2 w calosci

Posted in .. |

PUNK IS DEAD

Bylem punkiem. Smieciem po ichniemu. Czlowiekiem wyrzuconym z kolektywu, nedzna punkowska kreatura z olbrzymim irokezem – waskim paskiem po srodku mojej glowy, pozostaloscia burzy wlosow, ktora wyrosla mi w ostatnich 4 miesiacach. Mialy byc dready – jest lysa czaszka obecnie. Dobrze, ze mnie w knajpie obsluzyli, bo inaczej umarl bym z glodu. Generalnie wioska byla zaszokowana i zbulersowana radykalna zmiana mojego wygladu. ;))

Czy oceniamy ludzi po wygladzie, ubraniu, fryzurze, kolorze skory, brudzie, zapachu, kolczykach na twarzy czy tatuazach? Oczywiscie, taka jest natura ludzka. Wydaje mi sie, ze w tych dziwnych czasach nalezy byc NIEPOLITYCZNIE POPRAWNYM i nie popadac w paranoje.

Zmienila sie ekipa. Olger, Mathanja, Wlosi, Aussies wyjechali. Zostalem tylko ja, Brendan, Michel. Mam nowych sasiadow. Olivier i Charlotte. Zabojady. Oboje okolo 26-27 lat. Koles przypomnia mi mlodego Marasa z szalonych czasow Colorado, 1999. Biale wlosy, szczapa, widoczne naduzycie la moty i trampki numer 49. Koles jest muzykiem i bezrobotem. Wczoraj do 3 rano sluchalismy Radiohead, Sublime, Marleya i roznych dziwnych wynalazkow. JUtro prawdopodnie gitarowe jam session. Charlotte natomiast nie lubi gadac po angielsku. Twierdzi ze boli ja od tego glowa. Hm… chyba nie od tego.. ;))

Wczoraj powrocily fale potwory, niosace mleczna piane i zjadajace ludzi-chcacych-byc-surferami. WIec znow surfuje. Slona woda wciaz jednak smakuje kiepawo…

Michel przytargal glosniki komputerowe z Salinas. Podlaczylismy sprzet, siedzimy na balkonie, sluchamy samby, spozywajac dzambe i cuba libre, patrzymy na ocean, komentujac fale. Jak glosi prognoza – beda perfekcyjne dzis o 2:30 pm.

Mniej pisze, wiecej robie cz-b zdjec. Nie umiem pisac – to pewnie juz zostalo zauwazone. LEcz zdjecia i obrazki stanowia nieodlaczna calosc jak sie wydaje. wiec…. keep on doin….

Posted in .. |

PUNK IS NOT DEAD

Urodzilem sie 1976. Roku Sex Pistols, Taxi Drivera z Robertem de Niro i irokezem na glowie. W holdzie tym czasom, zrobilem se wyjebistego klasycznego irokeza na glowie. Dodam ze cukru nie uzywalem, wyszedl z mody.

Punk session i inne tutajze

Posted in .. |

FOTO MONTANITA cz.2

Pusta plaza. Szare niebo. Na mysl przchodza sceny z Polskich filmow z lat 60 tych rozgrywajacych sie nad Baltykiem. Jakos mi tego Baltyku brakuje – zawsze tam bede tesknil. W uszach muzyka: du dududu du… cos jak melodia z pewnego filmu POCIAG. Ktos pamieta? Chyba skomponowal to Komeda.

Szwendam sie po okolicy. Robie zdjecia jak zwykle. No i wrzucam. Wrzucam wszystko: art, nie-art, wspominki, zdjecia do albumu, i do szuflady. To moje zdjecia i moja galeria chyba :))

EKWADOR MONTANITA cz. 2

…musialem stworzyc druga galerie dla zdjec z Montanity…

***

Staralem sie sciagnac ksiazke Pilcha z onetu. Nic z tego… Za wolno idzie i jakas rozbita na czesci , wiec trudno to w kupe zebrac. Ma ktos to w jednym dokumencie? Z checia bym maila lykna w formacie worda. Moglbym sobie to tu wydrukowac. Uwielbiam jezyk Pilcha…

***

Rodzinka? zyjecie? odezwijta sie…

Posted in .. |

b e z r o b o c i e

Wlasciwie to zapomialem jak to jest pracowac. Od 9-17. Oczywiscie, ktos madry (choc niekoniecznie) moze rzec w tej chwili, ze wejdzie mi to w krew i stane sie jednostka nieprzystosowana do zycia w “normalnych” warunkach.

Moze, morze, ocean. Wlasciwie to co sie ze mna stanie jak wroce. O powrocie jeszcze nie mysle. Za chwile, moment, za 2 miesiace lub parenascie tygodniu, kiedy nie wiem, bede pracowal. 15 godzin dziennie, zacharowujac sie na smierc dla jakiegos amerykanskiego wyzykiwacza. Plany dalsze – bo sie pytaja ludziska – Wenezuela, Karaiby, Jamajka, Kuba, Meksyk, USA.

Mysle nad tym od dzis. Bo dzis po kolejnym dniu walki z falami stracilem wiare w swoj surfingowy talent. Obudzilem sie, popatrzylem w wielkie lustro i rzeklem: BART, jestes zwyklym szmaciarzem. Czasem warto prawdzie w oczy spojrzec. Pomyslalem wiec od drodze. Zatesknilem. Znam cale miasto, kazdego ludzia, wiem gdzie najtaniej zjeesc, wieczorem napic sie piwa, wiem kiedy sa najlepsze fale, znam tez kazdego psa w okolicy. Wiem wszystko. Prawie.

Posted in .. |

MONTANITA, dzien ktorystam

Refleksje? Mysli? Chwila, aby sie zastanowic? Usiasc? Medytowac?

Skadze. Nic z tych rzeczy. Beznadziejne lenistwo, beztroska i plucie z pozycji ciala ulozonego w hamaku.

***

Te same rozmowy caly dzien, kiedys abstrakcja, dzis rzecz oczywista. Rozmowy o falach.

AllllE fala !! – patrz stary, siedza kolesie i komentuja kondycje oceanu.

Brendan zasiadl i opowiada coraz bardziej pokrecone kawalki z aroganckiego beztroskiego zywota, strudiach na Uniwersytecie Oksford. Rozkreca sie wiec trza go stopowac czasem. Spoko koles, zajebiste czarne poczucie humoru, ale zapatrzony w siebie – wiec otrzymuje przynjamniej raz dziennie konstruktywna zjebke.

Drugi z 3 surferow to Olger – rowniez spoko gosc. Jak wiekszosc Holendrow nie pali ziela (wbrew stereotypom panujacym na swiecie) – pije natomiast alkohole w duzych ilosciach i narzeka, bo taka jego natura – Sztiupid – to typowe slowo jakie mu z gardziela wychodzi. Mysli juz o rychlym powrocie do Holandii (za 5 dni). Piszemy razem scenariusz do filmu o tej wiosce.

***

Od paru tygodni nie mialem zejsciowych mysli, zwatpienia, zapasci psychicznej i depresji maniakalnej. Wdycham swieze powietrze i popijam je czarna mocna kawa, aby sily miec na caly dlugi, ciagnacy sie jak guma do zucia, dzien. Slonce, ktore raz juz sie pokazalo, wiecej nie zaszczycilo nas swoja obecnoscia.

***

Poranna przenosna sesja nagraniowo piracka. Kopiuje plyty ktore dostalem od Niemca Michela. Dwa minidiski polaczone z soba pepowina kabla + Morecheeba, Air, Massive Attack, Jim Morrison (american prayer) i niemiecki hip hop.

***

Dzis sobota. Ludziska z miast sie zjechali. Bedzie impreza. Zauwazylem ze jakis nieimprezowy jestem ostatnio. Lubie siedziec w fajniej knajpie (coffee shop) posluchac dobrego jazzu, kawa i czasem cos jeszcze. Pozytywne relacje i wibracje. Niepozytywne niemile widziane, lub milo niewidziane. Jest pare w miejsc w ktorych dudni muza. Salsa – ciala zginaja sie w wywiaja. Nie czuje cos tego. Czuje kisielowaty bas, dudniacy, powolny rytm Boba Marleya, genialne kawalki Sublime, Air, klaskyka z lat 60tych, 70tych. Posluchac. Jakos sie nie jaram generalna najebka i siedzeniem w zlej atmosferze dyskoteki. Gdzie kolesie rzucaja ci brzydkie spojrzenie, jak rozmawiasz dluzej niz minute z lokalna chica. Chrzanic…

***

Ide na plaze. Wlasnie rozpoczely sie zawody surfingowe. Mielismy dla zgrywy wystartowac, ale ale…. cos sie nie chcialo dupy ruszyc z hamaka aby sie zapisac.

***

NOWE FOTKI :))

Posted in .. |

sie toczy

zycie sie toczy
dzien za dniem
generalnie to samo

mysle o dalszej drodze
jeszcze pare dni
tydzien dokladnie

co bedzie dalej?
nowi ludzie miejsca
chwile

robie zdjecia ludziom
portrety zasiedzialych
hippisow

slucham genialnej muzyki
wale w bembny
surfuje

czasem wieczorem biegne
plaza
pusta, ciemna

swiatla wioski odbijaja
sie
na mokrym brzegu

przyplyw nadchodzi
ksiezyc sie w gorze usmiecha
czas isc spac

dobranoc albo dziendobry

Posted in .. |

WIOCHA i LUDZIE

Byla sobie mala wioska nad oceanem.

Pare rodzin, chatek z bambusa, rybacy wracajacy z porannego polowu. Stary czlowiek i jeszcze moze. Zyli spokojnie, bezproblemowo, upijajac sie w sobotni wieczor przy dzwiekach tandetnej muzy ze zdartej plyty. Czasem tez nastawiali radio, by wykumac co sie na swiecie dzieje – lecz byla to sprawa sporadczyna.

Pewnego dnia przybyl SURFER. Amerykanin, z braku laku nazwijmy go JOHN DOE. Zabladzil tu chyba, badac w drodze do Peru, ktore slynnelo z dobrych fal, poczawszy od lat 50 tych.

Fale. To bylo to co John zalapal. Dobra fala pozytywnej relacji, przyjazni ludzie, wspaniale zarcie prosto ze slonego jak Wieliczka Oceanu Spokojnego, ktory wcale nie byl spokojny. Z roku na roku wiocha stawala sie coraz bardziej popularna.

Nowi ludzie, hotele z bambusa, knajpy, puby, sklepy. Jednak nie tracac pierwotnego klimatu.

Ja tez tu przybylem pewnego szarego pazdziernikowego dnia. Znalazlem baze i osiadlem na pare tygodni, chlonac atmosfere, ktora tworza miejsca i ludzie…

ONE DOLLAR HOTEL

Jak sama nazwa wskazuje – hotel za dolca. Mialem sie tu wprowadzic pierwszego dnia. Cena oczywiscie kusi, lecz to miejsce to klasczyne siedlisko narkomanow i niezly posthippisowski zjazd. Horacio z Argentyny to wlasciciel. Miejscowka pewnie nie przynosi mu zbyt wielkich zyskow. Smiem wrecz powiedziec ze sa zerowe. Podejrzewam ze to tylko przykrywka to biznesu innego rodzaju. Horacio bowiem jest najzwyklejszym dilerem. Montanita jest miejscem w sam raz, bo policyji nie widziano to od ostatniego martwego surfera.

SURF SHOP nr 1 + Tatoo Salon

Martin, Willie i 3 lepkow sprzedaja, wynajmuja, woskuja, reperuja sprzet do poruszania sie na falach. deski, boogieboardy ale i skateboardy. Martin naucza tez surfingu. Taki maly Uniwersytet Surfingowy. Czasem tez tatuuja smialkow, a Willie (jest z Oregonu, USa – narzeczona Martina) ozdabia zelastwem nosy, jezyki, brwi i pempki.

SURF SHOP nr 2

Winston, lecz nie Churchill, choc ma podobe zamilowanie do palenia, lecz nie cygar, a fajek wodnych – to szefu. Surfer, firestarter (pokazy tancow z zimnymi ogniami i inne tego typu akrobacje). Spoko koles i dobry kumpel. Wynajmuje deski z drzewa balsa – robione w Montanita.

Senor Pan i piekarnia

Czyli Pan Chlebek – moj bohater – przez caly dzien dostarcza zglodnialym osobnikom chleb, empanadas, torty, ciasta, buleczki, paczki. Wszystko swieze i gorace, prosto z pieca. No i bajecznie tanie.

Senor Pantalones

Czyli Pan Spodenki – kolo formatu Dannego de Vito – szyje i sprzedaje spodenki surfingowe najwyzszej jakosci. Mozna sobie zaprojektowac wlasnie za jedyne 24$ – co zamierzam wkrotce zrobic – w moich kolorach i z napisem www.bartpogoda.net ;))))

Commercial Girl

16-17 latek, moze wiecej moze mnie. Mulatka, popieprzone w mozgownicy rowniutenko. Sprzedaje wszystko jak powiedziala: kondomy, papierosy, cukierki, marijuane i kokaine. Naprawde na imie ma Pamela, choc pewnie to bajer. Nie daje jej wiecej niz 5 lat zycia.

PSY

Wazna sprawa. Okolo setki psow walesa sie po ulicach. 50% to inwalidzi po wypadku, kulejac skomla o zarcie, patrzac biednymi oczetami na jedzonko znikajace z talerzy turystow. Szefem jest ogromny czarny DOG a glowna kurewka biala Suka z oklapnietymi uszami, dajaca sobie wsadzic okolo 20 razy dziennie, na glownym placu miasta. Czasem dochodzi to penetracji, a potem psy nie moga sie rozlaczyc. Przerazajacy widok.

JOE CARTOON

Duzy, bialy gringo, 2 metry – o wygladzie kolesia z kreskowki. Prawdopodobnie opuscil wioche 2 dni temu.

3-kolesi-chcacych-byc-surferami

Bart (Polska), Brendan (Angla), Olger (Holandia) – probuja surfowac, caly dzien wymieniaja fachowe uwagi na temat desek, fal, pogody, wiatru, warunkow, techniki. Codziennie wymyslaja inna rzecz ktora pomogla by im w walce z falami, np. picie browaru i sluchanie Red Hot Chili Pepper tuz przed sesja surfingowa, zakup korali i kultowych naszyjnikow, czytanie magazynow surfingowych, zaprojektowanie i zakup nowych spodenek surfingowych no i inne tego typu klimaty.

NEOHIPPISI

siedza na ulicy, sprzedaja wlasnej prodkucji paciorki, kolare, torebki. Artesanias. Maja dready, splowiale ubrania, peace brah, zywia sie chlebem, winem i zupa i sluchaja Marleya. Ale co dalej kochani??

LYSY

Lysy – to Francisco – ogromny koles wlasciel La Casa Blanca Hostal. Urodzil sie w Boliwii ponoc – choc nie wyglada. Na kolacje zjada 4 talerze spagetti. MA aparat cyfrowy canon a20 – ale nie wie jak go uzywac – wiec za lekcje oblsugi aparatu i paru programow na kompie – mam Internet za darmo. Co jest calkiem niezlym dilem. W najblizszych dniach robie strone tego hotelu – aby miec siec za darmo. Polak zawsze se rade da. Nawet w tych ciezkich czasach.

W skrocie to tyle. Dni, plyna, deszcz pada, fale coraz wieksze i nalywaja nowi ludzie – i tym samym wiecej chleba schodzi w pierkari Senora Pana.

Czy moglbym tu zyc? Raczej nie, miastowa bestyja jestem, co lubi czuc asfalt pod trampkiem.

Dwa dni temu mecz na plazy, wczoraj sesja foto z Veronica i Elita (elitarne imie, co nie?). Efekty wkrotce.

Marzy mi sie film z takiego miejsca. Wraz z Olgerem zaczelismy juz kreowac historie. Smieszne jak Tadeusz Drozda jest na razie – ale nabiera ksztaltow. To bedzie kultowy film…

Posted in .. |

Namierzony z satelity ;))

MOJA POZYCJA OBECNIE

dzieki Miras / Gdansk

:))))

PS:
Tom! Sorry for problems and too many people on your server….

Posted in .. |

MIAMI w Ekwadorze

Musialem dzis z ekipa pojechac do Salinas – Ekwadorskiego MIami. Heheh,…. taa.. rzeczywiscie wyglada jak miami. Biale hotele, Policjanci lapiacy pijanych rowerzystow, placi sie dolarami, taksowki cabrio. Taa… ale generalnie jest nedznie. Musialem przerwac swa leniwa egzystencje w Montanita z jednego powodu – w Peru wybralem 100$ banknot ktorego za cholere nie moglbym uzyc. Musialem go na drobniaki w banku rozmienic.

A o 4 po poludniu nadejda fale…

Wczoraj polknela mnie ogromna fala. Siedzialem sobie spokojnie za punktem gdzie zalamuja sie fale (BREAKS) czekajac na giganta. Kiedy nadszedl, nie dal mi szansy. Zlapalem deske za blisko nosa i fala mnie polknela. Yummie…. Dziwne uczucie – jestes nikim, niczym, puchem marnym i nie mozesz nic zrobic.
…………………
pare SURF FOTEK

… postaram sie reszte wrzucic jeszcze dzis..

Posted in .. |

moj…

…jedyny problem obecnie, to wybrac odpowiednia fale (o predkosci 20 km / godz) ulozyc sie odpowiednio na desce, machac lapami aby uzyskac predkosc 10 km / godz. Nastepnie dac sie zlapac fali i gdy poczuje, ze predkosc odpowiednia, wyskoczyc na deske i utrzymac rownowage.

to moj jedyny p r o b l e m

zawsze chcialem miec takie problemy

3 dzien surfowania i juz czasem stoje na desce

sobota

przybyli nowi ludzie

impreza na plazy

hm… wlasnie zauwazam ze staje sie monotematyczy jakby trochu

szkoda ze nie moge posiedziec dluzej w sieci (3$ za godzine) , aby napisac jakies madre slowa…

tyle w telegraficznym skrocie

Posted in .. |

Dostaje w dupe. Czyli Surfin dzien 2

Obudzilem sie rano z niezlym bolem WSZYSTKIEGO. No oporcz glowy, bo poprzedniego wieczoru tylko browczyk poszedl. Dni mijaja powoli. Cala os opiera sie na surfingu. Obecnie. Wstac, zjesc, pogadac, polezec, pochodzic. O 2-3 po poludniu przychodza FALE. I tak do 6. Potem brak sil i slonce zachodzi. Trenuje, trenuje – wszystko to co sie nauczlem dwa dni temu – na razie z marnym skutkiem. Bedzie lepiej – rzec by sie chcialo – no ale mentalnie jest fantastycznie.

Kark, plecy, brzuch, owlosiona klata – bol. Wszyscy czekaja na slonce. NA razie dni chmurzaste.

DJeje w kanjapach puszczaja SUN SHINE REGGAE z lat 80tych. W ogole te stare hity z lat 80 kroluja. I Shaggie MY ANGEL.

Jest ekipa: ja, Brandon (Anglia), Olagar (Holandia), Molie (Hol). Ruth i Meg (HOl) dzis wyjezdzaja. Jest tez pare innych osobowosci i miejsc ktore w krotce opisze.

Musze kupic zatyczki do uszu. Sasiedzi – ekwadorska mafia w czarnym Grand Cherokee bez numerow mieszka kolo mnie. Moi kochani sasiedzi, ktorzy napieprzaja sie w nocy ze swoimi laskami (duza, czarna cycata z afro i mniejsza z mejkapem a la M.manson ale nie). Generalnie tacy ekwadorscy dresiarze na weekendowym wyjezdzie. Oprocz milego dzien dobry i ciao nie zamieniam z nimi slow.

Dzis kolejny dzien zmagan. Planuje dalsze posuniecia w podrozy. Nie wiem czy dostane wize do Kolumbii i chyba se odpuszcze. Plan : kupuje bilet specjalny AIRPASS na trasie: Quito – Carracas (Wenezuela) – KIngston (Jamaica), Havana (KUba) i stamtas MIAMI lub NYC lub directamento do COLORADO….

kasa, czas, samopoczucie, tesknota, dni, noce, slonce i ksiezyc, droga….

Posted in .. |

SURFING dzien 1

MArtin z Argentyny – wytatuowany instruktor surfingu okazal sie bardzo pomocny – wyjasnil wszystkie zawilosci, techniki, roznice miedzy deskami (ja i Olgar z Holandii mielismy dwie : krotka i dluga).

PO godzinie bylismy w wodzie. Coz .. powiem jedno – surfing to nie latwa sprawa. Snowboard – wywrocisz sie pare razy, obijesz tylek ale po pol godzinie juz zjezdzasz, trzymajac rownowage na desce.

Fale to juz inna sprawa.

Pierwsza rzecz – jestes regular czy goofie, czyli ktora noga do przodu. Ja jestem goofie, wiec przywiazuje linke laczaca mnie z deska do lewej nogi.

Druga rzecz – aby dostac sie glebiej i dalej w morze, najpierw musisz przebic sie przez mniejsze fale. W przypadku krotkiej deski – stosuje sie techinkie DUCK DIVE – czyli KACZKA. Lezysz na desce i wioslujesz, gdy zbliza sie fala klekasz na jednym kolanie, broda zbilzaj sie do deski a prawa noge wyrzucasz w powietrze. Proste? no prawie – ale slona woda nie smakuje za dobrze.

Potem trzeba sie nauczyc siedziec na desce i lapac rownowage. To prawie latwe .. :))

Kolejna rzecz – LAPANIE WLASCIWEJ I DOBREJ FALI…. no spoko po 3 godzinach lapalem fale , ale bylem zbyt zmeczony aby w ciagu ulamka sekundy i w odowiednim momemncie wyskoczyc obiema stopami na deske (na dlugiej desce sie udalo na krotkiej nie).

4 godziny surfowania i jestem martwy. Ale jutro znow. I POjutrze. Dopoki sie nie naucze.

Lekca 2 godziny – 5$
Deska na caly dzien 4$

takie ceny i zasuwasz

Posted in .. |

MONTANITA dzien 2

no coz. dzis zaczynam surfowac. wczoraj tylko moczylem tylek w cieplych calkiem wodach Oceanu Spokojnego.

Wczoraj wgryzalem sie w klimaty czytajac odpowiednia literature. Pilem tez Cuba Libre z 4 Holendrow. O nich wkrotce.

Surfing.

Beach Boys – ktorych plasje posrodki 3 b-boysow – tuz za Beastie Boys a oczywiscie daleko przed gownianymi Backstreet Boys…. inncyh bboys nie znam. Sluchalem wczoraj ich wersji CALIFORNIA DREAMIN… szare niebo, fale, przygaszone jakies niemrawe swiatlo w barze.

Surfing.

Fale.

Ocean.

Pearl Jam OCEANS.

Hold on to the thread…the currents will shift…
Glide me towards you know something’s left.
And we’re all allowed to dream of the next time we touch…

You don’t have to stray the oceans away…
Waves roll in my thoughts. Hold tight the ring,
The sea will rise…please stand by the shore.
I will be… I will be there once more.

MOja ulubiona plyta lat 90 staje wypelnia mi znow glowe. Teraz juz sie dopelnila.

Chcialbym pisac wiecej i wiecej. Mysli (pozytywne) wrecz rozsadzaja mi czaszke. Musze tylko usiac na chwile gdzie w spokoju. Zamknac oczy na 5 sekund. Krotkich sekund i zaczac znow pisac. Wiecej i wiecej.

ale to wieczorem. nie dzis… nie dzis…

slyszalem ze juz jesienna deprecha w Polsce grasuje… jakos dziwnie w tym roku mnie omija – zerwanie z tradycja…

Posted in .. |

MONTANITA dzien 1

No w koncu dojechalem. Hm… nie ma slonca, fale niezawysokie, ale mam nadzieje ze bedzie lepiej. Wioska genialna, hotel z bambusa z wlasnym lozkiem 2×2 metry i kibelkiem z prysznicem za 4$. Mialem okazje zlapac pokoj za 1 $ – ale wlasciciel hotelu wygladal na sporego kretacza, ktory za bardzo odurzyl sie whiskey i jointami.

Muzyka, bongosy, nieustajacy odglos fal rozbijajacych sie o brzeg, doskanala pizza za 2 dolce i piwo za 70 centow. Da sie zyc. Surfowanie w internecie 3$ za godzine (zajebiscie drogo) a wypozyczenie deski surfingowej 3$ za … dzien! No wiec – czas lapac fale. Oblozylem sie literatura surfingowa i czytam, ogladam. JUtro pierwszy dzien zmagan z oceanem.

Posted in .. |

EKWADOR / GUAYAQUIL

24 godziny w autobusie. 1300 km z Limy do Guayaquil w Ekwadorze. Panamericana – droga, ktora ciagnie sie tysiace kilosow z polnocy na poludnie (lub odwrotnie) z mala przerwa gdzies w dzungli na granicy panamsko – kolumbijskiej.

Jak glupi frajer zostaje z 20 solami w kieszeni. Zapominam wymienic je u kolesi z przerobionymi kalkulatorami (niezly przekret, maja tak przerobione maszyny, ze licza na ich korzysc). Mam wiec teraz peruwianski banknot na pamiatke.

Formalnosci graniczne. Bez problemu. W moto rikszy z Granicy do urzedu paszportowego spotkam Kio – jak kazdy Japoniec – jest niezle zakrecony i zyje we wlasnym swiecie (pelnym sake i gejsz – chcialoby sie rzec). Buch, bach – czerwone pieczatki znow zapelniaja moj paszport. Postuluje o wydawanie paszportow z wieksza iloscia stron. Nowy paszport mam 4 miesiace a juz jest w polowie zapackany biurokratycznym sufem poludniowoamerykanskich urzedasow.

Guayaquil – ponoc najwieksze miasto Ekwadoru. 1,5 mieszkancow. Czuje sie jak w Ameryce Pln – kieszenie wypchane dolarami. Ekwador na poczatku roku wycofal swoja walute – teraz placi sie martwymi prezydentami. Ceny jak w Peru, no moze troche taniej – ale teraz jestem w duzym miescie. Na zadupiu bedzie inaczej, raczej.

Hotel za 4 $. Zostaje tylko na jedna noc. Kasa z bankomatu. Zakupy. Kino. Pizza hut. Czy cos w tym stylu. Nic wiecej w kazdym razie.

Jezyk hiszpanski laczy kraje Ameryki Lacinskiej. Te same produkty w sklepach, hity w radiu i na ulicy, filmy w kinach. Tak samo ubrane malolaty na ulicy. Styl latino – z jakim juz wczesniej zetknalem sie w Meksyku czy w hiszpanskim harlemie w NYC. Laski – obcisle spodne, buciczki na obasie, cycuszki na wierzchu, jak i brzuch (nie wazne czy tlusty, pomarszczony czy pieknie uksztaltowany – musi byc w i d o c z n y ). Ciemna karnacja, te same fryzury i takie same spojrzenia i hihoty gdy gringo snuje sie po ulicach. Kolesie natomiast – styl hiphop macho – szerokie gacie, airwalki, czapeczki z NY zakrecone do tylu. Tommy Hilfigger, Nike, Fila czy podrobki.

Muzyka – niezaprzeczalnie najwieszym hitem jest MAYONESSA. Wszedzie – od Argentyny zaczynajac – dzien w dzien, parokrotnie. Nie da sie od tej piosenki uciec. Mam wszystkie najbardziej popularne songi na MD. Naprawde zajebiste. Jak tylko znajde sposobnosc wrzuce je na MP3.

Internet w Ekwadorze – drozszy niz w Peru (tam za 70 centow / godzina , tutaj 1,5$). Nieprofesjonalna obsluga, glupi senni, zaspani frajerzy. Ktorzy w momencie pokazania mi jaki komputer moge uzyc – podchodza do niego i sami uruchamiaja IE i wstukuja hotmajl.com – sa pewni ze tego uzywam.

Siedze w hotelu i zastanawiam sie co dzieje sie z ludzmi, ktorych spotkalem w drodze. Od niektorych dostalem maile i jestem w stalym kontakcie. I ci co mi teraz do glowy przyszli….

Marie-Julie (ILha Grande) – wrocila wkrotce do domu. Pracuje w Toronto w jakiejs TV i robi kaaarrrieeeerre.

Aasmund – moj ulubiony Wiking , razem przejechalismy pol Brazylii. Czlowiek rozjebka. NIezle zakrecony. JUz wczesniej o nim pisalem. Obecnie znajduje sie w Nowej Zelandii. Gra na basie w jakims popularnym zespole i bede rozgrzewali publikie podczas koncertow Robbie Williamsa w NZ. HEhehe… no ladnie

Olivia (Sao Paolo) – uczy sie photoszopa i grafiki, i wciaz marzy o wyjezdzie dookola swiata- ale ma jeszcze czas.

Marcel (Boliwia, Peru) – stary dran wrocil do rzeszy. Studiuje i pisze ze chce juz wracac do Ameryki Pld ;)))

Ben i Natalie – dostalem od nich wczoraj maila – sa w Wenezueli. Maja w dupie motorki chyba….

Lisa i Gustavo (Machu Picchcu) – powrot do Niemiec. Lisa studiuje, Gustavo strzyze punkow w domu.

Ben, Chris, Tom (Titicaca) – poluja znow na Kangury w ojczystym kraju…

Marta i Kuba (Arequipa) – po 4 dniowym pobycie w szpitalu, chyba dochodza do formy. No nie? napiszcie…

… to nie wszyscy…. wkrotce chyba napisze cos wiecej o losach ludzi w drodze.

Wygladam przez okno. Mroczna ulica. Lachociagi juz czyhaja na klientow. Jest duszno, goraco i komary sie przbudzily. Zakupilem dwa browce, kilo winogron i jablka. Wlaczaylem TV z 3 kanalami i pisze. W TV – GOWNO. A propos slowa gowno – czy nie pochodzi od slowa GUANO- Czy ktos sie orientuje?

Poranek. Nie zjadlem sniadana – popedzilem na internet dokonczyc wrzucanie zdjec. Zaraz jade do Montanita – nie wiem czy tam maja siec. Ale maja za to morze, plaze i deski surfingowe.

………………………
A to 3 apgrejd do zdjec z LIMY

Supermarket Santa Isabel photo session

Posted in .. |

Znow w drodze

No i za chwile 22 godziny (lub wiecej) podrozy autobusem az do samej granicy z Ekwadorem. 10 dni w LImie? po co? ale warto bylo, chwila wytchnienia.

Wczoraj wspaniala kolacja – Yama i Amid sa doskonale i wspaniale gotuja ;) Znow przyzadzily genialne gotowane warzywa, mielone mieso. DO tego pisco sour – kupione wczesniej w supermarkecie (aa… wkrotce zdjecia z sesji.supermarket ver 1.0). A dzis trza bylo sie pozegnac. Wspanialych ludzi sie czasem spotyka na drodze: Kobi, Yama, Amid, Michal, Katie i pare jeszcze innych person, z ktorymi mialem przyjemnosc w Milaflores….
…………..
Pozdrawiam staruszkow ktorzy wrocili z wakacji. Buziaki :)) U mnie wszystko jak najlepiej – napiszta maila. Yo.

Posted in .. | Tagged

taksidrajwery

B:Hola
T:Buenos Tardes
B:Para Ormeno Bus Estacion?
T:10
B:5
T:8
B:6
T:Vamos

Posted in .. | Tagged

Nocna wizyta

A potem nie wiadomo czemu znalazlem sie w supermarkecie otwartym 24/7. Pojechalem taksowka. W samych spodenkach surfingowych i koszulce. Bylo zimno ale co tam. Nie ma nic gorszego nic glod o 1 w nocy. Glukoza odplywa z mozgu, potrzeba slodkiego. Mroczne miasto. Taksi drajwer nawija teksty o swojej pracy. Nie slucham go. Jestesmy na miejscu – place 3 sole i zmierzam w strone ogromnego oswietlonego sklepu. Nie ma ludzi – oprocz paru kolesi w gajerkach i jednej kobiety, okolo 30, co wyglada luksusowa kurwa. No wiec – probuje sie zebrac w sobie i znalezc: platki, mleko, jogurt, mandarynki, cole, chipsy, hotdogi. Z glosnikow MUZAK – jakis dziwny odhumanizowany klimat – cos w stylu filmow z lat 70tych. Wszystko wyglada jak na przesterowanym crossie (slajd wywolany jak negatyw – co daje dziwne kolorki). Uff… uwijam sie w dobre pol godziny. Mam Manu Chao na uszach “Hej Bobi Marlej sing samfing gud for mi”. Taksowkarz juz na mnie nie czeka. Podjezdza drugi. Ujezdzamy z 500 metrow – ten kompletnie nie kuma gdzie jest moj dom. Tlumacze – jedz pan na Ovalo – z tamta wzdluz Pardo do Morza i tam bedzie rumba (rondo). A nad morze to bedzie kosztowalo 7 soli. Protestuje oczywiscie. Przecietna cena to 3. Wiec wysiadam z taki niedojedzonym hotdogiem. Ide pareset metrow do Ovalo a tam taksi. Za 3 – jedziemy. Taksowkarz, okazalo sie, pracowal na polskie lodzi “Prastara” na morzu Chinskim. KURWA MAC! – krzyczy mi do ucha, bez sladu akcentu. W koncu hotel. Place mu 5 zamiast 3, przybijamy piatke, zgdonie krzyczac KURWA MAC!

Hotel – wszyscy juz spia. Wymiekli, oczekujac na platki i mleko. Bedzie na sniadanie.

I tak uplywa zycie w Limie. Jutro definitywnie musze wyjechac. 16.10.2001 – konczy mi sie wiza. Trza sie wiec przeniesc w miejsce gdzie nie dociera juz Prad Humboldta – tam jest znaczniej cieplej, jak sadze.

Posted in .. | Tagged

Przedostatni wieczor w Limie…

Nie bylo salatki. Byl za to MAGICZNY OMLET. Koles przyrzadzil i przyprawil go nadzwyczajnie. Zasiedlismy przy stole. Izraelici i Mila ze swoim przyjacielem – nie pamietam imienia – czlowiek – wiek 60 lat. Na pytanie Mili co to za potrawa, Kobi odpowiedzial ze to Mary Huevo (Jajo Marii). No .. jajo bylo niezle. Po pol godzinie zaczelo sie. Najpierw znajomy Mili zaczal nawijke o Chrystusie, potem zszedl na historie jak to calowal sie z zakonnica. Gdy zapuscilem Jamesa Browna, rzekl ze w latach 60tych jego zespol wykonywal jego utwory – a on byl wokalista najlepiej nasladujacym Jamesa. I feel so good. Mila tymczasem tanczyla w kuchni. Widok byl zaiste mistrzowski. Szerokie usmiechy znieksztalcily twarze mieszkancow domy przy Chacaltana 162.

Hm.. a wieczor sie dopiero zaczal…

—-

pare nowych fotek z Limy

Posted in .. | Tagged

Nie bede…

wchodzil w szczegoly, ale nastroj mam znakomity :)) mala przerwa w wiekszym pisaniu.. dzien dwa…. kto wie. za pare dni konczy sie wiza – wiec szykuje sie do 24 godzinnej jazdy autobusem na granice z Ekwadorem. Kasy na samolot ni ma – a poza tym mozna troche panamericany zobaczyc.

zmienilem troche dizajn – dla uporzadkowania linkow – troche sie juz mieszalo – i trza bylo przewijac w dol. urodzil sie wlasnie pasek po prawej stronie ekranu. nie obchodzi mnie oczywiscie czy komus to sie podoba czy nie – zadnych skarg prosiem.
yo

Posted in .. | Tagged

Dni w Limie.

Dupa mi przyrosla. Do Miraflores i domku na pewnej ulicy. Bynajmniej nie Sezamkowej, choc dzis ogladalem jeden odcinek na wideo wraz z dzieciakami pt. “Where is the BIG BIRD??”. Od 4 dni probuje wyruszyc z Limy. Aby ten tego pozwiedzac pare ruin. To sumienie. Ale wewnetrzny glos szepce: bartek, pierdol to…

I slusznie.

Wiza mi sie konczy za 5 dni. Wiec chyba wkrotce wyrusze na polnoc – do Ekwadoru. E K W A D O R !!

Urodziny Ronego. W sasiednim hostelu – Casa de Mochilero. Zajebiste zydowskie zarcie. Potem zapuscilismy RHCP i strzelilo pare butli czerwonego wina rocznik 1998. Rownie dobre jak Sofia.

Ostatnimi czasy mam wrazenie ze nie ma innych plecakowiczow-turystow oprocz Izraelcow. Aaa…. :))

Dni sa jakies rastafariansko-izraelsko-peruwianskie. To wszystko przez Yame. Zapuszczamy Boba Marleya, Potem SUBLIME Rivers of Babylon. Jest jakos ulotnie. Kosmicznie. Ja tez kcem dredy :) Yama wyglada jak Lauryn Hill. Jej starzy sa z Maroko – Sefardyjczycy. Wyciagam prezent od Olivii z Sao Paolo. 5 centymetrowe nasiono jakies rosliny z Amazonskiej dzungli. Z dwiema dziurkami. Na jedna chmure starcza.

Emancipate yourselves from mental slavery;
None but ourselves can free our minds.
Have no fear for atomic energy,
‘Cause none of them can stop the time.
How long shall they kill our prophets,
While we stand aside and look? Ooh!
Some say it’s just a part of it:
We’ve got to fulfil de book.

- Marley, Redemption Song

Dzis rano. Rozmowa Kobiego z Milagros (wlascicielka domu). Kobi jedzie do Baranco wieczorem – aby zazielenic wieczor. Po powrocie jak mowi przygotuje magiczna salatke… ;)

- Mila ! dzis wieczorem specjalna kolacja – przygotuje salatke – wola Kobi do Mili
- A wspaniale Kobi, wspaniale. Swietnie gotujesz, mozesz wziac z kuchni wszystko co potrzebujesz.

Patrze z niedowierzaniem, ten mruga mi okiem. Nie moge sie doczekac widoku Mili wsuwajaca magiczna salatke Kobiego…. Musimy tylko jakos zniechecic dzieci do jedzenia zieleniny.

Posted in .. | Tagged

POLUDNIOWOAMERYKANSKA DIASPORA

Zyd w drodze. Mam wrazenie, ze pol Izraela wyjechalo z kraju. Spotkalem ich wielu. Podrozuja w grupach. Nawet ci co wyjechali samotnie, wkrotce dolaczaja do jakiejs paczki. Male wyjatki: Kobi, Eran, Noah i paru innych kolesi. Laski zawsze w grupach. No.. bo bezpieczniej jest, no nie? Jada sami, chrzania kolektywy. W grupie trudno sie dogadac, gdzie spac, kiedy jechac i jak jechac i co zjesc na kolacje.

TRADYCJA.

Najpierw idziesz do armi – kazdy z nich odbyl sluzbe (chlopaki i dziewczyny). Potem zwykle pracuja jakis czas. Nastepnie przychodzi czas na poznanie swiata. Plecak, przewodnik, pare ksiazek po hebrajsku, wykaz najbardziej popularnych wsrod Izraelitow hoteli i w DROGE. Nie maja zreszta wiekszego wyboru. Afryka i muzulmanskie kraje odpadaja – zostaja Ameryki, Indie, Australia i rzadziej Europa.

Sa inteligetni, uparci, maja wlasne wyrobione zdanie. Zarazem skorzy do imprezowania, wiekszosc chrzani SZABAS i w sobote – jak i zreszta w kazdy inny dzien tygodnia – daje ognia.

KORZENIE.

Polowa z tych ktorych spotkalem ma korzenie w Polsce. Babcia, dziadek. Czasem oboje rodzicow, jak w przypadku Yohana, ktorego rodzice wyjechali z Polski w latach 70tych. Dukal po polsku – z czego starsznie sie cieszyl i byl dumny (co powiedziala mi potem Keren).

Oczywiscie nie wiele wiedza. Czesc byla w Polsce (klasyczna trasa z “atrakcjami” – Oswiecim, Majdanek, Warszawa). Pewnie wielu z was widzialo duza grupa zasuwajaca wzdluz Domow Centrum w Warszawie.

STEREOTYPY.

Keren usmiechnela sie i rzekla – Nie wierzylam, ze jestes z Polski.

A czemu tu, pytam, jaki jest twoj stereotyp POLAKA?

Trudno mi to wyrazic, ale jakos mi nie pasowales do tego wszystkiego co zobaczylam w Polsce – odpowiada i pociaga lyk WHITE RUSSIAN. JEstesmy w TEQUILA – ponoc swietnej dyskotece, ale jest do dupy. Nie mozna tego porownac z Cuzco.

Co zobaczyla w Polsce? No wlasnie? Swastyki, JUDE RAUS na scianach, Gwiazdy Dawida na szafocie, LKS Zydy, Widzew Zydzew. Pewnie sobie zadawala pytanie – czym do cholery jest ten LKS, LEGIA i WIDZEW? Widziala zaciete miny, z reguly starszych osob. Pewnie tez spostrzegla krzyze Switonia.

Hadi z Hajfy, 2 dni temu w Pizzy Hut opowiadala mi o swojej wizycie w Polsce. Placz. Majdanek. Szare ulice Warszawy. Przyjechali – zobaczyli najbardziej bolesne rzeczy i odlecieli do Tel Avivu.

Opowiadam jej o SPRAWIE CMENTARZA W KLODZKU i tym co zrobilismy z Adomasem. Nie wiele. Ale zawsze cos. Krok do przodu. Smiesza mnie pytania – Ty, po co zrobiles ta strone, jestes ZYDEM?

Nie. JESTEM CZLOWIEKIEM. tyle.

Mlodzi Zydzi nie za bardzo ogladaja sie za siebie. Dziadkowie, rodzice nie za wiele im opowiadali. Zreszta oni nie pytaja.

Rozmowy, rozmowy, rozmowy. Slowa, slowa, slowa. Pare ich odbylem w ciagu ostatnich 3 miesiecy. Trudne tematy i dosc ryzykowne. Ale chrzanie to. Palestyna, 1968 w Polsce, Holocaust.

Byles w Syrii? pyta Kobi z niedowierzaniem – Czlowieku przeciez tamn nic nie ma.

Kobi, Backpacker Home, Milaflores, Lima

No tak. Skad on moze wiedziec co tam jest. Syria, jak zreszta reszta sasiadow – to smiertelny WROG. Wlasnie – sa otwarci na swiat – ale pewnych rzeczy nie toleruja – co zawsze im wytykalem. Syria. To tacy sami ludzie. Syria to Palmira, Rivers of Babylon, jaranie nargili na starym miescie w Damaszku, Maloula i wspaniali ludzie.

Wiesz, my tego nie wiemy – jestesmy spaczeni jezeli chodzi o Arabow – dodaje Kobi.

To sie nigdy nie zmieni. WOJNA NIGDY SIE NIE SKONCZY. Tak mysle.

TOLERANCJA.

Niemcy – ich to nie lubie – mowi Hadi (hehe.. dobrze ze nie Heidi). Wojna, te sprawy.

Co ty chrzanisz. Tak sie sklada, ze wszyscy Niemcy ktorych spotkalem na swojej drodze to byli zajebisci ludzi, am paru z nich to moi przyjaciele. Tacy sami ludzie jak ty i ja. Wiec o co ci chodzi.

Hadi milczy i polyka kes sredniej Supreme w Pizzy Hut, ale tylko z grzybami, bo jest wegetarianka.

Czasem mam wrazenie ze jestem jakims naprawiaczem stosunkow miedzynarodowych i stereotypow. Moze dlatego, ze dla wielu z nich bylem pierwszym spotkanym Polakiem w Ameryce Poludniowej.

Jak bylem lepek – to zawsze opowiadalismy sobie te debilne kawaly o Zydach. Niektorzy z tego wyrosli, lapiac sens wypowiadanych wczesniej slow, niektorzy WRECZ PRZECIWNIE.

ZYD.ZYD.ZYD. Brzydkie slowo, co nie? A POLAK? Pamietam Lutza, NIemca, wlasciciela hotelu w Brazylii. Powiedzial mi ze w dziecinstwie slowo POLAK, w jego wsi, bylo brzydkim, bardzo brzydkim slowem. Przeklenstwem.

……………………………….

Czy nie wkurzasz sie jak ktos ci powie TY RUMUNIE? Jak czesto spotykasz sie z takim czyms w Polsce? Czy zaczales opowiadac juz kawaly o zlych ARABACH i AFGANCZYKACH?

Nie zmienisz ludzi. Niektorzy sa jak zaschnieta krowia kupa. Ja zreszta nie probuje. Ja opowiadam.

———

A Wojtek opowiadal tak – jego spostrzezenia z Ameryki Pld z poprzedniego rok

Posted in .. | Tagged ,

FOTKI. LIMA

Nowe foteczki. Efekt spaceru z Milaflores do Barranco.

… W chinskiej knajpie. Barranco, Lima

Lenie sie. Film z Jackie Chanem i Chrisem Tuckerem – RUSH HOUR 2. AAA rewelacja :)) Mam straszny sentyment do filmow z Chanem. Lata 80te. Pierwsze wideo i kasety wymieniane na targu w Klodzku. 6 kopia z niemieckim dubingiem. Sentymenty sentymenty :)) Nie cierpie debilnych filmow z mordobiciami – ale te filmy z Chanem to mistrzostwo swiata. Pijany Mistrz np :)) Van Damme, Szwarcnigger, Stallone moga sie schowac. JAckie Chan przy nich jest mistrzem – pomimo ze ledwo po angielsku mowi. Rush Hour – genialna choreografia, pomysly. Dobry film akcji… tyle na tyle…..

Jutro, pojutrze zmykam z Limy. Na polnoc. W strone rownika…

Posted in .. | Tagged

3 MIESIAC W DRODZE

Wlasciwie przestalem podrozowac. Ja po prostu tkwie w czasoprzestrzeni. Dom daleko i przyjaciele. Ale dobrze sie z samym soba czuje. Nie zwiedzam, nie chodze do muzeum, kosciolow, przestalem biegac z przewodnikiem, nie interesuja mnie tzw. sztuczne atrakcje turystyczne. Po prostu zyje. Tak samo jak zylem tam, zyje tu. Czasem jest zle i tesknota sie odzywa. Ale moj wybot. Moja droga. Mi camino. MY WAY – nagralem sobie dzis na MD Franka Sinatre. Wroce. Kierwa, trza sie usmiechac – a geba mnie boli od ciaglego szczerzenia sie.

Najbardziej odejchany rok mojego zycia.

2 0 0 1.

To bedzie dobry rok.. uslyszalem…

No pewnie… no pewnie :))) JEST

Posted in .. | Tagged

Znow slow pare o fotografi. Wnioski.

Odebralem slajdy, negatywy kolorowe i cz-b. I cos mi tu nie pasi. Zdjecia sa gowniane. Szczegolnie slajdy. Albo mi sie wydaje, albo jestem nienormalny, albo zaczalem wymagac od siebie wiecej, albo za duzo naoogladalem sie zdjec innych obywateli – np. w naszional dzeografik czy tez podczas ourd prez foto.

W czym tkwi problem? Nie trza tu inteligencji Einsteina *. Odpowiedz jest prosta jak wlos mongola. Brak jest akcji, zycia. Po prostu. I tu pare czynnikow ktore sie na to skladaja. Lustrznka (canon eos 3 – wielki jak dobrze wypasiona krowa) + 3 staloogniskowe obiektywy za bardzo rzuca sie w oczy. Wyglada za powaznie, ludzie sie wtedy mnie boja, widac mnie z kilometra na ulicy. Nic nie dala totalna destrukcja sprzetu, wydrapanie napisow, zaklejenie czarna tasma izolacyjna i gustowne poobijanie cacka na ktore harowalem klejac burito i tacosy w KFC TACO BELL i przenoszac tony frytek w McDonaldzie. Nic a nic. Tzn. jest pare niezlych w moim mniemanu zdjec. Wszystkie sa poprawne technicznie, ostre jak zyletka polsilver. Bez zarzutu. Ladne kolorki etc. Moze ich po prostu nie widzialem na scianie. Przeciez nie wiele da sie zobaczyc na 35 milimetrach. Druga rzecz to sposob robienia zdjec. Cyfrakiem robie z biodra, z kazdej pozycji, ale nigdy nie przykladam go do oka. Wszystko widze w wizierze – ktory jest naprawde genialny. Poza tym nikt nie bierze cyfraka na powaznie, ale fotki wychodza, ze hej :) Lutrzanka jest bydlasta – w pizdu ogromna – zanim przyloze do oka, wymierze i wyostrze – to obiekt fotografowany schowa sie, ucieknie, zmieni pozycje lub tez zrobi mine jak u pana-ktory-robi-zdjecia-do-dokumentow.

Tak wiec klaruja sie mi coraz bardziej moje preferencje. Po 6 latach robienia zdjec. Czas robic zdjecia cyfrakiem, lustrzanka a w sytucjach reportazowych malym aparatem dalmierzowym. Znalazlem analogowy odpowiednik mojej cyfrowki. Contax T3 z staloogniskowym obiektywem Carl Zeissa. Maly, poreczny, z doskonala mechanika i rownie nierzucajacy sie w oczeta.

Poza tym z obrzydzeniem spogladam na zabytki, jakies ulice, koscioly. Sam nie wiem po co robie te smiecie. Ladne owszem obrazki wychodza – ale co z tego. Wczesniej juz pisalem a propos oswietlenia. 80% w ostrym sloncu. Ahh… zmarnowane na maksa. Cienie, kontrasty. Szkoda gadac. Wieczor, panie, wieczor. Najlepsze oswietlenie i kolory. Podobnie poranek – ale przeciez nikt o zdrowych zmyslach (ja?) nie wstaje o tej godzinie.

Dzis kolacja w Pizzy Hut. Hm.. dziecko cywilizacji. W Wojnie pomiedzy McSwiatem a reszta – opowiadam sie raczej za tym pierwszym. Coz tak wyszlo. Internet, komputery, nasza cywilizacja, popkultura i jej nisze, TV, kino. Do tego mi blizej. Ale raczej nie siedze w strukturach. Cos jak Francja w NATO. Sa ale nie sa. Na boku sobie jakies male eksperymenty z bombkami przygotwuja i trenuja Legie zlozona z Ruskich i Polakow. Alem siem zagalopowal w toku myslowym. A ponoc bladynki nie mysla… ;)))

—-
* a propos Einsteina i blondglow.

Ladnych pare lat temu siedzielismy z Adomasem. Koles przezywal mi opowiadanie s-f. Rzecz byla o konferencji naukowej na ktora przybyly same mozgi z roznych krajow. Einstein, byl tez Onestone, Jednokamienny, Odinkamok etc. kumacie baze?

Wiec. Wymienial mi tych kolesi, zasmiewalismy sie jak male prosiaki. Po 3 minutach, pytam go.
- Stary, hm.. ciekawe jak by to bylo po niemiecku? Ein… ein… ein

Adomas patrzy na mnie i nie wierzy…

EIN.. ein.. EINSTEIN – wykrzyknalem z trymufem.

Coz, nie kazdy rodzi sie AINSZTAINEM.

Posted in .. | Tagged ,

LIMA. Dzien drugi.

Dzis bylo fajnie. Fajnie. Fajnie – to dziwne slowo wlasciwie. Obudzilem sie – zadna niespodzianka, znow sie powtarzam, ale zasob moich slow jest niewielki. WIec jak wspomnialem udalo mi sie wstac. Godzina 10. Angie zrobila sniadanie. Przeszdl Izraelczyk. Duzy ciemny Zyd z marijuanowym usmiechem. Probowal dodzwonic sie aby zmienic swoj bilet do Columbii. Cos mu sie nie udawalo. Wyszedl i wrocil z goracym ciastem jablkowym. 4 kawalki. Dla 4 osob. Aa! No bo przyszla wlasnie Katie, ktora odwiedza czesto dom Mauro i Milagros aby gadac po angielsku z gringos. Angie i Katie – to bardzo nietypowe imiona jak na Peruwianki. Ale taka tu teraz maja mode. U nas tez tak niedlugo bedzie. Zamiast Jana bedzie Dzon. Zreszta ja i tak zmieniam sobie nazwisko na bartpogoda.net. Ciekawe tylko czy kropka w srodku liczy sie jako drugie imie? NO wlasnie- czy drugie imie sie przyda? Bo moi starzy nie wymyslili mi drugiego – wlasciwie to sie nawet z tego ciesze. Mniej komplikacji w zyciu. Znam tez osoby ktore uzywaja drugiego zamiast pierwszego – i sa to raczej kobiety. Widomo bo sa zmienne, jak pogoda. Pogoda. Mam natomiast trzecie imie z bierzmowania – ale musze poszperac w papierach jak wlasciwie ono brzmi, bo zapomnialem…

Ruszylem wiec plaza. 5 kilometrow. Mgla i smog gdzies znikly. Znak ze wiosna nadeszla. Niebo zrobilo sie blekitne a slonce usmiechalo sie za krzaka. Zakupilem u ulicznika (ulicznego sprzedawcy) 5 mandarynek – klocac sie klasycznie o cene. Klotnia z rana i juz jestem w dobrym nastroju. Idac tak doszedlem do dzielnicy Barranco. Niska zabudowa, artysci i dziwki, chinskie knajpy, leniwa atmosfera. Kupilem sobie krotkie spodenki do surfowania. Ladny wydatek – ale sie przydadza, nie moge sie przeciez kapac caly czas w majtach… Czy zamieniam sie w surfera? Na razie surfuje po internecie, ale dzis spedzilem z dwie godziny obserwujac zmagania kolesi z brudnymi falami rozbijacymi sie o brzegi Limy.

Zrobilem tez pare zdjec…

I wywyolalem 15 negatowow i slajdow. Da sie patrzec. Zobaczymy co z tego bedzie.

Mam jeszcze 10 dni w Peru. W tym pewnie z 4 w Limie. Bo mi sie tu calkiem podoba. Wiekszosci sie nie podoba i dlatego wszyscy uciekaja. Ale ja czasem lubie wielkie miasta. Labirynt ulic. Jak gra komputerowa. Co bedzie za rogiem? No i tyle tematow do fotografowania.

Posted in .. | Tagged

Royale with Cheese

Miraflores. Dzielnica? Przedmiescia? Wlasciwie nie wiem jak to nazwac. Bo to praktycznie centrum LIMY. Dawny srodek miasta mocno podupadl. Piekne kamienice zamienily sie w ruine, brakowalo kasy na remont. Do tego zlodziejstwo, kriminalki, syf, brud.

Miraflores. Hotele, banki, wielkie firmy, McDonaldy, restauracje, drogie samochody, kina. Ameryka, panie, Ameryka. Tyle ze poludniowa. Ze swoim rytmem, muzyka, kobietami, zapachem. Jeden wielki, kulturowy MIX.

Godzina pozna, 22. Barrio tetni zyciem. Ludzie wychodza z kina. Ida na kawe. A potem party.

Kino – no wlasnie. Dzis wieczorek filmowy. AI i Pamietnik Bridget Jones.

AI – Artifical Intelligence, czyli SZTUCZNA INTELIGENCJA. Pierwotnie film nakrecic mial Stanley Kubrick. Zbieral kase i sily az w koncu zszedl. Scenariusz odziedziczyl wiec Steven Spielberg. Czy z dobrym skutkiem? Nie wiem. Nie jestem Kaluzunski czy inny Szczerba. Jestem widzem. I widze co widze. Smutny rzecz – czy w tym kierunku zmierza nasz swiat?. Cybernetyczny Pinokio naszych zerojedynkowych czasow. Oglada sie dobrze. Pomysly zaskakuja, efekty rowniez. Jest rytm. Ale w pewnym momencie cos sie chrzani. Trudno rzec co – ale wyczuwasz to mimowolnie. Ale nalezy isc i zobaczyc.

Bridget natomiast – rewelacja. Tu sie rozwodzic nie bede.

Czekam na WLADCE PIERSCIENI. Juz w grudniu na ekranach twoich kin. Ale tylko w Ameryce. tej poludniowej tez…

McDonald – mam pomysl na powiesc, film, opowiadanie. Cokolwiek. O znawcy kuchni macdonaldowej, podrozujacym po calym swieci i opisujacym ludzi, zwyczaje, “potrawy” i klimat w knajpach glupiego klauna Ronalda McDonalda (idiotyczna postac i debilne imie, ale nie mi sadzic). Mottem bylaby rozmowa Julesa i Vincenta z PULP FICTION


VINCENT: In Paris, you can buy beer at MacDonald’s. Also, you know what they call a Quarter Pounder with Cheese in Paris?
JULES: They don’t call it a Quarter Pounder with Cheese?
VINCENT: No, they got the metric system there, they wouldn’t know what the fuck a Quarter Pounder is.
JULES: What’d they call it?
VINCENT: Royale with Cheese.
JULES: Royale with Cheese. What’d they call a Big Mac?
VINCENT: Big Mac’s a Big Mac, but they call it Le Big Mac.
*

McDonald to kosmos. Sztuczna rzeczywistosc. Nie wazne gdzie jestes – Pekin, Nowy Jork, Warszawa, Berlin czy Lima. Mac jest wszedzie taki sam. Wytyczne, zasady – dyktowane przez faszystowski management w USA. Ta sama muza, czysty w miare kibel, mozesz siedziec ile chcesz, zarcie to same. Rewelacyjne lody i szejki. Czasem jakis narodowy akcent – np McPapas – ziemniaczki na modle peruwianska lub tez McWieprz – czyli polski kotlet.

W limie zestaw kosztuje 13 soli. Nie, dziekuje – za ta sume moge zjesc cos porzadnego w restauracji.

Czas chyba spac… nieprawdaz?

Posted in .. | Tagged

CZYM SOBIE…

… Polacy zasluzyli na taka opinie? Czy jestesmy narodem pijaczkow? Czy spozywamy kazdy alkohol w zasiegu reki? Nie znamy umiaru? Kochamy wodki, piwa, wina, likiery, czekoladki z nadzieniem, syroopki, wode brzozowa, koniaki, samogony, smirnofy i absolutne finlandie? Nigdy nie odmawiamy? Mamy glowy jak setka ruskich alkoholikow? I zawsze pijemy do konca?

Sam nie wiem. Ale od poczatku podrozy, kazdy (prawie) co sie ze mna styka ma takie wyobrazenie. Wychodzi to po paru zdaniach. POLSKA – Papa, Papiez, Wodka – tylko gdzie jest ta Polska? Aaa.. w Rosji!

Scenka z ulicy. Lima. Godzina 13:56. Miraflores.

Idem sem. Jem mandarynkie. Az tu nagle zaczepia mnie koles z drugim kolesiem. Dobrze ubrani i odzywieni. Skad jestem, gdzie jade. Skad do cholery znam hiszpanski. Klasyka. Gdy odpowiadam zem z Polski szeroki usmiech rozjasnia wasata gebe obywatela.

- Yak sze masz !! – wydusil z siebie. I po chwili z plastikowej torebki wyciagnal NAPOCZETA BUTELKE WHISKEY. Napijmy sie, bracie z POLSKI!.

Zatkalo mnie. Srodek dnia. Dwoch kolesi, ktorzy chca sie napic i widza we mnie idealnego towarzysza.

- No gracias. Biore antybiotyki. – sklamalem jak pies.

Posted in .. | Tagged

LIMA. Dzien Pierwszy.

W autobusie smierdzialo jak w sklepie sportowym z lat 80tych z chinskimi trampkami (moje ulubione – oddalbym konia z krolestwem za pare ;)). Jedna nie zatkana dziurka nosa wyczuwalem tez kupe niemowlaka. Bylo przyjemnie. Dosc. Zamiast pojechac autbusem klasy ROYAL o 17stej (za 35 soles) – uderzylem o 19stej za 10 soli.

Tak wiec w autobusie smierdzialo, jak juz wspomnialem. Zarzucilem sobie MD -ze skladanka jaka zrobilem w Arequipie. IMAGINE – John Lennon. Dobra (Imagine all the people
living life in peace), ateistyczna (Imagine there’s no heaven), utopijna i komunistyczna (Imagine no possesions) piosenka o globalizacyjnym zacieciu (Imagine there’s no countries). Dlugie wlosy, okragle okularki, broda i palce delikatnie muskajace klawisze bialego fortepianu. Imagine…

Lima. Swiatla wielkiego miasta przebudzily mnie z dosc dziwnego snu.

Taxi z 8 soli z centrum do dzielnicy Miraflores. Lima na pierwszy rzut oka wydaje sie rzeczywiscie olbrzmia, osnuta smogiem, dziwna mgla, odpadkami. Brudne ulice i odrapane domy. Podoba mi sie – lubie destrukcje i dezorganizacje. Taksowkarz oddycha ciezko i chrobocze – snuje opowiesc ile to mieszkancow moze miec LIMA i jak wielka jest. W tym momemcie posunal sie do stwierdzenia ze mieszka tu okolo 12 milionow ludzi. Polowa Peru. Nie wiem co o tym myslec – jestem zmeczony.

Backpackers Home. Normalny prywtany dom z pokojami dla turystow. Mieszka sobie w nim 7 osobowa rodzinka Mauro i Milagros. Dostalem w pokoj w starej garderobie. Garniutry, suknie z imprez, i platiskowy kosciotrup. Mam tez balkon. W sasiednim pokoju dzieciaki spia na kupie jeden na drugim – a TV rzuca niebieska poswiate. Spokojnie.

Ciezko bylo wstac. Taa dobrze sie spalo. Schodze na dol. Przy stole surfer z Argentyny. Splowiale wlosy, czerwona twarz i tysiace morskich fal przecietych deska surfingowa. Spoko koles – poleca mi swietne miejsce w Ekwadorze – wlasnie zaczal sie sezon – tam moge sie uczyc. NO PEWNIE!!! 2 tyg. surfujac w EKWADORZE. Mysle ze to n i e z l y POMYSL!! :)))

Oporcz mnie jest 3 z Izraela, koles z Hiszpanii.

Jade do Ambasady Kolumbii. Wynik rozmow z biurokratycznym palantem. Polska – Kolumbia 0:1. Przyczepili sie do 10 rzeczy. W szczegolnosci do biletu. Ze niby nie mam biletu wylotowego z Kolumbii. I nie mam czekow podrozycych. I moj wujek nie jest szefem Kartelu z Medelin. No i w ogole bo byl juz koniec pracy i nie chcialo im sie ze mna gadac. Kij wam w odbyt. Dam sobie jakos rade. W koncu urzednicy na granicy zwykle lykaja jak mlode pelikany. Lapowke mam na mysli oczywiscie.

Nic to. Czeka mnie pare dni w Limie. Kino. Pizza Hut (!!! W koncu!!! hehehe). Jazz Cluby w barranco…

Posted in .. | Tagged

ZMECZENIE

Nadeszlo dzis. Chyba czas sie zatrzymac na chwile. Pomyslec. Usiasc. Napisac cos madrego. Pstryknac pare niezlych fot. Zrobic cos.

Wozili me cialo dzis motorowka, autobusem, kazali gdzies isc i ogladac.

Pisco. Paracas. Lwy morskie. Delfiny. Kormorany i Pelikany. Miliony zwierzakow i bryza morska. Wszystko pieknie i wspaniale. Ale…. Bart chce spac.

Jeszcze 12 dni w Peru. Potem konczy sie wiza i trza jechac na polnoc. Ekwador, LOcombia, Wenezuela. Juz 3 miesiace minely. I co dalej?

Dzis wsiadam w autbus i jade do malej wioseczki na wybrzezu OCEANU. Mieszkaja tam czarni Peruwianczycy, potomkowie niewolnikow. Goraca muza, afrykanskie rytmy, upal, brudny hotelik. Tego sie spodziewam. Czyzby?

a jednak sie rozmyslilem – jade do Limy, bo tam jest chyba gorzej i brzydziej. Poza tym musze Kolumbijska wize zalatwic – mam pare spraw do zalatwienia z pewnym kartelem.

PISCO- wrzucilem te fotki aby aparat cyfrowy ze smieci oczyscic………….

Posted in .. | Tagged

FOTKI / AREQUIPA, NAZCA i SANDBOARD

Dotarlem do Pisco. Internet. Instalka programow, apratu, pirackiego acdsee i wyprodukowalem nowe fotki.

AREQUIPA i KONWENT SW. KATARZYNY

NAZCA i HUACACHINA plus SANDBOARD

… Jumpin Bart in da Huacachina downtown … ;))

Posted in .. | Tagged

SANBOARDING

Sandboarding – deska przytwierdzona do nog dwoma rzepami. Krotka i ciezka. Trza smarowac woskiem – aby predkosc przyzwoita uzyskac. Ale trza robic co dwa zjazdy. Jezeli ma sie sily na drugi zjazd. Bo najpierw wchodzisz zapadajac sie w piachu, wysoko, tam gdzie zaczyna sie niebo. Piasek wchodzi wszedzie – potem pod prysznicem wydlubuje drobinki z kazdej dziury w jaka wyposazono moje cialo. Technika jazdy calkiem inna niz w SNOWBOARDINGU. Ale generalnie filozofia ta sama. Tak samo siedzisz na tylko i gapisz sie w slonce, aby chwile potem posuwac w dol. I znow w gore.

Wydmy wysoki na 200-300 metrow otaczaja niewielka oaze 5 km od Iki. HUACACHINA. Calkiem niesamowite miejsce. Posrodku oazy jezioro, ktore kiedys bylo blekitne. Tubylcy w brazowej i brudnej wodzie mocza tylki przez pol dnia. Kraze tam i owdzie – co chwile oferuja mi taxi, wode czy tez rozmiekla w sloncu czekolade. Normalnych sklepow nie uswiadczysz – ale wszedzie chca pozyczyc ci sandboarda za 3 sole/godzina.

Slonce oslepia przez caly dzien. Gdy zachodzi, osnuwa je chmura piasku. Swiatlo robi sie mleczne – jakby zmiekczone przez naturalny filtr fotograficzny. Wiatr roznosi wokolo setki platikowych toreb i smieci. Tak to juz jest tu w Amercyce Lacinskiej – kazdy kladzie na to lache. Male postaci z deskami, z trudem wspinajacych sie na najwyzsza z diun. Tylko po to aby odbyc jeden zjazd i najesc sie piachu. Ponoc to dobre na zoladek.

Hotel za 15 soli. Z basenem i barem w ogrodzie. Diuna ropoczyna sie 10 metrow od zabudowan. Z glosnikow Manu:

te espero simepre mi amor
cada hora, cada dia
cada minuto que yo viva…
te espero siempre mi amor…
te quiero… siempre
mi amor…
se que un dia… volveras…
no me olvido y te quiero…

Arabska wioska z latynoskim klimatem rzucona gdzies pomiedzy puruwianskie piaski. Manana, relaks, hamak i ksiazka RIVERSIDE Rotha…

Posted in .. | Tagged

NAZCA

Wylonili sie z pojazdu jak obcy z BLISKICH SPOTKAN 3 STOPNIA, w mroku nocy i swiatlach autobusu. Mezczyzni, kobiety, dzieci i bialy pies. Ciemne twarze, ani slowa, milczenie, siusiu. Nikt nie bedzie placil 50 cent. za kibel. Mezczyzni zostawiaja mokre plamy gdzie popadnie, starsze kobiety kucaja i siur jak ze dzbana. Zero zenady. Mala przykucnieta postac odziana w kolorowe suknie, oddajaca mocz.

Bus zatrzymal sie na kolacje. Wczesniej pasazerowie ogladneli film tragiczno/katastroficzno/himalaistyczny z Iza Skorupko. Ladne zdjecia, pare zamrozonych trupow, odechcialo mi sie chodzenia w gory. Potem zapodalem sobie Massive Attack a kierowca zapodal Blekitna LAgune z Brook Shields.. hheeheh… z takim soundtrakiem to sie nawet da ogladac.

4 rano. NAZCA. Wyskakuje z autobusu. A hotel znajduje mnie sam. Tzn. jego wlasciciel. Rozmowa

- Hotel, przyjacielu
- Taa.. a ile?
- 10 soli, jestes z Czechoslowacji?

przepraszam czy ja mam dlugie wlosy z tylu, wasik, sandaly i biale skarpetki

- nie …z Polski
- A POLSKA – koles slowo POLSKA, wymawia bezblednie – a tu mam samochod, pojedziemy do hotelu.
- Nigdzie nie wsiadam, mozemy ewentualnie pojsc. Zreszta skad mam wiedziec ze jestes wlascicielem hotlu

Koles patrzy z dziwiony, tak jakby slowo BOSS i WLASCICIEL mial wymalowane na twarzy…

Hotel. Spie 3 godziny. Ktos wali w drzwi o 7.30.

HEj ! POlak, wstawaj, chcesz polatac samolotem/?

Doprawdy dziwna pobudka. Ubieram majty i otwieram drzwi. Maly , ciemny czlowieczek z bialym usmiechem szefa agencji turstyczniej. Oferuje mi lot nad NAZCA. 50$ – mowi.

Zamykam mu drzwi przed nosem i juz mam isc dalej spac. Ponownie puka.

Ok. mister. 45.

Nie ma mowy – 25 – mowi

W koncu stanelo na 35$.

Lotnisko. Male, na srodku pustynii, male awionetki na pilota i 5 pasazerow startuja co chwile. Oporcz mnie leca CZESI !! i Szwajcar- to juz wiem czemu sie pytal rano czy jestem Czechem.

Zasiadam kolo pilota i fruu…. Lekki samolocik podrywa sie do gory. LEcim. Po chwili oczom ukazuja sie te slynne rysunki na pystynii. Nie widoczne z ziemi – widoczne z powietrza. Koliber, astronauta, pajak, kondor, malpa etc. Czeszka z tylu prawie puszcza pawia. Wlasnie, powinni narysowac tez pawia.

Ladujemy. Nie mam kasy. Bankomat nie dziala. Mam 6 soli. 5 place za autobus do miasta ICA. Po dlugim poszukiwaniu w koncu udaje mi sie wyciagnac kase. JESTEM ZNOW NA PUSTYNII. Najwieksze diuny swiata. Oazy posrod pomarnczowych piaskow i sandboard. 2 dni nicnierobienia. Mam ksiazke od Marty i Kuby z Poznania, ktorych wczoraj spotkalem. Bardzo fajni ludzie, pozdrawiam serdecznie, wracajacie szczesliwie do Polszy.

PS.

To nie koniec opowiesci o liniach z NAZCA. po prostu nic nie jadlem od 16 godzin…. spadam schrupac swinke morska.

Posted in .. | Tagged

FOTY – KANION COLCA i AREQUIPA

Colonial Tours schrzanil sprawe. Nie wiadomo czemu znalazlem sie w autobusie z 2 emerytami z Hiszpanii i ich 40 letnim synkiem, lysym francuskim grafikiem i jego hiszpanska zona, zapijaczonym Irlandczykiem z brzydka narzeczona (a moze to byla siostra, bo miala podobny uklad pryszczy co on), 2 Amerykanow (ona Szwedka z pochodzenia, on Rumun, oboje lat 60 – sceptyczni packagetourowi obiezyswiaty). Byli jeszcze Belgowie z glosnobelkoczacym ogromnym czerwonotwarzym kolesiem. To na pewno nie byla grupa trekingowa. I tak w milym towarzystwie uplynela mi podroz do Chivay. Obiadek. Wszyscy grzecznie siadaja do zupki. Szanowna wycieczko umawiamy sie o 3. Tak jest prosze pana przewodnika. Obojetnosc. Mam ich w dupie. Wszystko przez moje lenistwo i zamieszanie na informacji. Dlatego nie wybralem sie sam do Kanionu Colca. A teraz mam za swoje. Musze sluchac narzekania co nie ktorych panstwa, skrzeczenia przewodnika. Drugi autobus – ten wlasciwy – to autobus z przeznaczony dla TREKKINGOWCOW. Zarty. Jaki treking, ktos mnie w ch. zrobil chyba. 2 godziny spacerku gdzie po wertepach. Owszem ladne widoki. Ale zero hardkoru. Przede mna kroczy waszmosc. Swterek, koszulka w drobniutka krate i szaliczek z widczona metka PIERD KARDEN. Wkurzam sie na ekipe i ruszam sam do przodu. Po 2 godzinach ogladania obrazkow z zycia wsi, znow pakuja nas do autobusu i zawoza na specjalne baseny z lecznicza woda. Ulga. Mocze korpus, ksiezyc w gorze. No… powiedzmy jest przyjemnie. Ale jakos mieszczansko i strasznie turystczynie.

W Chivay znajduje polskie slady – kajak jednego z czlonkow ekipy z 1979 oraz czerwonego fiata kombi 125p!! Prawdziwe skarby.

w 1979 polska ekipa po raz pierwszy splynela kajakami kanionem Colca. Polacy (Piotr Chmielinski i ska) na stale weszli do historii, odkryli tymsamym ten region dla turystyki. Dostali takze honotowe obywatlstwo Arequipy. Calujta ich po stopach, Peruwiance – macie gringos, turystow, pieniadze.

Siedze w pubie irlandzikim. Jest zielono i rowniez taki jest stol bilardowy – tyle ma wspolnego z Irlandia. Brak Guinessa i innych tego typu plynow oporcz piwka lokalnego – strasznie drogiego. Z glosnikow The Cure. Zero ludzi – czasem sie zastanawiam jak te miejsca zarabiaja na siebie.

Poszedlem zobaczyc na fieste zoorganizowana dla turystow. Poszedlem tylko chyba po to aby sie dobic. I stalo sie tak. Wypilem pisco sour i po 3 kawalkach sie ulotnilem. Przygnebiajace widowisko w stylu PIOSENKI BIESIADNEJ. 4 kolesi przebranych w ludowe stroje, Mi corazon, serce sie kraje i moja milosc, piosenki takie, przyklaskujacy ladnie ubrani gringo. Rzygac mi sie chcialo. SpAAAAAC!!!

Dzien nastepny byl jeszcze bardziej zenujacy. Zastanawialem sie nawet czy nie wybrac sie do agencji po zwrot kasy. Mial byc “trekking” na drugi dzien. Takiego wala. POjechalismy na punkt widokowy Cruz del Condor. na 99,9% zobaczymy kondora – taaa.. fiu fiu. Ekipa siadla, lornetki, aparaty, kamery. Siedza, patrza, pluja. WOkolo tubylcy probuja wcisnac kocyk, czapeczke czy inny smiec. Kondorow ani widu ani sluchy. Przelatuje jaskolka, orla cien i to wsio. Po godzinie zbieramy sie. Ale zadnej wyprawy czy trekkingu. Brak miejsca dla mnie w autobusie. Przewodnik ubrany na modle warszawskiego dresiarza tylko glupio sie usmiecha. Eh…. zasypiam i budze sie w Arequipie.

To tyle. Generalnie szkoda gadac – cale te dwa dni byly bez sera… Trudno mi to nawet opisac. Pozostaja tylko ladne widokowki….
KANION COLCA
AREQUIPA

bziuuumm….

PS.
W nastepnym odcinku profesor Dziwnoknurski posiedzi chwile w Arequpie a potem odleci aby spojrzec z gory na rysunki na plaskowyzu Nazca. yo

Posted in .. | Tagged

AREQUIPA / GOVINDA / MAJKEL DZORDAN

Spozycie mate do coca o 5 rano, na dworcu autobusowym w Arequipie, troche mnie pobudzilo. Pozegnalem sie z Marcelem (chyba juz po raz 4ty – 2 razy w Boliwii i 2 razy w Peru). Taxi za 3 sole i wspanialy wschod slonca. Wulkan El Misti (5822m) wspaniale prezentowal sie w promieniach porannego slonca. Pokrywa sniezna swiecila na czerwono…

Hotel za 10 soli, 4 godziny snu i miasto. Piekne, niska zabudowa, konieczna w tym tektonicznie podejrzanym regionie. Miasto kilkakrotnie doswiadczalo powaznych trzesien ziemi. Ostatnie w czerwcu tego roku. Wspanialy kosciol tuz przy Plaza de Armas nosi wyrazne slady gniewu Pachamamy. Zniszczona jedna z wiez, gruz przy wejsciu. Biale domy, zielone place, ostre slonce – paru cici probuje opchnac mi “oryginalne” rajbany za 20 soli.

Miasto Maria Vargasa LLosy, ktory po porazce z Fujimorim (tak a propos – parlament w Limie oskarzyl Japonca o zbrodnie przeciw ludzkosci, ale Japonia nie za bardzo chce go wydac), wyniosl sie do Hiszpanii.

Drugie najwieksze miasto w Peru. 1000000 geb do wykarmienia, polozone tuz przy Kanionie Colca, na wysokosci 2380. Doskonaly klimat i slonce przez caly rok.

Chyba jestem w ciazy bo wciaz chodze glodny ;))

Zachodze wiec do knajpy GOVINDA. Hare Kryszna. Hare Hare. Ajajajaj – zapomnialem juz jakie to wspaniale potrawy krysznowcy serwuja – znani takze z lysych glow i upodobania do koloru pomaranczowego oraz Adomasa ktory w pewnym etapie swojego pokreconego zycia – “zapisal” sie do tej organizacji. Nauczyl sie swietnie gotowac, dzieki czemu czasem stolowalem sie w jego mikroskopijnym pokoju w Klodzku. Potem Adomas zapragnal znow spozywac kurczaki i sie “wypisal” co OPISAL :))

W poszukiwaniu IGUANY – o to co mnie zastalo gdy wrocilem do hotelu. Kolo i laska z Argentyny rozpaczliwie poszukiwali swojego gada, ktory sie zbuntowal. Mam nadzieje ze nie odwiedzi mnie w nocu… NOC IGUANY.

Zakupilem wyprawe do Kanionu Colca + treking na dwa dni za 22$…

Wieczorem gdy siedzialem w chinskiej knajpie, chinczyk zapodal chinskie newsy prosto z kablowki: MAJKEL DZORDAN WROCIL DO NBA!! …. dobra wiadomosc na koniec dobrego dnia…

Posted in .. | Tagged

CUZCO – AREQUIPA i slow pare o FOTOGRAFII

Kierowca autobusu podpisal pakt z szatanem. Po wertepach, dziurach, tuz nad przepascia, na wysokosci grubo powyzej 3000 pedzil jak szalony. Obudzilem sie w pewnym momencie, opatulony spiworem, i prawie rownoczesnie z Marcelem rzeklismy: jestesmy w piekle…
Cale szczescie pieklo trwalo 10 godzin (normalny autobus na trasie Cuzco – Arequipa jedzie 12!).

7 dni w Cuzco to troche czasu i gdyby nie ograniczenia czasowo-wizowe w Peru zostalbym tam dluzej.

Ostatnia noc i jedna z lepszych imprez w moim zyciu. Tego dnia zwiedzalem miasto. Konwent Swietej Katarzyny, pare ruin, ulica Loreto z typowym inkaskim murem. Wieczorem zaszedlem do Mama Africa, patrze a tu siedzi Marcel (ten z ludzi na Rio Mamore).

No stary, czesc, jak leci, co pracujesz?, gdzie, jak, w barze?, Ecces?, aaa marnie placa, 20 soli za noc?- ale fajne doswiadczenie, no co ty, impreza, dzis, tylko pomidorowa zjesz?, no w porzo, jezeli wszystko za darmo…

No i impreza. Generalnie nie ma co opisywac – bo znow sie odezwa glosy swietoszkow, ze tak nie ladnie etc. BYLO ZAJEBISCIE. Muza, drinki no i w ogole… ;) Muza – znow totalna mieszanka: Like a Prayer (moj ulubiony utwor Madonny z osiemdziestatych), chwile potem No women no cry w wersji Fugees, Marvin Gaye i dobry bit oraz chory ale jak zwykle genialny Eminem itd….

A potem pojawila sie para z Limy, ktorych poznalem dzien wczesniej. Koles – typ maczolatino – dlugi fryz, satanistyczna starannie przystyzona broda. Laska – totalnie na haju, generalnie nie rozumiala co ja do nie mowie, myslalem ze to tylko moj hiszpanski, ale chwile potem Marcel przyjmowal od niej zamowienie (ten to spoko po espanolsku) i za cholere … Generalnie – wariatka, bardzo podobna do Lisy Bonet (to ta mala czarna z Cosby Show, lub jak kto woli, kaplanka voodoo z Harry Angela). Siedze, barman-Marcel wraz z piekna Carolina za baru polewaja Cuba Libre, pisze i robie zdjecia. Jest milo, przytulnie, wariatka opiera mi sie na ramieniu i szpece cos… hm… po prostu sie lasi jak kotka. Wyczuwam wzrok jej faceta. Hm… bedzie ciezko. Marcel sie zlosliwie usmiecha i mowi – stary daj mi swoj aparat jak dojdzie do mordobicia. MAczoLatino lapie mnie za ramie jak wychodze do kibela. Czlowieku – syczy – trzymaj sie z dala od mojej kobiety. No pewnie – ale sam widzisz ze to raczej ona sie nie trzyma z dala ode mnie. Koles zaciska reke na ramieniu, az czuje jako satanistyczne paznokcie wbijajace sie w skore. Ok – ale pamietaj – mowi. W koncu piekna wariatka odpada i maczolatino wyprowadza nieszczesna niewiaste. Impreza trwa dalej. Postaci przewijaja sie, Carolina sie tylko usmiecha, dj podkreca atmosfere. Underworld. Born Slippy.

Drive boy dog boy
Dirty numb angel boy
In the doorway boy
She was a-lipstick boy
She was a-beautiful boy
And tears boy
And all in your inner space boy
You had hands girls boy
And steel boy
You had chemicals boy
I’ve grown so close to you boy
And you just groan boy
She said come over come over
She smiled at you boy

Do 6:30 rano. Wychodze – swiatlo mnie prawie zabija. Potem klasycznie: 1,5 mineralnej, kackupka, i 7 godzin snu. A wieczorem juz jechalem do Arequipy.

FOTOGRAFIA.

Obrazki. Tworze obrazki. Czesc z nich zapisana zostala tylko i wylacznie na serwerze, twardym dysku kompa, widoczna dla kazdego, kto na moja strone trafi. Czesc z nich ujrzy swiatlo dzienne w postaci papierowej, reszta zostanie wyswietlona na mojej scianie, po powrocie na wielkiej imprezie – na ktora wszyscy jestescie zaproszeni… hm… no prawie… hhee..

Podniecam sie brudem, syfem, odrapanymi murami, farba odlazaca ze starych drzwi, na wpol zawalonej kamienicy. Nie cierpie swiatla slonecznego, ktore w samo poludnie powoduje niepozadany ekefkt i straszny kontrast. Wiekszosc czasu nie uzywam jednak ani lutrzanki ani cyfraka. Uzywam mozgu, rejestruje obrazy, ale i dzwieki zapachy. Mozg to wysokiej klasy aparat, kamera z wbudowanym nagrywaotrem dzwiekow i lapaczem zapachow. Calkiem go lubie…

Czasem sie zastanawiam po co to robie – po co sie powtarzam. Setki tysiecy osob przede mna zarejestrowalo na celuloidzie Rio, Wodospady Iguacu, ulice Buenos Aires cze Machu Picchu.

Szwedajac sie dzis ulicami dostrzeglem kobiete z Lama. Malowniczy obrazek. Juz mialem zrobic zdjecie ale ale – ona stala tam wlasnie w tym celu. Czekajac na turystow i ich sole. Ile osob zrobilo takie samo zdjecie, pt. “KObieta z Lama” ?. W ostrych promieniach slonca. Kobieta rutynowo ustawiona. Lama po prawej, niemowle w reku. Pienie, ale co z tego. Gdyby przynajmniej karmila to dziecko piersia…. blablabla… Zachowuje obrazek w mozgu. NIE ROBIC TAKICH ZDJEC.

Policzylem – w ciagu 2,5 miesiaca zrobilem okolo 1000 zdjeca na negatywach i diapozywyach i moze z 300 cyfrakiem (te ktore sie znalazly sieci).

Brak podumowania i wnioskow. Ide zjesc Menu de Dia. Czyli sopita de pollo (zupa z kurczakiem) + ryz, salatka i znow kurczak.

Posted in .. | Tagged

CNN – IMPREZA – KSIAZKI

MAMA AFRICA. Cuzco. jedna z wielku enklaw dla gringos. Dobra kawa, soczki, piwko. 15 stanowisk z internetem i najwazniejsze: TELEWIZOR nadajacy non-stop CNN.

Dzis w menu – film o Afganistanie. W 50% nakrecony schowana pod czodarem kamera. Zycie. Wojna. Trupy. Lamanie ludzkich praw, a kobiet w szczegolnosci, glupota i krotkowidzenie talibow (heh – ich mulla ma tylko jedno oko). Wszystko w 60 minutowym filmie. Pani reporterka, odwazna i nie majaca chyba rodziny kobieta, smutny i lamiacym sie glosem opowiada mrozace krew w zylach historyje, okraszone nieludzkimi obrazkami.

Wokolo finezyjnie zawieszonego na linach telewizora tlocza sie ludzie. Amerykanie, Europejczycy. Obgryzaja paznkocie, marszcza czola, kreca glowami i przeklinaja pod nosem lub miedzy soba. To tak wyglada Afganistan?

Dramat jaki rozgrywa sie teraz na swiecie w koncu dotyczy ich samych, ich rodzin i przyjaciol. Czy tragedia WTC otworzyla im oczy? Czy jest tylko kilkusekundowym mrugnieciem w ich zyciu?

Niewiemsamniewiem.

Film sie skonczyl. Amiga – una cerveza, por favor!. Gringos zaczynaja impreze, aby zapomniec.

Spogladam w dol. Spektakl pt. “NECENIE GRINGOS” odgrywa sie przed oczyma. Dziewczyny zapraszaja, rozdaja zaproszenia, zachecaja, darmowe drinki i usmiech od ucha do ucha. Aby tylko zapelnic dyskoteke czy pub. Ile procent skorzysta? Gringos jacys bojazliwi i przestraszni. Moze dziewczyny oniesmielaja bo za ladne?

Znow spotkam Carmen. Zrezygnowala z pracy w ECCES – teraz pracuje dla Temple. szef byl gnojem i nie placil, a z czego ma wyzyc biedna studentka? no powiedz?

Cuba libre i 4 piwa. Impreza sie rozkreca. Fajna muza. Siadam w miekkim fotelu i patrze. NIe jest to miejsce dla mnie raczej. Ide do domu… tzn. do hotelu…

………….

Znalazlem w smieciach stara ksiazke. Jakis angielski tytul, teraz wlasciwie nie pamietam. Horrorowate romansidlo z akacha osadzona na Haitii. Kaplanii voodoo i piekne niewolnice. 583 strony i okladka zjedzona przez czas. Generalnie bezwartosciowa szmata. Ale wrzucilem do plecaka i ruszylem dalej. W Cuzco znalazlem ksiegarnie. Z glosnikow lecialy kjury (to taki zespol ;)) – pryszczaty mlodzieniec, z dlugim fryzem, ubrany na czarno i przezuwajacy zuwaczku – na ksiazkach sie znal. Cala jedna sciane zajmowaly stare ksiazki w jezyku angielskim. Znow same szmatlawce. Znajduje jednak kanadyjski kwartalnik QUEEN´S QUARTERLY, 09.1994- cos jak LITERATURA NA SWIECIE. W srodku wywiad z Kapuscinskim. Wiec wymienilem haitanskie scierwo na ten magazyn jak i Lonely Planet BOLIVIA na HANDBOOK PERU. Niezly deal.

W Cuzco znow spadl deszcz. Nieuchronnie pora deszczowa. Zrobilo sie zimno. Zaszylem sie w pokoju Frankensteina. Z glosnikow na dole spokojny dzezik.

Czytam wywiad z Kapusta. Troche debilne pytania zadaje prowadzaca wywiad:
Co sie stalo wtedy w 1939 w Pinsku, co to dla Pana oznaczalo?

Co sie stalo? Kapuscinski bez stresu, madrze odpowiadan na pytania, pozwala zrozumiec czytelnikowi kanadyjskiemu co sie stalo, gdzie , kiedy jak?

KSIAZKI – brakuje mi ich tutaj. Przeczytalem pare polskich, ktore zabralem z domu, niektore po 3 razy. Potem wymienilem je na jakies angielskojezyczne. 5-6 tytulow. Przeczytalem tez ALCHEMIKA po hiszpansku. Teraz z przyjemnoscia lyknalbym CHLOPOW, KRZYZAKOW, LATARNIKA czy inne QUO VADIS…

Polskich slow mi brakuje. Moze rodzinka co nie co do LIMY podesle, co? pare tytulow w miekkiej okladce – bo takie lzejsze…

PS.
dzieki wielkie za 20000 odwiedz glownej strony od poczatku podrozy… a ile odwiedzin wszystich stron to nie mam zielonego pojecia :)))

Posted in .. |

FOTKI Z MACZU PIKCZU, CUZCO, PISAC

Telewizor klamal. Spadl deszcz i zrobilo sie zimno. Zapodalem wiec pare godzin w sieci. I oto nowe foteczki:))

MACHU PICCHU i AGUAS CALIENTES oraz panorama okolicy

CUZCO

PISAC i okolice

Dla ogrzania jesiennej atmosfery w Polsce zalaczam dwa sloneczniki prosto z Ruin OLLANTAYTAMBO. Nie jest to moze Van Gogh, ale zawsze…

Posted in .. | Tagged

OLLANTAYTAMBO – PISAC

Pierwszy dzien wiosny. To juz po raz drugi w tym roku. W POLSCE jesien. WIESZCZ narodowy spiewa tak

Jest jesień – nie mogę rano wstać
Jest jesień – cały dzień mógłbym spać
czy wiesz jak nieprzyjemnie jest po ciemku musieć wstać
Pewnie nie wiesz

Posłuchaj jak bije serce moje
dwa razy prawie szybciej niż kiedy normalnie

Gdy nagi wiosną leżę w trawie właściwie prawie śpię
o kurde !

- KAZIK z plyty Mellasa

Ida pierwsze deszcze. Ale pory roku bede zmienial jeszcze parokrotnie.

Wczorajszy dzien uplynal leniwie (zadna niespodziewajka ;)) – posiedzialem troche w goracych i leczniczych basenach w Aguas Calientes. Ponoc mozna odmlodniec… ponoc…

Siedze na torach kolejowych. Ludzie, spoceni turysci co wlasnie wrocili z MP, kobiety sprzedajace sernik z pomaranczami za 1 sola (mniamm ;:)), robotnicy, czesc czeka na pociag loklany (JEST TAKI sie okazalo, za 4 sole!!). Podchodzi do mnie burak z kolei i zada mojego biletu. Chce sie upewnic czy abym nie zakupil lokalnego biletu. Slyszalem historie o gringos wykopywanych z lokalnego pociagu przez tubylcow. Przyjedzcie do Polski, kochani, tez was wykopie!

Znow spotykam Australijczykow i ruszamy razem. Wysiadam w Ollanta i znajduje prymitywny pokoj z hotelu skonstuowanym z cegiel adobe za 7 soli. Zjadam kurczaka z frytami i ostra musztarda, bulke z serem, soczek i moge isc spac.

Ruiny, ruiny, ruiny. W 4583 roku tez pare palantow przyjedzie do mojego domu i bedzie zwiedzac jego ruiny.

Tu byla kuchnia – szanowna wycieczko -a tu ci prehistoryczni ludzie ogladali cos co zwali TV – to zniszczylo ich cywilizacje. Tu mieli lozka. Co to lozko? Hm.. lozko to takie cos do spania, co jak nasz lewitator, tyle ze twarde i czasem wpuszczali do niego wode.

Powspinalem sie troche w ruinach Ollantaytambo. Popatrzylem, poogoladalem. Wspanialy przyklad kunsztu inkaskich budowniczych. Ale coz z tego? O ile bardziej interesujace jest siedzenie na placu, obserwowanie zywych ludzi, rozmowa, podroczenie sie z dzieciakami czy tez sprzedawczynia zgnilych manadrynek. Inkow mozna sobie tylko wyobrazic. Istnieja w ksiazkach, tych ruinach, legendach i hiszpanskich niekompletnych i przeklamanych kronikach.

Nic to – zjadam dwie bulki z kozim serem i wsiadam do mikrobusu jadacego do Urubamby, gdzie przesiadam sie na autobus do Pisac.

PISAC – spokojne miasteczko, plac z targowiskiem posrodku. Zjadam empanade prosto z ogromnego pieca. Spotykam dwoch uzaleznionych od lisci koki Francuzow. Czestuja mnie lisciami – wiesz, musisz ze wepchac z 40 lisci pod policzek a potem wsadzic ten kawaleczek wegla – to spowoduje reakcje chemiczna i dostaniesz kopa. Slusznie. Jezyk mi dretwieje i mam totalne znieczulenie. Polecam to dentystom. Pijemy browca, a kolesie snuja opowiesc o tym jak spedzili 5 miesiecy na polnocy Brazylii, o tym jak zlapala ich policja, o tym jak wynajeli dom na 3 miesiace (45$ za miesiac) z dwoma lesbijkami.

Ruiny Pisaq. Wiatr niesie mnie po gorach, a slonce spala mnie na popiol. Czuje lekkosc. Stare domy INkow zbudowane na stromych zboczach okolicznych gor, wspanialy widok na DOlINE i przecinajaca ja blekitna wstege rzeki. ENERGIA. Zbiegam do miasta w 15 minut.

Potem patrzylem jak gra przyszlosc peruwianskiej pilki noznej… jak bylem gowniarz to byl zywiol, betonowe boisko, osiedle, szkola podst. nr 3 w Klodzku i pierwsza pilka “piatka” ktora dostalem na komunie, a ktora zaraz mi ukradli… a tu widze, piekne ulozenie: skrzydlowi, center, napastnik, obrona i bezbronny bramkarz, ktory chwile potem kapituluje. Szmacianka, szare mury i 7 latki…

Dzis mialem wyjatkowego pecha i szczescie w nieszczesciu. Znow aparat. A raczej obiektywy. Najpierw 105mm sigma wyslizgnela mi sie z torby a chwile potem 20mm canona. Ehh.. na szczescie nic sie nie stalo. Wszystko dziala jak nalezy. Sprzet mam po prostu niezniszczalny.

NIEDZIELNE TARGOWISKO.

Ludzie tym zyja. To tylko jeden taki dzien w tygodniu. Niedziela. Cierpliwie czekaja na 10 rano – gdy autobusy z bogatymi turystami z Cuzco w koncu przybeda.

Sprzedamy im wszystko. GArniki, porecalne, maski, swetry, rzezby, obrazy, cieple skarpety i czapki z mlodej Alpaki, torby i zeby krokodyla.

Siedze wygodnie w ikeapodobnym fotelu tuz przy jednym z rogow placu. Wczoraj bylo tu pusto. Targ zajmowal jedynie centralna czesc placu. Dzis caly plac i dobiegajace uliczki wypleniaja sie sprzedajacymi i za chwile, malutka chwile, kupujacymi. Kobiety i dzieci z okolicznych wiosek, przebieraja sie w tradycyjnie stroje i finezyjne kapelusze. Biegaja z malymi dziecmi na plecak i barankami pod pacha. Beda pozowac za pieniadze.

15 minut po 10 juz siedze w autobusie do CUZCO. Nie moglem patrzec na ten zjazd turystow. Niedziela. Sloneczny dzien. Telewizor obiecywal ladna pogode…


FOTKI z OLLANTAYTAMBO – PISAC

Posted in .. | Tagged

MACHU PICCHU

6 rano. Ledwo wstaje. Wlasciciel Frankensteina pakuje moje rzeczy do skrytki a dokumenty do sejfu (wielkie udogodnienie).

6:30. Stacja kolejowa San Pedro. Czysto, slicznie, pieknie. Sniadanko i fruuu…

Bezpieczenstwo w Cuzco. Naczytalem sie o zlodziejach, kolesiach grasujacych z nozami, falszywych policjantach. Tymczasem jest bezpiecznie i spokojnie.

Pociag do MP. Wygodny, czysty kibelek, wspianiale widoki i 30$ dolarow wydanych w dwie strony za miejsce w klasie BACKPACKER. BACKFUCKER. FRONTPACKER. FRONFUCKER. Rok temu Peruwianczycy zeszyli wieksza kase. Wiec zlikwidowali LOCAL TREN (pociag lokalny za 5$ w jedna strone). Oczywiscie tubylcy ponoc dalej placa o wiele mniej niz turysci, musza sie okazac jedynie dowodem osobitym. JA CHCE PERUWIANSKIE OBYWATELSTWO!!

W pociagu mnostwo mlodych ludzi. Niektorzy zmierzaja na Inca Trail – aby przez 3-4 dni snuc sie po okolicznych gorach za 200$. Czesc ludzi w srednim wieku. Biale adidaski, kapelusiki, zlote okularki, czyste ubrania. Cale rodziny. Siedzi tez (a raczej spi) paru pomietych brundych dzentelmenow takich jak ja. W kazdym wagodnie kawka, ciasteczka (oczywiscie nie wliczone w cene biletu), albumy ze zdjeciami z MP – slono trza placic.

Aguas Calientes – spotykam znow Lise i Gustavo oraz jeszcze jedna Niemke o imieniu Heinie (Henryka??). Znajdujemy gromadnie hotel za 10 soles (taniej juz sie nie da). Wszystko pod turystow – knajpy, internet, sklepy z pamiatkami, grajkowie wchodzacy do knajp, grajacy EL CONDO PASA i zadajcy kasy. To wcale nie jest fajnie jak ktos ci swiszczy nad uchem. Pytam – nie umiesz grac innych melodii?? OCzywiscie, ze umie, ale turysci kochaja El Condor Pasa. Znam inne slowa do tej melodii, ze wzgledow cenzorskich nie przytocze.

Jest pieknie swiatlo – wiec decyduje sie na wyjazd do MP i zostanie tam do oporu. Autobus – zdzierstwo na maxa 9$ w obie strony, ale nie ma czasu. Trzeba w koncu zobaczyc to MAGICZNE MIEJSCE. Pniemy sie pod gore. Kupilem wczoraj torebke lisci koki i wpycham se pod policzek – spogladam w bok. Siedzi para ladnych Francuzikow w jednakowych czerwonych polarach, patrza z niesmakiem. A ja zuje z niesmakiem. Jezyk mi dretwieje, ale czuje sie hajowo – a moze to tylko sila perswazji?.

MACHU PICCHU – hotel, restauracja (50$ za noc, 20$ za posilek). Wejscie – wchodze jako student, pomimo ze nim jestem, umiec mieszac to ja umiem ;)

Po 5 minutach wspinaczki oczom mym ukazuje sie widok znany z pocztowek, zdjec, albumow. Kazdy w tym miejscu chce sobie zrobic fotke. No i ja tez sobie robie – taka tradycja. W dole widze FLAMINGOS – turystow biegajacych za przewodnikiem. Zzzzziajani, spoceni, ale daja rade.

Amerykanski odkrywca Hiram Bingham dotarl to w lipcu 1911 roku. Wczesniejo tym miejscu wiedzieli tylko nieliczni turysci. Wykarczowano gesto porastajaca dzungle, odslaniajac budynki, swiatynie, fontanny i glowny plac.

Spogladam na twarze innych siedzacych na zboczach czesci rolniczej (miasto podzielone zostalo na czesc miejska i agrykulturalna). Twarze mowia: o jeszcze jeden. Bowiem kazdy chce miec MP tylko i wylacznie dla siebie. W samotnosci siedziec tu i kontemplowac. Pomilczec w jednym z najwspanialszych miast. Machu Picchu stawia sie na rowni z Angkor Wat w Kambodzy, miastami Majow i Aztekow w Meksyku czy tez egpiskimi piramidami.

Snuje sie. Krok po kroku. Tursytow coraz mniej i dobrze. Dochodze do chatki straznika. Tu trzeba sie zarejestrowac przed wspinaczka na Huayana Picchu (2700m), szczyt gorujacy nad miastem. Na samej gorze znajduje sie punkt obserwacyjny. Jest za pozno by isc w gore. Jest godzina 15. W koncu wraz z Benem i Violetta (malzenstwo z Kanady) udaje sie nam go przekonac i wspinamy sie. Waskie schody, liny, lancuchy, 400 metrow w gore. 25 minut i stoje na szczycie gory. AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA – krzycze wrecz ze szczescia. JEST PIEKNIE. PStryk Pstryk. Potem siadam i patrze. Nic wiecej.

O 5 po poludniu nie ma juz prawie nikogo – straznik wygania niedobitkow. Wychodze ostatni.

Wieczor. Nie ma to jak spozyc winko + wlasnorecznie wyciskane pomarancze + inca cola (fuj..). Siedzimy na podworky przy tekturowym sklepiku. Jest milo. Lisa i Gustavo to malzenstwo. Gustavo urodzil sie w Argentynie 39! lat temu. Ma obywatelstwo kanadyjskie i jest punkowym fryzjerem. Lisa ma 22 lata i jeszcze studiuje. Przejechli pol swiata i wciaz na wszystko mowia: WOOW ! Bardzo fajni ludzie.

Ranek. Deszcz. Ulewa. Mgla. Ludzie sie zalamali, bo dzis nie zobacza MP. Poza tym kolej strajkuje wiec nie wiem czy wyjade stad dzis. Sie zobaczy…
……
MACHU PICCHU FOTO
Panorama okolicy MP

Posted in .. | Tagged

CUZCO – wieczor

Po paru dniach euforii odczulem zmeczenie. Na szczescie jutro zmiana. Parodniowa wyprawa do Machu Picchu i okolicznych wiosek, ruin, miejsc klimatycznych i wod cieplych (Aquas Calientes).

Znow spotkalem ekipe z poprzednich miejsc – Australiczcy + 2 kolesi z Izraela, Niemiec, Chorwatka i ktos tam jeszcze. Stwierdzam ze niecierpie robic cokolwiek, dzialac w grupie. Szczegolnie grupie osob ktore sie nie znaja miedzysoba. Idziemy jesc – haslo padlo, po jakiejs godzinie zbijania bakow, picia browca (nie pije bo nie mogie;)) i bezproduktywnego grania w rzutki. No i poszlismy. Ktos wpadl na pomysl, ze pewnie utargujemy niezla cene bo jest nas calkiem sporo. Mozna tanio zjesc i duzo wypic (wino, piwo, pisco). No i sie zaczelo. 15 minut. Godzina. Lazenie i droczenie sie z naganiaczami, ktorzy jak sepy wypatruja gringos.

Dosc- rzeklem, szkoda czasu. No co ty Bart, trza sie upic – odezwaly sie glosy.

Wcale nie trza. Pilem wczoraj. I starczy. Pojde do hotelu, poczytam ksiazke (wymienilem dzis LP Bolivia na Handbook Peru), posiedze, podlubie w nochalu, wyspie sie, bo rano trza wstac.

W Frankenstein jest jak w prywtanym domu. Dzis spotkalem starego hippisa z S.Francisco. 7 lat mieszka w Cuzco i nie byl jeszcze w Machu Picchu !!! Mowi ze swiatowy rekord chce pobic. Dyskutowalismy o problemach swiatowych. Duzo sie CNN naogladal, wiec jest specem od Talibow, Afganistanu, Indii, Buszow, Ladena i broni chemicznej. Nie zagniesz czlowieka ;)))

Oczy sie zamykaja. Trza zmykac. Dziwny niepokoj w zaladku, wiec schrupie cos po drodze.

Posted in .. |

CUZCO – poranek.

Rano probowalem zamowic sniadanie. Prosta sprawa. Szczegolnie gdy zna sie hiszpanski. Ale nie w moim przypadku. Stracilem glos po prostu. Starszna to sprawa. Pamietam dzien po spedzonej nocy na pustynii w Joshua Tree. Maras i Ania darli ze mnie lacha, a ja niestety nie moglem sie bronic…. szydercy.
Wczoraj sie nie oszczedzalem. PIjac za wolnosc Kuby. BYla tez opcja za wolnosc Peru (zamiast rumu – pisco) ale zrezygnowalem. Zajety bylem obserwowaniem zycia nocnego – o tym we wczesniejszym wpisie.

Nowy dzien. Nowe rzeczy. Czas na zwiedzanie…

….

zwiazku z wieloma mailami . oznajmiam ze NIE WCIAGAM KOKAINY. Czyzby w poprzednim tekscie nie wyrazil sie odpowiednio sceptycznie i sarkastycznie?

zreszta myslcie se co chcecie ehehhe… :))

….
Zakupilem bilet do Machu Picchu. Zdzierstwo na maxa – za pociag w dwie strony 30$ !! plus 20$ za wejsciowe do ruin….AAAAAA…. sssaa az milo

Posted in .. | Tagged

CUZCO SIE BAWI

W dzien zdobywasz szczyty. Machu Picchu. Inca Trail – w pocie i znoju, kilometry po gorke, kilkanscie w dol. Zmeczenie, znuzenie. Chcesz spac. Ale miasto ci NIE POZWALA. CUZCO. Spotykam po kolei Marcel ( tydzien na brace do Guayaramerin razem), Eran z Izraela (Potosi i Sucre), Cas z Holandii (Rurrebabaque).

Impreza. Czasem trzeba. Dzis. Jutro. Pojutrze. Bart sie bawi. Za darmo? Czemu nie? Wystarczy spotkac odpowiednich ludzi. Carmen. Studiuje i pracuje w nocy jako naganiacz. Naganiacz – Ibiza, Lloret de Mar – cala Europa sie bawi w ten sposob. Dzieciaki stoja na ulicy. Rozdja wejsciowki, free drinks. Zbieramy z Marcelem co sie da. Po chwili bilard. Cuba Libre w kazdym napotkanym barze. Mamy w koncu wejsciowki. Za darmo. Pijemy za darmo. Gringos pija za darmo. Co by bylo gdyby nie bylo Machu Picchu ? Nic by nie bylo. Nie bylo by turystow. 334 agencji turystcznych. Samoloty w kazdy zakatek SWIATA. Knajpy, puby, rewelacyjne tanie hostele. NIC. Calujcie w dupe prosto INKOW / kochani Peruwianczycy. Dzieki temu macie pieniadze. Dzieki temu wasze dzieci sie demoralizuja na euroamerykanska modle. Cuzco jest doskonale. Wszystko wskazuje ze zostane tu z tydzien.

Chinga tu madre, Cabron (Pierdol swa matke, glupi chuju) – drzemy morde do jednego buraka. Cos chcial od nas. Nieprzyjemnie. Znikamy. Tak jest co pol godziny. Ktos cos chce nam zapodac, czego my nie chcemy.

Hej mister, kokaina? weri czip, mister. Byczek otwiera cinkciarka torebke na pasie / w niej z 30 dzialek kokainy. Po chwili wybucha smiechem. Od 4 godzin spozywamy cuba libre i piwko za darmo – zaproszenia, znajomosci. Jest dobrze. Bardzo dobrze. 2 rano. Zmeczenie znuzenie. A to dopiero pare godzin w Cuzco.

Dyskoteka. Siedze na gorze i sacze plyn. Spogladam na tlum bawiacy sie na dole.

Polartek, goretex, trekkingowe buty. Dzis wrocilismy ze wspinaczki. Teraz sie bawimy. John wlasnie wciagnal koke w kiblu i jest wspaniale. Palimy hasz i bierzemy dragi. Najnowsze hity wprost ze znienawidzonej Ameryki. It wasn’t me.

No pewnie. A ktoz by inny …

Spadam. Dzis dopiero poczatek. Zajawka. Afrika MAMA / wspaniala knajpa. REM z CD a w TV – CNN – i zgadnijcie co tam widze? no pewnie…. reality bites.
Czas wrocic do Frankensteina. Wole takie horrory.

A jutro muzea, kupno biletu na pociag do Machu Picchu, zaplanowac rezszte dni. Jak wstane.

Posted in .. |

CUZCO zwane tez Cosco

Pies wyl pol nocy. Potem nie wiem co sie z nim stalo. Nie wiem tez czemu wyl. Wyrywali mu zeby? Pokazywali kielbase – owoc zakazany i taboo? Moze sprawil to fakt, ze zdal sobie sprawe ze jest niczym innym jak peruwianskim psem i to nie dawalo mu spac. Rowniez mi nie dawalo.

7 rano. Puno, Hotel Illampu. Klasycznie zapomniano mnie obudzic i jak zwykle obudzilem sie na czas samodzielnie (wbudowany w glowe budzik, rok produkcji 1976). Zjadlem na sniadanie dwie czekoladki SUBLIME. Uwielbiam je, jak i zespol SUBLIME – polecam wszystkim spragnionym dobrych, pozytywnych wibracji prosto z dupy i serca.

Autobus. Masakra. Klaczycznie. 3 filmy: 6 zmysl, Gladiator, i film o jakims gorylu- rzecz dla dzieci.

Nie nawidze jak sie ludzie kokosza (mama mi zawsze mowi – nie kokosz sie !!). Wchodzili i wychodzili, kupowali kurczaki, galaretki, obrzydliwe napoje a la Hellena i setki innych gowien. AUtobus stawal i ruszal. Siedzaca obok kobieta (baardzo gruba) kupowala wszystko co sie nadawalo do jedzenia. Z kilometra na kilometr brakowalo mi miejsca do siedzenia. Schrzaniony metabolizm u tej pani? Na szczescie trwalo to tylko 7 godzin – nowa droga z Puno do Cuzco.

W koncu CUZCO. Piekne, wspaniale miasto. Zadekowalem sie w dziwnym,tajemniczym i totalnie odjechanym hotelu FRANKENSTEIN. TO zagadka: co wspolnego z tym maja ZABKOWICE SLASKIE? :))

KOlacja w chinskiej knajpie. Menu de Dia: zupa i kurczak z ryzem na ostro za 1,5$. W TV – Wielka Draka w CHinskiej Dzielnicy. Zbieg okolicznosci?

SPadam na browca – oczywiscie juz spotkalem znajomych…

Posted in .. | Tagged

PLYWAJACE WYSPY – UROS

Dwa panstwa dziela miedzy siebie jezioro Titicaca (wymawia sie TITIHAHA). Do Peru nalezy 60% powierzchni, do Boliwii 40%. Ze swym usytuowaniem na wysokosci 3820 m. uznaje sie je jako najwyzej polozone na swiecie zeglowne jezioro. Niegdys myslano, ze jest bez dna ;) Zmierzono, zanurkowano, sprawdzono: glebokosc do 457m, powierzchnia 9000 km kw., szerokosc 97 km, dlugosc 230km. Generalnie niezorientowana istota ludzka moze je wziac za morze.

Wiele legend, opowiesci, mitow krazy wokol jeziora. Plemiona osiadle tu przed Inkami wierzyly, ze slonce, ksiezyc i bialobrody wodz/bog VIRACOCHA narodzili sie z jego wod.

… przerwa na wieczornego nalesnika z bananem w polewie czekoladowej…

Viracocha – bialy bog, z broda. Na mysl znow przychodzi mi Meksyk, Aztekowie i Majowie i ich wierzenia w bialych bogow, co przybyli za wielkiego morza. Qetzacoatl i Viracocha. Wiele wspolnego. Daniken wypowiadal sie w tym temacie wielokrotnie… Jak bylo naprawde?

Pobudka o 6 rano. Myslalem, ze jest juz 7. Zmiana czasu, a ja zyje w totalnej bezczasowej rzeczywistosci….

Sniadanko spedzone wraz z prezydentem Bushem i Osama Bin Ladenem (Osama syn Ladena). Milo spedzone 15 minut, zaiste ;((

Uros – slynne, magiczne, plywajace wyspy. Jest ich parenascie i ludzie wciaz na nich zyja. Okolo 300 osob. Lud UROS – osiadl dawno temu. Chcieli odizolowac sie od Collas i Inkow. Obecnie nie ma juz Uros czystej krwi – wchodza w uklady z Aymara i Qechua.

Wyspy skonstruowane sa z drzewa totora (trzcinopodobna trawa porasta mielizny calego Titicaca). Z drzewa totora buduja takze lodzie i domy. Mam okazje przeplynac sie jedna z nich z jednej wyspy na druga.

Cala impreza jest mocno turystyczna. Hordy gringos codziennie odwiedzaja Uros. Pstryk, Pstryk. Oczywiscie widac slady CYWILIZACJI. Baterie sloneczne, czapki bejsbolowe, radio, tv. Na wyspach znajduja sie tez dwie szkoly. Wraz z Gustavo i Lisa odwiedzamy jedna z nich. Dzieciaki rzucaja sie na nas jak psy na kielbase. Jak masz na imie, a ile masz lat? Spogladaja prosto w moje szklane oko. Pani nauczycielka nie potrafi nad nimi zapanowac.

Czy ci ludzie zastanawiaja sie co dzieje sie na swiecie? Jakie sa ich zmartwienia? Z trwoga oczekuja pory deszczowej, podczas ktorej naprawde musza troszczyc sie o plywajace domy. Martwia sie o ceny drewnianych pali, ktore sluza jako szkielet wyspy. Wszystko kupuja w Puno. Zarcie maja w wodzie i czasem ustrzela jakiegos ptaka.

Popoludnie. Spie jak zabity. Znow lykam tabletki – tym razem na gardlo. Boli jak diabli. Eh… Poza tym samopoczucie jak najlepiej…

Nadeszla noc. Dwie Mate de Coca i dwie godziny spedzone w knajpie z nowymi znajomymi. Na scianie znajduje napis

….
FOTKI Z PUNO i PLYWAJACYCH WYSP

FOTKA NA ONEPHOTO!!!

Posted in .. | Tagged

ISLA DEL SOL

Challapampa. Mala wioseczka w polnocnej czesci wyspy. Kompletny relaks. Pare domkow. Znajduje hotel za 10b. Skromny pokoj. Brak prysznica. Jak dowiaduje sie – nie ma sensu. Gdyby byl – temperatura wody byla by taka jak w jeziorze (15st). Nie pozostaje mi nic innego odmrozic sobie jajeczka w krystalicznie czystej, ale lodowatej wodzie.

Australijczycy rano wyruszyli z Pilko Kaina (gdzie spalismy poprzedniej nocy), a ja wskoczylem na lodke. Kolano mi prawie wysiadlo – 20 km z 20kg plecakiem, muchos gracias :)

Przyszedlem do hotelu – pusto. Wlasciela nie ma. Spotkalem tylko dwoch Norwegow (okolo 40-45 lat). Totalnie upaleni marijuana – zapodali mi kawe, i powiedzieli aby sam sie zameldowal – na gorze jest wolny pokoj. Jeden z nich jest malarzem – artysta, a drugi sam nie wie kim jest:)

Siedze na drewnianej lawce przed hotelem. W okolo hasaja swinie, krowy, owce, lamy (zostalem bezczelnie obwachany przez 2 prosiaki, radosnie pochrzakujace nieopodal – zreszta i tak nie wiele im zycia pozostalo). Tubylcy wracaja z polowu, dzieciaki graja w pile na boisku. Co jakis czas przed oczami przebiega mi karawana turystow. Posapujac, odziani w goretex, polar, czapki i spodnie khaki. 20-60 lat. Niemcy, Japonia, Francja. Nacieram sie kremem, bo slonce coraz mocnej grzeje. W koncu przychodzi wlasciciel hostelu. Usmiech od ucha do ucha. Spoko, spoko – strasznie sie cieszy ze sam sie obsluzylem. A jutro o 6:30 wybiera sie ze swoim synem na ryby – tez moge sie zabrac. Spoko, spoko, gracias, gracias.

Dzien mija leniwie. Biore aparat, minidisk z Bobem Marleyem – i uderzam zobaczyc pobliskie ruiny i El Labirinto – wszystko przez Inkow skonstruowane, pare setek lat temu.

Spotykam Aussies. Ledwo zyja, znow sie zgubuli. Tym razem 4 godziny w plecy.

Wieczorem piwko, la trucha (pstrag) i salatka. Mistrzostwo. Ide spac.

Kiedy to ja ostatni raz odlewalem sie przez okno? No w kazdym razie tej nocy…

Rano polow. 2 sztuki.

Powrot do Copacabany. Nie moge sluchac Australijczykow – naprawde gadanie w kolko o zaletach McDonalda i olimpiadach bywa o tej porze dnia nuzace.

Api (wywar z kukurydzy, cynamonu i cukru) i chrupiace buleczki na mercado.

Spotykam Polakow – ehh ehrr hee mm…… zapomnialem jak sie po polsku mowi – ledwo klece zdania – nie jest to zadna poza, po prostu od jakiegos czasu mowie tylko po angielsku i hiszpansku a pisze po polsku. Aparat mowy sie spinkolil.

Granica z Peru – dwie znudzone urzedniczki przyjmuja petentow. Bum – i mam pieczatke w paszporcie. Wiza? Nawet nie spojrzala – a ile to ja sie nameczylem w Ambasadzie w Warszawie…

Puno – wieczor. To juz Peru…

JEZIORO TITICACA – fotki :))

Posted in .. | Tagged

YAMPUPATA TREKKING / ISLA DEL SOL

Nalesnik na sniadanie z bananami byl znakomity. Kawa, soczek i bylem gotowy na wedrowke. 16 km – z Copacabany az na koniec polwyspu – gdzie mozna wziac lodke na Isla del Sol. Spakowalem plecak i wraz z ekipa (Tom, Chris, Bran z Australii) uderzylismy z kopyta. Nie spodziewalem sie, ze bedzie tak ciezko. Plecak, droga, slonce, wysokosc, brak tlenu. Umarlem pare razy i ponownie sie odrodzilem. Wystarczylo usiasc, napic sie wody i znow w droge. Wspanial widoki, male wioseczki, blekitna woda przywodzaca na mysl Morze Egejskie. Ludzie pracujacy w polu pozdrawiaja nas. Lecz jestesmy tylko 4 postaciami na horyzoncie, za chwile znikniemy z ich zycia…

Dochodzimy do groty z Matka Boska. Swiete miejsce – nie pic piwa i nie zostawiac butelek – informuje tablica tuz przy sciezce. Chwile potem sie gubimy. Zla droga. Przedzieramy sie przez gesty las porastajacy strome urwisko – 100 metrow nizej lsni jezioro. W pewnym momencie waska sciezka urywa sie. Nie pozostaje nam nic innego jak zejsc w dol. Jako mieso armatnie – Tom Creeeepss ;)) Krzyk i widzimy jego plecak mna samym dole – 50 metrow nizej. Okazalo sie ze dostal w glowe kamieniem i wypuscil z rak 20 kg plecak. Reszta jakos sobie radzi i po 20 minutach jestesmy na dole. Tam nie pozostaje nam nic innego jak wrocic do groty.

W koncu znajdujemy pradawna droge zbudowana przez Inkow. Wznosi sie stromo do gory. Wylozona duzymi kamieniami, co jakis czas schody. Swietna robota – 600 lat temu!!

Schodzimy w dol do malej wioski. Tam koles wynajmuje nam lodz. No i wioslujemy. 2 godziny. Przepiekne widoki. Osniezone szczyty gor tuz nad Isla de la Luna. Nadchodzi zmierzch. Jestesmy na miejscu. Znow plecaki i wspinaczka w gore. Hotel znajduje sie na samym szczycie. Nie mam sily myslec, pisac – wspaniala kolacja – zupka i spagethi, winko i piwko. Zasypiam. Jutro nowy dzien.
PS.
W pokoju hotelu nad jeziorem Titicaca zaplonela SWIECA…

Posted in .. |

JEZIORO TITICACA – Copacabana

Uciekajac od rzeczywistosci znalazlem sie nad Jeziorem Titicaca – w przepieknej miescinie Copacabana.

Tu narodzilo sie SLONCE i wynurzyl sie KSIEZYC. ISla del Sol i ISla de la Luna.

Jest spokojnie, cicho, tanio (oprocz internetu, wiec niezawiele napisze). Hotel za 10 b z tarasem przypominajacym mi Essaouire w Maroko. Tuz za pagorkiem mityczne PERU.

Nie wiem. Staram sie nie myslec o tym wszystkim: wojna, Talibowie, Chiny, WTC, Polska, Ja, TY, ONi, My i Wy. Znikam. Na dzien, dwa, trzy. Jutro wyprawa 4 godzinna na koniec polwyspu – potem mala lodeczka na ISLA DEL SOL i tam znow wloczege. Z dala od szumu, gazet, internetu, rzeczywistosci…

Ktos moze powiedziec – Bart, uciekasz, chowasz sie …

Robie swoje, nic nie pozostaje. Wam tez. Nie zmienicie przeszlosci… mozecie najwyzej sprawic, ze przyszlosc bedzie lepsiejsza…

Mam wrazenie ze ludzie sie wrecz lubuja w sensacji —->>> patrz dyskusje na internetowych forach….

Aha…. pierdole Nostradamusa – dzieki Bedur za uzmyslowenie mi

Posted in .. |

APOKALIPSA

Wczoraj byl moj dzien milczenia w sieci. Dalej wlasciwie nie wiem co napisac. Wazne, ze RAVS i KUFEL zyja – totalnie rozpieprzeni. Nie wiem co z rodzina Kurpiewskich. Ania i Ewa pracuja w 3 bloki od WTC, tez w ogromnym wiezowcu. Dajcie znac jezeli to czytacie.

Swiat juz nie bedzie taki jak wczesniej.

Budze sie wczesnie. 7:30. Nie moglem spac dluzej. Prysznic, pakuje zablocone rzeczy do worka i udaje sie na poszukiwanie pralni. Po drodze Internet – to nie byl sen. Chaos. Wojna juz sie zaczela, tylko kiedy sie skonczy?

Ulice La Paz.

La Paz – po hiszpansku oznacza POKOJ. Wlasciwie to slowo juz niestnieje. I chyba w najblizsym czasie nie zaistnieje. Jakas gesta atmosfera, smutne twarze, szczegolnie turystow. Przystaje co czas jakis przy stoisku z prasa.
Ludzie w milczeniu czytaja rozwieszone dookola gazety. Tytuly: APOKALIPSA, TRAGEDIA, ARMAGEDON.

I szlag mnie trafia, gdy ogladam zdjecia z Palestyny – tam impreza. Zdjecie: brodaty koles z karabinem uklada dwa place w znak WIKTORII. Z radoscia wsadzilbym mu te paluchy prosto w dupe. Teraz tylko formuje srodkowy palec: FUCK YOU!

Nadchodzi kryzys. USA wypowie wojne? Komu? Palestynie? Talibom w Afganistanie? Gdzie jest BIn Laden – szalony ortodyksyjny milioner z Arabii Saudyjskiej? Jezeli od dawna jest terrorysta no.1 to dlaczego USA go nie zdjelo? Trudne czy mieli w tym jakis interes?

Biedny Georgie Bush gubi sie w przemowieniach. Frazesy, slogany. Trzeba schwytac winnych. Jak najszybciej. Kto bedzie kozlem ofiarnym? Podejrzewam, ze przyjdzie Bushowi abdykowac wkrotce, bo se chlopak nie poradzi. III wojna? Calkiem mozliwe…

Wydaje mi sie, ze terrorysci na tym nie skoncza. Znajda kolejna luke w ogolnym chaosie, nieladzie i szalenstwie. Burdel swiatowy. Panstwa, przywodcy, wielcy i mozni tego swiata za cholere nie wiedza co teraz robic. News – Francuzi wiedzieli o planowanym zamachu. W I E D Z I E L I? Kurwa mac – proste pytanie – to czemu nic nie zrobili. Historia jest pelna prostych pytan i skomplikowanych odpowiedzi.

Prosci ludzie w Ameryce Poludniowej (jest najblizej) jeszcze nie wiedza. Lecz wkrotce doswiadcza tego na wlasnej skorze. Tak jak i reszta swiata. Kryzys ekonomiczny. Juz teraz gieldy panikuja i z pewnoscia nie bedzie lepiej. USA to 15% swiatowego PKB.

USA jest wystarczajaco bogate aby odbudowac Pentagon i WTC (chyba ze w tym miejscu powstanie pomnik dla ofiar). Moze zwiekszyc bezpieczenstwo, kontrole. W grudniu/styczniu moze sie tam zjawie. Teraz zostalo mi tylko MOZE. BO nie wiadomo nic. 7 lipiec 2002 – bilet powrotny z NYC do Warszawy. Ale czy nagnite WIELKIE JABLKO bedzie jeszcze istniec? Chyba to miasto najbardziej lubie w USA. Nigdy juz nie bedzie takie same. Parokrotne wizyty w 1998 i 1999. Szwedanie sie po ulicach, imprezy w Green Village, mieszkanie na Queens, zachod slonca ogladany z tarasu widokowego WTC. Fotografie i wspomnienia.

Slysze glosy – Ameryka sama sobie jest winna. Moze to i prawda. Ale to nie usprawiedliwa tysiecy ofiar. Zreszta nie wiadomo wciaz jaka jest liczba.

Ogladam zdjecia RAVSA. Milcze.

Sniadanie. Kurczak, salata i ziemniak + cola. Z glosnikow Bruce Springsteen “Born in the USA”. Chiwle potem przemowinie Busha.

Spadl deszcz. Kawa, zeszyt, mentlik w glowie. Co dalej? A jezeli wojna swiatowa zastanie mnie w Boliwii lub Peru. Nic mi nie pozostanie jak organizowac partyzantke.

A co z moim krajem? Rodzina, przyjeciele, znajomi? Co z planami – USA, praca, NYC, Colorado, zdjecia?

Gadam z ludzmi na ICQ. Nie wracaj stary – mowia. Wroce. Na pewno. Ale kiedy? Rodzinka niech sie nie martwi – tu jest bezpieczniej niz w Europie i USA obecnie.

Teraz wiem jedno. Religia – wiecej uczynila zlego niz dobrego.
RELIGIA + WLADZA + PIENIADZE = KONIEC.

………….

“In the City of God there will be a great thunder, Two brothers torn apart
by Chaos, while the fortress endures, the great leader will succumb, The
third big war will begin when the big city is burning.”

“And The steel
birds will attack the Towers, and the Towers would collapsed, and from the
ashes of the Towers will rise a big war.”

- Nostradamus 1654

“W Mieście Boga uderzy wielki grom, Dwaj Bracia rozdarci przez Chaos, w czasie gdy forteca przetrwa, wielki przywódca podda się, Wielka Trzecia Wojna rozpocznie gdy wielkie miasto będzie płoneło.”

“I Stalowy Ptak zaatakuje Wieże i Wieże upadną i z popiołów Wież narodzi się wielka wojna.”

…..

LISTA OSOB Z WTC … jezeli szukasz krewnych, znajomych… bardzo duzo Polakow…… :((((

……

info z ostaniej chwili, Kurpiewskim nic sie nie stalo… uff…

Posted in .. | Tagged ,

DOWN-HILL i sadny dzien.

Patrzylem jak ludzie ida do pracy. 7 rano, La Paz, Prado. Nic nie zapowiadalo TRAGEDII. Swiatowej Tragedii.

Zebrala sie ekipa. Kiwi (Nowa Zelandia), Aussie (Australia), Szkoci, Irlandczycy, Angole, Francuzka, Hiszpanka i jak zwykle jeden Polak. 13 osob razem + dwoch instruktorow: Pancho z Californi i John z Liverpoolu. Mieszkaja i pracuja tu od 2 lat. Naprawde w porzadku ludzie i profesjonalisci, ktorych zadaniem bedzie dbac o nasze dupy podczas DOWN-HILLu.

Autobus mozolnie wspinal sie w gore. Zostawilismy za soba przedmiescia La Paz i slumsy. Nowa kraina ukazala sie moim ocza – mglista, skalista i wlasnie zaczal padac snieg. To La Cumbre – skad rozpocznie sie 61 kilometrowy zjazd w dol. z 4650 metrow na 1000. 3600 metrow w dol. Adrenalina.

Moj rower z naklejona na rame Lisa Simpson (hey bart ! you gotta Lisa now.. rzekl Pancho) prezentowal sie naprawde niezle. Pro osprzet, solidna i lekka rama, przedni amortyzator z 40 cm skokiem. No i najwazniejsze w calej tej zabawie – olbrzymie tarczowe hamulce.

Pare slow o drodze pomiedzy La Paz a Yungas. Inter-American Development Bank uznal ta trase za najbardziej niezbezpieczna na swiecie. W samym 1994 26 pojazdow spadlo w przepasc. w 1983 samochod ze 100 pasazerami zniknal w otchlani – byl to najbardziej tragiczny wypadek w dziejach Boliwii.

Waska droga wije sie tuz przy porosnietej gestym lasem scianie. Podczas deszczu, sciekajaca z gory woda tworzy male wodospady. Miejsca starcza tylko na jeden samochod. Panuje wiec zasada ruchu lewostronnego, a ci ktorzy jada z gory musza ustapic miejsca tym z dolu. Samochody terenowe, ciezarowki, autobusy i rowery. Wszyscy tlocza sie na jednej ekstremalnej sciezce.

Caly poprzedni dzien padal deszcz, wiec jest slisko i blotnisto. Rower trzyma sie drogi znakomicie, pomimo tych warunkow. Bola mnie dlonie – caly czas kontroluje predkosc hamulcami. Chwila nieuwagi i juz mnie nie ma. 1000 metrowa czelusc tylko czyha na pechowcow.

Zatrzymujemy sie przy pominku z gwiazda Dawida. W kwietniu tego roku 23 letnia Zydowka spadla w przepasc. 500 metrow dalej, na zakrecie ( w tym miejscu droga jest naprawde waska i nie widac innych pojazdow zza zakretu stoi czlowiek. 7 dni w tygodniu. Sluzy jako sygnalizator – ma dwie flagi, czerwona i zielona. Jakis czas temu w wypadku autobusowym zginela jego corka i zona.

Nic to – skoro juz tu jestem – jade dalej. Czasem spogladam w dol. Metr w lewa strone. Nie widac dna. Gesta mgla niczym smietana przelewa sie kilkaset metrow nizej. Przerazajace i piekne.

Idzie mi bardzo dobrze. Generalnie na kazdym odcinku jestem 2-3. Ale to nie wyscig, trzeba jechac zgodnie ze swoimi umiejetnosciami. Raz tylko umieram prawie podczas podjazdu – 3 km w gore, po blotnistym terenie na wysokosci 3500. Kompletny brak tlenu, 20 cm wartstwa blota, deszcz. Nic nie widze, a bloto nie smakuje najlepiej.

Meta – mala wioska 700 metrow poniezej Coroico. Wszyscy smiertelnie zmeczeni, ale szczesliwi ze przezyli. Pokryci blotem pijemy piwo i w tym momencie wchodzi wlasciciel knajpy i goraczkowo zaczyna tlumaczyc co sie stalo.

A P O K A L I P S A

Radosc przemienia sie w trwoge i smutek. Nie znam jeszcze szczegolow.

Powrot do La Paz. Internet, Wyborcza, CNN, maile.

Smutek, gniew, niedowierzanie. Nie ma wody w hotelu, pokryty mazia i blotem ide spac. Sny, sny, sny…

……
DOWN HILL FOTO

Posted in .. |

Jak dotrzec do MORDORU???

Dzis w “BOLIVIAN TIMES” przeczytalem fascynujacy artykul, potwierdzajacy moje zdanie na temat Boliwiancow.

Dwoch reporterow udalo sie na ulice La Paz, aby pytac o droge. Nie bylo ny w tym nic dziwnego, gdyby nie mapa, ktora z soba taszczyli. Otoz chlopaki zaopatrzyli sie w mape SRODZIEMIA i MORDORU z tolkienowskiego WLADCY PIERSCIENI. Lapazianie wykazali sie oczywiscie duza wiedza i orientacha w terenie. Jak dotrzec do Mordoru?

Oto odpowiedz jakiej udzielil pewnien student:
- Nalezy wziasc mikrobus w dol Prado, az do hotelu Radisson, tam pytac o dalsza droge.

Pewnien taksowkarz rozpoznal na mapie Jezioro Tititaca…. no comments;))

Kazdy byl skory do pomocy i wolal udzielic jakiejkolwiek odpowiedzi niz zadnej.

Dobrze ze nie bylo zadnych Boliwiczykow w arcydziele Tolkiena. Frodo na 100% nie dotral by do Gory Przeznaczenia.

Dawno sie nauczylem, ze o droge nalezy pytac w ostatecznosci. Ale czasem trzeba, wtedy pytam roznych osob i po pare razy. Potem wyciaga srednia i mocno wierze w to ze dotre do celu. Gorzej jezeli trza zapytac sie o jakas inna informacje – wtedy jestes zgubiony.

——-

Odebralem slajdy i negatywy oraz zakupilem 15 kolejnych. Najwieksza popularnoscia ciesza sie filmy AGFY. Innych nie uswiadczysz. Sa tanie i niezle. Cz-b 400 iso za dolca (kupielem 19). Sljady CT precisa za 4$ – zakupilem 5.

Potem udalem sie do biura GRAVITY ASSISTED MOUNTAIN BIKING aby zapisac sie najutrzejszy DOWN-HILL – najbardziej odjechany na swiecie. 40 km w dol. Z 4300 metrow na 1000 cos – do COroico. Trzymajta kciuki…

Posted in .. |

La Paz, dzien kolejny

Rankiem okazalo sie, ze moj pokoj (Hostal Austria za 39b !!!) znajduje sie tuz za prysznicami i kiblem. Nie dalo sie spac dluzej, bo ludziskom zachcialo sie robic kupe i szorowac odnoza tudziez korpus. Wstalem, popatrzylem w lustro, zabki, chlup woda w facjate i juz mozna zaczac nowy dzien. Spakowalem klamoty, zaplacilem i przenioslem sie do tanszego o dwa razy Alojamiento Universo.

Hoy es domingo – niedziela, wiec lapazianie swietuja. Slonce, lody, spacer z rodzinka, balonik w dloni, orkiestra wydyma policzki. Wszystko pozamykane, wiatr roznosi smieci po stromych ulicach.

Lubie zaczac dzien od kawy, soku i dobrego, lekkiego sniadania. Angelo Colonial to moja ulubiona knajpa. Male podworze, na pietrze. Internet, Carlos Santana z glosnikow, czas plynie wolno i mozna skonusmowac co nie co – smacznie i tanio. W srodku kompletny miszmasz. Stare zdjecia, aparaty, gramofony, kazdy stol z innej parafii. Ten artystyczny burdel ma swoj klimat, calkowicie niepowtarzalny.

Mercado Negro – Czarny Market. Plecak z przodu – ponoc to chroni przed zlodziejami, ktorzy nie proznuja w tej okolicy. Roznosci, rozmajtosci, od pasty do zebow po ananasa i sztuczna szczeke. Pirackie plyty i kasety, stare ubrania i podrobione najki. Rozlozyste kobiety w swych kapelusikach przechylonych na lewa czy prawa strone. Nie odzywaja sie wcale i wciaz cos przezuwaja. Sa podobne do siebie jak dwie krople wody. Czyzby ta sama tasma produkcyjna? Szukam tanich negatywow i slajdow. Ale odnajdz sie czlowieku, bezskutecznie kraze, pytam o droge, nawet nie probuje spojrzec na mape. W koncu poddaje sie.

Szukam agencji Gravity – za 40$ mozna sobie zjechac na rowerku z 5300 metrow az do samego la Paz. Najbardziej odjechany i niebezpieczny downhill. Zobaczymy…

Posted in .. |

LA PAZ – pokoj, bracia, pokoj….

Wczesna pobudka. Ben i Natalie wstali o 7:30 aby zdazyc na autobus do Copacabany. WIec wstalem i ja. Bardzo fajni ludzie. Obecnie mieszkaja w Londynie. Koles jest architektem, ona studiuje. Nigdy wczesniej nie spotkalem ludzi z RPA. Bialasy, ale bardzo otwarci i przyjazni. NO i oczywiscie potepiaja aparatheid.

Miasto jest przeogromne. Niektore dzieci naprawde maja tu pod gorke. Ulice pna sie i opadaja. Brak tchu. Gdzie sie podzial tlen? W koncu to 4000 mnpm. Kraze tam i z powrotem. Miasto sprawia wrazenie ogromnego targowiska. Sprzedadza ci wszystko. Nawet corke i siostre.

Oddalem filmy do wywolania, zupa na mercado (oczywiscie nie mieli reszty). Potem spotkyam Ivette, Casa i Phila. Wczesniej widzielismy sie w Rurre. Swiat jest maly – co chwile wpadam na kogos wczesniej poznanego. Gringo trail. Ta sama droga, z ktorej warto czasem zejsc…

La Hechiceria – zwana takze Mercado de los Brujos, a w jezyku Ayamara – Laki Asana Catu – czyli TARG CZAROWNIC. Dziwne i przerazajace to miejsce. W samym centrum La Paz, przy ulicy Lineares. Kupic tu mozna najbardziej odjechane rzeczy. Najwieksza popularniscia ciesza sie oczywiscie martwe, zasuszone noworodki i plody LAMY. Ludzie uzywaja ich jako ofiary dla PACHAMAMY (Matki Ziemi). Podobnie jak gornicy w Potosi.

Zachodze do jednego ze sklepow. Calkiem mila czarownicapozwala mi pstryknac pare foteczek. Za skromna oplata 5 boliviano – rzecz jasna. Demonstruje mi te wszystkie okropnosci. To jest lama, a to kondor, to jaguar a to flaki kota – opowiada znuzona. Potem probuje sprzedac mi jakies flaki w niewielkim sloiczku. Podziekowal.

Na targu nie sprzedaje sie tylko zwierzecych truposzczakow. Mozna sie zaopatrzyc w ziola, przyprawy, magiczne proszki i plyny, pazur nietoperza i skrzek wscieklej zaby. Nasiona i plyny na porost i znanik wlosow. Mozna tez zamowic zly urok na sasiada lub wyleczyc sie z glupoty (to ostantnie oczywiscie zmyslilem :)))

Stoje se i patrze se. AI – nowy film Spielberga. A tu napada mnie ekipa TV. Mila, ladna i trajkoczaca panienka (typ laski z MTV lub niemieckiej VIVY) prosi mnie abym sprobowal boliwijskich napojow i ocenil. Na tacy 6 kubeczkow. Lalunia podaje mi pierwszy z brzegu. ACTION! Kamera w ruch. Lala przedstawia mnie telewidza, potem wypijam ciecz. Smakuje jak guma do zucia – mowie – zadna niespodzianka. Potem drugi – o malo co nie spluwam w kamere. Smiech. Taaa.. padam ofiara jakiegos jajcarskiego programu (“Patrze Droza, Smiechu Warte, Panie Drozda idz pan w chuj z takim zartem” – Kaliber 44 cisnie mi sie na usta). Oczywiscie z rozbrajajaca szczeroscia wyrazam swoja opinie: smakuje jak gowno (como mierda). Prawdopodobnie zostane wypipkany w TV. Potem usmiech i pstrykam zdjecie calej ekipie. Kamerzysta wciaz filmuje. Zadnej litosci. Przydala by sie teraz jakas zagrycha – posmak w gebie straszetny. Pani prezenterka dziekuje mi i cmok w policzek. Przynajmniej to….

Czas spojrzec z gory na miasto. Pstryk Pstryk. Wspanialy widok, nad dolina goruje osniezony szczyt Illimani (6402m).

Wieczor. Yatsi jak zwykle. Tym razem z Holendrami. Z glosnikow leci Luis “What a wonderful world”. I rzeczywiscie. Mysle sobie- nie pracuje, krece sie po swiecie, kasy jeszcze starcza bo ekonomicznie zyje. Jest po prostu z a j e b i s c i e :)))

Posted in .. |

FOTO / AMAZONIA

Nowe zdjecioweczki z ostatnich 3 tygodni.

SANTA CRUZ i TRINIDAD

DORZECZE AMAZONKI: Guayaramerin, Riberalta, Rurrenabaque

RIO MAMORE

ZAPRASZAM …..

PS:.
Wrzucilem nowa fotke na ONEPHOTO.NET

Posted in .. |

Lot do La Paz

Siedze w luku bagazowym wojskowego samolotu lecacego z Rurre do La Paz. Nie mam pasow, obserwuje prace pilotow, ktorzy nawet pozwolili porobic mi pare fotek wewnatrz. Wspanialy widok zachodzacego slonca nad Andami.

Wlasciwie to mialem leciec rano. 11:30. Coz, zycie czasem jest trudne. W biurze TAM (Transporte Aereo Militar) powiedzano mi ze o 2:30. Lot zostal przelozony. Nie pozostalo mi nic innego jak pojsc na basen. Chlup. Gram z ekipa w Yatsi (kosci) i ciesze gebe do slonca. Muzyka klasyczna – jest uroczyscie, tropikalnie i kosmicznie. I ten dziwny ptak – mutant, koguto-tukan wielkosci malego strusia, lupiacy okiem na wylegiwujacych sie bialasow. Cudnie.

Przylaze z Nicole i Benem (Sud Afrika). Okazuje sie ze samolot se juz polecial, nie czekajac na nas. O 1:30. Who cares? Nikt, w calej wsi. Oczywiscie nic nie widza – pytam kolesia w biurze. Jego oczy mowia: O co ci kurewwa chodzi czlowieku? Nie trace czasu i w koncu okazuje sie, ze mozemy leciec popoludniowym samolotem.

45 minut i w koncu La Paz. Into the thin air. Brak tlenu, bejbe. 4500 El Alto – miasto, gdzie znajduje sie lotnisko. Ogromny plaskowyz otoczony bialymi szczytami gor. Slonce zaszlo. Bierzemy taxi. Dolar na glowe. Zjezdzamy w dol 500 metrow. Bienvenidos a La Paz – wita mnie zarzacay sie neon. I nagle buummm… wspanialy widok setek tysiecy swiatel w dole. La Paz. La Ciudad de Nuestra Senora de La Paz. Zalozone 453 lata temu przez Alonzo de Mendoze – kolejnego zadnego zlota, krwi i slawy konwistadora.

Hotel Austria – mile miejsce, w samym centrum. Nocna przechadzka. Setki ludzi, krece sie tu i owdzie. Mam rece w kieszeniach i kieszenie jak ocean. Dobranoc.

.-.—-.–.-.-..-.-.–.-.-.-.

jutro postaram sie uploadowac zdjecia…. jak znajde odpowiedni internet…
:_:._::..:-

i znalazlem :)))) patrz nastepny wklep

Posted in .. |

MADIDI – dzungla.

Jestem ciezszy o 10 kilo. Przesiakniety woda. Mam wrazenie, ze deszcz pada we wszystkich kierunkach, z dolu tez. Orlando (przewodnik) toruje maczeta droge dla pozostalej trojki (ja, Ivette & Caspar z Holandii). Nie odzywamy sie wcale. W glebi pewnie kazdy z nas mysli jak znalezc sie daleko, daleko stad. Mam dosc po 3 godzinach. Wszystko mokre (aparaty i minidisk bede suszyl przez najblizsze dwa dni). Dzungla jest wspaniala i przerazajaca zarazem. Pozwala zyc tutaj tylko nielicznym. Ja, ty, twoja siostra, starzy, sasiad, babcia, kumpel z lawki, szef czy burmistrz twojego miasta nie przezyli by tu tygodnia. Mimo, ze w lesie rosnie wszystko co do zycia potrzebne. Zbudujesz dom, wyzywisz sie, wyleczysz rany. Tylko wszystko trzeba umiec znalezc.

Orlando co jakis czas podchodzi do jakiegos z drzew. Glaszcze, dotyka, wycina maczeta kawalek i podaje nam do sprobowania, dotkniecia, powachania.

- To drzewo to kaczuk, bardzo cenne, tamto jest dobre na raka krwi, to na malarie – chinina. Podnosi jaki owoc, rozlupuje na pol i podaje. Sprobuj – zacheca. Zjadam polowe. Nowy samk w moim zyciu. To na potencje – dodaje Orlando i scina maczeta kolejna liane.

Idziemy dalej. Mokra zielen. Zielone pieklo. Drzewo rosnie na drzewie i pod drzewem. Nie widac zwierzat – oporcz malp skaczacych po drzewach. Czasem znajdujemy slady – tapira, pumy. Ptaki i insekty krzycza, mrucza, miaucza, piszcza, gwizdza. Kakofonia. Trafiamy tez na ropuche wielkosci malego psa. Napawa sie ulewa.

Park Narodowy Madidi – ogromny teren na polnocy Boliwii. Dom dla tysiaca gatunkow ptakow (10% wszystkich znanych na swiecie). Dotrzec tu mozna tylko na piechote lub canoe.

Mieszkam w obozie rozbitym o 300 metrow od rzeki. Baraki powleczone zielona siatka – wewnatrz proste prycze z moskitera. Da sie zyc. Komarow nie za wiele – rzeczy wisza na drzewie, buty tez. Wszystko mokre. Znakomita kolacje zjadam w samych majtach. Potem z ekipa miedzynarodowa gramy w yatsi – kosci.

Nocny marsz wzdluz rzeki – Orlando poluje na aligatora. Bestja ucieka.

Leze na pryczy. Tajemnicze odglosy, kroki, bzyczenie, turkot – wszystko na raz. Nie nagrywam na minidisk – wszystko wysiadlo. Minidisk dziala, ale baterie zamokly.

Nastepny dzien to samo. Marsz, wspinaczka, przedzieranie sie, probowanie drzew. Na szczescie w palacym sloncu. A moze na nieszczescie. Orlando znajduje dluga i mocna liane zwisajaca tuz nad przepascia. Fruu…. i juz lece 30 metrow nad glebokim parowem. Wspaniale:))

Wieczorem powrot. Miasto ciche. Wszystko zamkniete. Co jest grane? Narodowy spis ludnosci Boliwii. Na szczescie wszystko trwa tylko do 19:00.

Dzien nastepny. Totalny relaks. Rany sie zagoily, antybiotyki podzialaly. Pranie, sniadanko (wspaniale nalesniki z bananami za dolca). Hamak, hustawa, slonce i arbuzy. Jutro wylot do La Paz.

Posted in .. |

HASTA LA SIEMPRE VICTORIA

Bialy turysta jest zly. Bo goraco, duszno, piekielnie upalnie i pot splywa strumieniami. Bo slonce swieci za mocno, badz tez deszcz nie pozwala wyjsc z hostelu. Bo ciagle trzeba na cos czekac, bo czegos nie ma i nie mozna kupic. Jak tak moze byc? UnBOLIVIAble ! Bo trzeba wciaz pytac po 5 razy aby wyciagnac srednia, ktorych odpowiedzi bylo wiecej i wtedy dopiero sie tym kierowac.

Blondynka o czerwonej twarzy liczy czerwone krosty i plamy na nogach (sam takie mam). 47! wykrzykuje przerazona, krzywiac sie niemilosiernie. Hotel Tuichi. Tani, oblegany przez turystow. Siedze i slucham konwersacji znudzonych GRINGO. Wlasnie gringo. CO to wlasciwie oznacza i kogo mozna okreslic tym zwrotem.
“Green go home” wolali Meksykanie do Polnocnych Amerykanow, podczas wojny w XIX wieku. Stad ten zwrot GREEN GO – GRINGO.

W Ameryce Poludniowej kazdy bialy to gringo. Eres Americano? Gringo? pytaja mnie na kazdym kroku. Zaczynam sie na to wsciekac i powoli wyjasniam ze jestem z takiego malego kraju w Europie. A PAPA! dobrze ze im sie przynjamniej z kims to kojarzy.

W ciagu 2 miesiecy spotkalem tylko jedna osoba zaslugujaca na miano Gringo – a raczej gringa, bo byla to Maria z Californii.

Dalej przysluchuje sie rozmowie w hotelu. Wciaz narzekaja. Chca wrocic do La Paz, zjesc dobra pizze czy tez kurczaka i LODDDYY :))

To po co tu przyjezdzacie, jezeli tak wam sie nie podoba? – cisna mi sie slowa…

Jestescie najezdzcami i trza ta kulture brac taka jaka jest. Nie ma innego wyjscia. Czasem sam nie wytrzymuje i wkurzam sie – niektore rzeczy potrafia nawet najspokojniejszego czleka z rownowagi wyprowadzic. Ale co zrobic?

Nie dziwie sie Boliwiancom. Sa nieufni (szczegolnie ci z gor). Kupuje pomarancze u starej wiedzmy, ta mamrocze cos pod nosem gdy dziekuje i podaje jej 3 monety, a potem pytam o droge. Ona oczywiscie jej nie wie, nic nie wie, nie chce wiedziec i nie chce odpowiedziec.

Czego chce ode mnie ten gringo? Skad ci ludzie biora pieniadze aby przez rok jezdzic po swiecie, co z rodzina, dziecmi? Maja dzieci? Zony, mezow, dom? Ja mam 7 dzieci to wyzywnienia, a przez cale zycie siedze tu i sprzedaje te cholerne owoce. Mam na wode, chleb, ziemniaki, kurczaka czasem. Ser i mleko dla dzieci. A ten gringo chce mi jeszcze zrobic zdjecie! POszedl sobie, asio!

Bo co innego sobie moze pomyslec? Sa ludzie ktorzy probuja to zmienic. BYli tacy i beda. Co walcza o rownosc klasowa. Byl taki jeden. Zszedl tu, na boliwijskiej ziemi…

ERNESTO “CHE” GUEVARA DE LA SERNA

Przyszedl na swiat w Rosario, Argentynie, 14 czerwca 1928.

Lewak, socjalista, idealista z marksistowskimi zasadami. Lekarz, idol, gwiazda, astmatyk i trup. W NYC, Warszawie, El Salvador, Pradze, La Ciudad Mexico kupisz plakat, koszulke, zdjecie i tomik wierszy o nim. Znam przynajmniej 4 osoby co uwielbiaja swoja koszulke z CHE i nie piora ich, aby sie nadruk nie spartaczyl ( Minimal, prosze wstac ! a moze to nie ty? jak cos to mnie popraw, ale kupowales taka w Paryzu??)…. a Max Cegielski zapuszcza taka rzewna piesn w Radiostacji — Comandante Che Guevara….

Guevara wychowal sie w bogatej rodzinie, potem ksztalcil na lekarza i w imie idealow porzucil wszystko i zaczal podrozowac po Ameryce Pld. (MOTOCYCLE´S DIARES – to jego pamietnik z tamtych czasow… (znalazlem tez taki artyklu …. naprawde przerazajacy tytul….hheh)

Sprawowal rozne funkcje w komunistycznym rzadzie Gwatelmali a potem wraz z Fidelem Castro obalil rzad Batistuty na Kubie i zapoczatkowal rewolucjie, ktora z marnymi skutkami trwa tam do dzis…

Che staral nie wplatywac sie w rzadowo-polityczne klimaty. Wciaz szukal nowych drog. Zaprowadzily go do Arfyki, potem znow do Ameryki PLd. Ostatecznie osiadl w okolicy Santa Cruz (mieszkal w tym samym hotelu co ja 34 lata potem), gdzie prowadzil swoje partyzanckie dzialania.

8 pazdziernika 1967 roku zostal schwytany przez wytrenowane przez CIS boliwianskie oddzialy dyktatora Ortuno. Nastepnego dnia, w malej szkolce w La Higuera zostal stracony. W tym samym czasie na calym swiecie duch pernamentnej rewolucji mieszal sie z odjazdami hipisow. All you need is love. T. Leary eksperymentowal z LSD. Caly swiat palil slabiutka marijuane. Bill C. tez, ale sie nie zaciagal. Dzieci kwaity, dzieci smieci. Po Che przyszedl czas na innych – Hendrix, Morrison, Janis, Brain Jones. Byli ikonami popkultury. Taka tez ikona stal sie Che. HASTA LA VICTORIA SIEMPRE.

Ja mialem swojego Kurta Cobaina. O nic nie walczyl. Bo nie widzial sensu, zapewne. Dlatego moze pociagnal za spust…

———-

4 wrzesnia 2000 – rocznica zalozenia mojego bloga. Kondolencje prosze skladac imejlowo….

Posted in .. |

AUTOBUS / RURRENABAQUE

7:30 szybki dojazd na dworzec riksza – aby sie nie spoznic.
8:00 mial odjechac autobus. Mialo byc 15 godzin do Rurrenabaque. Mialo.

Ja do Rurre, Marcel do La Paz.

Pojazd nie ruszyl jednak ani o 8, ani o 9 czy 10. W Samo Poludnie – jak w dobrym westernie.

Ludziska powoli sie zbierali. Wydaje mi sie ze Leniwiec powinien byc w godle Boliwii. Potem przyjechala ciezarowka. 30 skrzyn w niebieskiej folii powedrowalo na dach. Nie wierzylem oczom. Zaladowali wszystkie plus bagaze 40 pasazerow (bylo tego sporo). Ogromne lozko, materac i rower na deser. Wszystko na dach.

W siodmym debowe stoly i szafy,

W osmym slon, niedzwiedz i dwie zyrafy

Maszyna ruszyla. Az byla wyzsza niz dluzsza, zerwala linie telefoniczna na stacji benzynowej. Znow dwie godziny w plecy. Policja, wyjasnianie, nikt nie poczuwal sie do winy. Generalnie mysle, ze winny byl wlasciciel stacji benzynowej – bo dzien wczesniej po pijaku hustal sie na drutach. A dzis druta pociagnal autobus… ;))

Znow w drodze. Z godziny na godzine ciemno-pomaranczowy pyl pokrywa twarze pasazerow. Ogolnie w autobusie FREAK SHOW. Gruba, 200 kilowa kobieta (klasycznie zlote zeby:)) a jakze) pozera niesamowite ilosci zarcia. Potem zapala papierosa i podaje go swoim 4 letnim synkom. Jej maz – boliwijski kowboj wyciaga gole stopy przed siebie. Nie wierze. Sa kwadratowe. Kowbojki o kwadratowych czubach leza na ziemi. Dzieciaki biegaja w kolko, czepiaja sie rak i krzycza. Autobus zatrzymuje sie co chwile. Chwila bolwianska – trudny termin….

Slowniczek:

ahora – teraz : czyli za jakis czas, moze do 15 minut
ahorita – za chwile: to 5 minut do 5 godzin
mas tarde – pozniej: generealnie oznacza ze na pewno nie dzis, moze jutro
manana – jutro: oznacza, spierdalaj, nie chce cie znac, nie chce cie widziec na oczy, szczegolnie jutro.

Po 24 godzinach dojezdzamy do Rurrenabaque. Marcel jedzie dalej. Spoko koles – jemy sniadanie i zegnam sie – szukam hotelu.

Rurrenabaque – sami turysci, az bialo od koloru ich skory. Ja jestem juz oczywiscie brazowy, heheh… Hotel – 20b. i ide do lekarza.

Z dwoch malych ranek, zdartej skory zrobilo sie cos wiecej. Wdala sie infekcja – upal, syfiasta woda i mam za swoje. No i ten przeklety motor – juz nigdy nie bede dawca nerki.

Lekarz jest naprawde spoko. Przebadal mnie, ogladnal rany, przepisal antybiotyki i kurcje 5 dniowa. Bedzie spoko, rzekl. Tak jak i z malaria. Chloroquina jest ok i jezeli nie mialem dreszczy ani innych takich , wszystko bedzie dobrze.
Zreszta malaria tu jest jak grypa – dodaje i mruga okiem.

Sprawdzam konto bankowe – udaje mi sie sprzedac jedno zdjecie do PRESSu (dzieki Hirek). Wiec zakupuje sobie za te pieniazki bilet lotniczy do La Paz – w samolocie wojskowym. Nie mam ochoty rozbijac sie kolejne 24 godzin w autobusie, szczegolnie kiedy spadl deszcz. Autobus moze tez spasc – w przepasc.

Na jutro zakupuje wycieczke 2 w dzungli. Obiadek, spotykam pare Angolow i szkota. BLablabla – gdzie byles, gdzie jedziesz. Sa zblazowani ale naprawde mili i sluza rada. Wskazuja na bandaze na rece i nodze – to ty dzis wjechales w drzewo na motorze??

- It wasn´t me :))) odpowiadam ….

Posted in .. |

GUAYARAMERIN

W koncu po 7 dniach do Guayaramerin. 7 dlugich, krwistych nocy.

Wizyta w migraccion (aby przedluzyc se wizy). Koles w krotkich spodenkach wita mnie w drzwiach – Hola, amigo, como estas? – pot leje sie ciurkiem, jest parno i tropikalnie. Zar tropikow. Atmosfera ociera sie o szczyty lenistwa – koles przybija mi i Marcelowi piaczatke w paszporcie: 30 dias. Czyli moge sobie pobyc w Boliwii do 12 pazdziernika 2001. Ladnie, ladnie.

Siedze w knajpie. W ktorej nic nie serwuja. Zero zarcia – cale miasto oczekuje prezydenta Boliwii. Chrzanie prezydenta – ja chce jesc! W koncu nadjezdza. Pije piwo. Kolumna samochodow mija bar w ktorym siedze. Znuzenie.

Wieczor.

Oczywiscie tradycyjny spektakl w wydaniu boliwijsko – tropikalno – malarycznym. Kolko, koleczko. Motorki, motory – mlodociani boliwijscy DAWCY NEREK daja z siebie wszystko. Flirty, pogaduchy. Czerwone swiatlo – jak swiatlo..?

Wpadam na pomysl aby wynajac moto-riksze. Marcel przynosi 4 zamrozone browczyki i dolaczamy do widowiska. Wygodnie siedzac liczymy okrazenia. W koncu nasz drajwer staje. POkazuje na flaka. Ehh….

Spotykamy Julia z migraccion. Jest ze swoim kumplemm Cezarem. Jedza, gwizdza na panienki – wypijamy pol skrzyni piwka PACENA. Kolesie sie zarzekaja za najlepsze na swiecie – ze jak?:)))

Julio idzie do kibla – Cezar zwierza sie ze Julio powinien byl spedzic w wiezieniu 120 lat – za seks z nieletnimi chicami.
A ile tych lolitek bylo? – pytam. Diez – odpowiada Cezar, usmiechajac sie pod wasem. No comments.

Rzeczywiscie – panienki, mlodziutkie laseczki biegaja po placu. Hola, hola – wolaja na bialych gringo, usmiechajac sie zalotnie. Maja po 12-14 lat. Te starsze maja pewnie juz dzieci i nie moga po placu sobie pobiegac. No chyba ze mamusia przypilnuje.

Posted in .. |

RIO MAMORE – 7 dni na rzece.

Barka cargo wabiaca sie Don Humberto raz na dwa miesiace przemierza trase z Guayara-Merin do Puerto Villaroeal i z powrotem. 1312 km.

Caly stateczek sklada sie z dwoch czesci – pierwszej, napedowej i sypialnej i drugiej – cargo. W porze deszczowej, gdy poziom rzeki jest wystraczajaco wysoki moze przewiezc 450 tys. litrow benzyny. Taka mala bomba na rzece :))

ZALOGA

Razem 10 osob + pies + dwoch gringos (ja i Marcel). Mamy wiec – kapitana Fernando i jego grubasna zone, ktora trzyma caly biznes. Fernando sie w miedzyczasie opala i poluje na zolwie (o tym w dalszej czesci). Jest tez gruby przezywacz lisci koki i chudy przezuwac lisci koki. Gruby steruje statkiem a chudy siedzi w maszynowni, gdzie ogromny silnik Scania daje jak trza. Pies – o slicznym imieniu Viagra, szczeka na delfiny i buszujace na brzegu stworzenia. Kucharka Gloria zapodaje tluste potrawy. Dwojka dzieciakow – Maria (4 latka, corka kapitana i jak sie mozna domyslec, jego zony)) i Bebecho (6 lat, syn kucharki) to istne diably. Bija sie z nami, wyzywaja, smieja, szaleja i placza, jak nie moga czegos dostac. Cabrones. Kto jeszcze? Jest jeszcze koles o twarzy latynowskiego sprzedawcy kokainy, w okularach cobrach i nieodlacznym zwitku koki pod policzkiem – w zasadzie najbardziej w porzadku z nich wszystkich. Jest mlody byczek w przerwach w nic-nie-robieniu podnosi cementowe ciezary na dachu lodzi i podwozie z kopalnianego wozka. Jest tez wariat – starszy pan bijajcy sie rekami po glowie i dzwonijacy na posilek. 3 innych kolesie, ktorz nie wiadomo co robia, snuje sie jak duchy przez caly czas po pokladzie. To juz chyba wszyscy. Bede ich nazywal LUDZMI RZEKI.

DZIEN

Posilki – proste, 3 razy dziennie. Rybka (suszona, gotowana i smazona), kurka, ryz, kluchy, suchy ser, smazone banany, czasem zolw lub jajeczka zolwia. Do picia – woda z rzeki, API (chicha , napoj z kukurydzy, cynamonu, cukru – bardzo slodki, jak wszystko zreszta, dlatego ekipa nie ma zebow, lub ma zlote).

Dzien za dniem. Leze, czytam, pije wode i czekam na zarcie. Patrze na brzeg. Zielono i monotonnie. Woda brazowa, czasem pojawi sie jakis rozowy delfin dla urozmaicenia krajobrazu lub inna barka.

Rzeka dosc szeroka 300-500 metrow. Mnostwo ptakow, mozna wylukac kajmany, delfiny, zolwie, malpiszony.

Spojrzalem na mape – z Puerto Barador do Guayara-Merin jest 839 km.

Triumfo – 4 domy i ranczo. Fernando wymienia nielegalne jaja zlowi na kwasny ser. Robie zdjecia. Mala dziewczynka stojaca obok martwej swini, po raz pierwszy w zyciu widzi aparat. Osada znajduje sie o 4 godziny jazdy koniem od najlbizej wioski. Zero cywilizacji – zyja z tego co da im natura. Maja krowy, konie, swinie, kozy i sad owocowy. Rzeka daje im ryby.

Spogladajac na mape Amazonki mozna odniesc wrazenie, ze nikt tam nie mieszka. Blad. Zyja tam ludzie. W malych chatkach, nad rzeka. Co chwile mijamy jakas osade. Dwie chaty, palenisko, czolno na rzece.

POWOLNE ZYCIE ZOLWIA I SZYBKA SMIERC

Zolwie wodne w dorzeczu Amazonki sa pod scisla ochrona. Jednakze Indianie i ludzie rzeki je spozywaja. Ekipa przez pierwsze dni plywala po okolicy i zbierala zolwie jaja (sprobowalem jednego, tak sobie smakuje). Zapodali mi takze omlet. Potem sie dopiero dowiedzialem co to bylo. Jestem przeciw oczywiscie, lecz nie zmienie ich. Nie zmienia swoich przekonan, bo jakis Polak im to powiedzial.

Dzis rano robilem zdjecia. Z egzekucji. Krwawy spektakl. W nocy ludzie rzeki zlapali 7 duzych zolwi. Rano odrabali im glowy, rozcieli pancerze ze srodka wyciagneli tylko niektore jadalne czesci i odnoza. Jaskrawa czerwien zalala poklad. Dzis to bedzie nasz obiad. Co mam robic – w kwestii zarcia zdany jestem tylko na nich.

MORSKA NUDA, PANIE, MORSKA NUDA

Mija godzina za godzina. Jest nieprzyzwoicie goraca. Z trwoga oczekuje nocy. Przyjda wampiry i tajniacko wslizgna sie przez dziure w moskiterze. POd glowa trzymam spluwe. Nazywa sie OFF. FUCK OFF.

Nie wiem kiedy skonczyla sie woda mineralna. Teraz pozostaje ta z rzeki. Czasem wyciskam grejpfruta i robie miks.

Smaruje rany po wypadku. Ropa sie leje. Ale mam nadzieje, bedzie lepiej.

Ludzie z rzeki gubia sie w domyslach, kiedy dotrzemy do celu. Jutro wieczorem, za 4 dni, jeszcze dwie noce, pewnie z rana w piatek. Moze, moze. Morze, morze. Rzeka, rzeka. Poczucie czasu znakomite. Wszystko jest MANANA, AHORITA – co oznacza jakis czas w nieokreslonej przyszlosci. Generalni REJS w wydaniu w boliwijsko-polsko-niemieckim. Marcel cierpi na halucynacje i szuka swojego telefonu komorkowego aby zamowic piwko i pizze z PIZZY HUT. Wiesz stary, pamietasz meksykanska pizze? byla naprawde zajebista – przezywa mi nad uchem. Staram sie skupic nad tekstem. Pisze i czytam, hustajac sie w hamaku. Mala MAria przychodzi co chwile aby kapnac lub uszczypnac jednego z nas. Bebecho natomiast domaga sie abysmyn mu naprawili proce. Chcialby sie postrzelac trochu…

Manu Chao snuje sie z glosnika walkmana produkcji bolwijskiej. 24/7, caly dzien – znam juz wszystkie slowa na pamiec. Na walkmanie dwie najklejki: SONY i SUNNY. Uwielbiam podrobione nazwy: Dadidas, Panascanic, Toshuba, Timmy Hilfegger -takie kwaituszki widywalo sie w zyciu.

Dzien kolejny. Wedlug najnowszych obliczen i dlugich konsultacji z cala zaloga bedziemy za dwa dni.

Upal zabija. Po co wlasciwie istnieja komary. Jestem juz niezle pokasany. Mam nadzieje ze chloroquina da rade i obroni mnie przed malaria. Nadal odpoczywam, pisze. Czasem skok z 3 pietra statku w brazowe wody Mamore. Po drugiej stronie rzeki BRAZYLIA.

Plyniemy w nocy. W swietle ksiezyca. Przyjemny chlod. Ludzie rzeki ryzykuja oczywiscie – wszystko konczy sie prawie katastrofa – wpadamy na mielizne.

Dzien siodmy.

Zaloga prawie placze gdy sie rozstajemy… mala lodka docieramy na brzeg. Ufff…. mam dosc.

Posted in .. |

EASY RIDER

Dzien zapowiadal sie podobniez jak poprzedni. Chowanie sie przed upalem i czekanie na niewiadomo co…

W hotelu zabraklo wody. Upal. Klejace sie powietrze. Doprowadza mnie to do szalu. Internet szwankowal wiec nic sie zdzialac nie dalo.

W koncu wraz z Marcelem wpadlismy na szalony pomysl dorwac dwa motorki i pojechac do Los Puentes aby sprawdzic barke do Puerto Villaroel.

Wlasciciel wypozyczalni spal. Ocknal sie i nieprzytomny zaoferowal polautomatyczny skuter kawasaki za 10 boliwianos za godzine (1,3$). Spoko…. Nie przyznalem sie wprawdzie, ze na motorze jezdzilem po raz ostatni w I LO. OSA pozyczyl motorek na chwile. Skuter Samson to chyba byl. A teraz Osa siedzi w Paryzewie i tu na mysl przychodzi sentencja:

Co sie stalo z nasza klasa?

Motorek jest szybki. Marcel ma Honde. Dajemy wiec rady zapodajac i kluczac po tropikalnych ulicach Trinidad. Najswietszej Trojcy. Setki inny motorkow, cale rodziny na jednosladzie, ciezarowki, ludzie. Trza lawirowac. Spakowalismy plecaki i jazda. Maszyna szybka – da sie jechac 120. Droga do Los Puenetes na poczatku jest przyjemna. Ale w Puerto Barador robi sie syf. 3 kolory. Blekit, zielen, braz. Niebo, dzungla, ziemia. Dziury, wyboje, gesty zielony las. W Puerto Barador z trudem wjezdzam po waskiej desce na barke. Transportuja nas na drugi brzeg. Potem wyjazd dop gory po stromym, obsuwajacym sie, piaszczystym brzegu. Gaz do dechy, inaczej lezysz.

Zasuwam dalej. Momentami nic nie widze, kurz wlazi wszedzie. Motor nie ma zbyt dobrego zawieszenia. Przez wiekszosc drogi stoje a nie siedze. W pewnym momencie kompletnie juz nic nie widze i wjezdzam w dziure. Jechalem wolno ale i tak po chwili gryze piach. GLEBA. Nic sie na szczescie nie stalo. Tylko zadrapanie na nodze i rece. Prostuje kierwnice w dwokolowym zlomie i jade dalej. Motor ma jeszcze jedna durna ceche, przy startowaniu blokuje sie gaz i wyrywa go w kosmos. Eh…

Dojezdzamy do Los Puentes. W barze spotykamy dwojke Francuzow. Wlasnie przyplyneli z Puerto Villaroel. 8 dni na lodzi. A barka na ktorej plyneli plynie dalej (na polnoc, na granice z Brazylia). Gadamy z szefowa – gruba kobieta o zlotych zebach. Poczekamy, mowi, popijajac ciepla cole, odplywamy o 5:30.

Byla 2:30. Szybki poworot do miasta. Po drodze zabieramy starszych panstwa, jadacych na stopa. Gracias, senor, mowi dziadek, normalnie musimy isc 3 godziny, bo nie mamy pieniedzy na taxi.

Miasto – zakupy, oblewam sie jodyna. 16 litrow wody, moskitera i hamak, ktorego w koncu nie uzyje, bo za krotki.

Nie mamy kompletnie czasu, aby kupic owoce, ciastka, piwko etc. Taxi driver zawozi nas na miejsce. Znow wertepy, drewniany prom przez rzeke.

Placimy 150 bolivianos za osobe za caly rejs i wskakujemy na barke. Kolacja, zachodzi slonce, ludz rusza. Ponoc 5 dni. Bedzie wiecej. Caly tydzien na rzece. Lodz nie moze plynal w nocy, nie za bardzo widac, niski poziom wody i inne tam. Stajemy wiec 2 godziny po zapadnieciu zmroku. Skladam zmeczone cialo w hamaku, szczesliwym, ze nic sie nie stalo. W okolo nowe dzwieki, z krzakow, wody, z powietrza. Zasypiam…

Posted in .. |

TRINIDAD

“Welcome to the jungle, we got funny games”

- Guns n Roses

Taaa.. mamy zabawne gry, tu prawie w dzungli, w Trinidad. Jak na ten przyklad krazenie na motorach przez caly wieczor, wokolo glownego placu w miescie.

Dotarlem tu z ranca. Wazna sprawa w Boliwii. Targowac sie o ceny autobusow. Przychodzimy z Marcelem na dworzec w Santa Cruz. Dopadaja nas naganiacze. Ile do Trinidad? Tu pojawiaja sie rozne odpowiedzi, w zaleznosci od chciwosci. 50,60, 35, 25 bolivianos. Jak w kalejdoskopie.

Placimy 25. Tyle ile trzeba. Nasz upor, targowanie sie i obstawianie przy swoim nie doprowadzily do sytuacji w jakiej znalezli sie gringos w bialych adidaskach jadacy razem z nami. Po przybyciu na miejsce okazalo sie ze zaplacili 50b. Oczywiscie wezwali policje i stracili pewnikiem z 5 godzin z ich zywota, na biurokratyczna robote o 5 rano.

To samo bylo z taxi-motocyklistami w Trinidad. Krzycza 20, 10 za podwiezienie do centrum. Mowie, ok, 2 boliviano. Po chwili pedzimy po pustych ulicach miasta, tuz przed wschodem slona. Easy ridersssss…

Drzwi otwieraja sie. Setki najedzonych komarow wypada na zewnatrz, a zaspany recepcjonista wpuszcza nas do srodka. Pchanie niezbyt ladnie, ale klimat pisarsko-tropikalny.

Zostawiamy rzeczy i pedzimy po kolei po wszystkich wiochach gdzie mozna dorwac barke do Puerto Villaroel. NIestety – same Sokratesy – “wiem, ze nic nie wiem”. Nie wiem jak bedzie rowniez. Moze jutro bedziemy koczowac, czekajac na przeplywajaca barke. Ale rownie dobrze moze to byc za tydzien. Moze za dwa dni uderze autobusem do Rurrenabaque, jezeli barki nie bedzie. Tam tez dzungla, ale potezniejsza…

Znow zmogly mnie tablety. Nie wiem co mnie wczesniej wykonczy, malaria czy ta cholerna chloroquina. Zmeczony upalem, zapachami zasnalem na 4 godziny.

Glowny w plac w miescie. Miejsce adoracji ze strony maloletnich boliwianek. Smichy, chichy, setki pytan, telefony. Tak bylo wczoraj w Santa Cruz…. a dzis? hehhe…. z tego co widze to tu raczej trza miec motorek i zasuwac dookola placu – pewnie z 50% malzenstw tego miasta poznalo sie w ten sposob – jezdzac i flirtujac ;)))

———————–
A teraz cos zupelnie z innej beczki….

TATO !.- wszystkiego najlepszego z okazji urodzin !!

Posted in .. |

KOKAINA

Boliwia to nie tylko TYBET OBU AMERYK, piekne gory, egzotyka, kolorowe stroje Indian, Salar de Uyuni, Tititaca, La Paz czy dzungla.

Boliwia to narkotyki. Przede wszystkim KOKAINA.

Mama Coca jest corka Pachamamy – matki ziemi. Jest darem dla ludzi, aby ci mogli chronic swoje domy, ziemie, plony, rodzine przed ZLEM. Quechua i Ayamara zwykli poswiecac liscie koki podczas zniw, pracy w kopalni czy bodowy domostwa.

Koka jest uprawiana na wysokosci 1000-2000 mnpm w regionach Yungas i Chapare. Paranascie lat temu rzad amerykanski skumal ze wiekszosc kokainy, ktorej ziomkowie uzywaja do pudrowania sobie nosow, pochodzi z Boliwii. Wyslal DEA (Drug Enforcement Agency), aby zbadala sprawe. USA zaoferowaly Boliwii 2000$ za kazdy zniszczony hektar uprawy. Pertraktacje trwaly, niektorzy chlopi sie zgodzili, zainkasowali kase i … przeniesli uprawe w inne miejsce. Tymczasem cartele narkotykowe wzrastaly w potege. Oczywiscie sprawa nie jest rozwiazana do dzis – i pewnie nigdy nie bedzie rozwiazana…

Liscie koki sprzedawane sa na kilogramy na kazdym targowisku. Indianie zuja codziennie od 30 do 35 lisci. Mozna tez pic mate coca (pijam:)) – ponoc wzmacnia sily i pozwala przezyc na duzej wysokosci.

Wczoraj siedzialem na glownym placu razem z Marcelem z Niemiec. Pilismy browca i nicnierobilismy. Policja krazyla wszedzie. Potem przysiadla sie do nas jedna laska, ze swoim kolesiem, ktory byl jej – jak to okreslila – solamente amigo. Plaplala o anakondach, komarach, potworach, imprezach, swojej rodzinie. Potem temat zszedl na narkotyki. Okazalo sie ze na placu przesiaduja rowniez banda kolesi z farbowanymi wlosami, szerokich spodniach i kolorowych pilkarskich koszulkach. TO DILERZY. Dzialka kokainy kosztuje 10 b. ( nieco ponad dolca). Marijuana jest drozsza. Jak sie wyrazila panienka – nazwijmy ja Esmeralda (zapomnialem imienia) – wszyscy GRINGO biora tu kokaine, ale wy nie jestescie gringo, jestescie z Europy….

No ladnie – przynajmniej nie jestem gringo – ale za to jestem Albino. Pieknie. Brakuje mi jeszcze czerwonych oczu.

Wchodzimy do baru. MTV z kaset video zapodaje rowno. Mlodziaki boliwijskie dra mordy. Cypress Hill, Linkin Park, Limp Bizkit, Guns´n´Roses, The Doors. Cokolwiek. Wszystko co jest amerykanske jest piekne. Biale stroje swiecia sie we ciemnosci. Pewnie biala kokaina tez.

Jeden z kolesi pyta – amigos.. du ju lajk kokaina?

Oczy mu sie blyszcza. Wyglada jak diabel.

Nie, nie – my tylko piwko.

Zmykamy stamtad – nie chcialbym sie znow wpierdolic w cos tak jak w Brazylii. Rozumiem wiezienie w Rio de Janeiro, ale w Boliwii?

Napisal bym ksiazke “100 lat ciezkich robot” – idac za Marquezem… ;))

—-

dzis jade do Trinidad. Potem splyw barka (jak sie uda zlapac jakas tania – najlpesza ponoc wojskowa, lub cargo) do Puerto Villaroel. Nastepnie Villa Tunari, Cochabamba, La Paz, Park Narodowy Madidi w dzunglii, Lago Tititaca i sam nie wiem co jeszcze. Kupilem za 3 dolce Lonely Planet BOLIWIA – wiecej szczegolow, jest co czytac, zaplanuje. Poza tym czuje sie dobrze – musze sie powtarzac – widze ze niektorzy doglebnie analizuje wszystko co pisze :)))) hehe…. niedlugo zaczne pisac bzdury wysssane z duzego palca u nogi – taki maly experyment….

Posted in .. |

JEDEN DZIEN Z SZYCIA BARTEKA POGODY

Obudzil sie wczesnie. Tym razem obylo sie bez nocnych koszmarow. Dwie ostatnie noce snil paranoidalne sny. Wsadzil leb pod prysznic, umyl zeby. Zielone jablko na sniadanie. Troche na pale wladowal rzeczy do duzego plecaka i malego. Hotel byl za drogi – znalazl drugi, dwa razy tanszy. Wprawdzie bez cieplej wody. Maly pokoik, lozko, krzeslo, lampka, w oknie siatka chroniaca przed komarami.

W dwoch pokojach obok ulokowali sie artysci malarze. Czy pija absynt? – nie wiedzial, ale pokrywali papier akwarelami z szalenstwem w oczach. Nie odpowiedzieli mu na przywitanie.

Otworzyl brudny czarny plecak (pamiatka po niedawnej wizycie w kopalni srebra) i wrzucil co nastepuje: dokumenty, zeszyt, przewodnik, 2 aparaty…

Tradycyjnie odwiedzil Internet – 2 razy dziennie – rano i wieczorem – nalog i koniecznosc – tak mu sie przynajmniej wydawalo.

Zaburczalo w brzuchu, dosc glosno, aby nie mogl tego zauwazyc. Tuz obok byla knajpka. Serwowali wlasnie amuerzo – lunch, za 5 bolivianos. Zupa z kawalkiem kosci kurczaka – rzecz raczej tlusta, lecz pozywna. Na drugie, kurczak, ktory mial byc pikantny (lubil zjesc ostro) i kupa ryzu.

Miasto. Santa Cruz. Swiety Krzyz. Mial w planach robienie zdjec zebrakom pod kosciolem – aczkowiek wydalo mu sie to efekciarskie, banalne i glupie.

Zniszczona kobieta z malutkim dzieckiem przyssanym do duzej piersi wyciagala reke i cicho prosila o monete. Moze nawet nic nie mowila. Mala dziewczynka (jedno z 4 dzieci zniszczonej przez los kobiety) przylgnela mu do kolan. Patrzyla prosto do gory. Trzymal w reku aparat, latwo i szybko mogl zrobic jej zdjecie. Zamiast tego dal jej 1 boliviano. Rzekl do matki – w porzadku, dam ci pieniadze, ale pozwol zrobic mi zdjecie tobie i twoim dzieciom. Kobieta skrzywila sie i powiedziala, ze za 10b. Nie zgodzil sie. Zdjecia i tak byly by nieprawdziwe. Wyrazalyby tylko czekanie na 10 bolivianos. Nic wiecej. Poza tym nie czul sie z tym dobrze. O wiele lepiej wychodza zdjecia ludzi pracujacych – pomyslal. Zostawil rodzinie 1 monete. Starczy na chleb.

Wlasciwie jaki to mamy dzis dzien ? Przypomnial sobie o urodzinach Taty – za dwa dni. Za dwa dni to nie wiadomo czy bedzie Internet w okolicy. Pognal wiec do kafejki i wysmazyl krotki list z zyczeniami.

Powietrze bylo przejrzyste, lecz slonce dawalo coraz bardziej, wiec ulice opustoszaly, lecz nie Mercado – targ miejski.

Kolorowe stragany, grube wiedzmy siedzace tuz na ulicy. Zjadl kawal ananasa i spozyl orzecha kokosowego, zmagajac sie potem dlugo z miaszem. Przygladal sie tej apokalipsie – tony pieknych smieci, autobusy i ludzi wskakujacy-wyskakujacy prawie w biegu i dzieciaki proszace o LA PLATA, SENOR…

Targ odrzucal, przyciagal, fascynowal, napawal smutkiem i obrzydzeniem. Bylo to jednak najtansze miejsce w miescie.

Plac glowny. Leniwe leniwce wspinajace sie po okolicznych drzewach. Centymetr na godzine. Najlepsze miejsce aby obserwowac ludzi, sprzedawcow coli, gitar, lodow i chipsow domowej roboty. Patrzyl – wspaniala strata czasu.

Zwiedzanie miasta samo w sobie przestalo miec dla niego sens. Coz z tego, ze zobaczy kosciol z 1659 roku lub oltarz z 17?? ….
Nie mialo to wiekszego znaczenia. Wazni byli ludzie i atmosfera.

Wieczor. Wzial krotki prysznic i znow ruszyl na miasto. Pizza, piwko. Dobrze wypelnia. Slonce zaszlo. Dzien sie konczyl. Jutro nastepny – ale kompletnie inny – mial przynajmniej taka NADZIEJE.

Posted in .. |

YO QUIERO SALVAR THE WORLD

Noc byla ciezka. Autobus zepsul sie gdzies w srodku Boliwii, na drodze pomiedzy Sucre a St. Cruz. Zachrubotalo, zaskrzypialo i stanal. W srodku rzeki. Musze dodac ze niewiele jest normalnych drog w Boliwii. Siedzialem w autobusie 18 godzin po wertepach, na skraju przepasci, poprzez strumienie….

3 godziny chlopaki naprawiali autobus, wyciagali go zrzeki, az zasnalem. Obudzilem sie na miejscu. Santa Cruz. Tym razem poruszam sie z malzenstwem z Australii i Marcelem z Niemiec. Miasto gorace, na skraju dzungli polozone. Drugie co do wielkosci w Boliwii – milion luda. Aczkolwiek nie da sie tego zauwazyc. Zycie plynie spokojnie, w czasie sjesty ludzie spia na ulicach, lawkach, gdzie popadnie. Niektorzy nie wytrzymuja i popadaja w szalenstwo – jak ten mlody czlowiek, co rozebral sie w centrum miasta i zaczal krzyczec: YO QUIERO SALVAR THE WORLD (mieszanka angielsko hiszpanska – CHCE OCALIC SWIAT). W koncu po dlugich pertraktacjach odmowil ubrania sie – wiec go aresztowano.

Cieplo, goraco, spozywam wode mineralna, nie wiele jem. Aha i wiadomosci dla tych co mysla, ze oszalalem: TO NIEPRAWDA. jheheheehhe….

W koncu znalazlem internet z USB i CD i wrzucam zdjecia:

POTOSI – czyli kopalnia srebra, impreza w domu Pedra i pare widoczkow na miasto.

Posted in .. |

Chemiczna depresja antymalaryczna

Tabletki. Kupilem ich sztuk 40. Kosztowaly grosze. Chinina. Za 40 bolivianos (6$). Hecho en Cuba, La Havana. Wczytalem sie w instrukcje uzytkownika – 2 na tydzien przed przybyciem w strefe malaryczna, potem 2 kazdego tygodnia pobytu oraz 2 przez 2 tygodnie po pobycie. Ladnie. Zapodalem sobie 2 dni temu. Pierwsza noc minela bez bolu. Normalnie klasycznie, bez objawow depresyjnych.

Ludzie bioracy LARIAM lub inne leki antymalaryczne maja z reguly depresje i koszmary – ponoc przez pierwsze dni. Myslalem ze mnie to raczej nie dosiegnie. Nic z tego. Ostatnia noc byla dramatyczna. Twarze, ludzie, przyjaciele, trupy, kosmici, film s-f z brazylisjka opera mydlana pomieszany i zielone marijuanowe lamy. Obudzilem sie o 12. Z trwoga wyszedlem na ulice. Slonce mnie oslepialo – ciemne okulary bez filtra UV zakupione w Paragwaju za dolca okazaly sie medykamentem. Balem sie jak nie wiem co. Niedziela. Wszystko pozamykane. Chcialem sie napic jakiego wyjebistego soku na mercado. Nic z tego. Dzis oferujemy kurczaka i frytki, senor. A… i podrobke cocacoli.

Zataczalem sie po Sucre. Po czystych ulicach. Bez skladu i ladu. Piekne koscioly i budnyki. Wchodzilem do kawiarenek internetowych. Muy lento? – si si , muy lento (tak, tak, bardzo wolny). Nie moglem otworzyc poczty ani niczego, nawet stron amerykanskich. Wzmoglo to moja chemiczna depresje. I glod.

Chinska knajpa. Nie wiem czemu, ale mam wrazenie ze Chinczycy to idoci. Rozumieja hiszpanski, ale chyba ich mozg inaczej przetwarza dane.

- Hay pollo picante? (jest kurczak na ostro?) – pytam zoltego gbura.

- No, no, senor, no hay… – odpowiada ten spogladajac na pokryta tluszczem cerate zalegajaca na stole.

- ehhh…. no jak to? przeciez widze to waze z papryczkami, salasa i wszystkim co bylo tak ostre, ze moglo by wypalic dziure w niejednym podniebieniu…

- no, tak -oczywscie, senor – zaraz bedzie kurczak na ostro – rzekl ten.

Nie poprawilo mi to humoru. Uderzylem na glowny plac w miescie. Spotkalem Erana z Izraela (jechalem z nim w autobusie do Sucre). Czesc stary, co tam.
Niiiic tam – odrzekl – Snuje sie.

Oczywiscie wdalismy sie w dyspute o holocauscie i MAUSIE, skinach, Indiach, commodore 64 i pieknych kobietach z Izraela.

Siedzac bez ruchu, odganialismy pucybutow, gapiac sie na kolesia ktory pila spalinowa tworzyl rzezbe w ogromnym pniu drzewa.

Wieczor.

Knjapa internetowa. Rzeczywistosc cybernetyczna dziwnie spowolniona. Zapodalem ICQ (udalo sie, o dziwo). TGPLAYER i CHLIP chyba cierpia na bezsennosc wiec zamienilismy pare slow. Maile, gazeta.pl, onephoto, blog.pl, prawda, …. ide sie napic piwka

Posted in .. |

IMPREZA w POTOSI / SUCRE

Ojciec Pedra – gornik – zmarl rok i jeden dzien temu. Przez caly ten czas rodzina ubierala sie na czarno- zaloba.

Po wizycie w kopalni, cala bande zaproszono na impreze do domu Pedra. Minal rok – czarne szaty zostaly zrzucone.

Po przybyciu na miejsce – powitano nas napojem zrobionym z fermentowanej kukurydzy – CHICHA. Smakowalo to to wyjatkowo paskudnie, mimo to wychylilem az dwa plastykowe kubeczki. Katem oka spogladalem na Astrid i Lise – konspiracyjnie wylaly ustrojstwo do ogrodka. Zapilismy chiche od razu czyms mocniejszym – o wiele mocniejszym – czyms co zabilo wszystkie bakterie we mnie plywajace.

Przywitalem sie z wdowa – miala konfetii we wlosach, kolorowe szaty i 150 cm wzrostu. Zgodnie ze zwyczajem tu panujacym przypialem jej banknot 5 bolivianos do chusty.

Cala brygada (ja, Astrid, Fred, Lisa, Marcel, Robert i jego australiska zona) weszla do sali gdzie odbywala sie impreza. Goscie (okolo 50 osob) rzucali zaciekawione spojrzenia, usmiechajac sie pod nosem. Mezczyzni byli pijani. Policzki wypychaly im liscie COCA. Po katach spozywali 96% alkohol. Kobiety – szersze niz wyzsze – siedzialy w kapeluszach. Wygladaly jak czarownice – BRUJAS. Dzieciaki biegaly – dotykaly wlosow pytajac w kolko: Como estas ? hOLA!

Potem tance – szalone – wiedzmy ruszyly stare tylki i zaprosily nas do tanca. Kolesie belkotali: Polaco, mi hermano (Polak, moj bracie) :)) Jeden z nich, wyjatkowo pijany, opowiadal mi o swoim zyciu, ze wkrotce umrze, bo za dlugo wdychal azbest w kopalni. Potem calowal nas po dloniach. EHhh…

Potem znakomita uczyta – smazone ziemniaki i banany, kurczak i salata. Znow chicha i alkohol. Impreza jeszcze trwala – my wrocilismy do hotely. Niezle doswiadczenie.

Dzien nastepny.

Obudzily mnie szalejsce dzieciaki wlascicielek hotelu. Spakowalem sie, autobus do Sucre. Spotykam Roberta i jego zone (kurde , zapomnialem imienia) oraz kolesia z Izraela. 3 godzinki i jestemy na miejscu. Standard – transport z dworca, hotel, potem wypad na miasto.

Scure – jedna z dwoch stolic Boliwii (dwie stolice to chyba lepiej niz jedna ;)))

Ladne miasto – galerie, kanjpki, temperatura 30 stopni, sloneczko i drzewa, ktorych mi brakowalo. Wlocze sie jak zwykle… i nie moge znalezc kompa z USB, aby podlaczyc cyfraka. Moze jutro…

Posted in .. |

KOPALNIA SREBRA

Dostalem gumofilce, robocze spodnie i kurtke, specjalna latarke z bateria wiazana na pasku, ktora przyczepilem do zoltego gorniczego kasku.

Buty numer 42 byly o 2 numery za duze, wiec zapodalem gumiaki nr. 40. Spoko. Cala banda (12 osob: Niemcy, Francuzi i jeden Polak i rudobrody Australijczyk) wygladala jakby wrocila z kopalni a nie dopiero tam jechala. Wszystko bylo na maxa brudne, zablocone i smierdzialo czyms dziwnym. Potem sie okaze dlaczego.

Przewodnik zaprowadzil nas do sklepu dla gornikow. Do wyboru do koloru: dynamit (boliwijski, paruwianski i najlepszy argentynski), rekawice, papierosy, alkohol 96 procentowy. Gornicy spozywaja go w pierwszy i ostatnio piatek miesiaca – w kopalni – oddajac czesc bogu podziemi, czasem tez sprowadzaja lame na dol, i swiezutka krwia polewaja sciany tuneli – aby bylo mniej ofiar ludzkich. Pieknie co?. Oprocz tego do kupienia sa latarki, czekolada, batoniki, lopaty i tysiace innych rzeczy.

Zakupuje paczke fajek, czekolade i cos co sluzy im jako paliwo do starodawnych latarek. Dostana to w prezencie.

Jedziemy. W gore, po totalnych wertepach. Dymi, huczy, ciezarowki mijaja sie na niesamowicie waskiej drodze. W koncu kopalnie. Przed wejsciem do szybu – lepianki zrobione z blota i kupy lam. Umorusane dzieciaki biegaja w tam i z powrotem. Kobiety – zony i kucharki z nieukrywana ciekawoscia spogladaja przez na wpol uchylone drzwi.

Zapalamy latarki i wchodzimy do srodka. Kopalnia srebra – sprawila ze Potosi bylo najbogatszym miastem Ameryki Poludniowej, 200 lat temu. Tu, w szybach Cierro Rico zmarlo 8 milionow ludzi w ciagu 300 lat. Tragiczne, ale jak pomyslec ile osob na swiecie nosi biuzuterie zrobiona z bolwijskiego srebra – robi sie jeszcze bardziej ponuro i smutno na duszy.

Grube belki podtrzymuja strop. Robi sie coraz cieplej i cieplej. Coraz wyzej (4500m) a strop obniza sie z kazdym krokiem. Wale glowa w strop, az milo. W koncu spotykamy pierwszych gornikow. Pchaja ciezki wozek. Witaja sie i pytaja czy mamy cos dla nich. 96 procentowy alkohol wedruje w rece ucieszonych katorznikow. Zarabiaja 1,5$ dziennie, pracujac po 12 godzin czasem. Raz w tygodniu (w sobote) moga pojsc to prywatnej kopalni i wydobyc co im sie podoba. Znajduja sie tam lepsze poklady cyny, cynku, brazu i srebra. Moga tego dnia pracowac 24 godziny. Czasem dochodzi jednak do konfliktow pomiedzy roznymi grupami gornikow. 2 dni temu doszlo do strzelaniny, przyjaciel jednego z naszych przewodnikow lezy teraz zmasakrowany w szpiatalu (widzialem zdjecie na pierwszej stronie lokalnej gazety w Potosi). Dzieki turystom dostaja 15% od agencji turystycznej KOALA (prowadzonej przez bylych gornikow) oraz prezenty od gringos. Jednakze sezon trwa tylko 4 miesiace – w porze deszczowej nie maja co liczyc na turystow.

W koncu rozdzielamy sie. Na dwie grupy. Nasz przewodnik od 4 lat pracuje w KOALA. Wczesniej przez 3 lata byl gornikiem, potem mial wypadek i zaczal pracowac dla agencji. Mowi ze jest szczesliwy – niezle zarabia i pewnie zmarl by w wieku lat 45 gdyby wciaz pracowal. Taka jest bowiem srednia zycia. W kopalni pracuja nielegalnie rowniez dzieciaki. Zaczynaja gdy maja 8 lat – sluza jako przynies-pozamiataj. Srednia zycia w tym przypadku 32 lata. Koszmar.

Robi sie coraz goracej. Dziwny zapach unosi sie w powietrzu – to arszenik i azbest. Azbest w polaczeniu z powietrzem sprawia ze temperatura wzrasta – do 45 stopni celsjusza.

Siedzimy przez ogromna figura bozka (opiekuna kopalni) zrobionego przez gornikow. Tu wlasnie spozywaja alkohol i oddaja lame na krwawa ofiare.

Potem schodzimy 20 metrow nizej. Przewodnik mowi do mnie idz pierwszy. Z poczatku nie wiem wlasciwie gdzie mam isc. Omiatam snopem swiatla mojej latarki najblizsza mi okolice. W koncu zauwazam waski (40-50 cm) przesmyk w scianie. Sciagam plecak z aparatami i woda. I zaczynam sie czolgac. 10 metrow i zsuwam sie do wiekszego pomieszczenia. Za mna reszta. Idiemy waskim korytarzem, po kolana w wodzie i blocie. Pol zalewa mnie na maksiora. W koncu widzimy srebro. Waska smuga srebra jest ledwo widoczna w swietle latarki. Nic to – idziemy dalej. A raczej wspinamy sie. Wpierw drabina, potem jeden krok (dwa kroki i jestes martwy – przepasc 20 metrow w dol) i nalezy skrecic w prawo, aby mozolnie wspianc sie 40 metrow w gore. Chwytam sie jakis kabli, slisko jak cholera. W koncu lewdo zywy docieram na gorze. Na tej wysokosci brak tlenu, a co dopiero wewnatrz gory, pelnej trujacych oparow.

Po pol godzinie wychodze na powietrze. Zasyfiona industrilana okolica wydaje mi sie piekniejsza niz wczesniej. Szaro. Oskubany pies goni lame, ta z trwoga ucieka poniezej pagorka skubiac nieistniejaca trawe.

Dla gornikow ta kopalnia to cale zycie. Mowia ze nie zamienili by tej pracy na inna. Mimo ze tak malo zarabiaja i codziennie ryzykuja zycie… ZYCIE.

—-
a propos ZYCIA – dolaczylem do akcji dolacz i ty :))

Posted in .. |

POTOSI cz.1

POTOSI – zalozone w 1545 roku, na wysokosci 4070m. Pod koniec XVIII wieku bylo to najbogatsze i najwieksze miasto w Ameryce Poludniowej, dzieki kopalniom srebra. Miasto piekne i tragiczne zarazem. W ciagu 3 wiekow zmarlo tu okolo 8 milionow robotnikow !!! W wiekszosci niewolnicy z Afryki i Indianie. Usmazyli sie, zagazowali na smierc w trujacych oparach chemikalii lub z glodu i nedznych warunkow.

Dalej jade z ta sama ekipa co wczesniej (razem 5 osob). Meczy mnie to coraz bardziej. Noc w autobusie. 8 godzin po bezdrozach Bolwii. Tlok, ale nie skarzylem sie – zrobilem sobie 7 godinna medytacje – spac sie nie dalo. 2:30 rano – Potosi. ladujemy sie w taksowke za 15 bolivianos (wychodzi po 3 boliviano na leb). Razem 7 osob. My, taksowkarz i jego totalnie najebany pomocnik. 10tki pijanych kolesi zatacza sie po calym miesicie. Pomocnik belkocze i mamrocze. Taxi jest na maxa odjechane. Wyglada na to jakby chcieli polaczyc dwa systemy: wyspiarski i europejski. Deska rozdzielcza jest po prawej stronie a kierownica po lewej. Naprawde niezly schiz.

Hotel – ma z 300 lat. Mozna by bylo krecic horrory. Do 5 rano czytam PASJE ZYCIA. O 12 podbudka i wynosimy sie do innego lepszego i tanszego hotelu ale zdala od centrum.

Bolwianskie flaki na MERCADO (targ). Niemiec prawie zszedl jak mu powiedzialem co to jest.Dlugie czarne wlosy kucharki potegowaly wrazenie…

Miasto…. chodze, wlocze sie, podziwiam. Pije Mate Coca (pseudo herbatka dla uzaleznionych od kokainy narkomanow – ponoc pomaga na duzej wysokosci – a po powrocie do Polski wynik testow na kokaine bedzie pozytywny)

Jutro kopalnie srebra – nalezy zabrac liscie kokainy, cukierki i papierosy dla gornikow. Wciaz pracuja jak w XVIII wieku. Ale to juz nastepnym razem.

Posted in .. |

SALAR DE UYUNI

Pedzimy przez pustynie terenowa Toyota. Ja, Marcel & Lisa (Niemcy), Fred & Astrid (Francja) oraz Elias (kierowca) i Justina (kucharka). Za 70$ 3 dni na piustynii.

Odprawa na granicy Chile-Boliwia (4600m). Przerazliwe zmino, zakapturzeni urzednicy, zartuja cobie caly czas. No i chyba nie umieja liczyc. Zaplacilem 15$ za 3 osoby (wjazd do parku narodowego). Mowie do kolesia ze reszta dla mnie to 35$. Ten wyprobowal wszelkie kombinacje ze swoimi pieniedzmi i ni cholery nie udawalu mu sie wydac mi reszty. W koncu zabralem mu plik dolcow i sam sobie wydalem 35$. Hombre byl mi chyba wdzieczny…

Pare rzeczy bedzie niezmiennych podczas nastepnych 3 dni: slonce i ksiezyc, nocne niebo biale od gwiazd, przerazliwe zimno, smarowanie sie kremem chroniacym przed sloncem, piach, snieg, srednia wysokosc 4000m, sol, gejzery, wulkany i zmieniane opony w samochodzie.

Pod wieczor pierwszego dnia docieramy do Laguna Colorada. W tym przypadku natura najadla sie za duzo LSD. Czerwone jezioro setki rozowych flamingow, zolta trawa, szare bloto i tumany wrecz srebrnej soli wzniecane przez szalejacy wiatr.

Choroba wysokosciowa juz daje sie we znaki. W moim przypadku bylo to tylko pol godziny bolu glowy. Reszta cierpi.

Jemy kolacje w baraku. Mam wrazenie ze jestem na innej planecie – w stacji badawczej. Nie ma Francuzow. W pewnym momencie wpada Astrid, sapiac i belkoczac probuje wytlumaczyc. COS. Leb mnie boli nic nie rozumiem. Ale MArcel i Lisa chyba tak. Astrid bierze ode mnie 10$ i prawie placzac zmyka. Po 15 minutach dochodze ogolnie do siebie (2 aspiryny). Okazuje sie ze Fred gdzies zginal, Astrid spanikowala i wynajela samochod terenowy aby go znalezc na tym smiertelnym pustowiu. Zapada zmrok a temperatura spada. W nocy bedzie minus 20 na zewntrz.

Zajadam sie zupa z ryzem i w pewnym momencie wchodzi jak zwykle zadowolony z siebie Dudu (tak Astrid nazywa Freda). Byl na spacerze. Prawie sie zgubil, potem sie potknal o szkielet konia i wtedy sobie uzmyslowil ze moze byc zle. Jak sie dowiaduje o wszystkim, wynajmuje nastepny samochod i jedzie szukac Astrid. Niezly cyrk – jak w durnej francuskiej komedii tragicznej. Justina (kucharka) zartuje ze za chwile wszyscy pojada sie szukac… Niestety nie mam dobrych wiadomosci dla tych zadnych krwi – wszystko sie konczy – Api Endem :))

Noc. Barak. Ludziska ciezko sapia. Szczelnie zamknieci w spiworach. jakies 20 osob w jednej sali. Charcza, smarkaja. Niezawysoko?

Dzien drugi.

12 godzin przez pustynie. Elias raczy nas swoja kolekcja kaset: greatest shits z lat 80tych, bolwianska klasyka, The Beatles i niesmiertlene Scorpions. Wind of Change miesza mi sie z Hotelem California. Potem Lisa zapodaje Massive Attack. Swietnie sie tego slucha na tych bezdrozach. W nocy docieramy do jedynego wiekszego miasta – Uyuni. Mrok, kurz i dziurawa droga. Jemy kolacje w domu Eliasa a potem do hotelu. Zmino. Czytam PASJE ZYCIA przy swieczce. Zasypiam

Dzien Trzeci.

Salar de Uyuni. Najwieksze slone jezioro swiata. Na wysokosci 3653m. 12000 km kw. Plyniemy a raczej jedziemy na Isla de los Pescadas (Wyspa Ryb – nie ma zadnych ryb, ale wyspa z daleka wyglada jak ryba).

Po drodze Hotel w calosci zrobiony z soli. Mistrzostwo swiata. Zagladam do srodka. Slone lozka i fotele. Wszystko. Doslownie. Ukradkiem lize sciane – aby sie upewnic.

Oczy bola od tej bieli. Trafiamy na ewenement – pewna czesc jeziora pokrywa 10 cm woda. Jest pieknie. Teraz reczywiscie plyniemy. Isla de Pescadores – kaktusy i male podobne do szynszyli – vizcache.

Powrot. Tym razem na dachu. Samochod pedzi 80km/godz. 4 osoby na dachu, bialo, pieknie. Prawie umieram z zimna.

Ostatni punkt wyprawy. Cmentarzysko starych pociagow. Zajebista atrakcja turystyczna. Zdjecia – kiedys. Za miesiac.

Dzis wyjazd do Potosi. o 19 mam autobus. Jeszcze jade z Francuzami, ale trza bedzie ich pozegnac :)) raczej. Czasem przeciez nie mozna sie we wszystkim porozumiec… no ni?

Posted in .. |

FOTKI – ANDY, CHILE, ATAKAMA, SALAR DE UYUNI

Siedze od 2 godzin i staram sie wrzucic :))) nie mam sily. sie wszystko slimaczy. ale daje rade. jutro nowy tekst.

ARGENTYNA – ANDY

CHILE – SANTIAGO, SAN PEDRO de ATACAMA

ATAKAMA – SALAR de UYUNI

Aha.. i wrzucilem nowa fotke na ONEPHOTO.NET

Posted in .. | Tagged

SAN PEDRO de ATACAMA cz.2

Valle de La Luna – czyli dolina ksiezyca. Sol, wszedobylski piasek, wciskajacy sie wszedzie – szczegolnie w oczy moje i aparatow. Eduardo nasz przewodnik spokojnie wyjasnia jak powstaly te niesamowite formy skalne. Na sam zachod slonca jak mrowki, wszystkie ludziska mozolnie wspinaja sie na olbrzymia 100 metrowa wydme, bedaca czyms w rodzaju pomostu pomiedzy dwoma czerwonymi wzgorzami. Potem szalony bieg w dol. W tumanach kurzu. 30 na godzine, bez trzymanki, na leb na szyje. Na sam dol.

3:28 rano. Jakis glos znow mnie obudzil we snie – Bart, wstawaj, kojocie….

Znow Eduardo. 90 km. El Tatio Geysers. Jest to najwyzej polozone pole gejzerow na swiecie. Na wysokosci 4300m w kompletnej ciemnosci otaczaja mnie opary, dymy, siara, istne pieklo, lodowe pieklo na ziemi. Wschodzi SLONCE. Upragnione. Temperatura podskakuje o 25 stopni. Momentalnie. Przed chwila nie czulem rak, zamarzly. Na szczescie jest kawa i bulki ugotowane w plastikowym pudelku przez Eduarda. Jak ugotowal? Polozyl je na gejzerze. Naturalna kuchenka. Sniadanie mistrzow.

Vikunie, vizcache z przerazeniem obserwuja najazd turystow.

W koncu kapiel. Temp. wody 27 stopni. Nie mam recznika wiec nie plywam. Mocze malo apetyczne odnoza.

San Pedro de Atacama – w miescie nie ma pradu. Wszystko zalezne od baterii slonecznych. Totalne rozluznienie. Wymieniam 2 ksiazki na jedna. Ale za to polsku – Pasja Zyciac – biografia Van Gogha… wspaniala rzecz….

Wieczorem piwko przy swiecach. Miedzynarodowa ekipa. Rano wyjazd. Do Boliwii…

Posted in .. | Tagged

SAN PEDRO DE ATACAMA

Pustynia. Atacama. Jakze inna niz Sahara w Maroko. Gorzka piesn snuje sie z glosnikow we wspanialej knajpie zasypanej piaskiem . W ktorej jest Internet. Wszedzie internet. Jestesmy spetani kablami. Cala ziemia.

24 godziny w autobusie. Ocean Spokojny – zobaczylem go o zmierzchu. Wcale nie byl spokojny. Ja tak.

Juz ponad miesiac. Juz sierpien. Jest taka plyta Counting Crows AUGUST AND EVERYTHING AFTER…

No wlasnie co bedzie potem?

Wyslalem paczke z filmami. Do NYC. Za 10 dni bedzie u Ciebie, Kufel:)) Moze beda skany – slajdow i cz-b… za czas jakis…

San Pedro de Atacama. Tym razem snuje sie z ciemnoskora Dominique z Anglii i Frankolami – Fredem i Wilma ;)) Wilma to zart oczywiscie. nie pamietam jak ma na imie…

Wspaniale miejsce. Na biezaco bede pisal. Wokolo sucha pustynia, osniezone szczyty wulkanow (6000 metrow), najwyzej polozone pole gejzerow na swiecie, i ogromne slone jezioro. Tamze jade w niedziele. Terenowy samochod za 70$ zabierze mnie prosto do Uyunii w Boliwii. 4 dni na pustynii.

Posted in .. | Tagged

FOTO w SANTIAGO

Kupilem bilet do Calamy. Prosto na Atacame (to taka pustynia jakby ktos byl lama). To bedzie dluga podroz – 22 godziny w autobusie.

Zapodaje na miasto. Bezuzytecznie przesiaduje w knajpach, pije kawe i jem frytki a potem znow szlifuje bruk ulic Santiago.

Zapakowalem niesmiertelnego eos 50 do plecaka. dzis robie portrety. Wcale nie jest trudno. Nikt nie odmawia. Wystarczy gadka w stylu:

“Puedo sacar una foto, yo soy estudiante de fotografia, de Polonia”

To zwykle wystarczy…

Zalozylem obiektyw 50 mm – czyli trza robic z bliska, a nie z tajniaka. Ktos kiedys powiedzial , chyba jeden z fotografow agencji Magnum:

“Jezeli zdjecie jest kiepskie, oznacza to, ze nie podszedles wystarczajaco blisko”

Swietna uwaga…

Robie i robie – w koncu wpadlem w swoj stary rytm. Zostawilem cyfraka w spokoju – zajebista sprawa ten cyfrak, ale rozleniwa jak cholera…

Na szczycie Cerro Santa Lucia spotykam 4 Polakow – brody, okolo 40tki, przemierzaja swiat, pracuja w Nowej Gwinei. Pogadalismy chwilunie i pognali przed siebie… maja jeszcze rok podrozy przed soba… pierwsi Polacy jakich spotkalem.
Jutro idzie paczka z filmami do Nowego Jorku – prosto w rece mastera Kufla.

Posted in .. | Tagged

SANTIAGO 2

Santiago – miasto raczej nie zaskakuje. Sam juz nie wiem czego mam wymagac od tych wielkich miast. Moze wcale do nich nie jezdzic?

Centrum – jak wszedzie. Wielki plac, setki ludzi, wariaci, znuzeni dniem osobnicy spiacy na lawkach i rogrzewajacy swoje kosci w promieniach zimowego slonca. Naganiacze, zapraszacze, sprzedawcy wszelkiego dobra i zla, panienki pedzace do pracy, szkol, stukajac obasami przyciskajac do piersi jakies papiery. Slodkie :)

Lepiej jest ominac centrum – wsiasc w metro i wybrac sie na wloczege po innych dzielnicach. Bellavista – stare domy, knajpki, teatry, upadli artysci i ci ktorzy aspiruja dopiero do upadku.

San Cristobal – goruje nad miastem spowitym fioletowym smogiem (dzizas, pierwszy raz cos takiego widzialem na oczy – a propos oczu – widzialem reklame MUCHO SMOG? kropli do oczu). Wokolo osniezone szczyty. Przychodzi na mysl Rio de Janeiro i Corcovado – tez gora, tylko zamiast Jezusa – jego Matka, sprawuje opieke nad miastem. Jako srodek transportu, rowniez kolejka za 1$. Jest takze sanktuarium – psalmy, piesni dobywaja sie ze srodka docierajac w kazdy zakatek wzgorza. Po drodze ZOO STATION – dla hardkorow – nie mam jednak zamieru ogladac papug i malp w klatkach.

W koncu wywolalem slajdy i cz-b (bedzie 10 sztuk). Nie wiele, bo oszczedzam – na Boliwie, Peru, Ekwador, LOCOlumbie i Wenezuele. No i moze Kube badz Jamajke. Znalazlem tanie polaczenia z Caracas do Havany za 200$. I z Havany do Cancun (Meksyk) za 150$.

Przyszla noc. Dluga. W przeciwienstwie do dnia. Moze wyrusze jej na spotkanie….

———

Z radoscia witam siostre, ktora wlasnie powrocila z Truskawkowych Pol na Wyspie Aniolow. Yo zista !!

Posted in .. |

ACONCAGUA / SANTIAGO DE CHILE

Pubudka o 11. Wlasicielka hotelu zapycha mnie wlasnej produkcji chlebem , dzemem i kawa. Jestem gotow. Znow w drodze. Ubieram sie cieplo. Wsiadam w autobus do Puente del Inca (autostop bez powodzenia dzis). Zalatwiam formalnosci zwiazene ze wszystkim. Potem 3 km w gore i w koncu widze tablice: CERRO ACONCAGUA 6959 m. Wspinam sie wyzej, zapadajac sie po jaja w sniegu. No i w koncu ja widze. Prawie 7000 metrow. W zimie – prawie nie do wejscia. 15 dni, 1000$ za pozwolenie na wspinaczke. Niezle co?

Spotykam Kanadyjczykow z Quebecu (Christel i Olivier). Spotkalem ich dzien wczesniej. Teraz razem lapiemy stopa. P 2 godzinach bezskutecznego czekania, kopania grud sniegu, udaje sie im zlapac TIRa a mi autobus. Granica. Kontrola wszystkiego. Pies uzalezniony od wszystkich narkotykow niucha moj plecak. Zawiodl sie chyba ;)) Znow spotykam Kanadolcow. Wsiadaja do autobusu. Placimy po 10$ i po 4 godzinach Santiago.

Szybko przemieszczamy sie i po 15 minuyach jestemy w centrum. Hotel INDIANA – swoje piekne lata ma juz dawno za soba. 6$ i mam pieknie pachnacy swieza farba granatowy pokoik zamykany na klodke.

Jest kuchnia – zapodajemy ryz, parowki, pomidory i kukurydze z groszkem.

A teraz? Teraz sie snuje po okolicy. Znow wielkie miasto. Znow wszystko wyglada tak samo. Ale atmosfera jakas luzniejsza niz w Buenos Aires. Ruszam na miasto….

Posted in .. | Tagged

USPALLATA / PUENTE DEL INCA

Kawa i bula na dworcu. Polspiac czekalem na autobus (Mendoza – Uspallata). Impreza w nocy byla calkiem calkiem. Piwko, grill. Po raz kolejny zauwazylem ze argentynczycy to kompletni nacjonalisci (lub jak kto woli – patryjoci). Nie obylo sie bez klasycznej rozmowy na temat Falklandow (Malwinow), spornych wysp z Chile i rozczen co do Antarktydy.

W pozniejszej fazie imprezy jeden z nich (o twarzy Johna Torturro lub tez Paula Simona) zaspiewal hymnn Argentyny. Potem kazal wszystkim wsatc (ja nie moglem sie ruszyc, zmeczenie, 3 rano) i zapuscil piesn LA LIBERTAD. Wzruszyli sie jak krokodyle;)

Poszedlem spac w koncu. Nie wiele snu. Przez pol nocy cala brygada zbierala sie na jakas impreze pokrzykujac VAMOS, VAMOS.

Rano przez sen uslyszalem budzik. Snilo mi sie, ze rozmawiamz tym kolesiem z recepcji, ktorego poprosilem o pobudke. Snilem ze pytam go o autobus etc. potem sie obudzilem i zobaczylem ze otwieraja sie drzwi, wchodzi koles i mnien dopiero teraz budzi. Czesto tak mam, szczegolnie gdy musze cos rano zrobic.

Czytam ksiazke Alexa Garlanda THE TESSERACT. Wymienilem ja w hostelu w Buenos.

Trafilem w klimat. Przez pierwsze 20 stron kolo snuje opisy brudnego hotelu, ulic Manili, przesiaduje w MacDonaldzie obserwujac ludzi i czeka na jakiegos gangstera wabiacego sie Don Pepe.

A . No i kupilem tez CIEN ANOS DE SOLEDAD MArqueza (100 lat samotnosci). Czytalem to 3 razy w polskim tlumaczeniu. Teraz czas na oryginal.

“Muchos anos despues, frenete al peleton de fuisamiento, el coronel Aureliano Buenida habia de rocordar aquella tarde remota en que su padre lo llevo a conocer a hielo (…)”

Tak to sie zaczyna…

W koncu USPALLATA. Spalem jak zabity cala droge. W tym miescie i okolicach krecono film z Bradem Pittem – 7 lat w Tybecie.

Miasteczko polozone w pieknej dolinie otoczonej bialymi szczytami gor wrzynajacymi sie w blekitne niebo.

Niestety nie ma juz autobusow do PUENTE DEL INCA (inkaski most). 80 km. Autostop. Najpierw TIR, potem na piechote 3 km (itr musial zjechac na clo). pare stopni celsjusza. Slonce daje tak ze bede slepy na starosc. Mijam wejsce do Parku Narodowego Aconcagua i cmentarz Andinistow. W konuc lapie nastepna ciezarowke. Niestety koles sie zamysla i zawozi mnie pod sama granice z Chile. Musze wracac 13 km do Puente del Inca. Most jest wspanialy. Zbudowala go sama natura. Pod nim mieszcza sie ruiny domu uzdrowiskowego – w dalyszym ciagu bija tam cieple zrodla – aquas calientes. Jakos udaje mi sie powrocic do miasta. Jestem prawie niezywy…

Posted in .. | Tagged

MENDA part 2

Mc Donald´s wszedzie na swiecie jest niezobowiazujaca enklawa. Siedzisz ile chcesz, nikt cie nie wygania. Zimne frytki. Saczysz plyny. Potem jest nawet gdzie je wydalic.

Mendoza znajduje sie okolo 200km od granicy z Chile (przelecz na wysokosci 4000 mnpm).

Staram sie jak najszyciej dotrzec do Boliwii i Peru. Tak aby zalapac sie na sucha pore. W Boliwii wywolam filmy i negatywy i wysle je do NYC do Kufla (ktory je zeskanuje i wrzuci na sieci, nieprawdaz mistrzu? ;)))) Raczej nie zamierzam z nimi jezdzic przez dlugi czas, bo nie wiadomo co sie moze zdarzyc.

Ogolnie Argentyna i Brazylia troche zrujnowaly moj budzet. Dlatego staram sie jak najszybicej opuscic ten kraj (piekny, ale drogi – moze Patagonia kiedys w przyszlosci :)))

Zdarzyl sie CUD – lub jak kto woli NIECH ZYJA SZWAJCARSKIE SCYZORYKI !!

Wrocilem do hostelu. Pachnialo zupa pomidorowa (lub czyms w tym rodzaju). Wyciagnalem zwloki Canona z plecaka i scyzoryk. Zabralem sie do naprawiania. Dr Frankensztajn alias Pogoda. Rozkrecilem skurczybyka. Poskladalem, poukladalem. IT´S ALIVE ! zakrzyknalem. Dziala bez zarzutu. Autofocus, migawka. wszystko. Jeszcze na zdjeciach przetestuje. Ale widac ze wszystko jest spoko. Ciezki kamien prosto z serca gruchnal o glebe (podobniez jak canon 4 godziny wczesniej) …

Deszcz na zewnatrz. Nie widac gor.Wszyscy siedza w hotelu i gostuja. Piara grube przpocone gorskie skarpety. Bevery Hills 91210 w TV, fura ksiazek na polkach, gazety, mapy, przewodniki. Jest co robic gdy deszcz pada.

Posted in .. | Tagged

MENDOZA

14 godzin autobusem. Smierdzialo kupa niemowlaka. Krzyki, placz, Tanczacy z Wilkami bez fonii na video. Zapuscilem Marleya, ksiazka i po 3 godzinach slodko spalem. Az do samej Mendozy (sliczna nazwa co?). To calkiem spore miasto. Na wysokosci 800mnpm. To jest brama Andow. Jutro wspinam sie wyzej – na 3000m.

Jest zimno. Mglisto. Znalazlem hostel za 8$. Aha no i zmarl moj aparat eos 50 smiercia tragiczna. Moje lozko jest na pietrze, wiec wyciagajac z plecaka bluze (ziiimno) wypadl mi eos i gzmotna o glebe. Nie dziala fokus. Migawka dziala. Teoretycznie da sie robic w manualu. MUsze przetestowac. Ostatecznie sprzedam go gdzies za marne pieniedze, chyba ze da sie go naprawic. Spust migawki nie styka.

To tyle. Glodny jestem piekielnie. Schronisko jest super. W koncu ludzie ktorzy mowia tylko po hiszpansku i dzis bedzie grill i kolejena impreza.

Posted in .. | Tagged

zbieram zabawki…

… i w nocy pakuje sie w bus do Mendozy. To juz prawie Andy. Spedze tam naprawde szmat czasu i pewnie po powrocie na niziny zahcoruje na chorobe nizinna – depresje.

Mialem nie imprezowac poprzedniej nocy. Ale do Irlandczykow dalczyl Niemiec (studiuje we Frankfurcie nad Odra, przezywalismy Wroclaw i imprezy) i polalo sie piwo. Do 5 rano.

Mam dosc wielkich miast. Dosc.

Posted in .. | Tagged

LA BOCA

Pobudka o 12. Picie z Irlandczykami nie nalezy do przyjemnosci ;)) 4 litrowe browce na leb poprzedniego wieczoru. Czyli po 8 normalnych. Kac jak sie patrzy. W holu zauwazyelm napis: Nie jedz do La Boca – prawdopodobne jest to ze cie OKRADNA!
No ladnie. Nic to zapakowalem sie w matro, autobus i znalazlem sie tuz pod stadionem BOCA JUNIORS. W tym zespole gral kiedys boski kokainista Diego Maradona – wybrany na pilkarza XX wieku na swiecie i sportowca XX wieku w Argentynie. Ladnych maja sportowcow…

La Boca – dzielnica zbudowana przez wloskich emigrantow. Ludzie tanczacy tango, dzieciaki grajace w pile, koszulki Boca Juniors migaja przed oczyma. Piekne kolorowe domki, klimatyczne knajpki i staruszki siedzacy na lawka – ah.. kiedys to bylo inaczej, panie…

dzieciaki w La Boca

Snuje sie pare godzin. Pstrykam. Dzis dobrze mi szlo ;)) mozna oczywiscie oblukac:

La Boca

! FOTKI Z BUENOS AIRES !

Powrot do centrum. I PLANETA MALP – swietny film Tima Burtona. Idzcie idzcie. Naprawde Warto – jak mawial Najsztub i Zakowski.

Dzis pic nie bede. Dzis pojde wczesniej spac. Dzis.

Posted in .. |

Me gusta viajar

Caly dzien w miescie. Noc nadeszla, wrocilem wiec do hostelu. U2 ‘ z plyty JOSHUA TREE ‘ pieknie. Niewiele osob. Jezeli chodzi o zdobywanie info i poznawanie ludzi hostele (schroniska mlodziezowe) sa niezastapione. Wlasnie 2 kolesi z Irlandii zapodalo mi mnostwo info na temat Chile.

Argentyna. Junta, generalowie zastepujacy generalow. Wyprzedaz kraju. Nienawisc do Angolii (nie mowie tu o tym biednym kraju w Afryce), wojna o Falklandy (pare kamieni na Atlantyku), roszczenia co do Antraktydy i Evita z twarza Diego Maradony. 2 prezydentow w wiezieniu. Na tym pewnie nie koniec. Tu tak jest. Najpierw siedzisz w kiciu, potem jestes prezydentem , potem siedzisz w kicu i znow jestes prezydentem. Dziwny hiszpanski, lodowce, wulkany, Ziemia Ognista, Patagonia. Krzyk kamienia. Jeden wielki krzyk. Wszystko mi sie miesza. A mowili mi zebym nie mieszal. Glowa to nie San Francisco.

Nie placz za mna Argentyno, gdy wyjade. Wkrotce. Lepiej by pewnie bylo w Patagonii, ale przeciez nie chce sie obudzic martwy, zimny. Jak jakis ICE CUBE. Gdzies na pustkowiu, gdzie snieg przykryl drogi, a odleglosci sa kosmiczne. Ushuaia – mialem tam leciec. Ale drogo, a poza tym strajki na lotnisku. Odlot to teraz oni maja , a nie turysci. Wala w bebny w srodku miasta, zadajac szmalu, wolnych sobot, 1 godziny lunchu i wiecej miesa dla rodziny. Bo Argentyna to nie k(raj) dla wegetarian – miliony zabitych krow w restauracjach i na kazdym rogu ulicy. Ahora y siempre.

Sluchalem dzis w sklepie Manu Chao. Nowej plyty. Koles jest stad, stamtad, znikad i zewszad. Hiszpanski, francuski, angielski, portugalski. Wszystko na jednej plycie. Rewolucja o twarzy Guevary i radosci Marleya. Poplatanie z pomieszaniem

Me gusta aviones megustas tu
Me gusta viajar me gustas tu
Me gusta marijuana me gustas tu
Me gusta el sol me mgstas tu

Uwielbiam ten kawalek.

Kupilem piwo. Butelka jest wielkosci Argentyny. Jestem juz pijany. Bialy i niebieski na etykiecie. A w radiu zaraz zagraja hymn.

Dzis 3 godziny siedzialem w sieci. to jest niesamowite. To co dla niektorych jest juz norma, mnie nadal zadziwia, mimo ze siedze w tym od 6 lat. Tysiace kilometrow od domu. Mam kontakt z rodzinka, przyjaciolmi. Wysylam zdjecia, teksty. Totalna cybernetyczna interakcja. ICQ, mail, blog (adomas jestes wiekszy niz… hm.. niz kto…?). 0100110100101010010101010101. Cyfry, ktore zblizaja ludzi. Pamietam, gdy pare lat temu ktos powiedzial ze internet oddala ludzi. Jakis madry psycholog lub dziennikarz. Podpisuje sie pod wydaniem wyroku smierci na ta osobe, poprzez spuszczanie kwasu solnego kropla po kropli. Przez lat 100.

Nastepnym moim krokiem bedzie FILM. Kamera cyfrowa mini DV. Mieszczaca sie w kieszeni o jakosci powiedzmy Polsratu. To bedziefilm z drogi. Wkrotce w twoim kinie i kablowce. A moze w sieci…

Jestem jak postac z kreskowki. Codziennie w tym samym ubraniu.

Swiat sie kurczy. Jak jaderka po kapieli w Batyku w marcowy poranek.

Reality SHOW. hit XXI wieku. Potem bedzie juz tylko KONIEC.

Posted in .. | Tagged

NIEBOSKIE BUENOS

Boskie Buenos boskie jest tylko w piosence.

Region pomiedzy rzeka Parana a rzeka Urugway nazywany jest MESOPOTAMIA. Tak tak… Buenos Aires stalo sie BABILONEM dla wielu ludzi. Wlosi, Hiszpanie, znienawidzeni tu Anglicy, Zydzi (musieli byc zaskoczeni jak okazalo sie ze Argentyna byla takze BABILONEM dla faszytow), POlacy i inni.

Tlum na ulicach, miasto nie rozni sie za bardzo od miast europejskiego poludnia. Wiec nudze sie. Chyba pojde do kina. Nowosci: Zurastik Park 3, nowy film z de Niro i Planeta Malp.

Znalazlem hostel za 12$ ze sniadaniem. Taniocha – jak na to miejsce. Wszystko jest koszmarnie drogie (ceny europejskie, drozej niz w USA), musze sie zywic w zapadlych dziurach, fast foodach (cale szczescie ze balonow nie mozna robic z miesa, bo wszystko jest jak guma do zucia) i wsuwac mandarynki na ulicy (sa tanie dosc).

2 dniowy przystanek. Potem Mendoza, Uspallata (snowboard w ANDACH !!! na 3000 m) i jak sie uda do Chile. Jak sie uda – bo sa problemy ze przejechaniem przez zasypana sniegiem przelecz kolo Aconqacuy. Jak nie bedzie transportu, trza bedzie z buta uderzyc…

——————-

Dorzucilem fotki z Corrientes

Posted in .. | Tagged

BUENOS AIRES

…. hm powietrze nie za dobre, chmury, 15 stopni. 14 godzin autobusem. Teraz tylko krotki tekst. pozdrowienia dla wszystkich, wieczorem sie pojawie i napisze wiecej.

PODZIEKOWANIA DLA KUFLA za przygotwanie BART ON THE ROAD – ENGLISH VERSION . It´s still under construction, but every non-polish reader can check it out NOW !

Wrzucilem tez fotke na ONEPHOTO.NET

TATO!! nie uzywaj mojego konta pocztowego! niech ktos to domu ustawi, goraco pozdrawiam!

________________

i tyle ogloszen na dzis.

Posted in .. | Tagged

MATE

Ulice Paragwaju i polnocnej Argentyny wygladaja jak siedlisko opiumistow. Wszyscy chodza z kubeczkami z wystajaca metalowa rurka. To MATE. Pija ja wszedzie. Zaparzaja, posypuja zielona podobna do herbaty zasypka, ssa, podlewaja goraca woda z termosu, ktory trzymaja w drugiej rece. Nie jedza, nie spia, nie kopuluja. Pija MATE. Non stop. Sa uzaleznieni. I brak mate w sklepach spowodowalby kolejna wojne domowa. Pytam Caroliny co by zrobila gdyby zabraklo. Milczala przez chwile. W koncu wydusila ze nie wie, bo nie myslala o tym. Hm… wydaje mi sie, ze po tym pytaniu beda dreczyly ja mokre sny.

Mate to napoj odziedziczony po Guarani. Ponoc zawiera witaminy A,C,E,b1,b2 i tysiace innych piaracych mozg substancji. Czytam ulotke propagujaca MATE. Wg. niej mate oczyszcza krew, poprawia funkcjonowanie organizmu, wplywa na wyglad wlosow, kontroluje apetyt (taa… ceny sa wysokie, wiec nic nie jedza tylko cpaja), dziala stymulujaco, nie daje spac, pozwala pracowac bez wytchnienia (narzedzie w rekach obrzydliwych kapitalistow), jest substytutem kawy. Pewnie tez zwalcza impotencje i wydluza czlona.

Pytam Caroline: Ty, a co zrobisz jak gdzies wyjedziesz, na miesiac dajmy na to ?

Milczy. I po chwili z radoscia oznajmia: RESERVA:) Taaa.. 5 kilo mate w plecaku.

Kierwa, pranie mozgu dokonane.

Mate sprzedaje sie w worach (jak cukier, czy sol) po 0,80 peso. Wystarcza na tydzien. 52 kilogramowe torby rocznie statystycznie na mieszkanca. Bo pija wszyscy. Niemowolaki nawet. Smakuje jak zielona herbata. A latem zamiast wody uzywaja zimych sokow. Z mate oczywiscie… zyc nie umierac.

Oto przepis jak zrobic mate:
- wsypac mate z torby do 3/4 kubka
- zalac goraca woda do konca (bedac na ulicy , uzyc termosu)
- odczekac
- siorbac, az liscie wyschna
- dolac wody
- siorbac
- i tak dalej, potem wsypac nowa.

W telewizji Natalia Oreiro (dla nieswiadomych – bardzo popularny serial na Polsracie – Zbuntowany Aniol, czy cos w tym rodzaju, znam taka jedna, co nie moze bez tego zyc,)). Ona tez siorbie Mate. Dlatego jest taka ponetna.

W telewizji Bon Jovi. Tapirowane wlosy, rajtuzy, spiewa I’m cowboy. Jakis blady. Widac ze nie pije mate. Biedak.

Mate dla wszystkich, opium dla mas.

czlowiek, ktory pil za duzo mate

Posted in .. | Tagged ,

CORRIENTES ARGENTYNA

Koles o twarzy Zapasiewicza ostro gestykulowal, klepia w ramie siedzacego na platikowym krzesle Metysa-Rasiste
- Widzisz, widzisz – nie tylko u nas jest kryzys, wszedzie, wszedzie – zapial tryumfalnie.

Od pol godziny rozmawialem z dwoma kolesiami w barze kolo przystanku autobusowego – czekalem na transport do Posadas w Argentynie. Musialem sie mocno skupic, aby zrozumiec ich dialekt (hiszpanski zmieszany z Guarani). Metys-faszysta byl faszysta, rasista i czyms tam jeszcze. Aha, byl jeszcze wlascicielem baru, w ktorym wlasnie spijalem kawe.
- Te czarnuchy zaleja caly swiat – zawyrokowal Metys. Nie wiem o co mu wlasciwie chodzilo – nie widzialem zadnego Afro-Paragwajczyka jeszcze (staram sie byc poprawny politycznie).

Potem potoczyla sie gadka na temat sytuacji politycznej i ekonomicznej w Polsce. Lech Walesa – tego typa znali jednynie.

Eres komunista? – zapytal Metys-faszysta grozne spogladajac.

Cale szczescie wkrotce nadjechal autobus do Posadas. Wbito mi wize na 30 dni i po chwili znalazlem sie w centrum (jakis kolo mnie podrzucil).

Mila niespodzianka w banku. Pomimo ze VISA nie dzialala (dopiero od 1 nastepnego miesiaca), ale Maestro moglem wykorzystywac do woli.

Na dworcy zadzwonilem do Caroliny. Polka z pochodzenia. Poznalem ja kiedys na ICQ, szukala swoich polskich korzeni.

Dojechalem do Corrientes. Na dworcu czekala na mnie brygada. Zapakowalismy sie do Cytryny – starego francuskiego zloma z zepsutymi drzwiami. Carolina i jej dwie przyjaciolki. Potem mialem okazje zobaczyc argentynskie karakoe.

Panie i panowie! Mamy tu goscia z Polski. – ryknal wodzirej zrobiony na modle Jerzego Stuhra. Czarne wlosy streczaly mu spod koszuli roztegowanej do pepka.

Rozlegly sie brawa. Machnalem im reka i pokazalem swoja nieogolana facjate. Na szczescie nmie zmusili mnie do spiewania rzewnych piesni o milosci po hiszpansku. Publika byla bardzo powazna i traktowali spiewanie z smiertelna powaga. Po prostu spiewali prosto z dupty i serca. Wrazenie wywarla na mnie laska, ktora wraz z zespolem zaspiewala: Don`t cry for me Argentina. Poruszajace. Mialem wrazenie ze tlum zacznie ryczec, roniac krokodyle lzy…

Potem byly kregle. Zarcie. No i stracilem troche peso (1 peso = 1 dolar).
Na szczescie mam dach nad glowa i internet za friko. Zycie jest piekne czasem, nieprawdaz?

Uff…. Jutro jade do boskiego Buenos.


Chcę jeszcze raz pojechać do Europy
Lub jeszcze dalej – do Buenos Aires
Więcej się można nauczyć podróżując
Podróżować, podróżować jest bosko

- Kora, Maanam

Posted in .. | Tagged

ZYCIE W DRODZE

Dzis chyba znow piate. Przestalem liczyc dni. Wiem tylko, ze od 1 kazdego miesiaca mam nowa sume pieniedzy do wydania (mam limit na karcie = 3000 zeta). Mam nadzieje ze dolar nie pojdzie za bardzo w gore, bo rozliczam sie w zlotowkach.

Zimno – 5 stopni, ale slonce swieci. Jest juz wieczor. Piwko Dorada jest dobrze schlodzone, przed chwila wypilem tez jogurt kokosowy ( polecila mi go wierna czytelniczka – Alicja – ktora byla tu rok temu, dzieki :)))

Mam duzo pisania. Rozmyslania. Mysli wrecz rozpierdalaja czaszke. Duzo pisze, pewnie niedlugo stworze cos na ksztalt odrzutow z sesji nagraniowej bartpogoda.net…
Zaplanowalem trase na najblizszy miesiac. CNN.COM jak zwykle dostarczyl wiarygodne (?) info na temat pogody. Coz, zimno bedzie. Trasa: Corrientes – Buenos Aires – Mendoza – Andy (jakas wiocha w argentynie, osrodek narciarski) – Santiago de Chile – Atacama – Boliwia. Nic dodac.

Pokoje hotelowe. Tanie pokoje hotelowe. Pod kazda szerokoscia geograficzna sa podobne. Te w krajach cieplejszych wrecz identyczne.

Szafa, szafka, lozko. Im tanszy pokoj, tym wieksze prawdopodobienstwo ze nie bedzie toalety i prysznica. Tzn. bedzie, ale na korytarzu. Nieczystosci, brud osaczaja cialo, centymetr po centymetrze – trza sie sprysznicowac. Wspolne prysznice dla wszystich gosci to wspaniala wylegrania grzybow. Bynajmniej nie halucynogennych. W szafie sa koce, ale zawsze uzywam swojego spiwora. Niczym w wieziennej celi na scianach jakas nieporadna reka wydrapala nieodszyfrowywalne mysli. U sufitu – niczym szczatki samolotu ktory przebil sie przez dach hotelu – wiatrak. Wlaczajac go zawsze mysleo mojej scietej glowie toczacej sie po brudnej podlodze. Na szczescie na dzien dzisiejszy upalow brak wiec chlodzic sie nie ma po co.

Czasem pokoj ma niewidzialnych na pozor lokatorow. Ale gdy zapomna oni o swojej wrodzonej niesmialosci, wytkna swoje dlugie wasy, szeleszczac, skrobiac pancerzykami przyjada sie przywitac. Potem bzyczac zjawia sie krwiopijcy i roznosiciele prezentow (np. malarii). Zatopia rurki w ciele ofiary. MacDonald (Bartek Pogoda – jego krew sily ci doda – zdaja sie brzmiec reklamy dla komarow).

A gdy lac sie chce noca, trza sie ubrac (zwyklem spac bez odzienia), wyjsc na niemy i ciemny korytarz, odszukac kibel i zalatwic sie. Gorzej gdy toaleta znajduje sie dwa pietra nizej lub wyzej, badz w ogole jej nie ma. Wtedy pozostaja 3 mozliwosci: zsiakac sie w loze, do butelki lub przez okno.

Ale czego wymagac od hotelu za 3-4$? Kiedys to nawet o hotelu nie bylo mowy. 6-7 lat temu autostop. Z Adomasem, Bedurem, badz tez Konarem, ktory nie bawem zostanie tatusiem. Spalo sie wszedzie – dworce, stacje benzynowe, lawki w parku, plaze, domki na placach zabaw dla dzieci, bramy, krzaki. Przechodzilo sie przez ogrodzenia campingow, aby na dziko rozbic tropik (tropik – nie namiot, kije sluzyly jako maszty). Czasem nie spalo sie w ogole. Autostop, jazda na gape w pociagach, robienie w konia konduktorow i teksty w stylu: ukradli nam pieniadze, mysje; zgubilem paszport; a co to znaczy ticket?; szatan zabral mi mozg i dusze. Ukrywanie sie w toaletach i czasem nonszalanckie zaleganie pod nimi – czekajac na nadejscie konduktora. Bagietki, woda mineralana, mleko, kabanosy zabrane z domu i 50 snikersow od Marty K., ktora byla wtedy przedstawicielem handlowym jakiejs duzej firmy spozywczej. Zazdrosnie i nienawistnie spogladalismy na zabojadow w restauracjach Paryza – dziobali jedzonko, popijali wode Perrier (5 dolcow za mala butelke), a resztki jedzenia ktore zostawiali – mogly by wyzywic 5 takich autostopowiczow.

Tak wygladalo podrozowanie po Europie w latach 1995-1997. Budzet byl znikomy. Kazdego centa zal bylo. Masochistyczne zwiedzanie miast z calym dobytkiem bo szkoda bylo kasy na przechowalnie dworcowa. A chcialo sie zobaczyc jak najwiecej: Niemcy, Belgia, Holandia, Francja, Anglia, Hiszpania, Wlochy, Austria – kazdy dzien inne miasto, inny dworzec, ludzie i dobroczyncy podwozacy cie 500km po niemieckiej autostradzie. Po takich wakacjach zwyklem dlugo odpoczywac.

The Times are changin – beczy Bob Dylan. Na studiach bylo juz inaczej. Azja, Balkany, potem praca w USA i Ameryka Centeralna. Apetyt wzrasta w miare jedzenia a mizna sie kiedys przejesc.

To przedostatni dzien w Paragwaju. Jutro do Argentyny. Temperatura spada…

Posted in .. |

MISJA

Jak sie robi cafe con leche (kawe z mlekiem) na targowisku tuz przy dworcu autbusowym w Encarnacion?

Stara wiedzma, ktora musiala byl kiedys piekna, wlala mleko z dzbana do metalowego kubka. Stawia go na gazie. Druga kobiecina bierze kawe naturalna i wsypuje do drugiego kubka 3 male lyzeczki. Dodaje cukro, troche wody i zaczyna rozcierac specjalnym narzedziem. Zagotowane mleko wlewa do roztartej brazowej papki. I tak oto pijen sobie cafe con leche con kozuch (pamieta ktos korzuchy w przedszkolu?)

Dojezdzam do Trinidad (po hiszpansku to oznacza TROJCE chyba). Znajduja sie tu ruiny starej jezuickiej misji.

Jezuici stworzyli na terenie Ameryki Pld istne panstwo w panstwie. Ich misje lezaly na terenach Brazylii, Argentyny i Paragwaju. Bardzo blisko zyli z Indianami (Guarani). Uczyli sie ich jezykow, byli ich obroncami przed systemem kolonialnym i pewno ich niezle wykorzystywali. Wiecie, Hiszpanie sa be i fe a my jestesmy dobrze – a teraz moj chlopcze idz i nakop batatow w polu. Tym samym wkurzyli Portugalczykow i Hiszpan. Icha dzialalnosc zostala uznana za nielegalna i w 1759 musieli opuscic Brazylie a w 1767 kolonie hiszpanskie. Chyba tez o tym wlasnie opowiadal film MISJA z De Niro i Ironsem.

Bylem tam sam. Jak palec. Snulem sie pomiedzy ruinami. Oberwane glowy swietych. Zniszczone bramy. Teren jest ogromny i w dalszym ciagu prowadzone sa wykopaliska archeologiczne.

A tu jak zwykle zdjecia

Posted in .. |

! NOWE FOTY !

Znow konekscje polskie mnie uratowaly. Okazalo sie ze dziadek wlasiciela telecabinas (internet, telefony, fax) byl z Polski :)) Przez godzine zdazylem obrobic ostatnie zdjecia uzywajac komputera za darmo. Placic musze za uzywanie sieci tylko (5000 guarani = 1,25$). I tym samym dodalem kolejne galerie:

SAO PAOLO

IGUACU

PARAGWAJ

W galerii PARAGWAJ – pojawi sie oczywiscie wiecej zdjec…

Na razie tyle. Wszystkie zdjecia z cyfraka Canon Ixus s100….

Normalnym aparatem zrobilem juz jakies 10 klisz slajdow i czarnobialych. ale nie ma jak tego przeslac jak na razie….

Posted in .. |

HISZPANSKI i drugi dzien w PARAGWAJU

Powracam do nauki hiszpanskiego. Ostatnio wcale go nie uzywalem. Umarl we mnie, pamietam tylko podstawowe zwroty. Spokojnie moge sie tylko dogadac w podstawowych sprawach. Pozostal mi w glowie tylko bierny slownik – czytam i rozumiem, ale nie mowie za bardzo. Tak to jest jak sie nie uzywam jezyka na codzien…

Wyciagnalem z plecaka ksiazki – te ktore mi tak ciazyly – gramatyka, czasowniki, slownik.

Z pewna ulga przyjalem ze nie musze juz sie meczyc po portugalsku. Jakos hiszpanski bardziej mi pasi.

Jezeli ktos mysli ze sobie poradzi w Amercye Pld znajac tylko angielski to raczej jest w bledzie. W regionach turystycznych owszem jest uzywany – ale wszedzie indziej nie ma szans. Nawet mlodzi ludzie rzadko belkotaja po angielsku.

W Paragwaju jezykiem urzedowym jest hiszpanski – ale ponoc 75% mowi takze w Guarani. W stanie Chaco, gdzie mieszkaja Mennoici – mowi sie takze po niemiecku (hoch deutsch). Nawet indianie tam mieszkajacy uzywaja niemieckiego jako drugiego jezyka.

Eh… ta wieza BABEL.

Dzis zrobilo sie naprawde zimno. Wstalem i pani Oda (Japonka) poinformowala mnie ze moge sobie wziac jeszcze tanszy pokoj – za 15000 g. (4$). Oda jest (byla) pianistka – ogladam jej zdjecia malutkiej Ody grajacej na fortepianie na jakims festiwalu.

Pada deszcz, wiatr gwizdze, kawa z mlekiem i suche bulki. W barze. Czekajac na sniadanie przegladam ksiazki. Znow po japonsku. Jedna z nich ze zdjeciami. Jakis koles na piechote przeszedl z Tierra del Fuego (ziemia ognista) az do Panamy. A potem z San Francisco az do Waszyngtonu. A moze to bylo na odwrot? Japonskie ksiazki czyta sie od prawa do lewa chyba…

Zastanawiam sie nad dalsza trasa. Z tego co wiem w Argentynie zima stulecia. Poza tym jest drogo. Nie zabawie tam dluzej niz 1,5 – 2 tygodnie. Pojade najdalej do Buenos Aires a potem przez Andy do Santiago de Chile.

W Andach sezon narciarski w szczycie (wiem to od dziewczyn z Nowej Zelandii spotkanych gdzies po drodze). Cale szczescie ze wzialem dobre buty, polar i goretex. Trza bedzie jeszcze czape i rekawiczki kupic :)

Posted in .. |

PARAGWAJ – ENCARNACION

Jestem slimakiem. Wolno sie poruszam po kontynecie. I jak slimak, zarzucilem swoj dom na plecy, pozegnalem sie z Wikingiem i ruszylem w dalsza droge.

Pozbylem sie wszelkich reali, zostawiajac sobie tylko 1 reala na autobus do granicy z Paragwajem. Blad. Po przejsciu mostu okazalo sie ze musze sie wracac do centrum – do konsulatu Paragwajskiego, aby uzyskac wize. Pot sie lal strumieniami, dom na plecach ciazyl, torba fotograficzna z przodu rowniez.

Biurokracja – jedno slowo. Urzedasy paragwajscy przez 3 godziny przybijali pieczatki i kserowali. Wypelnilem formularze, dalem dwa zdjecia, pobrali moje odciski palcow, skserowali paszport, bilet i jedna niewazna karte kredytowa (zabralem im ksero i wydarlem z kopii numery karty). W koncu dostalem wize na 10 dni.

Paragwaj – czuje sie tu bardziej Ameryke Poludniowa niz w Brazylii. W koncu mowia po hiszpansku, czuje sie wokolo totalne rozleniwienie, zapachy, brudne kible. Ale jest przyjemnie. Prawde mowiac nie za wiele wiedzialem o PAragwaju zanim tu dotralem. I nadal nie wiele wiem. Ale czytam. Wkrotce na lamach tej strony przyblize wszystkim abnegatom fakty o tym kraiku.

Przekroczylem most (po raz enty) i znalazlem sie w Ciudad del Este. Dostalem sie na dworzec autobusowy i zakupilem bilet do Encarnacion (20000 gujarani czyli 4,5$). TO calkiem spore miasto rzut beretem przez Parane do Posadas w Argentynie. Musze przez tydzien pozylowac po ostatnich ekscesach z policja i kupnie sprzetu do nurkowania (dla cyfraka).

5 godzin w autobusie (jedna kontrola policyjna) i jestem na miejscu. Po minucie mam pokoj w hotelu Germano (na przeciw dworca autobusowego). Za 5$. Ale skosno-oka wlascielka (smiala sie ze jej nazwisko jest jak moje tylko ze bez POG – brzmi ODA) powiedziala ze jutro moze bedzie taniej, bo pokoj ktory dostalem jest z lazienka.

Na stoliku lezy STary TEstament po hiszpanku. Przeczytam. W chwilach zwatpienia.

Posted in .. |

CIUDAD del ESTE i ITUIPU

Ciudad del Este – miasto przemytnikow, szumowin, handlarzy i siedziba islamskich terrorystow majacych tu swoja baze (atakuja Zydow mieszkajacych w Argentynie).
Przelazimy przez most graniczny. Nikt nie sprawdza dokumentow, paszportow. Po 5 minutach jestesmy w Paragwaju. Oczom ukazuje sie ogromny bazar. Ogromne kolorowe reklamy znanych firm kontrastuja z wszedobylskim syfem, blotem, starymi gazetami. Maly szok -cenny elektroniki nizsze niz w Nowym Jorku i Azji. Wiking kupuje cyfraka – canon digital 110 za mozliwoscia nagrywania filmow – zajebista sprawa. A ja zakupuje wodoszczelne pudelko do nurkowania z moim cyfrakiem :))

Wchodzimy do ogromnego budynku. Internet za darmo. Platanina tysiecy kabli, podezspoly, 17 calowe monitory LCD. Ciezka kasa. Dziesiatki stanowisk oferuja miedzynarodowe rozmowy tel. przez internet…

ITUIPU – najwieksza na swiecie hydroelektrownia na swiecie. Koszt niebagatelny – 25 miliardow $ i niezla dewastacja przyrody. Zapora zostala zbudowana na Paranie, na granicy Brazylii i Paragwaju. Za friko przejezdzamy autbusem pod tama potem tunel znow do Paragwaju i wyjezdzamy na sama gore aby podziwiac okolice z wysokosci 220 metrow. Wszystko pieknie – tylko ze wolnostojaca woda sztucznego jeziora stala sie wspanialym miejscem legowym dla pewnego rodzaju komarow przenoszacego malarie.

Jutro opuszczam Iguacu. Jade do Paragwaju, kraju malego i rzadko przez turystow odwiedzanego – 280 km na poludnie w strone granicy argentynskiej – zamierzam zobaczyc ruiny 17sto wieczych misji Jezuickich.

Posted in .. | Tagged ,

WODOSPADY IGUACU

Iguacu w jezyku Gurani oznacza WIELKA WODE. Odleglosc od Sao Paolo tez byla wielka. 14 godzin w autobusie. Pare slow o brazyliskich autobusach – sa wygodne, mnostwo miejsca na wyciagiecie nog, klimatyzacja. Za ten odcinek zaplacilem 77 reali (30$). Rozlozylem siedzienie, wsunalem sie w spiwor i spalem przez 12 godzin. Muzyka z MD saczyla sie nieprzerwanie – Radiohead, Cypress Hill, Gramatik z Kalibrem44 na jednej plycie i Pearl Jam TEN…

Wodospady Iguacu – tu nad rzeka Parana stykaja sie miasta 3 panstw: Foz do Iguacu w Brazylii, Puerto Iguazu w Argenynie i Ciudad del Este w Paragwaju.

Foz do Iguacu – jest ogrmomne (wielkosci Wroclawia) – 280 tys. mieszkancow. Mieszkam w Posada Evelina. Wlascicielka jest Polka z pochodzenia. Pani Ewelina ma okolo 60.Jej rodzice – jakas przedwojenna arystokracja – przyjechali do na miesiac miodowy w 1939 roku i zastala ich wojna. Wiec zostali.

Same wodospady powalaja oczywisce na kolana. Po stronie brazylijskiej mozna zobaczyc je w calej okazalosci. Za 8 reali przekraczam brame parku – stamtad autobus zabiera nas az nad same wodospady. W ciagu jednej sekundy rzeka Iguacu zamienia sie w mokre pieklo. Nie chcialbym sie przypadkiem poslizgnac i skonczyc jak paru innych ciekawskich turystow. Pomost widokowy wrzyna sie pod sama katarakte. Jestem kompletnie przemokniety i moje aparaty tez. Ale wyschna, no nie?

Wieczorem rozmawiam z Jeanem. Koles urodzil sie na ukrainie, 52 lata temu. W wieku lat 5 znalazl sie w Belgii. Przyjechal do Brazylii po kocha futbol. Jego syn gra w jakims belgijskim klubie a bliskim przyjacielem jest Wlodzimierz Lubanski. Teraz podrozuje z grupka 8 osob w wieku 25-32. Dziwi sie im. Jezdza, sa samotni, pracuja za duzo. Jean od 30 lat jest zonaty i ma trojke dzieci. Martwi sie ze obecnie pokolenie mlodych jest za bardzo zajete aby zalozyc rodzine. Nie ma czasu na milosc.

Wybor nalezy do ciebie. Ale zawsze jest jakies wyjsce. W co nie watpie i naprawde wierze. Kompromisy – z nich sklada sie zycie…

Pare slow o moim wspoltowarzyszu podrozy. Wiking – Aasmund Nesse z Norwegii. Ma 20 lat. Pol roku temu zdradzila go dziewczyna. Rzucil prace w przetworni lososia i wyjechal. Tak po prostu. Jest roztargnionym i rozpieprzonym muzykiem. Napisal juz z 50 piosenek. Razem tez pare nagralismy na minidisca. Za jakis czas ujrza swiatlo dzienne. Jak juz wspomnialem pracowal w przetworni lososia. Jak sie okresla jest masowym morderca – zabil kilkaset tysiecy ton lososia :) Nie bede pisal co oni tam z tymi rybami robili. Jeden tytul jako podpowiedz: KOMPLEKS PORTNOYA.

Posted in .. | Tagged ,

SAO PAOLO 2

2 dni w tropikalnym Gotham City lub jak kto woli Nowym Jorku Polkuli Poludniowej. Jakkolwiek by je nie nazwac – robi niezle wrazenie. Zle czy dobre – nie istotne. Nie mozna pozostac obojetnym. Latwo sie zgubic, w miare spokojnie poruszac mozna sie tylko metrem. Wszystko wydaje sie podobne, brak punktow orientacyjnych, czasem zalamka przychodzi nie wiadomo skad. Betonowa dzungla. Gigantyczne, na pozor opustoszale wiezowce w centrum miasta roja sie od niechcianych mieszkancow. Nowe, 30 pietrowe wiezowce stoja poza centrum, w bogatszych dzielnicach.

Do jednego z takich budynkow trafilem wraz z Wikingiem. Olivia zaprosila nas do swojego domu. Objuczeni plecakami zapakowalismy sie do windy. Jeszcze w garazu spostrzeglem zaparkowane 2 ferrafi i porszaka. Ladne klocki.

Prysznic, jedzonko, pokoj z widokiem na SP. Olivia pokazuje swoje zdjecia. Ma oko dziewczyna, nie powiem. Witamy sie z ojcem i mamusia. Nie mowia po angielsku – wiec mamrotamy pare grzecznosciowych wzrotow po portugalsku. Zapach naszych brudnych skarpetek jeszcze dlugo unosil sie w przedpokoju.

Na drugi dzien ladujemy sie do centrum. Autobus, 12 stacji metra i jestesmy na miejscu. Olivia pojechala do pracy, wiec jestesmy zdani na nasza nieznajomosc miasta. Przebijam sie przez tlum. Ludzie sprzedaja fatalaszki, plyty, gotowana kukurydze i setki innych rzeczy doslownie wszedzie. Wloczymy sie bez celu – dla samej sztuki. Siedzimy i obserwujemy b-boysow (breakdance), skateboardzistwow, ulicznych tatuazystow i wszedobylskie kurwy. Czas wracac do domu w koncu. Gubimy sie parokrotnie ale w koncu docieramy do dzielnicy milionerow.

Wieczor w kinie. Olivia, jej brat i przyjaciele. I my.

Brat i imieniu Hugo. Jest niezlym freakiem. Studiuje sztuke. Spod czerwonej bejsbolowej czapki stercza czarne niesforne klaki. Prezentuje nam swoje zakrecone zdjecie (nie wiem co na nich wlasciwie jest- ale pooodobba mi sie ;). Potem pokazuje wszystkie swoje tatuaze. Troche to trwa, wiec Olivia ma czas na mejkap w kibelku.

Zaka (od Izaaaka?) i Carol to jej przyjaciele. Zaka ma dready i czerwone oczy swinki morskiej. Maly jest swiat – Wiking spotkal wczesniej Zake w samolocie z Peru do Brazylii :)) Carol to dziewczyna Zaki. Jest artystka (co za niespodzianka….)

Film BROTHER – to rzecz o japonskiej mafii – yakuzie – w USA. Duzo trupow, obcinanych palcow i jedno Harakiri w japonskiej knajpie. Smakowity kasek. Pol filmu po japonsku a drugie po angielsku + napisy po portugalsku. Ale ogolnie da sie zrozumiec.

Po kinie mala imprezka z Brazylisjka ekipa w chacie Zaki. Piwko, ananasy, muza i inne lakocie.

Kolejny dzien do wloczega z Olivia po miescie. wieczorem mamy autobus do Foz do Iguacu (wodosapdy Iguacu), ale wpadamy na internet, do knajpy wegetarinskiej i na koncert.

Koncert – wegetarianskie punki (straight edge). Charakteryzuja sie tym ze nie pija, nie pala, nie cpaja, czasem nie oddychaja, biara udzial w akcjach przeciwko globalizacji, sa smiertelnymi wrogami MacDonalda (na koncercie sprzedawali koszulki z wizerunkiem klauna z Maca i napisem SERIAL KILLER). No i upust swojej agresji daja grajac maksymalnie hardkorowa muze.
Koncert byl denny, na wstep trza bylo przyniesc kilogram zarcia (przynioslem kilo ryzu) i wplacic 5 reali. Nie zaluje, ale czemu ich nie rozumiem, czemu wydaje mi sie ze to co robia nie ma sensu? kompletnie ….

Zegnamy sie z Olivia. Wspaniala dziewczyna – ugoscila, nakarmila. I zyskala nowych przyjaciol…

Posted in .. | Tagged ,

Historia sprzed 2 dni….

TRAFFIC – czyli tragedia w wydaniu brazyliski w 3 aktach.

PERSONY:
ona
pierwszy
drugi
policjant-swinia
policjant-amigo

SNIADANIE

Ona pierwsza zagadala. To bylo przy sniadaniu. Szynka, serek, swieze pieczywko. Kawa i soczek. Ladnie pokrojone owoce na talerzu. Muzyka klasyczna. Pierwszy nalal sobie kawy i usiadl przy stole. Drugi wlasnie napelnial talerz wszystkim co sie da. Pierwszy odpowiedzial na pytanie, ktore slyszal juz wielokrtonie:

- tak, to jest moj pierwszy raz w Brazylii, podrozuje od 2 tygodnii, potem jade do Argentyny, bardzo mi sie podoba, w ogole jest BOM i BONITO – wyrzucil z siebie hurtem, jakby spodziewajac sie reszty pytan i chcac przejsc do bardziej interesujacych tematow.

Pierwszy, drugi i ona umowili sie na potem. Ona ma samochod i wraca po poludniu do Sao Paolo. Dla 1 i 2 to niezla okazja i mozliwosc zaoszczedzenia kasy…

POPOLUDNIE

Pierwszy i drugi leza na basenie. Obiad juz pochloniety. Teraz jest slonce i chill out.

Pojawia sie ona. Otwiera bagaznik samochodu. Tylnie siedzenia zlozone. Malo miejsca na plecaki pomiedzy rowerem, koszyczkami, aparatem, 3 badylami trzciny cukrowej, malym plecakiem i setka innych dupereli. Pierwszy i drugi upychaja swoj ekwipunek jak sie da, robie przy okazji miejsce do siedzenia dla pierwszego.

Stacja benzynowa, bank, sklep. Ona opowiada. O sobie, zyciu, zainteresowaniach. Ma 20 lat, nie wie co ma robic w zyciu, chce pomagac ludziom, planecie, lasom deszczowym i chorej klaczy. Zapisala sie do Greenpeace, nosi nowe ale wygladajace na stare hipisowskie ubrania. Jest dosc ladna, ma piekne, duze brazowe oczy. Sympatyczna i pomocna. Opowiada o miesiacu spedzonym wsrod rybakow nad morzem. Mowi dobrze po angielsku i oczywiscie zamierza podrozowac – tak jak pierwszy i drugi. Sama nie wie gdzie jechac. Tajlandia, a moze Chiny, chociac Wietnam jest interesujacy, ale nie az tak jak Kambodza. Pierwszy i drugi, zajadajac czekoladowe ciasteczka (glod nie wiadomo skad przyszedl ;)) sluchaja uwaznie, starajac dodac cos madrego. Ale ONA jest idealem i ucielesniona dobrocia. Zaprasza nas do swego domu w Sao Paolo – mieszka z rodzicami i bratem, ale kat sie zawsze znajdzie.

WIECZOR

Maly posterunek policji przy drodze BR-101 do Sao Paolo. Policjant Swinia (PS) gryz wykalaczke i narzekal Policjantowi Amigo (PA):
- Zadnych mlodzieniaszkow z Sao Paolo czy Rio. Jezdza z tymi deskami nad morze i pala to scierwo.
PA tylko przytakna. Wiedzial ze PS to stary skorumpowany policjant, zbierajacy lapowki od surferow, palacych marijuane. Raz na dzien zatrzymywali jakis samochod z lebkami w srodku i robili rewizje.

Pol godziny pozniej…

Shit, shit, shit – powiedziala ona – ciekawe czego chca.

Pierwszy, drugi i ona wysiedli z samochodu. PS i PA kazali wyciagnac bagaze. Zaczelo sie trzepanie pojazdu. Szukali wszedzie, zagladali do majtek, kieszeni, spodni, toalet podrecznych, koszyka z ciastakmi, siedzonka od roweru, potem plecaki.

PS wykrzyknal tryumfalnie. Przez 5 minut siedzial pod siedzieniem i szukal czegos na wycieraczce. I oto mial. W reku trzymal maly kawaleczek, kosteczke marijuany. Ha! – pokrzykiwal. Ona zbladla i zamilkla.

Zabrali ich do pokoju przesluchan. Kto, gdzie, po co, dlaczego, jak i milion innych pytan. Pierwszy nie zabardzo wierzyl w to co sie dzialo.
Ale byl spokojny i opanowany. Ona plakala i powtarzala po portugalsku: O meu dios, o meu dios ! Zapierala sie ze to nie ona i ze nigdy i przenigdy, ze pierwszy raz i w ogole ze to jakies nieporozumienie. Placz, szlochanie. PS grzyl wykalaczke i pocil sie jak swinia. Drugi natomiast siedzial w peruwianskiej czapeczce naciagnietej gleboko na uszy. Wiedzial ze bedzie gorzej.

PS zakrzyknal trymufalnie po raz drugi. W portfelu drugiego znalazl ladny i spory kawalek “czekolady”.

No ladnie – pomyslal pierwszy – deportacja i koniec podrozy – jestem z nimi i raczej nie wyglada na to abym byl niewinny. Wciaz byl spokojny i wszystko wygladalo mu na film.

PA podeszdl do pierwszego.

hm, hm – mamy propozycje, zrzucacie sie z pieniazkow i nie widzielismy was tu. jestem wasz amigo – rzekl PA i usmiechnal sie jak na reklamie pasy do butow.

Po pol godzinie, pierwszy, drugi i ona jechali autostrada w strone SAO PAOLO. Ani slowa wiecej. Czasem nie wiesz co cie moze spotkac. Na drodze. Na horyzoncie zablysly swiatla WIELKIEGO MIASTA.

Posted in .. | Tagged ,

SAO PAOLO

Sao Paolo. 20 milionow luda. Moze wiecej. W koncu dorwalem Internet i z wielkim bolem wrzucam zdjecia. Czytam maile, inne blogi, gazete wyborcza. Probuje cos napisac i zebrac sie w kupe. Ale to miasto kompletnie mnie rozwalilo. To taki Nowy Jork. Ale na drugiej pólkuli, i 3 razy wiekszy. tylko budynki mniejsze. Jest nawet dzielnica Brooklin, kwarta zydowska, wloska, arabska. Setki restauracji, knajp, budek z zarciem. Miasto jest drogie, latwo sie zgubic, halas, upal, kurz, setki samochodow…

Parati i Indianie Guarani – nowe fotki

Ilha Grnade – w koncu nowe zdjecia

W NASTEPNYM ODCINKU….

Wlasnie spisuje historie ktora zdarzyla mi sie wczoraj. Zyje, nic sie nie stalo – ale bylo hardkorowo…… i prawdopodobnie opalalbym sie dzis przez kratki…

Posted in .. | Tagged ,

GUARANI UJARANI

Rowery juz na nas czekaly. Po wysmienitym sniadaniu (w posadzie wszystko robia sami – chleb, ciasto, napoje) wskoczylismy na metalowo-plastikowe rumaki – kotre raczej nie wygladaly za dobrze. Zamierzalismy dojechac do miejsca gdzie zyja Indianie GUARANI. Mialem mape okolicy z oznaczona wioska, lecz spytalismy o droge malego czarnego konusa na rowerku. Wskazal ja oczywiscie bez zastanowienia. Pognalismy i po 10 km (pytajac caly czas tubylcow o droge do wioski Indian) dojechalismy do jakiegos miejsca z recepcja i brama powitalna. Kazali nam zaplacic po 3 reale. Wchodzimy. Smierdzi obora, gdacza kaczki, swinie tarzaja sie w blocie. Folwark zwierzecy.
- Where the fuck are these fuckin’ Indians? – rzekl Aasmund…
Okazalo sie ze jestemsy w czyms w rodzaju skansenu. Stary brazyliski kolonialny dom. Brakuje tylko niewolnikow i chlostajacego ich Leoncia oraz Isaury z glebokimi rozterkami. W 3 minuty pozniej wracalismy z powrotem do miasta. Potem jeszcze raz sie zgublismy, az dotarlismy do wioski Guerani. Pomiedzy Indianami przechadzala sie Marie-Julie, poznana wczesniej na Ilha Grande. Starsznie sie ucieszyla gdy nas dostrzegla – mielismy sie spotkac tego wlasnie dnia ale wieczorem.

Dzisiejszy dzien u Indian – byl to pierwszy dzien szkoly – wiec byla impreza. Starcy, kobiety, mezczyzni i dzieci posiadywali wszedzie gdzie sie dalo. Pod scianami szkoly, pod drzewami, na kamieniach. Jedni juz dostali jedzeni drudzy dopiero oczekiwali. W milczeniu. W ogole nie zwracali na mnie uwagi. Siedzialem razem z nimi i robilem zdjecia. Podszedl do nas starszy koles w czapce bejsbolowej i koszulce z Myszka Miki. Dal na ogromny kawal miesa nabity na kij. Z pewna niesmialoscia przyjelismy prezent – odcielismy sobie po kawalku – i rozdalismy wszystko oczekujacym Indianom.

Potem na plazy spotkalismy GUJARANI ktorzy byli UJARANI. GUJARANI UJARANI. Palili ogromna drewniana fajke. Dali mi sprobowac – oczy wyskoczyly z orbit i wpadly w goracy piasek. Gryzacy dym rozpalil mi gardziel. Dziewczynka w koszulce z Bobem Marleym zasmiala sie. Wkrotce smiali sie wszyscy. Szalenczo. I w pewniej chwili przestali. Na trzy – cztery.

Indianie maja przesrane – zyja w czyms w rodzaju rezerwatu. Zyja biednie – jedzenia coraz mniej, bo coraz mniej zwierzat, woda bardziej zanieczyszczona. Codziennie przyjezdzaja ogladac ich turysci. Musza sie czuc jak malpy w ZOO.

Szybki powrot. Tego dnia zrobilismy 60 kilometrow. Dupa mi odpadla, ale czuje satysfakcje.

——————-
I’m still alive – zyje wciaz – dwa dni przerwy w pisaniu (ciezki dostep do sieci) i juz siejecie panike…. hehe….

Posted in .. | Tagged ,

PARATI

Prom odbil od brzegu. Opuscilem wyspe. To juz 11 dzien mojej podrozy. Poruszam sie raczej powoli i tak chyba juz bedzie do konca. Ostatni wieczor uplynal pod znakiem JAM SESSION – brazylijsko-norwesko-polskiego. 2 gitary, harmonijka, brygada z Sao Paolo. Zamierzam umiescic to na MP3 na mojej stronie wkrotce. Impreza trwala do 4 rano.

Dziwne sny. Przychodza co druga noc. Bliskie, dziwne, kolorowe. Spie dlugo 11-12 godzin ostatnio.

Kazdy dzien to czysta kartka. Tak jak kartki w moim zeszycie.

Rzadko uzywam przewodnika. Czasem tylko spojrze na mape, lub pare najwazniejszych informacji. Na codzien nie uzywam, chodze po omacku. Wolno, badajac kazdy centymetr miejsca w ktorym przebywam. Moze dlatego zamiera mi to tyle czasu.

Obecnie snuje sie z Wikingiem – kompletnie powalony i zakrecony przyjeciel. Aasmund – tak zwa go na jego malej wyspie tuz przy wybrzezu Norwegii. Ma 20 lat – swoje jednak przezyl.

Przespalem cala droge w tanim autobusie zmierzajacym do Parati. Po przybyciu na miejsce zabralismy sie za szukanie jakiegos hoteliku, posady. W miedzyczasie podszedl do nas koles – wlasciciel posady ATOBA. Za 20 reali na osobe. Spoko spoko, jest basen, jest morze, troche daleko do miasta, ale bierzemy to.

Starym czarnym garbusem przejechalismy przez przepiekne, stare kolonialne miasto.

Wlasciciel hotelu, przyjaciel Bebel Gilberto (bossanova i te sprawy) i producent muzyczny. W posadzie warunki jak w hotelu 5 gwiazdkowym, a atmosfera jak w domu. 2 ogromne biale psy snuja sie leniwie. Kucharz – jest geniuszem, przygotowuje mistrzowskie sniadania i obiady. Jeszcz jeszcze ogromna, brazowa i kosmicznie cycata murzynka – wyglada jak spasiona wersja Grace Jones.

Gdy spotykasz wiele osob to czasem odnosisz wrazenie ze widziales juz ja wczesniej , ze znasz czy tez masz odpowiednik tej osoby wsrod swoich znajomych, przyjaciol czy rodziny. Mam tak caly czas – niemalze do kazdej osoby, ktora dotychczas spotkalem moge przywolac do pamieci odpowiednik sposrod innych person.

Parati – stare kolonialne miasto. Na poczatku 18 wieku populacja zostala podzielona na 3 koscioly (parafie). NS do Rosario – dla niewolnikow, Santa Rita dos partos libertos – dla wolnych mulatow, NS das Dores – dla bialasow – elity. Potem miasto pelnilo role straznicy-portu dla wywozonego zlota ze stanu Minas Gerais do Portugalii. Coz – czas spac. Zrzucam swoje zwloki na loze i po chwili zasypiam…

Posted in .. | Tagged ,

ostatni dzien na wyspie…

Uderzylisimy z Wikingiem na kajaki. 3 godziny zmagania sie z falami, sloncem i samym soba. Nie bylo latwo. Kajaki sluzyly chyba jako dekoracja przez dlugi czas, byly chybotliwe i trudne do ujarzmienia. Wyplynelismy z zatoki. Ciagle wioslowanie i rozmowy i wosku, zyciu, podrozowaniu. Minelismy mala samotna wysepke na morzu, potem dotarlismy na mala plaze. Oczywiscie nalezala do jakiegos krezusa z Rio. W kazdym miejscu tabliczki – ENTRADA PROIBIDADA. Ale kto by sie o to martwil. Oczywiscie zarcie ktore wizelismy zmoklo kopletnie i nadawalo sie tylko na karme dla ptakow lub ryb. Dobrze ze nie wzialem apratu.

Powrot na wyspe. Zmeczenie, znuzenie, slonce prosto w ryj. Obiadek i powloklem sie do mojej posady, gdzie zrzucilem swoje zwkloki na loze i zabralem sie do lektury LITUMIA W ANDACH – Vargasa LLosy. I zasnalem oczywiscie.

Ostatni dzien na wyspie. Jutro Parati. Tamze uderzyla czesc ludzi. Inni ktorych spotkalem rozpiechrzli sie po calej Ameryce. Byli na swojej drodze. Tak jak ja. To jest tak – jedziesz sam, spotykasz innych ludzi, ale nikt ci nie karze byc z nimi caly czas. Spedzasz zajebiscie czas – rozmowy, wspolne wloczenie sie po okolicy. Zawsze ktos kogo spotkasz poradzi ci w roznych kwestiach, dowiesz sie nowych rzeczy.

Co dalej sie zobaczy. Na razie stracilem inspiracje i moze wroci jak trafie w jakies hardkorowe miejsce. Aby pisac o biedzie, alkoholizmie, zlodziejach, zmeczeniu i innych niezbyt przyjemnych rzeczach. Na Ilha Grnade – jak juz pisalem – bylo pieknie, bezstresowo i czuje sie jak nowy czlowiek, nabralem sil na dalsza podroz….

Posted in .. | Tagged , ,

PLAZA

Kolejny dzien na plazy. Wczoraj staralem sie wrzucic zdjecia na strone – ale nie szlo kompletnie – internet jest przez modem. Sprobuje jak dotre na staly lad – na tej wyspie nic nie dziala jak trzeba. Ale jest pieknie.

Nic nie pisze ostatnio w notatniku. Nie ma czasu. Generalnie przewija mi sie codziennie przed oczyma mnostwo ludzi. Godziny spedzone na rozmowach, spozywaniu procentow, plazowaniu. Mam wakacje no nie? Zreszta jest to krotki odpoczynek przez hardkorem jaki mnie potem czeka. Po zasiegnieciu informacji od roznych ludzi – mniej wiecej zaplanowalem juz trase, choc pewnie wszystko sie jeszcze zmieni.

Jutro czesc ekipy, ktora tu spotkalem – wyjezdza. Z Winkigeim walimy jutro na kajaki. Maly rejs po okolicznych wyspach. Mam nadzieje ze to przezyje. Dzis prawie deska serfingowa obciela mi ten glupi leb…

We wtorek pewnie pojade do Parati – malego sennego miasteczka na wybrzezu, slynnacego z kolonialnej architektury.

Dobrze ze nie jade w stronie Salvadoru (stan BAHIA) – ponoc pare dni temu zastrajkowala policja i nastapil tak zwany NIERZAD – czyli BEZPRAWIE. Polala sie krew, pare osob stracilo zlote zeby i caly dobytek, splonelo pare sklepow. Potem wkroczylo wojsko. No ale co ja tam nie jade – wiec biadolic nie bede. To wszystko nowiny przynoszone na wyspe przez przyjezdnych.

Posted in .. |

LOPEZ MENDEZ

Muzyka rozbrzmiwala jeszcze dlugo. Lecz morze wydawalo sie byc glosniejsze. Piatek wieczor. Oprocz turystow z plecakami przyblo tez dziesiatku mlodych ludzi z Sao Paolo i Rio de Janiero. Carpirihnas, browce, muzyka na zywo, lekcje samby udzielane przez trzy 15 latki z Sao Paolo (samba – chyba jednak potrzebuje wiecej lekcji, niz ten jeden taniec). Tuz po tym jak zainstalowalem u Luisa Fernando windoze -wrocilem na sam srodek dobrej zabawy.

Wszyscy w drodze. 20 latek z Norwegii – ktory od razu wygladal mi na Wikinga – pracowal w przetworni lososia – teraz od roku jest w drodze. Koles z Australii w jednym bucie normalnym – na druga noge zalozyl sandala. Drugiego buta zgubil w Rio jak wskakiwal do autobusu. Tak sie przedstawia – I`m Clinton, you know, like Bill. Na to ja – I`m Bart, you know, like Simpson. Potem spotykam Iana i Erinn z Anglii. Iscie brotylski czarny humor. 3 carpirihanas mas, por favor – krzyczy Irinn do kelnera, ktory juz nie wie gdzie ma sie podziac. I tak przez dlugie godziny…

Rano obudzilo mnie slonce. Pierwszy raz od 3 dni. Ja, Reiner i Andrea – w koncu zebralismy nasze dupy i ruszylismy przez dzungle. Niezle tempo – ukrop, z gorki i pod gorke, bloto, zielen az oczy bola. Zasuwamy. Po2 godzinach jestesmy na Praia Lopez Mendez – ponoc najpiekniesza plaza w Brazylii. No i rzeczywiscie – powala. Bialy piasek, 4 metrowe fale, surfing, laski, blekit nieba i zar slonca.

Zebralismy sie kolesiami (reiner i rafael) – i jak niezlych hardkorowcow przystalo, poszlismy posefrowac. No tak – ale nie mielismy desek. Przez pol godziny staczalismy boje z ogromnymi morskimi zakretasami. Miliony litrow wody przewalay sie nam nad glowami. 100 metrow dalej tubylcy smigali na deskach. Pytam potem jednego jak bylo. Eh wiesz… ciezko, nie ma jednej wielkiej i dlugiej fali, tylko 4 mniejsze. Na tym nie da sie smigac – wyjasnia. Hm. Surfing to filozofia – nie sport. Musze tego sprobowac. Wkrotce.

Zamiast wracac 2 godziny zapodaje na statek. Lodz za 5 reali i talerze pelne owocow. Plyniemy 40 minut.

Czasem trudno mi jest cokolwiek opisac. To nie jest zadna beletrystyka. Pisze co czuje. Ale niektorych rzeczy ni jak. Slowa nie pasuja. Jak kwadratowy klocek w okragly. Nie wlozysz go. Mlotka przeciez uzywal nie bede.

Wracajac z dokow spotkalem dzieciaka w koszulce z napisem – NO STRES, ILHA GRANDE. To chyba wyjasnia wszystko. Geby sie wszystkim dookola ciesza, zycie plynie powoli, saczy sie jak carpihirnia przez slomke.

Posted in .. | Tagged , ,

ILHA GRANDE

Obudzilem sie rano. Zadna to niespodziewajka ze sie obudzilem. Zaskoczeniem byl jednak fuckt ze chmury szare przykryly Rio i niechybnie zanosilo sie na deszcz. Na sniadaniu poznalem Andree i Reinera – pare z Austrii. Rozmawialismy chwile. Okazalo sie ze jada tam gdzie ja – na ILHA GRANDE (WIELKA WYSPA). Powiedzialem ze dolacze do nich jutro, badz pojutrze. Mialem jeszcze polatac na lotni troche. Spotkalem tez niemieckich Polakow z dwiema corkami (prawie juz po polsku nie mowily – wstyd).
Zadzwonilem do CZLOWIEKA PTAKA – ten rzekl ze nie ma zamiaru sobie skrzydel zmoczyc i nigdzie latac nie bedzie. Coz mialem robic – spakowalem manatki zaplacilem za hotel i ruszylem na Rodovarie (dworzec autobusowy). W autobusie spotkalem dwoch kolesi z IZRAELA – rozmowa klasycznie – o ich polskich korzeniach, o Internecie, podrozowaniu. Dostali ode mnie wizytkowki i obiecali nauczyc sie polskiego aby poczytac mojego bloga. To zart oczywiscie ;))

Na dworcu spotkalem siedziala Andrea i Reiner (cwierc Polak jak sie okazalo podczas wspolnego pijanstwa wieczorem – cwierc Polak a pil jak Rosjanin :))). Za 15 reali udalismy sie super wygodnym autobusem do Angra dos Reis (3 godzinki). Tam szybkie zakupy i wskoczylismy na maly prom. Za 3 reale poplynelismy na Ilha Grande. To wyspa (172km kwadratowe) – dzungla, plaze, knajpki, gory i tylko jedna wiocha. Taaa – przyplynelismy i zamiast plazy byl deszcz, bloto, mgla i pare knajp. ale i tak wszystko wygladalo rewelacyjnie.

Zamieszkalismy w posadzie prowadzonej przez Lutza. Rano po sniadaniu rozmawialem z nim przez 2 godziny. Koles z Niemiec, podrozowal przez pol zycia. Byl wszedzie o czym swiadczyly zdjecia na scianach. Calkiem calkiem zdjecia – niektore naprawde rewelacyjne. Lutzowi sie geba nie zamykala. Opowiedzial mi o swoich przygodach i o tym jak 5 lat temu przyjachal na ta wyspe. Poznal kobiete. Ozenil sie. 2 lata temu urodzila im sie dziewczynka. Facet zapuscil korzenie – dobrze ze zdazyl po tylu latach wloczegi. Niezle mu sie powodzi, ponarzekal troche na mentalnosc tubylcow, na 3 policjantow siedzacych na wyspie (maja nawet radiowoz – tylko nie wiem po co – jezli droga ma tylko 200 metrow dlugosci).

W nocy mialem straszliwego kaca. Po wypiciu 3 drinkow – carpirihna, 2 piwek w milej atmosferze.
Zerwarlem sie z loza i uzmyslowilem sobie ze nie mam nic do picia. Znalazlem pomarancza ktorego wyssalem po prostu ze zwierzaca lapczywoscia. Pic sie nadal chcialo wiec wyszukalem jeszcze jogurt truskawkowy. Ehhh…

Zamierzam tu pozostac pare dni. jest Internet – ale ciezko sie jest polaczyc. Prad wysiada co chwile. Mam wrazenie ze mieszkam na koncu swiata. W zielonym raju, gestej dusznej dzungli. Jutro walimy na drugi koniec wyspy. Ponurkowac troche. Jest spokojnie. Sennie.

Posted in .. | Tagged , ,

NOC

Noc jest goraca. Noc zaczyna sie wczesnie. O godzinie 17:30 nie wiadomo gdzie znika wszechmogace slonce.

Nikt spac jednak nie idzie. Noc jest mloda. Ludzie nie wracaja po pracy do domu. Ida na drinka, kolacje z przyjaciolmi.

Zostawilem wszystko co cenne w hotelu. Oprocz cyfraka ktory chyba przykleil mi sie do ciala. Wkurzam sie na te lustrzanki i obiektywy. Ogromne i ciezkie. Mam dwa korpusy i 3 obiektywy (20mm, 50mm, 105mm). Zajmuja cala torbe, ktora ciazy z kazdym krokiem jaki uczynisz. Stajesz sie czlowieku widoczny z nimi na kilometr. Jestes potencialnym celem, mala rybka dla zlodziei. Zastanawiam sie nad czyms mniejszym bardziej poreczniejszym. Tak na przyszlosc. Jakis aparat lunetkowy – Leica lub Contax g2. Plus ten sam zestaw obiektywow. Taki maly sprzet najbardziej przydaje sie w takich miejscach jak Rio – potencjalnie niebezpiecznych. Im twoj aparat wyglada na mniej kosztowny, tym lepiej. Moj caly sprzet poobklejany jest czarna tasma, takze w tym momencie jest NO NAME, a nie jakis tam CANON.

Woda skroplona na szklance piwka kapie mi na kartke….

Siedze w malej knajpce i mam widok na druga. Tamze same siwe glowy, jezyk niemiecki i kelnerzy w bialych koszulach. Bogaci turysci zamykaja sie w enklawach. Chodza do lokali tylko dla nich przeznaczonych i dla tutejszej klasy sredniej. Kelnerzy uwijaja sie jak w ukropie. Oszukuja na rachunkach z szyderczym usmiechem. Dla bogatych Niemcow czy Angolii naprawde to nie ma znaczenia. O tej porze roku i tak jest tanio. W czasie karnawalu ceny rosna 3-4 krotnie.

Opuscilem Lago do Machado i przenioslem sie do Cinelandii. Jak sama nazwa wskazuje jest to dzielnica kin. I to jakich. Nazwy takie jak PORNOGRAFIKA naleza do najczestszych. Tysiace ludzi. Knajpy, sprzedawcy prazonej i gotowanej kukurydzy (zjadlem dzis juz 3 kolby).

W metrze saczy sie muzyka klasyczna. Pelen przekroj i repertuar. Ma uspokajac i koic. I chyba tak jest. Ludzie jezdza ruchomymi schodami, chodza po peronach i gwizdza.

Posted in .. | Tagged , ,

Snuuuje sie…..

Male lokale przy chodniku. Zywie sie w nich codziennie. Za 1 reala mam refresco + salgado (napoj i bulka z serem, warzywami, szynka, miesem, czymkolwiek).

Zjadlem i zamowilem jeszcze CERVEZE (wymawia sie: serwejza). Za 1,40 mam 600ml orzezwiajacego plynu z babelkami.

Jest 13. Upal. Posadzilem swoje 4 litery na goracym piasku COPACABANY. Niestety aby sobie zmaczyc co nieco musialbym zostawic swoj dobytek na plazy, na laske losu. To zlodziejskie miejsce ponoc. Tak mowia LUDZIE.

Poruszam sie bez celu. Mam rece w kieszeniach, kieszenie jak ocean. Chodze, patrze, po to mam oczy.

Gdyby nie wydatek rzadu 15$ dziennie za hotel – moglbym tu przezyc spokojnie za 10$. Jedzenie, jazda metrem, autobusy i internet. Wiecej do szczescia nie trzeba.

Interent jest jednak sporym wydatkiem. Koszt od 2,5 za 15 minut. Znalazlem jednak miejsce w INSTYTUCIE ZYDOWSKIM – gdzie mam godzine za 6 + 15 minut gratis (te 15 minut za to ze przeprosilem za Jedwabne).

Dodzwonilem sie w koncu do kolesia ktora lata na PARALOTNI nad Rio. Mam do niego zadzwonic o 9 rano. Jutro. Dzis wiatr za slaby. za 60$ bede mial totalnie przezycie. Mam nadzieje ze to przezyje. No i mozna robic fotki podczas lotu. Wiec beda i fotki i relacja z moich okrzykow na minidisku.

Dzis wieczorem zostawiam wszystko w hotelu. Oprocz cyfraka i 20 reali. Ide do dzielnicy imprezowej. Szkolu samby, muzyka, laski gorace jak ciasteczko jagodowe w MacDonaldzie.

Posted in .. |

FOTKI

Rio de Janiero – pierwsze fotki. Strasznie ciezko bylo je gdziekolwiek zrzucic, a potem wyslac.. Ale dalem rady. Malo ich. Bedzie wiecej.

Posted in .. | Tagged , ,

CHRISTO REDENTOR

Dzis w nocy komary dowiedzialy sie o moim istnieniu. Bzykajac, pozbawily mnie duzej ilosci krwi…

Moj rytm dnia. 10 godzin spie, 10 godzin non stop laze, jezdze autobusem, wspinam sie na jakies gorki, robie zdjecia, staram sie nie dac obkrasc czy zabic. Przez reszte dnia odpoczywam, jem, czytam i pisze.

Bylem w kinie – TOMB RIDER. Ponetna Angelina Jolie jako Lara Croft. Pomysl swietny, oddanie klimatu gry rowniez. Lecz ogolnie zenada, syf, kwas i debilne zakonczenie. Gazeta Wyborcza da jedna *

Siedzac w stolowce hotelowej, czekajac na sniadanie, obserwuje turystow. Sa to ludzie drogi raczej, z tym ze sa czysci, schludni i gdyby teraz zobaczyli karalucha umarli by z przerazenia. Ale oni maja STYL. Styl ludzi w drodze. Potarganie odpowiednio i sprane koszulki (koniecznie z jakims napisem), spodnie z milionem kieszeni, splowiale wlosy. Na szyi, przegubach rak rzemyki, wisiorki i inne niezbedne gadzety. Maja czerwone twarze, tak czerwone jak arbuz, ktorego wlasnie smetnie dziobia.

Tak sobie mysle – to ostatni taki hotel na mojej drodze. Wybralem go raczej ze wzgledu na bezpieczenstwo. Jeszcze jedna, dwie noce tu i znow w droge. Jade na Ilha Grande (wielka wyspa). Ponoc sa tam najpiekniejsze plaze w Brazylii, dzungla, spokoj, chatki na plazy. Jade tam i bede odpoczywal i myslal. Pewnie nie bedzie tam sieci wiec dam wszystkich spokoj… ;)) Potem w planach Sao Paolo (20 milionow mieszkancow – najwieksze miasto Ameryki Poludniowej!!), potem Kurtyba i Wodospady Iguzau (Foz do Iguacu).

Brazylia to ogromny kraj – 5 pod wzgledem wielkosci na swiecie. Jest tu najwiekszy las, najwieksza rzeka i najwieksza impreza (karnawal w Rio). Jeszcze o tym napisze. Ale potem.

Autobusem z Rio do Foz do Iguacu jedzie sie 21 godzin (za 70$). Na mapie wyglada ze to tylko rzut beretem…

Z Foz do Iguacu przemieszczam sie do Argentyny, potem Chile. Co dalej – sie zobaczy. Zajmie mi pewnie z 1,5 miesiaca aby dojechac do Boliwii. A kasa znika…

Metro – Praca Onze – wysiadam i przez zniszczona dzielnice zmierzam w strone Sambodrome. Na chodniku znajduje 1 centavo. Na szczescie. Chwile potem napotykam sie na zebrzaca staruszke – daje jej 50 centavos – tez na szczescie…

Sambodrome. Pusto. Betonowo. Krzyki dzieciakow grajacych w pilke pod trybunami dla publiki.

Estadio de Maracana – najwiekszy na swiecie. Rowniez betonowy. Tu pod murawa czarownicy druzyny narodowej zakopuja martwe koguty – czary, makumba – importowane z AFRYKI. Place 3 r. i wjezdzam winda na 6 pietro. Tuz pod korone stadionu. Noo naprawde jest duzy :) Tu grali Pele, Zico, Ronaldo, Rivaldo i setki innych “jednoimiennych” kolesi.

Statua Chrystusa Zbawiciela na 709 metrowym wzgorzu Corcovado. Christo de Redentor jest tak duzy i tak ciezki, ze wszyscy satanisci swiata razem wzieci nie byli by wstanie obrocic go do gory nogami…

Wjezdzam mala czerwona kolejka torowa na sam szczyt. Siadam po prawej stronie – ponoc lepszy widok. I rzeczywiscie – “ahy” i “ohy” nie maja konca. Kamery i apraty w ruch…

Po drodze kolejka zatrzymuje sie i wysiadaja z niej tubylcy mieszkajacy na wzgorzu. W totalniej gestej i dusznej dzungli. Tam sa favelas.

Jak zawsze czekam na zachod slonca. Turysci stadnie rozkladaja rece pozujac przed Betonowym Chrystusem. Obiektwy skierowane pod slonce. Ciekawe co im z tego wyjdzie.

Niespodziewanie od strony widokowej, tam gdzie jest kilkuset metrowa przepasc slysze jakies odglosy, sapanie i stekanie. Po chwili pojawia sie 3 kolesi. Wdrapali sie na szczyt spod Corcovado. 5 godzin jak powiedzial mi jeden z nich. Pytam sie go czy wspinal sie na Pao de Acucrar. On na to – to bylo latwe – 40 minu tylko… tylko 40 minut… :)

Kolesie tryumfowali. Jakby nigdy nic przeskoczyli przez balustrade i zaczeli pakowac lini i krabinczyki. Kobiety wpatrywaly sie w nich jak w mistrzow swiata i bogow na ziemi. Juz nie patrzyly na Jezusa. Ich narzeczeni, mezowie, kochankowie znienawidzili smialkow. Byli zieloni z zazdrosci. Pewnie nie jeden z nich zacznie sie wspinac, aby zaimponowac swojej kobiecie, ktora teraz stala w skamienialej ekstazie.

Posted in .. | Tagged , ,

CARIOCAS i autobusy

Gesty tlum. Kazdy gdzies pedzi. Jak na Nowym swiecie w Wawie, londynskim City czy na Wall Street w NYC. Cecha wspolna dla centrum wielkich miast. Przed siebie, za swoimi sprawami. Centrum Rio. Drapacze chmur, setki zoltych taksowek. Ludzie obijaja sie o siebie. Latwo stracic glowe, rozum, dusze lub portfel.
Poznaje Carle. Robie jej zdjecie cyfrakiem. Ta raduje sie i zaczyna sie konwersacja w miksie jezykowym (portugalski, hiszpanski, angielski – jedno wielkie esperanto). Wlasciwie to ona zna tylko portugalski. Mieszka przy plazy, ma piekny usmiech, brazowe oczy i jest informatykiem. Obiecuje mi pomoc w sprawie zrzucenie i przeslania fotek na strone. Ma w chacie kompa ze zlaczem USB . Wymieniamy sie mailami. Ma sie odezwac. Potem sie zegnamy. Cmok cmok. Dwukrotnie w policzek zgodnie z obowiazujacymi w Rio zasadami bon ton.

Szare chmury bezczeszcza blekitne niebo.

McDonald`s – zjadlem jak zwykle zestaw chicken. Zawsze psiocze na maca ze syf, ze sraczko-rako-tworcze zarcie. Tasmociag. Ale przyznaje z calego serca ze ze zawsze mam tu gwarancje przyzwoitego kibelka i odpoczynku na plastikowym krzesle. Moge siac i siedziec – ile mi sie chce. I nikt na lapy mi sie nie patrzy.

Estranxero – czyli obcy. Taki jestem w tlumie. Przybywam znikad i jade donikad. Dla nich to nie ma znaczenia. Sa ludzmi miasta. Ludzmi Rio. Oni sa CARIOCAS. Cariocas to kawa z mlekiem, czasem czarna, rzadziej samo mleko. Tudziez herbata na zolto zabarwiona cytryna. Samba, impreza, karnawal, 12 trupow na dzien, plaza, fale, CHRYSTUS, cukier, sprzedawcy kukurydzy i PILKA NOZNA. Na reklamach naklejanych na autobusy szczerzy sie siwiejacy juz PELE. Ponoc jemu sie udalo – wiec nie za bardzo go tu lubia….. tak slyszalem – czy to prawda?

Pogon za czasem, swiatlem aby robic zdjecia. Zle zrozumiane zdajnie, bledna informacja. I 3 godziniy spedzone w autbusach miejskich. Wlasnie mi leb peka o dzwieku otwieranych pneumatycznych drzwi. Spoznilem sie na ostatni pociag na DZIZASA czyli na gore gdzie stoi posag Chrystusa. Bezsensu. Jutro postaram sie dotrzec tam wczesniej.

Autobusy. Kazdy przejazd kosztuje 1 reala. Wsiada sie z tylu. Autobus mozna zlapac wszedzie i wysiasc wszedzie. pelen luz i chill out. Kierowcy sa mistrzami swiata i mam wrazenie ze nie za bardzo lubia zycie. Tylko czemu kurwa ryzykuja zycie setek tysiecy ludzi dziennie! hehe… po prostu adrenalina mi czasem uszami plynela…. Czasem do autobusu wpadaja kolesie ktorzy cosik sprzedaja – z reguly slodkie cukierki i gumy do zucia.
Siedze sobie dzis i pisze. Ktos mi cos nad glowa mowi. Mysle sobie – pewnie sprzedawca slodyczy. Kiwam glowa przeczaco i nawet jej nie podnosze. Istotka sie nie zmywa. Podnosze w koncu leb. A to mala dziewczynka. Wraca ze szkoly. Rozowa walizeczka. Siada kolo mnie i cos mowi. I dziekuje ze jej ustapilem miejsca. Glupio mi sie zrobilo…. Ta nic – usmiecha sie i odpakowuje z papierka truskawkowego lizaka. Nabokov sie klania – panie Pogoda…. ;)))) hhhihihih..

Mam ochote na CAIPIRINHE. to narodowy napoj Brazyijczykow. Alkohol + limonka + cukier + skruszony lod. Zaraz sie przekonam co to to jest warte.

No i jeszcze jedna rzecz – KINO i TOMB RIDER. Angelina jako Lara, dzungla, i totalny odpal. No zobaczymy… jutro relacja…

Posted in .. | Tagged , ,

NITEROI

Druga strona zatoki. Miasto Niteroi. Dotarlem tu przed chwila i staram sie na internecie przeczekac samo poludnie. jest wyjebiscie goraco…. bejbe….

Dzis udalo mi sie zalapac na cale sniadnie – lasuchow informuje – kawa, sok wycisniety przez murznke ze swiezych pomaranczy, dwa rogalki, mostwo masla, dzemu i sera + banan, arbuz i melon. wielki bart jest usatysFAKcjonowany]…/

Bylem
w rio bylem w bayo – wszystko chuj…

ale nie bylem w centrum rio. Znalazlem sie tam calkiem przypadkiem zmierzajac w strone przystanii promowej.
Ogromne wiezowce, tlum ludzi, bezdomni cariocas z faveli spiacy gdzie sie da. muzyka, krzyki, kobieta zwinieta w klebek trzymajaca w rekach calun jakiegos swietego (nie dzizasa ale jakiegos innego ). Spotkalem tez goscia ktory zbieral kase na podrozowanie. Caly plot obwiesil zdjeciami ze swojej podrozy rowerem po calej Brazylii. Pokazal mi slas na brzuchu po jakims robalu ktory mu sie wkrecil gdy pedalowal przez amazonie. 40 dni go szaman jakiegos plemienia leczyl. Rowerzysta hardkorowiec przekazal mi swoje blogoslawienstwo na dalsze podrozowanie – a ja dalem mu jednego reala.

Nie widzialem jeszcze RIO z morza – wiec to wlasnie uczynilem. Za 1 reala poplynalem sobie promem na druga strone zatoki GUANABARA. Portugalski zeglarz Gaspar de Lemos myslal ze ta zatoka to jakas rzeka wiec nazwal to miejsce RIO de Janeiro (czyli rzeka styczniowa). Taki sam numer jak z oceanem spokojnym ktory wcale nie jest spokojny.;)

Niteroi laczy sie z Rio ogromnym mostem (Ponte Presidente Costa e Sliva) – jednym z najwiekszych na swiecie… no … rzeczywiscie jesty dlugi. ale wolalem polplynal sobie styczniowa rzeka.

Zaraz sie stad zmywam. Przezylem wlasnie istny atak na ICQ na ktore sobie wszedlem. Pozdrawiam – ale nie moge ze wszystkim gadac. !! kurkkka… musze napisac relacje, przeczytac maile ale w miedzyczasie gadam….

Plan na dzis: stadion Maracana, posnucie sie po faveli (hm… nad tym sie jeszcze zastanawiam) i wjazd na Cristo Redentor. dziizaas

Posted in .. | Tagged , ,

PAO de ACUCAR

Spalem ze 12 godzin. Ani halas zepsutej spluczki (ktora prawie sciany wyrywala) nie przeszkadzal mi, ani upal, ani brak klimy (ja w dalszym ciagu sie zastanawiam jak mozna tu wytrzymac latem). O 3 rano zerwalem sie na nogi. Mialem naprawde schizowy sen, ale go tu nie opisze…;))
O 10:00 sniadanko (wliczone w cene pokoju – kawa, bulki, maslo, ser, dzem, arbuz i melon). Skonsumowalem go jako jeden z ostatnich. Ponoc kto je ostatki ten jest piekny i gladki…. hehh gowno prawda jezeli chodzi o mnie – jestem spocony, nieogolony, mam czerwony nos i cos mnie kuje w brzuchu (pewnie to ta kukurydza gotowana).

Okazuje sie, ze w niedziele nie chodzi metro – olalem to i dalem z buta. Przez dzielnice Gloria – do Flamengo i Botafago. A to sie polozylem na glebie, a to na piasku. Gapilem sie w morze i na ludzi. Obserwowanie ludzi – to moj ulubiony sport (lasek w szczegolnosci).

W koncu zaczalem robic zdjecia – wytargalem cala torbe sprzetu. Mam w kieszeni noz – wiec jakby co … ale kozak ze mnie, w koncu tez sie wychowalem na ulicy (rodzinnej 57/9 w klodzku ;)))

Obiad – mala knajpa dla tubylcow – emerycie na niedzielnym obiadku. Papierowe obrusy – kelnerka z ogromna okragla dupa i szatanskim usmiechem porusza sie pomiedzy dziadkami i babciami. Dzis mozna zamowic bylo wszystko byle bylo to COZIDO.
Za 10 reali (kurs 1$ = 2.42 – maja galopujaca inflacje wiec dla mnie to dobry news) dostalem ogromny talerz wypelniony miesem, gotowanymi wazywami, ziemniakami, kapusta, marchiwa i fasola + piwko.

Za 20 reali wjechalem na raty (z przystankiem na miejszej gorze) na Pao de Acucar, czyli GLOWA CUKRU. Pewnie znaja to niektorzy z was z widokowek. I co ja teraz tu moge napisac – byl piknie. Wkrotce moze mi sie uda zrzucic fotki. Spedzilem tam z 4 godziny – az do zachodu slona – ktory powalil mnie oczywiscie. 2 filmy (fuji profia f400 i kodakchrome elite 100 sie zrobily).

Mam marzenie. Ponoc mozna z jednego ze wzgorz wzleciec nad rio na paralotni. Londuje sie na Copacabanie. Ciekawe ile kosztuje taka przyjemnosc. Jak sie uda – to nagram moje krzyki na minidiska. ehhe…

Zaluje ze nie polecialem za 4$ dolary helikopterem z Glowy Cukru nad Jezusa Redemptora. Myslalem ze kosztuje to z 100 $ !!! A tu za 80 reali masz 7 minut lotu.

Dosc tego latania – wracam na ziemie.

Malo jem – piwko, jakas kola, kukurydza gotowana (za 1 reala) lub ogromne orzechy kokosowe , ktore koles przecina przy tobie, wtyka rurke i pijesz (za 1 reala czyli 1,5 zeta). Jak wypijesz, dajesz mu pusty orzech, a ten go maczetuje na kawalki, tak ze mozna wyjesc miasz.

Bede spadal, bo mnie ograbia, zabija, wyrwia serce, zjedza mozg, wytna oczy i napluja na moje martwe cialo a potem rozbija mojego eosa 3 o bruk….

No tak – ale narazie mam wrazenie ze wszyscy sa przyjacielscy, pomocni. Totalna impreza do pozna, leje sie piwo, ludzie tancza, graja w pilke na plazy. Nie widzialem aby ktos kogos zaczepial, czy strzelal z broni ostrej prosto w oczy policjanta.
Ja tylko widze gorace ciala, kobiety patrzace ci w oczy dluzej niz 5 sekund gdy mijaja cie na ulicy poruszajac tylkiem w rytm skaczacych cycuszkow.

ja . jestem. opetanym. swirem. aloha. hombritos i chicas de polonia !

Posted in .. | Tagged , ,

RIO DE JANEIRO

Siedze na kanapie w malym mieszkanku w dzielnicy Tijuca. 3 kobiety. Rogeira (33lata), przyjaciolka Rogiery oraz jej Mamma (80 latek? siwa jak siwek). Smieja sie glosno i rozmawiaja. Rozumiem moze 10% – nie wiecej – wczesniej z portugalskim mialem tylko stycznosc jak Isaure ogladalem. Ale daje rady – do mojego nedznego hiszpanskiego wszedzie dodaje SZ, RZ i jakos mnie rozumieja.

Rogeire spotkalem w samolocie. Obydwoje probowalismy doprowadzic do stanu uzywalonosci 6-latka ktory rzygal i nie ladnie pachnial. Lot jednak minal spoko. Jakies filmy zapodawali i plastikowe zarcie. Nawet sie nie upilem…. Na lotnisku odebrala nas przyjaciolka Rogeiry i zapodalismy do centrum jej wozem.

Na miejscu mama przygotowala sniadanie. Jestem mily i kulturalny. Wkolko im dziekuje (obregado, muito obregado) i wsuwam jedzonko :)) 3 babki sie ciesza. Ja sam nie wiem czasem o co idze. W kazdym razie Rogeira wrocila wlasnie z 2 miesiecznej podrozy po Europie i przezywa. Wyciaga z torby czekolady, opowiada jakie to dziwne zarcie w Alemanii jadla i co pila i jakie to wszystko jest tam drogie (dios mio – papaja za 12 marek!)
————–
Targ warzywny w dzielnicy Tijuca.
Jestem wlasnie ochroniarzem starowinki. Ta oprowadza mnie po niezle wypasionym targu warzywnym.

Wskazuje palcem na ziemniaki (zwane BATATAS) – Conoces? (znasz to)
- Si – u nas to sie nazywa ZIEMNIAKI
Potem pokazuje mi cebule – tego to na pewno na oczy nie widziales – staruszka juz prawie tryumfuje…

kiwam glowa – dla swietego spokoju.

I tak caly czas. W miedzyczasie wsuwam kawalki arbuzow, papai, i innych wymyslow ktore podsuwaja nam sprzedawcy. Babka sie krzywi i mowi ze za drogo. Caro, caro – mruczy pod nosem. (pamietacie POLONEZA CARO – czy on byl drogi?)
——————
A potem lezalem na Copacabanie. Oczy mnie bolaly…. pod slonca i widoku tych nieziemskich lasek – ktore maja wszystko okragle. Znow poczulem sie bardzo bardzo bialy…
Dla surferow — fale 3 metrowe. Nie wiem czy sie nie skusic;)
—————–
jest 30 stopni celsjusza. A brazylijczycy chodza i mowia: Muito frio (bardzo zimno)… zupelnie ich nie rozumiem. Ciekawe jak jest w lecie, bo ja juz podczas ich zimy nie daje rady.
————-
Rogeira zaprowadzila mnie do swojej kolejnej przyjaciolki. Wyglada na to ze robi obchod po powrocie. Jej wszystkie kolezanki sa male (150 cm) puszyste i maja 40 lat. Kazda z nich mieszka w ladnym mieszkanku. Jest samotna. A kuchni schowana jest mama (babcia), ktora gdera i mysli ze jak bedzie mi glosno po portugalsku mowic to zrozumiem…
————–
Zjadlem obiad u Rogeiry (smakowite miesko, ryz i salatka). Babka i ona wlepialy we mnie slepia i targajac mnie za ramie, pytaly czy smakuje i czy czuje sie komfortowo. Na przemian z tym dodawalu ze sa biedne i ich jedzenie proste. KOBIETY! dzieki wam za to… naprawde MUITO OBREGADO! :))))
———-
zmylem sie stamtad jednak – znalazlem hotel w dzielnicy Gloria. za 15$. Zdziwilem sie warunki super. za 10$ masz miejsce w sali 555 osobowej a tu jedynka z prysznicem i TV (na ch. mi tv?)
———-
Laze po miescie – dorwalem internet. O 18 zrobilo sie kompletnie ciemno. Musze sie poukladac bo na razie mam niezly roztegownik w glowie.
———-
info:
rio jest ogromne – na piechote nie ma sensu.
metro: 1,30 reala
autobus: 1 real
dolar: nie wiem, jutro sprawdze
hotel: 10-15 $
wjazd kolejka na Jezusa (15$ – jutro zamierzam sie tam kopsnac i zrobic pare fotek)
internet: 30min = 3 reale
generalnie nie jest tanio. zostane tu pare dni pewnikiem. nie zrobilem zadnych zdjec jeszcze.
wyczuwa sie atmosfere zagrozenia – rogeira odradzala mi chodzenia z jakimkolwiek aparatem, sprzetem, i w ogole chodzenia…. hm… tak sobie mysle ze chyba swiat do tych bardziej odwazniejszych nalezy.

Posted in .. | Tagged , ,

lotnisko

Siedze w tzw. INTERNET CORNER. Odurzony zapachem lakieru do paznokci, ktorym mloda japoneczka pokrywa wlasnie sobie paznokiety stopek.
Zanim zdazylem cokolwiek napisac w swoim brudnopisie, dorwalem sie do sieci i wpisalem swoja pierwsza notke z DROGI. Z drogi na ktora wstapilem i wlasciwie juz nie mam odwrotu. Musze przejechac przez cala Ameryke Poludniowa i dotrzec do USA.$

Ksiazki podroznicze. Przeczytalem ich sporo w ostatnim czasie. Pisane przez facetow jak i kobialki. Tworzone przez tych pierwszych ociekaja opisami zatrwazajacych przgod, sa pelne krwi, zlaman, rekinow, robali, umierania w szpitalach, broni, narkotykow, pieknych kobiet kradnacych podstepem pieniazki awanturnika – pisarza.
Faceci – pisarze sa z reguly w typie Jacka Palkiewicza. Zawsze mnie smieszylo jak Palkiewicz w dzinsach przedzieral sie przez dzungle i twierdzil w swoim poradniku ze sa to najlepsze spodnie do podrozowania. Nie mogl inaczej mowic – sponsorwala go frima szyjaca takowe spodnie. Ale nawet laik wie ze w goracym klimacie dzinsy sie nie sprawuja sa i naprawde nieprzyjemnie obcieraja jajeczka.
Jest takze typ podroznika – wiecznego studenta, brodacza jezdzacego do Indii heroinowo-haszyszowym szlakiem. Joga, medytacje, guru, gandzia – tyle na ich temat….

Natomiast kobiety podrozniczki lubuja sie w opisach piekna swiata, ktore znajduja w najgorszch i najbardzeij syfiastych miejscach i zdarzeniach. Sa twarde i udowodniania to (z powodzeniem) na kadym kroku ich krucjaty. Docieraja w miejsca w ktore sie raczej nie dociera.

W obu tych typach pisarzy podroznikow dominuje styl opisywania wszystkiego wokolo ale nie ich samych (z malymi wyjatkami). Malo osob pisze ze wlasnie ma sraczke, przeklenstwa naleza do rzadkosci. Polszczyzna jest sliczna, poprawna jak na wypracowaniu z Polaka w LO.

Nie krytykuje – ale z gory zaznaczam ze tu bedzie inaczej ;)

Na moim blogu-pamietniku-relacji bedzie jak zawsze. Zakreconz styl (wynikajacy z nieumiejetnosci pisania), bez polskich znakow, z internetowymi znaczkami, z tzw. minimalizmami, przeklenstwami, dramatyzowaniem i ogolnym jezykowym hardokrem….

Lotnisko w Zurichu jest sliczne, czyste, ciche, schludne, szwajcarskie po prostu. Trafilem wlasnie do sklepu foto gdzei chcialem sobie zakupic obudowe wodoszczelna do mojego cyfraka za 220 baksow. Niestey ta w sklpeie pasowala tylko do najnowszego modelu IXUSA.

Mam jesze 2 godziny do odlotu i nadal nie sprawdzilem terminala …. odezwe sie jutro z RIO DE JANEIRO.
A tymczasem zapraszam do ogladania pierwszch fotek z lotniska w Warszawi – fotki zrobil kulkos dzieki master

Posted in .. |

Szwajcaria – Zurich

Samolot walnal o glebe. I tak w ciagu 2 godzin od wypicia ostatniej mojej flaszki szampana
na polskiej ziemi (dziekas wielkas dla marty, kulkosa i bibuma za wspaniale pozegananie i odwozke na lotnisko) znalazlem sie w Szwajcarii. To znaczy wcale nie moge powiedzeic ze tu jestem….
upal, 30 stopni, lekko zamotany, z zatkanym uchem stoje w sali z – uwaga – DARMOWYM INTERNETEM. Czyli wniosek sie nasuwa – Szwajcaria jest piekna …. heheh

Mam 3 godziny do samolotu do Rio. Wlasciwie nawet nie wiem z jakiego terminala ten samolot startuje, bo tak obrzydliwie sie tym internetem zaaaferowalem :))

Dobra moja nasza wasza… ide cos zjesc… moze jakis dziurawy ser , hmm…..
adios

Posted in .. |

ostatni taki wpis

Pobudka o 8:00… śniadanko (jajecznica na cebulce i pomidorkach – masta Marek kucharz zrobił). Wskoczyłem na rowerek i walnąłem rundę po starej pradze północ (zahaczając jeszcze kantor gdzie zakupiłem gotówkę).

Małe sklepiki, piękne ale równie zaniedbane kamienice, ulica mistalowalowa :) znudzeni pijaczkowie na ulicy, umorusane dzieciaki śmigające po chodnikach i rzucające kurwami (pewnie się od rodziców nauczyły ;))
—————

Urodzonej 7 lipca – życzę wszystkiego pięknego – wiesz sama – nie będę tu nic pisał przeciez.

oral (urodzony 6 lipca) – trzymaj sie chłopie
—————–
o 16:30 lotnisko okęcie. potem Zurich. 22:45 wylot do Rio. 5:45 lotnisko GIG (gigantes ? czy coś takiego). Potem z moimi tabunami będę starał nie dać się okraść :)) Zadekuję się w jakimś hotelu w dzielnicy Gloria – tuż przy morzy z widokiem na Jezusa Redemptora :) Tak mi sie to teraz wyobraża…. pewnie rzeczywsitość będzie inna, nie mówię że gorsza, ale na pewno inna…
—————–

haha… siedzę tak i staram się coś mądrego napisać, ale ni ch*** mi wychodzi.
——————-
aaa – moja mama chyba po raz pierwszy czyta cokolwiek na tej stronie – bo się nauczyła korzystac z sieci…
—————–
aha – proszę mi nie słać zadnych duzych plików zdjec etc… bo nie odbiore tego….

paaaazdrawiam wszystkich.. i do następnej , już prawdziwej relacji..

yooooooo

Posted in .. |

final countdown

ja jestem jednak dziwny chyba. no nie? mam 15 godzin do wyjazdu – ale nadal tego nie czuje.

Siedzimy z Bedurem i Markiem (nowy współlokator na moje miejsce – spoko gość) i sączymy ente piwo.

Szary dym z nargili unosi się do góry.

Ajri ajri in de diferent stajli….
Ajri ajri in de diferent stajli….

Odpisuje na maile, piszę nowe, załatwiam ostatnie rzeczy.

Odwiedziłem dziś neka i orala leszczy nieziemiskich – zdjęcia dostali – potem pęd na spotkanie z przyjaciółmi ze studiów (kupa czasu……) – dzięki Pati za organizację i wieczór :) naprawdę …. :) pozdrawiam woźniak, alek, rusiniak masta kilah, fulnek, tomek, pati….

Nie mam zamairu cololwiek pisać – pożegnanlnych listów czy czegoś w tym stylu. Bo to bez sensu. czas upływa. za dwa dni Brazylia.

Plecak – spakowamy – nie powiem – swoje waży – sporo że się tak wyraże. Ubezpiecznie udało mi się załatwić za 1300 zeta na cały rok. Spore zniżki mi odciązyły budżet. Wiza peru w paszporcie wbita…

3 puste puszki na biurku koło kompa….

Dzwoniłem do CIEBIE – trzymaj mała się :* …

MILIONS MILES AWAY – bedziesz jutro – rzekł mi własnie bedur – tak własnie bedzie – ale czy naprawdę? czy mój prjekt i wyjazd nie będą za bardzo kolidować ze sobą? Czy to nie będzie wyglądać tak że po przyjezdzie na miejsce kafejki netowej będę szukał? jakas paranoja./..

ide spać – jutro wczesna pobudka – ostatnie rzeczy które sobie w czasie rozłożyłem – do załatwienia…

Posted in .. |

moj osobisty prorok

oto proroctwo bedura – napisał ten tekst podczas naszej wyprawy do Syrii w 1999…. hm… hehe… chyba należy to traktować z przymrużeniem oka – ale najlpesze jest to że on to napisał 2,5 roku temu hehe///

Posted in .. |

3 dni

i nic więcej.

tricky – tricky kid – spryciarz – astmatyk – trawoman – blanciarz – na koncercie raczej wysługiwał się swoimi murzynami :) ale i tak był max. bas w żołądku czuję do teraz – flaki wywrócone do góry nogami i skotłowane (efekt kiwania się pod głośnikiem, pod sceną). pięknie zagrali – ze starych płyt, takie kawałki jak np. Black Steel . Czasem przechodzili pod klimaty jak RATM i Prodigy (kawałki z Maximem)

Aczkolwiek naglosnienie w stodole takie sobie.

Kopalnia – jak zwykle – zajebiście – pozdrawiam :))

Anything but down….. ;) wiecie – czasem jest naprawdę pięknie…

A propos wyjazd – dziś do załatwienia wiza Peru. Czeka na mnie (jak dziś pamiętam telefon z rańca – odberiam skacowany – a tu głos: Buenos Dias, Embajada de Peru…)

Jeszcze ubezpieczenie (gerling 1700 złotych na cały rok/wszystkie kraje świata/suma gwarancyjna 30000$)

na miasto…

Posted in .. |

spryciarz

Pożegnanie z rodzinką. Smutne. Kocham was – staruszki P:))))))

4:00 – niemrawy wschód słońca nad Kłodzkiem. No chyba nie będę widział mojego kochanego miasta przez rok. Na to wygląda. Jeden pociąg, drugi. Warszawa. Mniej ukochana – ale teraz tu mieszkam. Ekipa na Trickiego się zbiera. Rzutem na taśmę załatwione bilety (tnx wojtas!).

Idę robić obiad: sałatka z tuńczykiem :) yummie :)

Posted in .. |

dentysta

1,5 godziny pobytu u pani dentystki. Muzyczka rege z radyja i borowanie. Miło :))

Kontrola zębów przed wyjazdem – ważna sprawa. Wyobrażasz sobie człowieku pobyt u dentyściaka gdzieś w Kolumbii? Nos przybielony kokainą, borowidełko trzęsie się w łapach a finał taki że z twarzy masz potem masakre.

Uff teraz się czuję jak Sly Stallone – praliż prawej części twarzy – skutek znieczulenia. Toteż proszę do mnie nie dzwnoić bo jestem raczej niewyraźny i niezrozumiały verbalnie.

Posted in .. |

4 dni

Nie wiem po co odliczam te dni. Przecież wszystko wiadomo. Dziś pożegnanie z rodzinką. Jutro powrót do Warszawy. Tricky, spotkania, może Kopalnia, pare browczyków. Środa – wiza Peru i ubezpieczenie. To chyba dwie najważniejsze rzeczy… No i zakup drobiazgów: scyzoryk, latarka, linka. Znów pożegnania i wylot.

Słucham Trójki. Nie wiem właściwie dlaczego. W Warszawie zawsze idzie Radiostacja – ale w Kłodzku nie ma jak. Zetka, RMF i inne tam dobijają mnie gruntownie. Sieczka dla każdego. Ledwo to można znieść.

Połykam literaturę: “LP South America on Shoestring”, “Zdobycie kanionu Colca”, “Litumia w Andach” LLosy i “Fotografia portrertowa”. Czytam równocześnie, książki porozkładane grzbietami do góry leżą wszędzie. Znów brak koncentracji. Patrzę na sukę Tequilę (mojego psa) leży w ogrodzie i znudzona gryzie artyfikalną kość :)

Posted in .. |

odliczanie – 5 dni :)

deszcz.deszcz.deszcz.

śniadanko niedzielne z rodzinką – chyba po raz ostatni w najbliższym czasie.

jeszcze 5 dni wyjazdu. pozostało parę rzeczy do załatwienia – ubezpieczenie, spakowanie się, sprawy z mieszkaniem, koncert Trickiego i tona innych małych bzdecików.

O 16:30 w piątek samolot do Zurichu…

Nie czuję tego, nie czuję drogi, nie potrafię sobie jej wyobrazić. podobnie było przed wyjazdem do Maroka – wtedy zdałem sobie sprawę że znów w drodze jestem – jak spaliśmy na kartonach pod dworcem autobusowym w Casablance…

Pytanko – czy ktoś z Was zna jakieś dobre ubezpieczenie na drogę?

Nagrywam muzykę na wyjazd – 20 malutkich minidisków zapełnia się dźwiękami. Czasem na jednej płytce miesci sie 1,5 CD. Mam już: Radiohead (ok computer + kid a), K44 + Grammatik, Tom Waits, On the Road (keruac czytany przez jakiegos tam kolesia), Marley (parę płytek), Black Eyed Peas (od marasa dostalem), Manu Chao (parę rewolucyjnych pieśni ;))), RATM (the battle of LA), Pearl Jam (genialny TEN), Cypress Hill i dwie płytki z totalnie zajebistymi kawałkami które kiedyś sciągnąłem z sieci. Pewnie coś jeszcze do tego dojdzie. Zostawiłem sobie 5 czystych płyt na nagrwyanie dźwięków. Pewnie te które teraz nagrałem , sukcesywnie będę kasował jak tylko zajdzie taka potrzeba.

A propos strony bARTbLOG – Dzieki za jej masowe odwiedzanie, listy, komentarze :))) Całkowita liczba odwołań do strony głównej: 45879 od września 2000 czyli parę miesięcy. Nie liczę wejść na podstrony i zdjęcia :) archiwum i inne rzeczy są tu

Posted in .. |

uff jak gorąco

spanie do 12:00, wylegiwanie się, naprwianie blogow, potem wpadl bedur i jego brend nju kar pojechalismy zobaczyc czy Klodzko jeszcze stoi. Uderzylimsy na twierdze – stamtąd foti

blevlebleble… hulgulu mvulu///

Posted in .. |

jebbbummm

a prpos ostaniego wpisu… to wszystko klamstwo. WSZYSTKO JEST KLAMSTWEM. ;))) eheh

bo przeciez jest zajebiscie.

przygotwuje sie do najwiekszej jak narazie wyprawy w moim życiu, zjadlem wlasnie kaszanke z grilla i popilem brwcem, siedze w samych majtach przed kompem i koncze ostanie rzeczy. Nie chce mi się nigdzie wychodzic z domu. Cisza i spokoój.

Pożegnania – niedługo się zaczną. Ale jakie to ma znaczenie.? jezeuuu z tym moim planem prowadzenia bloga w drodze to jest jakas schiza.

a moze w trakcie oleje to?

zaszyje sie na jakiejś wyspie na karaibach, oleje wszystko, bedę lezal, biegał, robił zajebiste zdjęcia miejscowej czarnej piękności, a potem się bedziemy długo kochać, i jeszcze raz. dzień w dzień. noc w noc. noc stanie sie dniem a dzień nocą…. hhehe.. siem zagalapowalem …

Posted in .. |

popblog

Popularnosc miewa czasem baardzo uciążliwa. Blog.pl wysiadł. System sie przegrzał i po wszystkim. Adomas walczy i sie nie poddamy. Wkurzaja mnie opinie co niektorych walczących o andergrandowość bloga w ogole. lub takie gadanie. ja już blogowalem 10 lat temu i jestem pierwszy i w ogole to ja już web loga założyłem jak używałem BBS … blbalblballba…

każdy ma prawo do pisania. proszę bardzo. ale nie wszyscy muszą to czytać. i ta głupia tendencja wchodzenia na księgi gosci i komantowania w stylu: ZAPRASZAM DO SIEBIE + wyjebisty animowany banerek z czymś tam…. ehh….

Boszz… i smieszy mnie to jak blgowicze się zarzekają, że jak ten pierdolony Talko śmiał o nich napisać. Ludzie – pisaliście, pokazywaliście swoje życie (większość od jakiś 2 miesięcy). Talko to czytal (pobieznie ale czytal)i zapodal artykul. I nie miejcie do nikogo pretensji … aha i ta durna postawa roszczeniowa w stylu : CO SIE KURWA DZIEJE Z MOIM BLOGIEM !!! GDZIE JEST MOJ BLOG??!! ODDAJCIE MI BLOGA I MOJE CENNE WYPOCINY!! – et catera…

adomas lewdo zipie i wyczynia cuda z tym systemem. I tym bardziej zachowanie co niektórych pind jest nie na miejscu. Nie płacicie za bloga, wy za darmo używacie tego aby pokazać siebie. POKAZAĆ. Tak właśnie. Bo inaczej pisalibyście w zeszycie i chowalibyście to w szufladzie.

Blog stękał i wzbudzał wściekłość – a my tymczasem imprezowaliśmy we wrocku . oto foty

Posted in .. |

do wrocka!!

nie ma co. popularnosc rozjebke na blog.pl uczynila. adomas lewdo zipie. ludzie sobie zalozyli 150 blogow nowych. kazdy chce pisac. i byc.

popodniecalem sie tym. jeszcze rano. ale teraz widze ze to jeden wielki CHUJ. c h u j

jade do wroclawia – trza zaimprozowac, oblejemy z adomasem skuces bloga hegeeegghehee…. bedzie maras, jadzia, i pare innych osob ktorych sie na pewno nie spodziewam teraz.

narobilem sie wizytowek wczoraj. beda na droge.

yeeep.

Posted in .. |

wyborcza i magazyn

już pędzę do kiosku….
:) przeczytalem kawałek w internecie i padam ze smiechu. czad no czad.

wlasnie go koncze – kurde…. hm… fajnie jest ale jakiś niedorobiony. można by było napisać jeszcze wiecej, inaczej. Talko potrafi pisać takie rzeczy, ale widze ze teraz spieszył się jakby szybciej chciał odrobić tą pracę domową……

ale i tak jest dobrze… czekam na NEWSWEEKA
:)

Posted in .. |

bzdety

po ekranie muchy biegają.

male czarne chude muchy.

fuck you

Posted in .. |

zegar biologiczny

znów mi się totalnie poprzestawiał. wczoraj dotarłem do kłodzkoa i do 3 rano siedziałem, czytałem prasę kobiecą (zawsze to robie kiedy przyjezdzam do domu rodzinnego ;))))

potem zmógl mnie jednak sen (przerwany schizową rozmową z dwiema paniami, które wracały z popijawki pewnie i postanowiły do mnie zadzwonic – wybaczam wam :))

w końcu zamiast wstać o 8:00 . Wstałem o 11:00. Musze wypakowac wszystko co wczroaj spakowalem.

Aha – obudził mnie telefon z ambasady Peru – przyznali mi wize na 30 dni (bede ją musiał chyba przedłuzyc).

no to wsio- słóonko grzeje, kawka paruje, lato wokoło……..

Posted in .. |

spakowanko

pudła torby, płyty cd i tona ksiązek + slajdy. zaraz to znosze do samochodu i zmykam. bo nie ma co… :)

kłodzko – wrocław : tam zamierzam zabawić aż do 3 lipca. Potem dwa dni w Warszawie i wylot w piatek.

Smutno mi się zrobiło trochu… muszę wysłać do wszysytkich spama (wybaczta) o tymże już mnie nie będzie i to samo z telefonem (daje mojej mamie)

uff…. nie mam wizy peru – jeszcze. Moze mi się uda ja zalatwic na ostania chwile w warszawie, badz tez gdzies po drodze (brazylia, argentyna, chile badz tez boliwia).

Posted in .. |

tribute to kurczak 5 smaków

wiele lat mnie żywiliście. moi żółci bracia z Sajgonu, Ho Szi Min i innych dziur. Kiedyś pewnie walczyliście z Rambo, jako partyzanci vietkongu, a teraz smażycie dla mnie Kurczaka 5 smaków.

Nie wiem jak jest po wietnamsku dziękuję – Ale składam hołd mojej ulubionej potrawie

Posted in .. |

noc świętego jana

O godzinie 16:00 wsuneliśmy z Bedurem wietnama, 2 browce na łeb, czarną kawę i wyruszyliśmy…

Jazda na gapę. 3 rzuty mokrym beretem w tramwaju i jesteśmy na starym mieście. Tam tłum, mokro, Blues Brothers (popłuczyny), kolejne piwko i moczopęd w krzaki (brak toitojów to skandal). Wynudzeni na maxa przemieszczamy się dalej.

Pod barbakanem właśnie trwa końcówka koncertu… Świetlicki, Trzaska. Tymon i Maleńczuk spakowali własnie graty i niechybnie poszli się zalkoholizować.

“gotuj się kurwo gotuj. gotuj się kurwo gotuj..” – mruczy Swietlicki, mruczy Trzaska w przerwach pomiędzy dmuchaniem w instrument. Mruczymy i my. I wilgotna publika.

Głód. Człapiąc kałuzami trafiamy do pizzy hut i kfc. Pizza, zinger i jest dobrze. Tu bedur się odłącza i jedzie po Sylwię. A ja do kopalni.

Tam trwa impreza Dorotki i Martineza (pozdrawiam :)). Poślubna popijawa + koncert. Jest dobrze. Ale piwko mi się już nie mieści. W międzyczasie dochodzi do spalenia mojej bluzy GAP (rękaw musiałem obciąć). Bluza się fajczyła, a Nenek się pytał kto tu pali ziele ;))) heheh….

Już nie mogłem więc się urwałem. W żołądku melanż. żaby nadal z nieba spadają. Juz prawie byłem w domu, ale zgadałem się z koleżanką Sylwią (spotkaną na przystanku) która właśnie jechała do Jazzgotu. Co mi tam – może się coś wydarzy. Dojezdzamy – okazuje się że wczesniej był jam session Asian Dub Fundation. Shittt…. zajebioza

Zostajemy na koncercie Japońców – ktorzy przenikają z jednego stylu do drugiego – są fenomenalni. W międzyczasie się zielono zrobiło….

4 rano – 607 i dojeżdzam do chaty. Gleba w łoze i kac..

Było dobrze.. A tu fotki zapraszam……

– — ——— ——–
Niedziela – giełda. Adomas dostał nową zabawkę – canona eosa 30. Naprawdę zajebisty sprzęt. Stary dostaniesz to we wtorek.
————
Wyszło już słońce. Pakuję rzeczy. Jutro do pudeł a we wtorek do Kłodzka. Jeszcze 1,5 tygodnia i mnie nie ma, kochani…. yo!

Posted in .. |

pieprzone banki i dzień ojca:) i parę słow o podróżowaniu

Banki. Sam nie wiem za co je tak kocham. Myślałem, że jak otworze sobie konto Internet Banking to bede miał już wszystkow dupie. O losie słodki… Dziś sobota – idę do banku bo akurat dostałem czek ze zwrotem podatku ze Stanów [nie zrealizuje go przez internet przecież]

handlobank: pani przyjęła wszsytko do realizacji a potme sie zapytała o numer mojego konta w ich banku. oczywiscie ze nie miałem
pekao sa pierwszy: kolejka na milion osób
pekao sa drugi: brak informacji, kolejka na bzylion ludzi, i pani która mi mówi ze czeki w poniedziałek dopiero
pko bp: taa oczywiscie ale tylko inkaso : czyli realizacja od 3-12 tygodni. fuck you …
reszta banków była zamknięta… ehh..

pada deszcz. to chyba już każdy zauważył. zjedliśmy z bedurem po tłustym wietnamie – trza się na imprezowanie przygotować na dziś. oby tylko przestalo padać.

polecam piątkową Rzepę i artykuł w magazynie o podróżowaniu (jak podróżowali ludzie kilkaset lat temu). Fajny fragment o tym jak a Anglii robili zakłady czy dany osobnik wyjeżdżający do syrii (podróz trwała z parę miesiecy) wróci czy nie. Ponoć wg. buchmacherów miał wtedy około 80% szans ze wroci…

Ile mi dajecie? ;))))

PS>

aaa dzień fazera – tato! wszystkiego wiesz.. zdrowia przede wszystkim :)))))

Posted in .. |

nowe fotki :))

dwa ostatnie dni i nowe fotki ….
kliknij w odpowiednią :))

Posted in .. |

dur czyli tytus tfu.. tyfus

Ostatnia już szczepionka na nabliższe pół roku (za pół roku powinnienem wziać 3cią serię na żółtaczkę A/B). Dziś w menu była szczepionka na dur czyli tyfus. Cena dania 120 złotych – bo to francuskie lekarstwo. Zabojady od czasu gdy mieli kolonie w afrcye, dżunglach i innych terenach mało fajnych dla ludzkiego zdrowia wynaleźli tyle szczpionek że szok. Tylko ze królikami doświadczalnymi byli żołnierze Legii Cudzoziemskiej. Ogólnie na same szczepionki wydałem 550 zeta. Ale jak mówią nie niczego cenniejszego niż zdrowie i życie.

Ale miało być o tyfusie. Choroba jest przewlekła i powoduje ją brud (np rąk). Pijesz sobie człeku wodę lub wsuwasz jedzonko w jakimś hardkorowym miejscu i po jakimś czasie łapie cie ból głowy, gradła i gorączko do 40c. Potem na ciele występują różowe plamy i twe ciało zamienia się drgającą galaretę. Masz majaki, osłabienie i tracisz błyskawicznie wagę (panią zainteresowanym tą odmianą diety – odradzam). Powikłania – zapalenie płuc, perforacja jelit. AAAAAAAAAAA…. jednak dobrze że się zaszczepiłem. Tym samym mój organizm jest uodporniony na:
tężec, błonica (10 lat), żółta febra (10 lat), żółtaczka typu A i B (na razie po dwóch seriach na rok), i dur na 3 lata. Na malarię niestety nie ma szczepionki. Już nie ma, bo malaria się szybko mutuje. Na malarie są tylko tabletki.

Przeczytałem spis innych chorób które na mnie czyhają podczas podróży przez Amerykę Płd.
Wykaz jest imponujący:
- cholera,
- robaki wszelkiej maści,
- czerwonka,
- lambioza,
- biegunka,
- choroba wysokościowa,
- udary słoneczne i grzybice,
- zapalneie wątroby (żółtaczka) typu: C, D, E, G (na A i B mogę lać),
- wścieklizna,
- zapalenie opon mózgowych (to chyba mam cały czas),
- schistosomatoza (wywoływana przez przywry przonoszone przez ślimaki wodne),
potem niezły wykaz chorób wenerycznych (rzeżączka, kiła, opryszczka, potem przereklamowane AIDS (w hiszpansko jezycznych SIDA),
- denga,
- filarioza,
- tyfus plamisty,
- choroba chagas.

Oprócz tego co wymieniłem całe zastępy pijawek, wszy, pcheł, pluskiew i mend. Także maluteńcy amaotrzy krwi: komary i kleszcze. Aha i jeszcze coś z egzotyki: bichos de pe: czyli małe pasożyty włażące pod skórę oraz długie wijące się żmije i węże.

Czy nadal mam jechać? heheh… oczywiście – kto nie ciekaw świata ten nie żyje. pozdrawiam i zdrowia życzę wszystkim…
PS>

zaszczepiłem się na DURA ale nie na beDURA moje współlokatora… heheheh

PPS>
nowa fotka na onephoto

PPPS>
MEFI MNIE ROZWALIL!!!

Posted in .. |

bzdupmtyzdupypierfdusmerdu

Czasem myślę że nawet najprostszego zdania nie potrafię sklecić. Mam takie dni. W mowie i piśmie.

Zdania jakie wtedy klecę są nieciekawe i przesycone wulgaryzmami, których używam jako przecinków – powinnienem sie nagrywać i analizować te bzdury. Nadużywam paru słów, w zależności od stopnia podniecenia, zmęczenia, znudzenia, smutku czy radości najczęściej wypluwam z siebie takie słowa (kolejność w rankingu zależy od powyższych czynników):

1. no
2. kurwa
3. kurcze
4. kurde
5. tru
6. masakra
7. kosmiczny


..
.

i parę innnych których teraz z powodu rozkojarzenia umysłowego nie mogę sobie przypomnieć… (proszę mi przypomnieć)

brak skoncentrowania. wiele osob to ma i może sie pod tym podpisać. za dużo otacza nas bodźców zewnętrzych, za dużo pieprzonych kanałów w tv + pilot (wiec dupy z kanapy nie musisz ruszać), radio, komputer, wideo, dvd, kino, browczyk, tona gazet, telefony i tysiac innych rzeczy odciągających cię od np. książki. Kiedyś (teraz czasem jeszcze też) zdarzało mi się przeczytać całą książkę za jednym posiedzeniem. Czytałem, strona za stroną, 300-400 stron aż mój wzrok natknął się na słowo KONIEC. Teraz niestety za dużo chcemy – chcemy wiedzieć od razu, szybko natychmiast. Ładne kolorowe magazyny, duzo obrazków, wraca era KOMIKSU. Obrazki, ogromne, telebimy, plazmy, rzutniki na scianach, reklamy wielkości dwóch pieprzących się wielorybów….. to nas otacza + dźwięki. Zyliardy kwadratowe decybeli atakują uszęta aż więdną…

blablabla… nawet teraz wytworzyłem stek paru kilobajtów bzdurnej informacji, która zostanie zarchiwizowana i nawet gdy zdechę jak pies gdzieś na Thaiti( z powodu zmęczenia organizmu spowodowanego przez długotrwały sex) będzie mógl sobie wejść na bartbloga i przeczytać archiuwm… haaaaaaaa,..aahahha…

Posted in .. |

the future is coming on is comin on….

mam brzuch wzdęty od coli
mam oczy napuchnięte od snu
czytałem w polityce o hitlerze
wojne, zwiąssku zdradzieckim
japońcach, leningradzie, big broterze
potem FLUID i jakies wykręty i tym
sposobem
zasnąłem
w trakcie dnia
niezly schizowy futurystczyny sen
ale mała uwaga wszystko się działo w 2020
Niemcy wygrały wojne, Żydów spalono,
Polacy obciągają laski, W Afryce jest jedno
wielkie zoogetto, a imperatorem jedynym
jest syn adolfa i żony cesarza Hirohito
oporcz tego jest Internet i te wszystkie
zabawki z tym że wszystko jest jakieś ociekające
smarem, a nad głowami gęste różowe po nuklearne
chmury zalegają (jest to efekt bomby która
skonstruowali amerykanie ale bez pomocy
tych niemieckich naukowców – bo tym za
wczasu zrobili pranie mózgu, tym samym bomba nie
wyszła amerykanom i wybuchła im jeszcze w Los Alamos)

byłem w cybernetycznej partyzantce i zamiast stron
robiłem cośtam (nie pamiętam)

potem się obudziłem i włączyłem dobranockę o 19:00

Posted in .. |

wizy

Dziś od rana załatwianie wiz. Wenezuela i Peru. Ostatnio wszystkie ambasady do których się udaje mieszczą się w 3 wieżowcach na ulicy Starościńskiej. Dobre i to – nie trzeba biegać. Ale za innymi rzeczami trzeba.
Najpierw ambasada Wenezueli – spoko nie ma problemu – formularz, 2 zdjęcia, bilety lotnicze, zaświadczenie o stanie konta, zaświadczenie z pracy (sic) dowód, paszport, i 30 dolców – które oczywiście musze wplacić w jakimś banku w centrum (zaparkuj samochodem w centrum w samo południe – dawno tak nie przeklinałem). OKazuje się że wize dostane dopiero w poniedziałek. Trudno – po wize Peru pójde dopiero wtedy.

Potem dostaje telefon – od “ważnej osoby” :))) – zebym jechał do ambasady Wenezueli zabierał paszport na chwilke walil do ambasady Peru – a tam dostane wize od ręki (za 12 baksów). No to robie tak. Korki, upał klaksony etc. Zabieram paszport z A.W. i ide do A.P…. tam wszystko jest w porządku (3 formularze, 3 zdjecia, paszport i te nieszczesne bilety). Okazuje sie ze nie mogą wydac mi wizy dopoki nie bede mial biletu wylotowego z Peru. Fuck the Duck – Hijo de Puta Cońo !. Ale spoko. nie jest źle – dogaduje się ze beda czekali na potwierdzenie czy moga mi dac wize jezeli mam bilet wylotowy do Polski … ale z Nowego Jorku. Ide z powrotem do A.W gdzie ta sama miła pani i informuje mnie ze wiza do Wene. bedzie na pewno w poniedziałej. hasta luego – gracias senora….

Skreślam na liście kolejne rzeczy. A kupa innych spraw jeszcze przede mną. Na razie odpoczywam, leże i pluję przez balkon pestkami od czereśni….

Posted in .. |

brzuch kanara

ojojoj…. ale mi sie nie chce pisać. nie jestem znuzony ani nic takiego… ale mi sie nie chce – mam inne rzeczy do roboty.

wczoraj wieczorkiem piwko z ravsem (tradycyjnie RYBIE OKO – zajebiste miejsce i wszystkim polecam – wiezyca b35 na poniatowszczaku w wawie) – odrobinke wcześniej potyczka z kanarami – kierwa mać – ale mandat, który dostałem i tak poszedł do śmieci. łapówka w postaci 10 zeta na piwko została zignorowana i wyśmiana rubasznym śmiechem dobywającym się z piwnych mięśni. kolesie powiedzieli że oni tylko wódeczke piją a piwem gardzą. No tak piwko sie piło kiedyś….

Posted in .. |

rivers of babylon

orkiesra podwórkowa na mojej pradze północ – czasem zapoda cos naprawde zajebistego.

wlasnie przed chwilą: RIVERS OD BABYLON

cudownie. hehe..

wybrałem sie na wyprawe rowerowa w koncu. i nawet mam jeszcze formę.

Posted in .. |

bubububuub

Brak mojej dyscypliny to to co mnie rozwala. Zamiast wstać o 8 rano: rowerek, basen, cokolwiek. To człowiek leży i śni swoje fabularne sny do 11.

Mam 3 tygodnie do wyjazdu a kondycja ledwo co. Nawet ta umysłowa. Nie chce mi się napisać paru zdań nawet. Nawet jeżeli napisze szybkim ruchem zaznacz-skasuj zapominam o wystukanych przed momentem zdaniach.

List którą zdziałałem przed wyjazdem – kurczy się – ale i tak na wykazie widnieje parę rzeczy niezbędnych, bez których pojechać do sobie mogę najwyzej do pernambuko (w brazylii)…

Dość smędzenia. Sniadanko czas skonsumować.

——-
oto moja tworczosc na onephoto.net mala retrospekcja….

PS.
Skończył się bb.blog.pl jest już tok.blog.pl

Posted in .. |

przenosiny

wczroaj aby odciazyc serwer gdzie lezy blog.pl adomas przeniosl moja strone na inny serwer – dlatego nie działało.. gracias stary za pomoc…

trza ruszyć dupę na miasto i coś zjesc .

Posted in .. |

ameryka południowa

TU BEDZIE RELACJA Z AMERYKI POLUDNIOWEJ

ZAPRASZAM OD 6 LIPCA :))))

testy trwają :) a ja już prawie spakowany.

w srode odbieram wize Peru / ostatnie sprawy zalatwiam. i wylot :))))) j3zeli macie jakies uwagi to prosze o komentarz

Posted in .. |

Busz Dżordż

Czyli Krzak. Taki amerykański Krzaklewski ale bez ski.

Całkiem przypadkowo zapodałem TV. Przedzierałem się przez śmietnik w moim pokoju. Szklanki, miski po truskawkach, puste butelki po coli, plątanine kabli i burdel na moim łożu. znalazłem w końcu pilota. zapodaje TV – a tu Dżordż. W BUWie – uśmiecha się, szczerzy, Kwaśniewski służy jako fotograf robiąc Konfederacie zdjęcie z jakąs młodą polską aktywistką… salwa śmiechu.

wita się potem z balcerowiczem, oleksym i tysiącem innych. On nie wie kim są ci ludzie i do jakich opcji politycznych oni należą. przecież on dopiero przed tygodniem się dowiedział gdzie jest Polska (aa polska ! to gdzieś w Rosji pewnie!!) Jest platikowym tworem swojego ojca, WASPów, stanu Teksas i amerykańskiej telwizji. Ludzie zgromadzeni w bibliotece UW gapią się na niego jak w obraz, widzieli go przecież tyle razy w gazetach i w CNN.

Tak mi się naprawdę wydaje że nie ma znaczenia kto jest w USA prezydentem. Tym krajem rządzą korporacjie i ogromnie firmy oraz miliarderzy dający kasę na kampanie wyborcze. Tak jak wszędzie oczywiście.

—————————–

Dziś wybrałem się na rowerek. Zasuwałem tak i nagrywałem wszystko na minidiska. Dźwięki przeczutek, mijających mnie samochód no i …. katastrfę rowerową. Jakiś dziamdziak ze zapatrzony w dupę swojej koleżanki wjechał mi prosto w tylnie koło powodując niezłą centrę. kiedyś to wrzuce w MP3.

——

Posted in .. |

nocne i tramfaje + foty

nie mogłem już w chacie zasiadywać – tramwaje, rybie oko, browczyki z minimalem, mala imprezka, zdegustowanie, garść rzodkiewek z lodówki i zmyłka z imprezy, oscar, kanapki, przystanek, nocny i home

digital life czerwiec 2001

Posted in .. |

pustkowie i TRAVELBLOG

ouste miasto i puste ulice. zamkniete sklepy. błogi spokój. cała noc poprzedni to robienie projektu Kluka. zmęczyłem się jak sobaka. ale jest nieźle.

zbieranie do kupy załatwianie – dzień mi tak upływa.

nie czytam już blgów innych ludzi. nie mam czasu. jest parę moich ulubionych do których zaglądam stale. ale na tym sie kończy. wiąże się to też z tym że ostatnie 2 miesiace korzystam tylko i wyłącznie z modemu….. (tu przekleństwa wypowiadam bezgłośnie pod nosem)

kino? właśnie dawno już w kinie nie bywałem….

oficjalnie ogłaszam że będę prowadził tzw TRAVELBLOGA (nazwa robiocza) pod domeną bartpogoda.net – relacja onlajn z podróży przez Amerykę Południową. Siedzę teraz i próbuję coś stworzyć w tym kierunku. Bedzie to naturalna kontynuacja bartbloga…

jakieś sugestie?

Posted in .. |

RIO de JANEIRO

stało się. bilet już mam. wylot 6 lipca.

bilet na trasie: WARSZAWA – ZURICH – RIO a potem NOWY JORK – ZURiCH – WARSZAWA.

muszę wrócić do 6 lipca 2002. hm… kupa czasu… aż się zaczynam bać ! hehe…

Posted in .. |

środowy kac

bueep…

idem na miasto – jakby ktoś sie pytał. kac, kopalnia, impreza, browce, la mota, kupa ludzisk. czilałt

buuaepp….

Posted in .. |

rano kraków

Żydowski Kazimierz. Dostalem kawę z mlekiem. Gorącym mlekiem ! w dzbanuszku :) Jak chcę tak zawsze…

Noc w schronisku PTSM – spałem jak zabity. Nie przeszkadzały mi dzieciaki napierdalające dla sportu drzwiami (w zdrowym ciele zdrowy duch) ani skaczące po moim suficie a ich podłodze.

Poranna gazetka. Przelazłem wzdłuż Wisły i Wawelu. Po drodze kupiłem grube skrapety a stare wyrzuciłem. Zajebiscie stopy mi się obtarły. Tyc zamszaków na pewno nie wezmę na wyprawę (blue shity suede shoes) Potem przez Kazimierz. Robię zdjęcia, które zapisuję na MEMORY CARD w moim mózgu. Po raz enty żałuję że nie wziąłem żadnego aparatu.
Odrapane gustownie mury – w sposób tak fascynujący jak w Wenecji. brzydota jest piękna. wciśnij sobie ALT w głowie i spójrz na nią z innej strony.

Dziś na szczęscie nie deszczy. Słoneczko. Stukot wysokich obcasów 19-letnich studentek. Przemykają powabnie tu i ówdzie, przyciskają do piersi ukrytch pod obcisłymi bluzkami jakies skoroszyty i papiery. Adomas powiedział kiedyś ze skaczące piersi u kobiet to wynik tego że chodzą na butach na obcasie. Hm.. racja kumie racja. Ale dlaczego jezeli ona mają buty na obcasie to przyciskają te papierzyska do piersi? czyżby miały syndrom świętych dziewic (vide: Britnej Spirs, Destini Czaild)?

Włączyłem na chwilę rozładowany telefon.

HERR SIEMES ! NIE NAWIDZE PANA! NIE TYLKO ZA ELEKTRYFIKACJĘ DRUTÓW KOLCZASTYCH W OBOZACH KONCENTRACYJNYCH, ALE I ZA TE PIEPRZONE BATERIE W C35i.

Sciągnąłem pozctę głosową, maile, smsy. Chyba się już z siostrą nie zobaczę bo jedzie natychmiastowo do Anglii. Stara ! uwazaj tam na siebie! Gorąco pazdrawiam ciem!

Mam jeszcze 3 godizny do odbiory tej wizy. Wieczorem bede w warszawie. I do kopalni. yoooo
PS>
nowa fotka na ONEPHOTO.NET

Posted in .. |

AIR

Air. Powietrze. Potrzebujemy go. 10000 Hz Legend. Snuję sie po Krakowie. Czerwcowy chłodny dzionek. Dźwięki z discmana przepływają przez środek głowy. Mijam ludzi. Oni mnie. Kraków jest inny. to jest MIASTO. A nie betonowa dżungla (CONCRETE JUNGLE – Bob Marley). Nie jest taki jak Wszawa. Nie muszę się przmieszczać samochodem, autobusem, tramwajem czy andergrandem. Wszedzie z buta (moje przemokniete stopy już cierpią). Jednak pomimo dzisiejszej szarej mokrości jest piknie.

Kiedy to ja ostatni raz byłem? 7-8 lat temu? Zimowisko teatralne, Rotunda, luty 1992…9 lat! ci co byli wtedy to wiedzą o co idzie…

Wszystko wskazuje na to ze opuszczę stary kontynent 6 lipca. zrobiłem rezerwację na roczny otwarty bilet na trasie: W-wa – Zurich – Rio de Janiero ——– NYC – Zurich – W-wa. 570$. nie jest źle , myślałem ze bedzie to około 1000 baksów (kluku dzieki za poszukiwania korzystnej oferty). mam 3 dni na wykupienie biletu i pewnie to zrobię. czyli co? opuszczam was ….

Pozostaje mi tylko załatwienie paru spraw. dość istotnych: papierki, mieszkanie, telefony, spotkania. kasa z konta znika czego naprawdę nie lubię. aha ! i szczepionki i badania….
aaa no i przrobienie bloga na TRAVELBLOGA -bedzie relacja onlajn :)))

dzizas – to piwo schłodziło mnie równooo..
————

jestem na ulicy hm… jaka to ulica? gdzieś koło Rotundy 9klub studencki). sala 16 osoba . ludzie zewsząd. Jakiś koleś który przyjechał na egzaminy, turyści, kolonia dzieciaków i cholera wie kto jeszcze…
siedze w kafejce inetowej . piweczko. muzyka, 100 calowy TV. zbieraja sie ludzie…. [pewnie beda ogladac BB.

idę wczesniej spac pewnie…. rano pobudka i znow zwiedzanie z buta.

brakuje mi mojego cyfraka bez ktorego czuję się jak bez oka. OKO. cyfrOWE OKO.

PS.
wlasnie sobie susze buty na komputerze w knajpie internetowej hhehehe i pije kolejne piwko

dołbrołnoc

Posted in .. |

krakoff i wiza USA

Warszawa Wschodnia. Zapach moczu, potu, wilgości, szaro-buro-tłuste obsikane betonowe ściany. 5:30 rano. Wyborcza. Podświadomie chcąc szybciej opuścić ten zajebisty dworzec wsiadam do pociągu do Wrocka zamiast do Krakowa. I tym samym czekam parę minut aby się przesiąść na dworcu centralnym (równie atrakcyjnym).

Rano obudził mnie piskliwy alarm w cellu i radiostacja. A w końcu Sylwia. Rozgorączkowana, jąkając się wydusiła z siebie historię o tym jak chcieli ją obkraść. Wiozła lampę błyskową dla Adomasa, 16 filmów i tonę płyt CD. Walczyła jak lwica pozbawiając jednego ze złodzieii JAJ. Pozostali dwaj zostali ogłuszeni jej PISKIEM. To jest paranoja po prostu. Jazda po Polsce pociągami wymaga odwagi i odpowiednia jest tylko dla Insomniamaniaków którzy zasnąc za cholerę nie mogą.

Kraków rozmoknięty. deszczowy. piękny. Pod amerykańskim konsulatem dziki tłum. Giełda tak zwana. Ludzie szemrają: o co może konsul zapytać? jezuu jestem bezrobotna etc. Ludzie panikują. Siadam pod ścianą wypełniam form. Na poczcie wpłacam 189 zeta za wizę i udaję się do okienka. Nie muszę stać w kolejce. Mam w starym paszporcie dwie wizy z pozwoleniem na pracę. Urzędas pyta tylko: odbiera pan pocztą kurierską czy osobiście. Oznacza to że JĄ MAM. Osobiscie – odpowiadam. Mam nadzieje ze do jutra nie wynajdą jakiegoś haka na mnie.

Postanawiam nie wracać do Warszawy na wieczor. Szkoda kasy na pociągi lub beznynę. Nocleg za 15 zeta w sali wieloosobowej zapewniony.

Siedzę w kawiernce Inetowej i staram się przeczekać deszcz. Co dziś będę robił?? sam nie wiem. Pójdę do knajpy, upiję się ;) może jakiś koncert? Ktoś z was jest z krakowa i się może orientuje co się odbywa ? jak coś to dawajta SMS na 502301957. :)

Posted in .. |

world press photo i odkultowienie aparatu

byłem i widziałem. po raz pierwszy od 3 lat. World Press Photo kojarzy mi się z niesamowitymi kolejkami pod Zachętą, czarnobiałą krwią, ogromnym formatem zdjęć i tym że na pewno nikt nie pozostanie obojętny wobec tego wszystkiego. Wojny, zamachy stanu, wydarzenia, przewroty, rzeczy ważne, ciekawe, mało istotne, obrzydliwe. ale na pewno ważniejsze niż pieprzony big braza którego własnie ogladam i Klaudiusza który mało zdzwiony przy dźwiekach dętej orkiestry wychodzi z domu.

dzień niedzielny – kawa, jak zwykle giełda foto (takich zakupów FILMOWYCH to jeszcze nie robiłem), “ustawka w samirze” ;), snucie sie po mieście, znajomi, ksiażki, muza etc.

zauważam że zaczynam pisać na siłę – będąc myślami już poza TYM wszystkim.

jutro wyjazd po wize USA do krakowa… trzymajta kciuki – wiza się na pewno przyda, choć nie jestem typem skończonego gastarbaitera, pomimo dwukrotnego zapinkalania po parę miesiecy w pięknym stanie Colorado.

bedur – już napisał o tym jak odkultowiałem swój aparat. zamalowałem napisy czarnym ponoć pernamentnym flamkiem. to sami zrobiłem z obiektywami. wiem że niektorzy by się załamali widząc eosa 3 wyglądającego jak rumuńska pstrykawka. ale cóż – może to coś pomoże w konfrontacji ze złodziejami w ameryce południowej…..

idę spać – 4-z-rańca trza wstać

Posted in .. |

szabas

nic nie robie
robie nie nic
kawa
radiostacja
wyborcza
sniadanio-obiad
ksiązki
internet
design-dla-kogos-tam
żadnego zastanawiania się co dalej
———————-
robilem porządku na dysku twardym
i znalazlem cosik taki
transformacja bARTA – fotki zrobił bedur
slajdowisko u kluka

smak…

Posted in .. |

jaki kierwa temat

siedzim z tow bedurem spożywamy czerwone-poł-wytrawne i siem żenujemy o`polem. fajnie jest ale nie fajnie. własnie podziwiamy pana zapowiadacza który wypełnia dziurę w całym spektaklu.

digital lajf czerwiec 2001 – coś w końcu wrzuciłem.

ródi szubert odgrzewa ałtoddejt kotlety w stylu: WARS. CÓÓÓrka rybakkka.

jest mi ciepełko w żołądku i chyba jednak ide drzemać.

aaaaaaaaaaaaa a aa aaa a a aaa

czy ktoś to czyta … hehhe

Posted in .. |

a takie różne tam

zacząłem z powrotem działac z grafiką… nowe banerki na na BLOG.PL i za chwile na pogodzinach.pl

poza tym jakies designy i inne…. juz zapomnialem jak to sie robi

załatwiłem kolejne rzeczy do wyjazdu. cieszę sie bardzo jak znikają kolejne punkty na mojej liście…

oby tak dalej

Posted in .. |

zauwazyłem ze w ogóle nie piszę o otaczającym mnie świecie. polityka, wydarzenia, morderstwa, big brat, koncerty, muzyjka, procesy, przewałki, zamachy stanu, terroryści, kurwy, ociec rydzyk i emsi olidasebe. dużo się dzieje. padnięty zalegam na łożu i wtedy serfuję po kanałach TV. widzę szaloną fascynującą papkę. opd rana do wieczora. od zmierzchu do świtu. idę spać

Posted in .. |

pierwszy

…dzień z reszty życia mojego…

Posted in .. |

25

ćwierććwieka?ćwierćdźwięku?ćwierćwieku? hm. no . właśnie tak.
25. minie dziś. powinieniem powiedzieć cos. w stylu, że “hoho kupa czasu”, lub “o kurwa, tu już dziś!” bądź też “minęło zanim się obejrzałem”…. i inne tego typu. Ale powiem jedno – było fajnie, wyjebiście fajnie :)) No i mam nadzieje że będzie lepiej albo przynjamniej tak samo. Ale szkoda że nic nie jest tak proste jak kiedyś … prawda?

once upon a time

——-
co poza tym, że jestem starą dupą?

mam kaca po wczorajszej genialnej imprezie w KOPALNI :)) pozdrawiam ekipę :)

NAGRYWATOR DZWIENKUFF czyli co udalo mi się zarejstrować podczas czilałtu w Kopalni:

- jak minimal podszywał sie pod agatę2000 i szukał sponsora na ircu
- pijackie zawodzenie adomasa
- dyskusję o: żydach, obrzezaniu, orgazmach (łechtaczkowy, odbytniczny et catera), i katarzynie groniec i jej zaletach, ostatnim i pierwszym okresie respondentek i orala
- o tym jak nie uprawiamy sportu
- pocieranie gruczołami mlecznymi o mikrofon co niektórych koleżanek ;)) < to jest najfajniejsze >
- i wiele innych niecenzuralnych fragmentów

Płyta nie zostanie wydana i prawdopodbnie niektóre fragmenty zostaną obublikowane w formie MP3. Wtedy jednak dostanę telefony od prawników moich wspólimprezowiczów. Niestety nie nagrał się mroczny wywiad z Anią Ortodoks. Nie wcisnąłem REC ;)))

Posted in .. |

biurokracja i plany

jeszcze większe jaja są z załatwianiem wiz. bilet w dwie strony do danego kraju – jest wszedzie potrzebny. jak to kierwa ominąć? do takiego Peru przykładowo. w ambasadzie odebrała jakaś kobiecina i powiedziała ze bilet w dwie strony muszę mieć. ehh…. ja przecież będę jechał lądem. boliwia – peru – kolumbia. nie zamierzam korzystać z żadnych aeroplanów. mierda …
to samo jest z wenezuelą. na szczęscie w ambasadzie kolumbijskiej nie robili problemu. wizę da się załatwić po drodze – bylebym dał im 40 $$$ i wsio.
Moze się oni boją ze chcę być tam gastarbaiterem? albo dołączyć do Swielistego Szlaku? a może mam jakieś kokainowe interesy w kolumbii?

ale nie upadam na duchu. Już teraz informuję że powstaje strona na której będzie można na bieżąco śledzić przebieg wyprawy i oglądać zdjęcia. chyba po raz pierwszy o tym informuję. Gdzie to będzie i pod jakim szyldem dam znać. A ci co nie wiedzą i tak tam trafią poprzez przekierowania.

Wracam do planowania.

Posted in .. |

pieprzona biurokracja

Otóż to. Aby cokolwiek załatwić trza sie nabiegać, nadzwonić, nastać w kolejce, meldunki, dowody osobiste, piny, pozwolenia, zaproszenia, dokumenty, numery, NIPy, PESELE i inne dziwactwa.
Myślę że zrobioene sobie niepodrabialnego kodu paskowego z tyłu łba lub cos podobnego było by dobrym pomysłem ;)))

——–
kluku chleje na korfu. możecie o tym poczytać.
——–
Jadę po wizę USA. Ma ktoś jakieś pomysły jak rozmawiać trzeba z psem*?

——
*pies = konsul

Posted in .. |

nagrywator dźwienkuff

w końcu wszedłem w posiadanie nagrywaotra dźwięków czyli MD (minidisc). jak twierdzą niektórzy (w tym weteran maras) jest to zamkniety rozdział w muzyce i nośnikach dźwięku. co racja to racja . się zgadzam. kupienie orydzinalnej nagranej już płyty MD to paranoja i nie ma to sensu, ale jeżeli chodzi o funkcje reporterskę ma to sens. mikrofon i nagrywasz: przekupki na targu, szum ulicy, rzygającą dziatwę podczas imprezy etc. Pamieta ktoś LISBON STORY? no własnie – o to mi chodzi. Dział DIGITAL LIFE powiększy się w końcu o dźwięki MP3 z otaczającej mnie rzeczywistości. poza tym bedzie to pewnie wspaniały dodatek w czasie PODRÓZY. O tym wkrótce. Przygotowania trwają. Będzie bARTrADIOmp3 :)))

——-
Za pozowleniem mojego frejnda Wojtasa wrzucilem jego text o Ameryce Południowej (Ekwador, Peru, Boliwia) i info praktyczne. Gracias hombre ;)))

Posted in .. |

zielono mi

Trasa kłodzko – wałbrzych. pomykam zdrowo po paszport. zielono w koło. aż oczy puchną. ale krasnyje. Nowa Ruda, Wałbrzych. Miasta brzydkie, fabryczne, kopalnie, które już upadły. Ale jest jakiś klimat. A hałdy powoli zarastaja zielenią.

zrobione w po drodze do wałbrzycha

na uszach mam wyjebiscie duze sluchawki. zupelnie teraz nie rozumiem jak można słuchać muzy na tych co sobie wkladamy do środka skazujac się na męki starszne.
“blue in green” miles davis. genialny kawałek. Fisz użył pianina z tego kawałka w “polepionym”. Wpadlem na tonie chcąco. zawsze mi sie ten kawalek z czymś znajomym kojarzył. a to “blue in green” z “kind of blue”. świetna rzecz.

moja nowa fota na ONEPHOTO.NET

Posted in .. |

no i nic

pewnie że nic. to wszystko mi sie wydaje. to ze jestesmy, zyjemy, kochamy, nie kochamy, pieprzymy, zdychamy, pijemy i spozywamy, ze wymyslam te bzdety, ktore niby maja byc moje a są sam nie wiem kogo.

za parę dni stuknie ćwierćwiecze. nawet o tym nie myśle, bo to też nie istotne. celebrować nie będę. bo potrzeba tak nie zachodzi. napić lub spalić blanta można zawsze. co nie? generalnie mam wrażenie że wszyscy spożywają trawe, piją piwo w duzych ilościach, nawet wrogowie papierosów z przyjemnościa wyskrobują resztki zielska z fifki i przepalają. jakas paranoja.

spojrzałem na siebie dziś. w drodze. jadąc samochodem. potem przed lustrem w domu. stałem i patrzyłem. nie słysząc odpowiedzi na zadane tuż przed chwilą sobie samemu pytanie – KIM JESTEM. Kimjestestampodrugiejstronielustraimysli?
Generalnie moj mozg nie zabardzo się nadaje na powazne myslenie o egzystencji. bo stwierdzam ze szkoda egzystencji na myślenie o egzystencji.

——–

z bardziej przyziemnych teamtów. jadę zwalczać biurokrację w Wałbrzychu . jutro z rana. będę probowal zdobyć swoj paszport. oni wiedzą że się tam zjawię, ale sie mogę założyć o browca że problem jakiś się zmaterializuje w ostatniej chwili. w sobote back. warszawa.
———
powiększam swoje portfolio
———-
lubicie jak was krytykują?
———-
potrzebuję KRYTYKI. wyjebstej krytyki własnej osoby. Tzn. otrzymuje ostatnio ją w całkiem sporych dawkach, ale mój organizm sie przyzwyczaił i potrzebuję jej więcej.
——-
obecnie czytam : ISABEL ALLENDE `niezgłębiony zamysł` i Lonely Planet South America. słucham Jill Scott. Co jeszcze ?

Posted in .. |

zyjem

ale sen mnie po drodze prawie dopadl. 4 kawy, jebbull, cola, makcziken i 30 litrow beznyny i dalem rady 450 km. aha….. niech zginą ci co mi za***li cdplayer w samochodzie. po prostu prawie umarlem od tej monotoni silnika. a dodam ze nie spiewam za pięknie – ale trza było.

Posted in .. |

ZABIŁEM

zabiłem wielkiego brata na zlecenie. asz mi ulszyło…

Posted in .. |

rybie oko

rybie oko – pubik under the poniatowski bridge , gdzie dalismy czadu. polacam to miejsce nie tylko fotomaniakom ale wszystkim. mihau rzuca wiecej swiatla na ten temat…. tym samym nie dotarlismy do KOPALNI. wybaczta mi…

mam kaca i chyba umiernę… ale muszę wsiadac w samochod i pedzic 500 km do klodzka….

Posted in .. |

bezpowrotnie utracona leworęczność

Jerzy Pilch. W nocy skończyłem czytać jego książkę. Mistrz.
“bezpowrotnie utracona leworęczność” – polecammmm wszytkim.

2 kawa i szare chumury. Samo warszafskie południe. Mam wrażenie że każdy dzień tak samo wygląda. Bez różnicy.

Jutro jade do Kłodzka – paszport, papierki, sprawy etc.

Wszyscy chcą pisać. PAtrzę na blogi i mięknę. Ile wytrzymają, na pewno dojdą nowi, masę młodych kobiet po tym jak zobaczą w kinie “Pamiętnik Brdiget Jones”, blog.pl ma zero reklamy – wszystko się po znajomych pewnie roznosi. Dlatego też pewnie powstają grupki linkujących się nawzajem. bysia czy fisia w ma w linkach swojego misia czy innego chysia.

Ciekaw jestem też jednego – ile osob robi to incognito, w tajemnicy, pod pseudem, żaląc się na wszystko. Tak mi sie wydaje…

Posted in .. |

przygotowania

po wczorajszym spozywaniu tequili z szumielem wiem wiecej o ameryce pld – edukacjyne chlanie :))

przygotowania trwają. obłożyłem sie literaturą, ksiązkami, relacjami. bilet też niedługo kupuję. prosto do magicznego Rio. mam nadzieje ze wszystko pojdzie ok.

aha… bedur szuka osoby chętnej na wynajem wspolnie mojego mieszkania w warszawie. Jest to osobnik o ciekawej i zakręconej ale miłej osobowości. sprząta, myje, gotuje i robi znakomity budyń z la motą. poza tym znosi do domu tony zajebistych płyt cd – takie ma hobby. jak cos to pisz maila, jezeli jestes zainteresowany (a).

Posted in .. |

MAROKO – nowe fotki

SLAJDY
i
FOTKI Z GARBARNI W FEZIE
:) cała noc skanowania. dzieki chubaka i golab za pomoc w skanowaniu :)) Do tego dojdzie jeszcze relacja i pare nowych fotek czarnobiałych. Fotki może jeszcze dziś… padam na ryj jest 6 rano i pragę już zasnąć…

—-
Cała galeria z Maroko

Posted in .. | Tagged ,

porządki

sprzątam. albo zaraz zacznę. w pokoju i nie tylko. segraguję rzeczy i przedmioty otaczające mnie. na ekranie kompa mam otwarty notatnik. spisuje co zabrac, co załatwić, jak sobie poradzić z tym i tamtym… jest tego tysiąc.

wczoraj na filmie SAMOTNI padło takie zdanie, które sobie własnie przypomniałem. Jak odchodzisz od kogoś to zostawiasz przy nim kawałek swojej duszy. A przy osobie którą zostawiłes pojawia się światełko. Kawałka twojej duszy. Słyszałem kiedyś to zdanie. Nie raz.

zjadłem kalafiora na obiad. znów mam fazę pisania więcej niż zazwyczaj.

Posted in .. |

sleepless in warsaw

juz szarzeje na dworze. zaraz pomarańczowe poranne niebo odbijać się będzie w oknach budynku z przeciwka. spać nie mogę. czytam, oglądam, popijam, zjadłem banana pokrojonego na plasterski wrzuconego do miski pełnej płatków kukurudzianych zalanych mlekiem 2.0

dziś z brygadą w postaci K. i K. byliśmy na Samotnych – czeski film ktoś powie – ale jaki … hm ehh. życiowy?
no własnie – czemu w Polsce się takich filmów nie kręci? Czemu bliżej mi do rosterek 20kilkuletniego filmowego Czecha niż jego odpowiednika w polskim knocie? Polscy filmowcy mają spaczone wyobrażenie o rzeczywistości, świecie, ludziach etc. Szkoła filmowa i tzw. środkowisko filmowców im nasrały do łbów. Już nic nie powiem więcej. Wiele lat temu mistrz Maklakiewicz alias Mamoń rzekł to dosadniej i lepiej.

Posted in .. |

DIGITAL LIFE – galeria za maj 2001 gotowa.

Digital Life czyli rzeczywistość uchwycona cyfrakiem – rozdział trzeci czyli Maj 2001 już gotowa. Stwierdziłem że wystraczy już tych fotek . Następne będą w dziale czerwcowym…

Posted in .. |

dzień mamuśki

… wlaśnie nadszedł – więc Wszystkiego Pięknego Ci Życzę – zadzwonię dziś jeszcze :)

Posted in .. |

bART copyrights

Kiedys se wymyslem nicka bART. tak przez pomylke bo mialem capslocka wlaczaonego… kurka… a tu wchodze na blogchat i fucking shit – ktos se ukradł moj NICK – nie gniewam sie ale to rozboj w czarny dzień . hehe.. żądam satysfakcji …

Posted in .. |

bartpogoda.net

BARTPOGODA.NET – moja nowa i chyba pierwsza wlasna domena…. na razie photo portoflio po angielsku co potem bedzie nie wiem .

Posted in .. |

praca sezonowa – exhumacja szalonych kruff

właśnie poinformowali w panoramie że Angole muszą odkopać zwłoki 1.300.000 zabitych dzikich krów. Bo ponoć były chore na coś tam więcej (wsciekliznę) i syfy z ich sztyfnych ciał mogą się przedostać do wód gruntowych i wtedy oszaleli by wszyscy Angole. Więc jest sposob na zwalczenie bezrobocia – gastarbaiter w Wlk. Brytanii jako exhumator krowich zwłok…. polecam.

Posted in .. |

uaaahaaa :)

Posted in .. |

silnej woli!

mniej mówić, gadać, opowiadać, lać wodę, ściemniać, powtarzać się. po prostu działać. ale jak wiadomo silnej woli trzeba – prawda?
——
wczoraj przyjąłem szczeopnki: żółta febra i żółtaczka A i B. Aż mi się mientko w kończynach zrobiło. Za miesiąc jeszcze jedna kolejka.
——
miałem się budzić rano. jechać na basen. pobiegać. ale chyba nie od dziś. może od jutra. SILNEJ WOLI – pliz. gdzie się ona podziała.?
——
wczoraj przeglądałem książkę adrsową w ałtluku – zajęło mi trochę czasu zanim skumałem kim jest dana osoba. z reguły następowała kasacja. tym samym już jest bardziej przejrzyście. ciekawą sprawą jest wybieranie sobie nicków przez ludzi w adresach e-mailowych. Faceci z reguły używają swojej ksywki z podwórka, częsciej zaś imienia po prostu, lub nazwiska. A kobiety mają jakieś na maxa poplątane nicki z paroma cyferkami i czymś tam jeszcze.., o co chodzi?

Posted in .. |

fotograficzne ekstrementy cyfrowe

BBK czyli bedur bart kluku – w fotograficznym ektrmencie cyfrowym. zapraszam . ale tylko dla odwaznych . hehehe

Posted in .. |

fotka na onephoto

NOWA! lukajta :)

Posted in .. |

photo portfolio in english

Właśnie zdziałałem PHOTO PORTFOLIO – tzn. przerobilem stare a to będzie w całości na export czyli po angielsku. jakieś sugestie?

Posted in .. |

snifam

tabake. znalazlem male niebieskie pudełeczko tow. bedura. i snifam. niezle wali w leb. nie polecam zdecydowanie

Posted in .. |

big chill

wielki chłód. po stopach. przez otwarte balkonowe drzwi. krzyki dziaciaków. szum samochodów. turkot tramwajów. niby maj. prawie lato. ale zimno. przeraźliwie zimno. spogdlądam na prostopadłą ulicę do mojej. dzieciaki wychodzą ze szkoły. przypalają fajki. plują. tak jak w utworze Elektrycznych gitar. Dokładnie tak samo.

siędzę i piszę. nie mogę się na niczym skoncentrować. dzwonię, załatwiam dowiaduję się. Przygotowania do wyprawy rozpoczęte. Wbrew wszystkiemu. I chyba sobie teraźniejszczemu najbardziej. W poszukiwaniu banalnej własnej LEGENDY? Jest parę sposobów. I na wszystko jest czas i miejsce w życiu – tak słyszałem od kilku osób. Ale nikt nie wie kiedy jest ten czas i kiedy jest to miejsce… więc czas się zabrać. ucząc się na błędach może.


slucham radiostacji: Radiohead. Z nowej genialnej płyty. Wymiekam.

Posted in .. |

jak uratowac polski i nie tylko przemysl samochodowy

odp. trzeba wyjebac co do jednego laweciarzy.

niezła paranoja co? jak sprzedaż samochodow szla nieźle dwa lata temu – wszystko było ok – aż tu nagle Polacy przestali kupować nowe samochody. Co więcej – w ogole przestali je kupować. Benzyna droga. Dełu chujowe. Mały fiat za mały. więc przestali.
Aż tu nagle kto z wielkich koncernów wpadł na pomysł, że to przez laweciarzy przywożących graty z europy zachodniej. te wszystkie 10 letnie mesie, bejce, audice i inne. Ze to polacy kupują własnie te złomy zamiast nowiutkich cieniasów lub dełu. no i postawnowili ten niecny biznes przykrócić. Otóz nikt tego nie przykróci. To nie ma znaczenia przeciez ze samochody są stamtąd czy stąd. I tak smrodzą, zabijają, piją e95 czy wąhają gaz. I tak są kradzione przez tych ze wschodu i wywożone do Rosji (sam nie wiem). To wszystko się skonczy kiedy do produkcji wejdzie ginger – dwokołowy pojazd z zyroskopem napedzany na wodę za 300$. To bedzie rewolucja….

..

noo dziś to mi sie pomerdalo juz na maxa w glowie

Posted in .. |

hell

wczorajsza wyprawa na Hel sie calkem udała. piasek, woda, wiatr niosący sól. naprawdę zjarałem się pomysłem aby wpaść tam na 3 dni do szkólki windsurfingu. miejsce jest wprost zajebiste.

ZDJĘCIA JUŻ SĄ!!! – autorzy: ja i wiola

Posted in .. |

maje nowe zdjęcie na łanfoto

tu jest … a i tak pewnie zostanie zjebane przez paru takich ;)) ktorzy lubią ładnie skadrowane technincze nieskazitelne fotografyje kwiatkow lub mrówków lub pejzażysk.

Posted in .. |

TRAFFIC

Właśnie wyszedłem z kina. Traffic. Dobra wiadomość – nie bolą mnie 4 litery, po prawie 3 godzinach spędzonych w kinie. Naprawdę niezły kawałek kina. Tak z czadem, bez zbytniego moralizatororstwa specow od kina z hollywood. Genialne przenikanie sie akcji. Nie wiem czy nie dla ułatwienia rezyser uzył filtrów: niebieskiego i żółtego dla odroznienia motywow. mam nadzieje ze czegos nie pomieszalem czegos z tymi kolorami…;)) idźta i to raz dwa ….

jutro jade do piekła czyli welcome to hel(l)

Posted in .. |

SKANER

Jestemw potrzebie wielkiej pozyczenia skanera ! do negatywow i slajdów. Nie takiego z przystawką, bo taki mam. Ale coś bardziej PRO. Coś jak Nikon CoolScan czy coś w tym stylu. prosiem o kontakt jak by ktos byl z warszawki i mial cosik taki

Posted in .. |

dźwięki i zapachy

szum wody morskiej. takiej spokojnej. karłowate fale rozbijające się o pokryte zielonymi glonami śliskie kamienie po których źle się skacze. ale próbuję.

dziś rano biegałem. czas powrócić do dawnej formy. tej umysłowej też.

Posted in .. |

cosmic girl

myślycie że ONE są z kosmosu?

b e z w ą t p i e n i a

Posted in .. |

noł fjuczer

nie jestem punkiem – ale czasem są dni że czuję się jak nic nie warty śmieć. NO FUTURE – zdają się mówić pewne głowy wokoło mnie. ZGINIESZ CHŁOPIE – nie ma przed tobą przyszłości. Co więcej, sam zaczynam łapać taką schizę. Mimo że mam wrażenie że coś umiem, że robię to i tamto, ale to że trace czas nie robiąc więcej, dużo więcej przygniata mnie z każdą chwilą. Wtedy dołuję się jeszcze bardziej pisząc takie rzeczy dla kompletnie obcych mi ludzi na blogu (nie wszyscy, ale biorąc stats pod uwagę pojawia się was tu całkiem sporo), aby potem odbijac się już z kompletnego psychicznego dna.

Nie jestem punkiem. Nie mam nawet irokeza. I nawet to nie ja mówie NO FUTURE. To mówią ludzie wokoło mnie. Ale kurwa mać – coś mi się nie chce w to wierzyć….

Wolę Marleya i jego Everythings gonna be alright… jak spiewał….

Posted in .. |

zderzamy się

Zderzenia teatralne. 10 lat minęło. Na pierwszym festiwalu miałem 15 lat. Srut. Czas poleciał. Najlepsze jest to że niektórzy się wcale nie zmienili. Niektórzy zaś jak najbardziej.

Siedzieliśmy z Adomasem na dyskusji. Suto opici browcem. Oglądaliśmy ludziska. Starych znajomych, bandę krytyków, aktorów i widzów. Siedzieli, gadali, pili, palili. Było inaczej niż zwykle. Nie siedzieliśmy przy jednym duzym stole, pijac dziesiątki piwek, nikt się nie przekrzykiwał, nie uciszał, nie było telewizji, było spokojnie. Krytyk jeden czy drugi chodzil zgrabiony w kółko na środku sali. Zadawając pytania. Niby do zebranych, ale raczej do siebie samego.

czy teatr to życie czy życie to teatr? czy aktor przeszedł na drugą stronę swojego jestestwa czy też był tylko rzemieślnikiem?

i tak w kólko – pytania wszystkie w tym stylu. Odpowiedzi nie przytoczę. Były zbyt ciężkie.

Bedur cosik więcej napisał w tym temacie

Czasy sie zmieniają. My się zmieniamy. Nic nie pozostaje takie same. Banał.

Wrzuciłem fotki następne. Oprócz mnie, autorami są równiez Adomas i Jeżu. Pozdrawiam.

Posted in .. |

digital life – maj 2001 – nowe fotki

parę nowych kadrów z rzeczywistości … tym razem zdjęcia miasta i wizyta u minimala….

Posted in .. |

zaburzenia

cośmisięstałochybaodmyśleniaostatniedniłebmnietaknapierdala
żezarazzejdę.

wczoraj wielogodzinna jazda z wawy do kłodzka via wrocław. 4 apapy i jazdy. Kurde ja przeciez nigdyna nic nie biorę tabletek. Ale wczroaj to było nie do wytrzymania. W domu już próbowałem zasnąć. A mojej głowie jakieś głosy mówiły coś i bełkotały.
Czy jestem już świrem?

Posted in .. |

Zderzenia

za dwie godziny walim do Kłodzka bo sie festiwal teatralny Zderzenia zaczęły.. trochę opóźnione, ale zawsze. W tym roku po raz 10ty…. ehh… czas zapinkala.

Posted in .. |

do the right thing

codziennie się coś kończy codziennie zaczyna.

rob co należy i to co czujesz.

goląb, jedrek – już nie mają blogów. zrobili tak jak chcieli. bez zbędnych ceregieli. free will.

zaraz spadnie deszcz. ktory zmyje ten syf z ulic. czekalem na niego.

Posted in .. |

bartek tylko w czwartek

ale co własciwie.?
jestem nabuzowany. odrobinkę. pomimo chęci pospania dłużej dziś o 8:00. chcialbym spać nie wiecej niż 7-8 dziennie. miec uregulowany przynajmniej ten tryb. bo potem caly dzien wyjebany w kosmos. tak po prostu – jak pstrykniecie paluchem.

wczroaj znów odbylo się małe w***nie sąsiaduff – pewnie dnia jakiegoś policja wpadnie i sie skończy. A przeciez to tylko: bedur, kluk, bart + gitary, niewinny marokański bęben ze skóry wielbłąda, harmonijka + brzuch bedura jako perkusja. Parę dziwnych kowerów i jeden hinduski sączący się 8 minutowy utwór. parę browczyków, tequila i coś jeszcze. nagrliśmy 3 empeczy i było przednio.

dziś, jutro, pojutrze – nowe decyzje. dzieki kluku za rozmowe – kurka facet coś mi się mniej wiecej przejaśniło a i zarazem zamgliło (coś się we mnie zawahało). ale kto podejmuje decyzje? kto ma ostatnie słowo do powiedzenia? no kto?

wiem jedno – ktoś mi powiedział pewnego słonecznego dnia – to będzie dobry rok – dziękuję CI. i przepraszam.

Posted in .. |

marzyciel i fantasta

czyż nim nie jestem . ponad. lewituję. patrzę się gdzieś przed siebie. nie myślę o rzeczywistości? o życiu statecznym i ustabilizowanym . pędzę. w drodze. gdzieś ponad szarym życiem. Tak jak na tym zdjęciu. to wyjasnia wszystko. dzianki fiolka za zrobienie tego foto…

AHA…. szukamy (ja i wiola) możliwości opchnięcia paru zdjęć i atykulu a propos MAROKO…. macie jakis namiar ???

Posted in .. |

(-) (-)

staram się nie łapać doła

jem flaczki z gorącego kubka

odbieram smutne sms

piję colę

patrzę przez okno

staram się jakoś pokryć swoje długi

myślę nad tym co i jak dalej

zdecydowałem się

ale z bólem

gdybym jednak sie nie zdecydował na pewną drogę

potem po miesiącach lub latach radosnego życia

znów odezwał by się zew

nie odkładajmy marzeń na przyszłość

bo potem nie będzie czasu, możliwości, chęci

bedzię wielki brzuch, pliot TV w ręku, niezła fura i dom, dzieci, żona, długi, praca, głupi szef, siwe włosy, i rok 2027

albo mi się tak wydaje. stereotypy.

Posted in .. |

wejk ap bart

… jak to jest, że gdy mam do załatwienia parę istotnych spraw danego dnia, śpię zawsze do oporu. potem zanim wyjdę z domu to też jakiś czas minie…. ehhh… jak to jest?

słońce praży, śmieciara za oknem wygrywa swoją industrialno-treszową muzę jakiej tom waits nie powstydziły się z pewnością, ruszam na miasto….

Posted in .. |

zastopowanie procesu

.
kropka
koniec
niezdecydowanie jest najgorsze chyba. lepiej cos zrobić niż nie robić nic.

chciałbym byc pewny że decyzje które podejmuje są jedyne i słuszne.

ale czy życie nie było by wtedy zbyt oczywiste?

Posted in .. |

ból

…karczycha.
ślęcze nad tymi blogami. lekki kosmos. odnoszę wrazenie czasem jakbym czytal jednego wielkiego bloga. na szczęscie czasem coś wpada. jakas perełka. i to cieszy.

zaraz będę robił porządek wśród milionów moich zdjęć

naprawdę niektore są na maxa zasyfione

Posted in .. |

aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa

stworzylismy potwora który ani mysli przestać rosnąć.

Posted in .. |

kac

kolejny wpis był przewidywalny. lub nie. cieżkie chwile w kibelku. wypity duszkiem sok jabłkowy. i dwie galatertki owocowe, po jaki kij to ja już nie wiem.
9 rano – tak wcześnie to ja już dawno nie wstałem. przynjamniej podczas pobytu w Klodzku. jutro zmykam do warszawy , chyba przez wrocław raczej. i zajmie mi to cały dzień. idę coś schrupać.
PS>
tego poprzedniego wpisu nie skasuje – ale jest naprawdę GŁUPI.

Posted in .. |

noc

wczoraj ziemia dala znac o sile swojej. dzis nic. powrot do domu na hulajnodze. lekko najebany. zdarza sie. przyjaciele, znajomi, nieznajomi, dawni znajomi. spotkania wzroku. skad ja znam ta lalunię?/?? nie pamietam, chyab kurde z LO. ale i tak nikt o to nie dba. dobry caLKIEM dzien dzis. jak mi sie wydaje. mala wloczega po kotlinie klodzkiej dala duzo naprawde do myslenia. a propos przyszlosci. maly domek w gorach? no nie?

potem pijanstwo w WBL i slawniku. Duzo sie lalo. zaiste. niemam sily z polskimi lieterami pisac, bom najebany.

aha…. zdjeica z pobytu w klodzku są tu

jebejbe

Posted in .. |

sunshine

Od paru dni byczę się w kłodzku… po powrocie z maroka chwilunię pobyłem sobie we wszawie a teraz zielona trawka, zwiedzanie kopalni złota, spożywanie pstrągów i popijanie browczykiem, droczenie się z psem, nuda, heban kapuscińskiego po raz enty i milion innych rzeczy… ale dlaczego jestem taki znużony ? śpię nadal do 12 w południe, zebranie się gdzies na miasto lub po za nie przerasta mnie samego, ślęczę przed komputadorem, zarastam bo golić mi się nie chce…

nadal nie mam pracy

nadal chcę wyjechać gdzieś (jednak Ameryka Pld)

nadal mam milion pomysłow w głowie

___________________________________

czas się zebrać w kupę, bart.
………………………………
moje nowe zdjęcie na onephoto.net

Posted in .. |

Fotki z Maroka

fotki z maroka – wersja beta…. bo dojdzie jeszcze relacja i fotki ze slajdów. zapraszam do oglądania ;))


 
Posted in .. | Tagged ,

maroko na cyfrowo

fotki po prostu…. w wiekszosci zrobione przez wiolkę, niedlugo jednak foteczki czarnobiale – a potem slajdy…

Posted in .. | Tagged ,

brand new day

ddzzzndznn…. od rana… olewam i śpię dalej. niezły burdel – myśl taka przychodzi na widok mojego pokoju. poranna kawa, pare telefonów, adomas zmierza do wszawy na spotkanie blog.pl, wiola obrabia zdjecia z maroko, sisotra pisze o jakiejsc ksiazce, i inne sprawy…. jade do starej pracy skanowac negatywy, ale po godzinie roboty stwoerdzam ze to bez sensu… negatywy sa tak wygiete ze trudno je ulozyc na blacie skanera…. po prostu zrobie odbitki tylko… rozmawiamy z magda , sloneczko przygrzewa, sielanka… warszawa powoli wymiera, w koncu jest WDW (wyjebiscie dlugi weekend) ehh…. life

jade jutro do klodzka, pare dni obijania sie, mam koljene plany na zycie na najblizszy rok… ale o tym wkrotce…. aha – niedlugo diametralna zmiana mojej strony i wszystkiego co tam jest….

Posted in .. |

i`m back

wróciłem. o tym pisze wiola.
PS. probuje się ze wszystkim pozbierać… debety, długi, rachunki, szum , ludzie na ulicahc, korki, tłum, brak pracy, szukanie nowej, znajomi, przyjaciele, rodzina, sprawy do zakończenia i mnóstwo nowych do rozpoczęcia…
nie było mnie 3 tygodnie, a mam wrażenie, że tak wiele się zmieniło… a jak siedzisz na dupie to wydaje się ze wokoło nic się nie zmienia…

Posted in .. |

the end

Wspanialy zachod slonca nad Atlantykiem. Jak zahipnotyzowani stalismy na urwisku o ktore rozbijaly sie paru metrowe fale. Tuz przy latarni morskiej w Rabacie. Gdzies przed nami, pare tysiecy mil morskich na zachod jest Ameryka Poludniowa. Jeszcze 600 lat temu dla wczesnych byl tu koniec swiata.

Ta 3 tygodniowa wyprawa po Maroku byla przede wszystkim podroza kontrastow. Na poczatek zbudowana przez Portugalczykow As Suwajra. Wsapniali goscinni ludzie, klimatyczna medyna, ogrolne fale, wiatr, piasek i slonce. Zapach ryb w porcie i latajace mewy nad talerzem pelnym krewetek. Wioli chyba podobalo sie tam najbardziej.
Zjazd do Marakeszu. Tam juz bylo kompletnie inaczej. Niesamowity plac Dzamma Al Fna, czarodzieje, zaklinacze wezy, kuglarze, akrobaci, oszusci, bajarze i hordy czerwononosych turystow. Do tego gorace lepkie powietrze i wszedobylski kurz.
Po paru dniach zaczelismy spogladac w kierunku osniezonych szczyow Atlasu Wysokiego gorujacych nad czerwonymi murami miasta.
Imlil – pierszy powaniejszych kontakt z Berberami, nauka paru slow z ich jezyka, wizyta w domu u Brahima. Poza tym wspinaczka az po snieg po okolicznych szczytach. AAhaaa , no i wizyta w kasbie gdzie Scorsese nakrecil Kunduna. mam ochote zobaczyc ten film, aby skonfrontowac to z rzeczywistoscia.

Potem o malo co nie stracilsly zycia na przeleczy Tizi-n-Tiszka podczas nocnej podrozy do Zagory. Wschod slonca w autobusie i przejazd dolina Draa wsrod palmowych gajow. Zagora kazala sie malym zakurzonym miasteczkiem, otoczonym palmami i pelnym naciagaczy probujacych namowic nas na wycieczke na wielbladach czy tez na wymiane zegarkow, koszulek, kaset magnetofonwych etc. Nieco zmeczeni leniwa atmosfera premierzylsmy w tzw collective taxis 400 km przez Dzebel Sarhro az do Merzougi.
Dzebel Sarhro to gory pochdzenia wulkanicznego, pelne plaskich mez o scetych szczytach glebokich jarach. jedna waska droga przecina je jak noz maselko. Podroz byla raczej spocona bo musielismy sie gniezdzic w mercedzsie beczce w 7 osob + kierowca.

Blekitni ludzie – Les Hommes BLues – tak naywa sie legendarnych Tuaregow. Lecz ci ktorych spotkalismy nie mieli z nimi nic wspolnego. Les hommes blues – to nazwa oberzy na pystyni tuz przy >Erg Chebbi. Podwiezieni na stopa przez czarnoskoego Abudula (szefa knajpy) spedzllsmy tam noc, poczatkowo a namocie. Lecz zasypywani piaskiem przez szalejaca wichure przenieslismy sie pod dach. Na drug dzien po paru godzinnej wzycie na wydmach trza bylo stamtad spadac. wrzucilsmy nasze plecaki na wielblady i ruszylismy d Merzougi. Gdzie wraz z now przyjacilmi spalilsmy troche czekolady.
Jednak znow uderzylismy w droge. W Fezie spedzilismy 3 dni. Niesamowte miejsce. Schizofreniczna gmatwanina tysiecy waskich uliczek. Meszanina zapachw i kolorow. Potem nie pozostalo nam nic innego jak dpoczac dwa dni w Rabacie. Dzis jestesmy w przereklamowaniej Casablance
Maly niedosyt zawsze pozostaje.
To byl taki maly opis co sie wydarzylo. Textu jest znaczne wiecej – Wiola prawie napisala ksiazke ;)))
Poza tym jakies 1500 zdjec na apaacie cyfrowym, negatywach i slajdach. Bedzie co wybierac i skanowac. Postaram sie wrzucic to wszystko w cagu tygodnia. oby….
yoyo

Posted in .. | Tagged ,

Rabat

dziwne to miasto… niby stolica, ale taka zapuszczona. Brak tu klimatu Marakeszu czy Fezu – a takze brak kosmopolityzmu Casablanki. Jedna glowna ulica na modle Cannes czy Paryza, mercedesy, piekne kobiety, kolesie w dresach i garniturach, brak dzelab, chust. Mnostwo restauracji i jest nawet koszmarnie drogi MacDonald’s.

Skonczylem ^przed chwila wszystkie swoje filmy. 20 sztuk. Takze poszla karta 64 mega – tu info dla Bartka Golebiowskiego i Mihaua – zmiescilem na niej 560 zdejc w rozdzielczosci 640 x 480 – czyli tak na WWW …. ladnie co nie nie?? Na szczscie mam jeszcze jedna karte – 8 mb.

Jutro Casablanka i nocleg na lotnisku. Do wzobaczenia wiec w Polsce… yoooo

Posted in .. | Tagged ,

ponad tym wszystkim – czyli zycie dachowca

Czasem najlepiej byc ponad tym wszystkim. 25 metrow nad ulica. Nad zapachem. Smrodem. Kolorami i swiatlem przedzierajacym sie przez dziury w prowizorycznym dachu przerzuconym nad soukiem. Plaskie dachy pozwalaja na swobodne poruszanie sie po nich. Kic Kic. I juz jestem na innym budynku mogac obserwowac zupelnie inna ulice pode mna. Na dachach czy tez tarasach suszy sie pranie; wystawia zbedne rzeczy i instaluje anteny satelitarne.
Z dachu hotelu Cascade widac zatloczona ulice przy brami Bab Bou Jeloud (glowne wejscie do medyny przy jej poludniowo zachodniej czesci). Stragany; male kawairenki; knajpki z nalesnikami oraz tarasy paru restauracji. Dalej dwa minerety. Wokolo zielone wzgorza otaczajace miasto. Sielanka. Ptaszki cwierkaja. slychac przytlumiona muzyke i gwar. A ponad to wszystko slychac WIATR.

Kolejny dzien.

spanie do oporu a potem po raz pierwzsy jechalismy pociagiem w maroko. o wiele to lepsz niw autobus; ale pociag nie wszedzie dociera.
jestemy w stolicy – Rabacie. Niebieskawy hotel w ktorym mieszkamy jest nieco przerazajacy. Znajduje sie nad morzem ale w okolicy cmentarza. Ma kilkadziesiat pokoi; obsluge mowiaca tylko po arabsku; i mam wrazenie ze mieszkamy tam sami. Klimat jak w Lsnieniu Kinga ale w orientalnym wydaniu.

Za dwa dni powrot.
PS.
Wszystkiego najlpeszego dla mojej Mammy :))))
PPS.
Tymek – spiknijmy sie w piatek; wszystko ci powiem co i jak z marokiem. ok

Posted in .. | Tagged ,

podrozowanie, pisanie, pstrykanie

Przemyslalem kwestje pisania na blogu w czasie podrozowania.

Siedzimy sobie w malej knajpce na ulicy w Fezie. Tuz przy bramie Bab Bou Jelud. Piszemy. Obserwujemy. Pijemy. Spozywamy. Czasem ktos wola: bonjour, bonsoire, madam, mysje. Pytaja skad jestesmy, Maroko good? zagaduja… Usmiechamy sie, rozmawiamy. Po angielsku (ja) francusku (wiola). Pare zwrotow po arabsku, uscisk dloni, ktora zaraz potem idzie w kierunku serca. Jest dobrze. Czasem ta nachalnosc i zainteresowanie ze strony Marokanczykow meczy i irytuje, ale tylko czasem. Szczegolnie jak sie jest glodnym, zmeczonym lub w pospiechu.

Podzielilismy sie na role. Ja pstrykam lustrzanka i cyfrowka. Wiola pisze i takze robi fotki cyfrakiem. Jest to dobry podzial, bo nie rozpraszamy sie zbytnio.

Problem wtedy gdy chce sie zrzucic ten tekst na bloga. Nie zawsze trafia sie dobre miejsce, gdzie jest szybkie lacze, poza tym nalezy pisac wczesiej od razu z mysla o blogu. Zwiezle texty, przemyslane, ktore potem tylko wklepujesz.
Kiedys w Klukiem gadalem o Ryszarszie Kapuscinskim. Podczas swoich pobytow w Afryce lub Ameryce Pld mial w reguly mazy budzet. Co jakis czas wysylal depesze do polski. Kazde slowo kosztowalo, czasem sporo. Musial wiec formulowac zwiezle mysli, zdania, ktore dokladnie oddawaly by sytuacje w danym kraju. Ale rownoczersnie nie mogly bys suche, bez smaku…

Teraz w Maroko wpadalismy do kafejek internetowych i nie wiedzielsmy za bardzo jak szybko zrucic nasze mysli, pisalismy jakies nerwowe bzdety , bo tyle sie dzialo ze jak siadles przed ekranem i ta arabojezyczna klawiatura to mialo sie niezla pustynie w glowie…

Swietna sprawa jest czytanie blogow znajomych. wczoraj to zrobilem z przyjemnoscia. Aura, bedur, adomas, bb.blog.pl, magdala,jedrek i inne… wiem co sie dzieje przynajmniej.

Twarze ludzi. Dziesiatki, setki, tysiace. Widzisz je tylko raz, przez maly ulamek sekundy. potem na zawsze znikaja w labityncie uliczek Fezu. Jest ich prawie 9400 w samej medynie (starym miescie). Przerazajace, prawda? Nie ma sensu uzywac mapy. po prostu idziesz, wiesz gdzie jest slonce, tubylcy wskazuja sami droge, czasem zapraszaja do sklepow wyglaszajac niesmiertelna formulke: Just look my friend, you don’t have to buy anything. i tak non stop.

Dzis biegam z aparatem uwieszonym na szyji. Mam obiektyw szrokokatny 20 mm i nie zwracajac niczyjej uwagi robie zdjecia.

Kupilismy dzis bebny z wielbladziej skory. Ceny 25 dolartow za jeden – to cena wywolawcza. W koncu kupilsmy dwa za 13 dolcow plus bambusowa fujarka….

Slonce grzeje, odpoczywamy, przysiadamy w kafejkach, a nocy wychodzimy na dach hotelu i obseraujemy w gory tlum przewalajacy sie po ciasnych uliczkach przy Bab Bou Jelud…

M E K T U B

Posted in .. | Tagged ,

Fez

W koncu jetesmy w Fezie. Opuscilismy pustynie, wydmy, miliardy ton piasku, wielblady i niezle zakreconych ludzi (o nich jeszcze napisze jak wroce)….

… zostalo mi jeszcze 4 filmy do zrobienia…
stan zdjec: 425 na CYfraku ; i 16 filmow po 36 fotek…

…nadal jestem pod wrazeniem garbarni w fezie… niesamowity smrod, kolesie garbujacy i barwiacy skory sciagniete tu przed momentem z baranow… 36 fotek na slajdzie bedzie – w zwiazku z tym potrebuje skanera do slajdow – ma ktos????

trudno jest to wszystko oddac wiec napisze tylko ze wswystko jest w jak najlepszym porzadku :))))) Ouaha – jak mowia Berberowie…

POzdrwka dla Konara i ekpiy ktora sie bawila wczoraj na jego wieczorku kawalerskim….

PS.
wracam w pîatek o 16.10 – to info dla KOLIJOLIBABSIKOLI….
PPS.
niestety nie moge sie polaczyc ze woja strona i oczytac komentarze;;;
pppa
PPS.
wiecej pisz wiola ( wiolka.jest.mniam.net )
PPPS.
Info dla rodzinki – bede w domu w poniedzialek
PPPPS.
ekipa oph i pogo – startam sie czytac maile , pogadamy jak wroce
yooooooooo

Posted in .. | Tagged ,

pustynia

… po 2 dniach spedzonych w Atlasie Wysokim; w malej wiosce Imlil – gdzie Martin Scorsese nakrecil Kunduna , jestesmy na pustyni.
W gorach prawie wyplulismy pluca wloczac sie po okolicznych grzbietach gorskih _ podchodzac prawie pod snieg.

Zagora – miescina na pustyni, 100 km od granicy z Algieria. Zakurzone, odrapane, goraca; otoczone gajami palmowymi.
Na razie jestem naprade wsciekly na te pierdolone lacza. NIe moge odebrac poczty ani wejsc nawet na saoja strone aby przeczytac komentarze – wiec kompletnie nie wiem co sie dzieje?……

Narazie wiec pocimy sie naz pustyni zyjac na malej krawedzi finansowej……

Pozdaffka dla wszystkich – rodzinka – niestety nie zadzwobnie na razie, ale wszustko oookk ::: idziem cios zjesccc ui sie napic

PS.
wiecej pisze wiola

Posted in .. | Tagged ,

As Salaam Aleykum

3 dzien w Maraleszu. Ta klawiatura mnie zaraz dobije. Arabski uklad klaiszy i jestes zalatwiony. Efektywnosc pisania spada o 1000 proecnt (nie mogmem wlasnie znalezc znaku porcenta).
Jest dosc pozno, ale jak pisalem wczesniej miasto tetni zyciem. Wiola zostala na tarasie hotelu i pisz chyba ksiazke _ dziennie okolo 6 stron w zeszycie. Dzis tez udalo mi sie wywolac 5 negatywow czarno bialych – bedzie co ogladac – teraz tio ju mowie :)))
Niestety lacza sa cienkie i nie udalo mi sie wyslac fotek z aparatu cyfrowego. Generalnie sztuka robienia fotek wymaga sporego samozaparcia, drobniakow a kieszeni, niezlego oka, refleksu i w naszym wypadku olowkow i dlugopisow ktore rozdajemy dzieciakom i doroslym w zamian za pozowanie…….
Obeszlismy caly Marakesz, zbaczajac oczywiscie z turystycznych szlakow. Prawde mowiac jestem niezle pod wrazeniem tego wszystkiego i trudno mi jest cokolwiek napisac.
ogolnie – mamy wrazenie bycia w drodze od wielu dni, a nie minal nawet tydzien… jutro z rana wywalamy nasze kosci w gory..
YYOOOOOO

Posted in .. | Tagged ,

Marakesz

Jestesmy na miejscu…. Marakesz to szalone miasto… dotarlismy tu wieczorem wczeoraj. 2 godziny poszukiwania taniego hotelu (za 5 dolocw na dwize osoby) spelzly na niczym. W koncu spalismy za 8 na dwiz osoby = kaaluchy, kibel i prysznic jak z trainspotting; ale ok….. Glowny plac Marakeszu dzemaa el Fna jest niezle pokrecony; wlasnie przed chwila trzymalem na szyji jakiegos weza; a obok koles gral drmatyczny utworek dla swojej kobry. Pomiedzy 19 a 22 plac zapzlnia sie setkami niegroznych psychopatow, stragana,i z wysmiznitym i tanim zarciem (kuskus, chleb, ryba, kola dla daoch osob za 4 dolce).
Z samego rana zmienilsm hotel = na tanszy i lepszy. Z widokiem na ten szalony plac. Zaraz ruszamy na obchod calego miasta. Zostaniemy tu jeszcze dwie noce. Potem jedziemy w gory do Imlil gdzie Martin Scorsese krecil KUnduna, potem Zagora na Saharze, kraina Kazb, Erg Chebbi na pustyni, Fez i powrot do Casavblanki.
Ponownie pozdrowka dla wszystkich…

PS.
info dla tymka/ nie kupuj pôlskiego pascala kup LP. bedziey w casablance 26. 27 rano odlot do polski.

Posted in .. | Tagged ,

Maroko – As Suwajra

Afryka. Maroko. Casablanca. Siedzimy na kartonach przed dworcem autobusowym. 5 godzin do autobusu. W koncu po wielu perypetiach, jeszcze przed wschodem
slonca udaje sie nam wyjechac. Po paru godzinach budzi nas slonce. Przez okna autobusu ogladamy mijane przez nas wioski, ludzi, czerwien laczy sie z blekitem, popielate twarze, okrzyki, nagabywania, lecz my wciaz w drodze…..
dojezdzamy do portowego miasta As Sawijra…. mala uczta, 2 klisze zdjec, 10 zapisanych stron w notatniku.. mamy zamiar zostac tu ze 2 dni; a potem w
strone marakeszu // to nie jest jeszcze ta afryka. ale juz ja czuc

Dzis skuszeni przejazdzka na dzamalach [wielbladach) udalismy sie do ruin sredniowiecznego zamku na plazy.. potem wedrowka przez wydmy do malej wioski; gdzie w latach 60 narkotyzwal sie Jimi Hendrix… niestety zadnych sladow po nim nie znalelismy… ogolnie czas uplywa na wloczeniu sie po miescinie, wsuwaniu wspanialosci kulinarnych prosto z morza w starym porcie (za dwie garscie krewetek, dwa homary, dwie wyjebiste ryby, 2 cole, mnostwo chleba i salatke dalismy 90 dh = 9 dolcow) i opedzaniu sie od miejscowych dilerow czekolady [mysje !!! haszisz maj friend, weri czip, gut for ju)
Jutro walimy w strone Marakeszu… co dalej zobaczymy… mamy w koncu troche czasu :))
PS.

pozdowka dla wszystkich- wciaz zyjemy
bART i Wiola
:)))

Posted in .. | Tagged ,

on the road again

.on road again. rzekłbym.
jutro. ja i ona. wsiadamy w aeroplan do Mediolanu a potem wieczorem gorąca Casablanca. Maroko.
Stare arabskie miasta, pustynia, portugalskie forty na wybrzeżu atlantyku, miętowa herbata, berbersjskie wioski i ośnieżone szczytu gór Atlas. co nam się uda zobaczyć? dużo. policzyłem że na materiałach które mam zrobię około 1000 fotek + 64 mega karty włożonej do cyfraka. Ponoć godzina internetu w kawiarence w maroku to tylko 1,5$ więc spodziewajta się relacji zerojedynkowych na blogu i zdjęc po powrocie a może i w czasie wyprawy ;)))

Posted in .. | Tagged ,

organizacja na stronie

wściekłem się na wygląd i ilość linków na mojej stronie … i musiałem coś z tym zrobić… od dziś linki do blogów i działu rzeczy które warto wylukać są na lewym pasku… po prostu kliknij a pojawi się małe wk****ące okienko z lineczkami ;)

Posted in .. |

gaaala

na piechotę z placu bankowego o 4:30 rano. ani autobus nocny ani taksówka na którą pusto w kieszeni. wracam z gali łebfestiwalu. niekotrzy może widzieli to lajf w sieci. hehe… no ?
gratulacje dla flamka za dwa odważniki parukilowe. Aha przy wyjściu rozdawali nam wszystkim zegarki – aby uzmysłowić że czas ucieka? huh? może …
tak poza tym już dawno nie miałem kaca o 12 w południe… to efekt browczyków i wody ognistej u noona na jamie. poza tym panie-roznosicielki-drinkuff-na-gali nie próżnowały i roznosiły nam (jedrkowi, bartkowi, jankowi) napoje. Już mi się nie chce pisać jak było podczas samej uroczystości. Powiem jedno – było zabawnie ;)) gratulacje dla klubu piłkarskiego GKS TYCHY i emulatora commodora.

FOTKI z WEBSITE FESTIWALU … pozdrówka dla całej ekipy

Posted in .. |

dzień za dniem i TRANSmisja z webfestwialu LIVE

Kolejny dzionek. Jednak dziś nie spałem jak zabity do 12:00. Godzina 6:30 ktoś dzwoni do drzwi. Kuźwa kto? kto śmiał? Okazało się że to pani sprzątaczka sprzedawała po 5 zeta klucze do drzwi na dole z których ktoś wyjął zamek. Jakaś paranoja… Potem znów w kimę.

Dziś rozdanie nagród na WEBSITE WESTIWAL . Walimy tam całą bandą. Co będzie to będzie. Grunt byle się dobrze bawić. Biorę z sobą cyfraka więc najpóźniej jutro relacja. A na TRANSMISJA LIVE o 20:00. Miałem umieścić banerek , ale kurde śniadania nie jadłem i jestem osłabiony… ;)

Posted in .. |

mrok.światła.chłod wczesnowiosennej nocy przez otwarte okno wita. bob marley “no more troubles”. którśtam kwiecień pierwszego roku nowego stulecia. 1:47. uwielbiam noce gdy na drodze zatrzymuje cie tylko czerwone swiatlo. nikt i nic wiecej. jadac znajduje słonecznik w kieszen, zaczynam go pochłaniać, łupinki wypluwając przez okno. oczywiście niektóre z nich z powrotem wpdają do środka. nie szkodzi. samochodu od jesieni w srodku nie czyściłem. dlugą trasę pochłaniam jak kurczak 5 smaków na ostro. jest dobrze. jest spokój.

Posted in .. |

łeb festiwal w czwartek

No jedras widzę ze tu jakies wizje apokaliptyczne snujesz. hehehe… zobaczysz, obeżremy sie kawiorem , opijemy szampanem, bedzie maxxx… hehe… a ja już zapomnialem o tym…

Posted in .. |

BIGBROTHER.BLOG.PL

Udało się – ruszył najlpeszy polskawy serwis o BB – BIGBROTHER.BLOG.PL… zapraszam , hehehhiheiehi…. :)

Dzis wczesna pobudka… znow zakupy. Ale zaraz na miasto ruszam załatwiac biurokratyczne bzdety (wizy, bilety, rezerwacje fikcyjne – wszystko do maroka). yooo

Posted in .. |

mmmmmalena

noo – zapomnialem… byłem na tym filmie gdzie po ciasnych uliczkach małego sycylijskiego miasteczka przechadza się piekność – MMMALENAAA…. ehhh… film niezły, Tornatore świetnie potrafi oddać klimacik…

Posted in .. |

sandej bladi sandej

Jest niedziela. Na szczęscie jutro nie ide do pracy , bo wciaz nie mam gdzie. jest pare ofert, ale ja nadal się obijammm. Przygotowania do wyjazdu do Maroka wrą. Ja nie mam czasu nic pisać na blogu. Poza tym czasem nie ma o czym. O BIG Broterze? O kriminaliści Slobo M.? O tym ze wiosna? Albo ze pirma aprillis?

Nie wiem. Już nic. na blog.pl się rozwijają , piszą , zakładają blogi, linkują i piszą o bólu istnienia. No coż,..,

Posted in .. |

DIGITAL LIFE – galeria za miesiąc marzec gotowa.

Minął miesiąc jak pstrykam cyfrakiem. dziś wygenerowałem skrytpem adomasa —- galerie fotek…oglądajta i lukajta. Może się trochę ładować bo jest tego dużo. Oczywiście nie są to wszystkie fotki zrobione w marcu. Tylko jakaś tam selekcja.
Z kolei tu zdjęcia z kwietnia będą…. :))

Posted in .. |

maroko

Przygotowuję wyprawę do Maroko. Hm ciezka sprawa, szczególnie z finansami, co sprawia ze nie czuję się dobrze, ale niepohamowana chęć opuszczenia Wszawy w kierunku jakiegoś ciepłego i ciekawego kraju jest silniejsza ode mnie. Napalam się coraz bardziej, czytając przewodnik. Bilety zarezerwowane. Nieznany natomiast skład wyprawy. A to się jeszcze okaże.

Ciekawe jaki jest dostęp di internetu w Maroko?

Dziś słoneczny dzień ale przytłaczający. Wstałem o 12;45 kawa, potargany klasycznie zszedłem do sklepu. Dziś o dziwo wyborczej nie było. Pewni kibole wykupili (polacy – ormianie 4 : JAJO – gwoli przypomnienia ingorantom).

Wedrówka po mieście. Przestały przeszkadzac mi korkasy. Jestem cierpliwy jak tybetanski mnich, grzecznie stoję w korku, czytając gazetę lub ksiązkę, cykając zdjecia cyfrakiem.

Posted in .. | Tagged ,

birma,środa, gitara i zespol pankowo-trip_hopowo_goralski

magdala pisze o birmie – polecam….
poza tym jest sroda , slonce swieci, przemiszczam sie po miescie caly czas i nieoczekiwanie mam w domu gitarkę elektryczną !! wobec tego spodziewajta się naprawdę wywalonych mp3 eheheh.

tej gitarry ponoć się nie da nastroić

Posted in .. |

faza_678_vs_faza_2345423ui8

faza_678_vs_faza_2345423ui8

Posted in .. |

nowe

nowy dizajnik do fotografii i podróży + screamin’ trees

Posted in .. |

cyfra

jestem przerażony ilością zdjęć jakie produkuje. efekty jakiejś tam selekcji można wylukać tutaj… to są plony z marca. moj cyfrak dostał papu w postaci 64 mega (dzieki chlipek:))))
no i sie dzieje szaleństwo. Rodzinka spoziera podejrzanie i ze zniecierpliwieniem. Inni się zasłaniają. Pstrykam wszędzie, z biodra, strzelam , czasem z cichacza :) jednym słowem – trenuję kompozycję :)) ehheheh

Posted in .. |

big braza vs 3 światy

oglądać BIG BRAZA to ja rozumiem. TVN robi w miarę porządną telewizję , suto okraszaną całkiem ok reklamami, wszystko ma ładny design i jest ok. A tu z groobej roory polsrat wchodzi z szitem 2 swiaty. HEhehe….. zobaczyłem 2 minuty i wymiękłem. Ale jak mi sie wydaaje biorąc pod uwagę widownię w polsce to i ten badzief bedzie oglądany. ehh…..

Posted in .. |

nuda

dopadła nie. nikogo w kłodzku nie ma. czas sie zrywać. najpier wrocław, potem warszawa i później może morze ;)

Szykuję się do małej wyprawy i szukam informacji na temat Maroko i wiz. Macie jakieś wskazówki?

a tak w ogóle to staciłem chyba wenę pisarską… wróć !!

Posted in .. |

mgła

Szaro deszczowo. Razem z Martą S. urządziliśmy sobie mały wypad po okolicy. Mgła. Gęsta jak śmietana. Senna atmosfera. Rozmowa. O życiu ludziach planach marzeniach.

srebrna góra (w kotlinie kłodzkiej)

PS>
nowe fotki z kłodzka

Posted in .. |

Tequila

Dziś rano zbudził mnie skowyt. psa. a raczej suki. Tequila. Tak dostała wczroaj na imię. nowy lokator w domu w Kłodzku (gdzie jakby już nie mieszkam).
Sra, leje, piszczy i bedzie większa niż moja mama – heheh….

suka o imieniu Tequila

Posted in .. |

zima znów zaskoczyła drogowców

… i to jak. wiosna. mir spadł do oceanu. w big broterze piękne przedstawienie teatralne w wykonaniu badziewiakuff (wyraźne wpływy grotowskiego i krystiana lupy). a ja wracam na chwile do klodzka… no i wlasnie – zima znów zaskoczyła drogowców ! znów ! jak to możliwe . jade se patrze se a tu mi samochod sam jedzie tam gdzie nie chcialbym zeby jechal. snieg i lód…. but i survived. znów.

Posted in .. |

koniec tygodnia

słońce w twarz z rana. 8:30 wstałem … troche dziwne… ze tak wczesnie. własnie spojrzałem na moje dokonania webowe i stwierdziłem, że “ja tu widze niezły burdel”… wyglada na to ze trza bedzie zrobić z tym jakiś porzadek. megabajtotony zdjęć (niektórych bardzo syfnych), teksty, jakieś odpady, niepukładane linki. niektóre to ja już sam nie wiem po co dałem. okaa.ide klecić CV bo sie obudzę z głową w śmietniku, albo z ręką w nocniku.

Posted in .. |

bezrobot

Fajnie jest być bezrobotem. Przynajmniej na początku tego stanu ducha. Bo bycie bezrobotem to stan ducha. Na razie oficjalnie mam urlop. Wczoraj pozbierałem swoje graty z pracy. Zajeło mi to pare ładnych godzinek. Dzis pobudka o 11;23. Powolne dochodzenie do siebie. Minuta za minutą. Na krześle przed monitorem w samych skarpetkach (w nocy znów było zimno, albo mam złe krązenie krwi w korpusie). 25 osób na ICQ. wymiana zdań. Pitupitu. 3 telfony. Rozczochrany schodzę do warzywnika na dole. Nieśmiertlena gazeta wyborcza, 8 jaj, 5 bułek, Internet + CD, i cebulka. Pani sprzedawczyni badawczo sie na mnie patrzy i pewnie zadaje sobie pytanie co ja tu robie tej godzinie. Zarośnięty, rozczochrany, z głupim usmiechem.
Jajecznica nie była słona. Zapomniałem soli. Więc zaaplikowałem se pieprz czosnkowy. Znów kawka. pare telfonów. Dalej jakby szukam roboty. ALe chyba jednak urlopik mały. Bez tego nie dam rady. Pozdrawiam tych co pracują ciężko. Może jeszcze bedę wam zazdrościł.

bartas bezroboticus polacus

Posted in .. |

wioSNNNAAA!!!!!!!!!!

NOO już przyszła, mimo śniegu i w ogóle. ale zdałem sobie sprawę że już jest dopiero przed chwilą. Siedzę w pracy (w tej w której już nie pracuję) i porządkuje swoje sprawy… wiecie o co chodzi… DZIEKI za komentarze i słowa otuchy, przydały się i jest DOBRZE – wręcz BARDZO DOBRZE. ale nie wiem czy te moje wahania to przypadkiem nie objawy psychozy maniakalno-depresyjnej.
Ruszyła strona magdali a tam relacje z podrózy (zamorskich) i zdjęcia ;))))) lukajta.
Poza tym blog.pl się nieźle kręci. aż milo patrzeć. ciekawe tylko kto z nich wytrzyma z tym pisaniem… czas pokaze

no to na ra :))) aaa.

Posted in .. |

CIĘŻKI DZIEŃ

To był CIĘŻKI DZIEŃ. po prostu. ja czasem strasznie chrzanie. słowami, czynami. jakby sie mówi – nie obracaj się, idź do przodu, olej to. zaciskam zęby, jednak nadal o tym myślę…

Najpierw straciłem PRACĘ. Tak po prostu. Krótka rozmowa. Wzajemne zrozumienie w kwestii niezrozumienia. I nie ma mnie. Tak po prostu. Reakcja ludzi na nowinę? Jedna: ZARTUJESZ.

N o t a k. Jestem Żartownisiem. Jajcarzem. Luzakiem.

pomysły, marzenia, mysli, sny, wyobrażenia,

wszystko do realizacji. mam nadzieje.

Potem straciłem JĄ. Tzn. straciłem ją wcześniej. Dawno. Zanim ją miałem tak naprawdę. I zanim ona miała mnie.Tak naprawdę.

Był już ostatni telefon.

A ja od pół godziny wpatruję się ekran. I piszę. Nie zapomnę cię. Cokolwiek o mnie myślisz. Kazdy z nas jest lekko popaprany.

PS.

No i szukam NOWEJ. PRACY. Masz jakąś? – zaraz będę pisał CV ;)

Posted in .. |

fojm

Jest taki fajny projekt co sie nazywa friend of jezebel’s mirror … ludziska wysylaja tam swoje fotki… znalazlo sie i moje razem z pewną panią :)))

Posted in .. |

BB

jestem uzależniony od badziewiakuff w BB (minimal pisze o tym więcej) … wczoraj opuściłem jeden odcinek , ale właśnie nadrabiam (siedzę w miejscu gdzie szybkość łącza mnie niszczy) i zapuściłem oko w pokoje gdzie mieszkają ONI. Na razie nie wiele pisalem o tym, ale generalnie oglądam te flaki z olejem z zapratym tchem. W tym momencie udało mi sie połączyć z sypialnią – ale tam się nic nie dzieje…. co jakiś czas ktoś staje w drzwiach i tyle… opuszczam sypialnię i przenoszę się do dużego pokoju. kurde ludzie , to jest nic w porównianiu z 3 kolesiami siedzącymi w spadającej stacji kosmicznej nazwanej nie wiadomo czemu MIR (czyli POKÓJ). Tam dopiero mieli jazdę twiąc gdzieś w kosmosie w pomieszczeniu wielkości kibelka w szkole podstawowej nr.3 w Kłodzku. Szkoda ze nie dało się robić transmisji z tego co sie tam działo , wielka szkoda.
a tymczasem badziewiaki jeszcze nie spią. wyzywają się od swiń i probują zabić nudę która ich dopada.
grooba manuela leży na podłodze i poprawia gacie… zamierzam spędzić calą noc podglądając co tez się tam dzieje…. raz w końcu to mogę zrobić. salut.

Posted in .. |

senny szabas

senny dzień baaardzo :)) zapowiada mi się noc (cała) przed kompem (tak wyszło – nie myśla sobie ze taki pracoholiik jezdem) :)

Posted in .. |

ten tego teges

piątek jest fajny, ekipe w pracy łapie optymistyczna schiza…. im bliżej piątej – tym bardziej gestykulują , gadają bzdury, łąży , kręcą, mlaskają , puszczają mp3 (zapragnąłem usłyszeć WYCHOWANIE – ti lawu :)) i zaraz będziem słuchać.

big brother i cytat z przed dwóch dni:
[GRZEGORZ i KAROLINA]
- on sie tego nie stegował za bardzo
- no nie, bo tego, on rozumiesz, tego…

————-
cóż. myślałem, tego ze się zteguje ze smiechu…
:)))

Posted in .. |

free day

uff … juz koniec … ruszył blog.pl w końcu. teraz każdy kto chce się wyżyć, prowadzić dziennik ma okazję to zrobić i założyć sobie konto. adomas jest mistrzem nieźle się namęczył. ale działa pięknie.
wiele nowych rzeczy sie pojawia… agata w końcu znów się pojawiła i dala czadu :L) , a jędrek wrzucił prawdziwe.pocztówki, w tym moje dwie. :)))

… wracam do pracy rodacy.. )

Posted in .. |

WEBFESTIWAL i jak spadłem z krzesła…

hA!!!!!! no ladna niespodziewanka – okazało się ze ze jestem nominowany w kategorii prywatna strona ! i to dwukrotnie, za:
bart.onephoto.net

bart.ng.pl

ajajjajajajaja !

PS>
GLOSUJ :))))))). heheh….. no to do dzieła

>>patrz tu::::oto >>> patrzaj na kategoria prywatne

Posted in .. |

:——)

mocne postanowienie porannej pobudki o przyzwoitej godzinie. ale skończyło się jednym – przestawianiem budzika w telefonie: 8:15, 8:30, 8:50, 9:00…… i w końcu się zwlokłem… prysznic i jazda na pamięć do pracy. Buena Vista Social Club zapodany do cedeka i zasuwasz. Intuicyjnie wiem mniej więcej gdzie będzie korek. Z reguły zawsze mi się udaje. Dziś znów ok. 15 miniut i już wrzucam 2 zeta do parkometru… kolejny dzień się zaczął… najgorsze jednak jest to , że dni zaczynają być do siebie podobne. salut companeros !!

Posted in .. |

pierwszy dziennik na blog.pl

Stało się – jeszcze przed premierą. ale już jest. pierwszy dziennik na projekcie zwanym blog.pl
zapraszam. piksel ma jazdę i jest zacnym gościem – w końcu znam go od kurdupla – czyli w wieku gdy miałem lat 5. :)))

Posted in .. |

miałem cos napisać

miałem ale zapomniałem. dziś dzień pierwszy reszty mojego życia się kończy. aaaaaaaaaaa.aaaaa.aaaa bede krzyczał głośno . nie jest mi źle – ale chce sobie pokrzyczeć. tak po prostu. aaaaaaaa/aaaaaaaaa…

co ja to mialem fuck…. aaaa telefon. oNa dzwoni i słodkim głosem pyta co tam………lubie jak pyta.wtedy ja tez pytam :)))

ehhhhh…. co za zycie. niby jest niby zajebiscie ale … aaaha hahh…. ponoć jestem pojechany – tak mowią mi tera z- ponoć sie kumuluje za dużo mysli we mnie to mogę ekspodowac. zrobilem dziś 10 designow. obrobilem 200 zdjec, zrobilem 50. rozmawialem 24 razy przez telefon w tym 3 razyu nawet długo. TV nie ogladalem bo nie ma co. W wczroaj ze zmęczenia zasnąłem na genialnym filmi Kieślowskiego “przypadek” tak przypadkiem. czytam także książkę Archiwista , wcale nie o archiwum X. jest to ksiażka o małżeństwie, miłości. i w ogole. a propos małżeństwa to sie kumpel hajta (RADEK K) heeeee///// no niezly czad. co to sie dzieje…..:))))

amen

Posted in .. |

Wsiadła w pociąg.
W domu pusto.
“Szyby niebieskie od telewizorów”.
Chyba wiosna już pełną gębą i czuję, że jakieś wakacje mi się należą. I to szybko :) Samopoczucie – zwyżkowo, da się żyć. I to jak.
MTV – zapodają lata 90te. Łykam je całe. Beastie Boys Live – uczta. Jak dziś pamiętam ich koncert z Coloseum z lutego (?) 1995 w Warszawie. Syf naglośnienie, namiocik, tysiące ludzisk i oni. Są wielcy. Po prostu. I nie ma co ich stawiać w kategoriach hip hopu tylko.
A teraz Nirvana Live – i znów mnie ciary przejdą gdy śp. Cobain zaśpiewa “…My girl, mi girl, tell me where did sleep last night” na finał. Koniec pewniej epoki. Epoki która trwała od 1991. I sam nawet nie wiem kiedy się skończyła. Ale nie oznacza to wcale, że teraz jest źle.

Posted in .. |

Przyczajony Tygrys, Ukryty Smok

Piękny film. Generalnie można go oglądać jak wschodnie mordobicie w połączeniu z MATRIXEM. Lecz to zmyłka. Taka niewielka. Film niesie z sobą głębokie przesłanie i kurcze chyba tylko chińczyk może go tak naprawdę do końca zrozumieć. Nie chodzi mi już o o podłoże kulturowe ale przede wszystkim językowe. Ponoć polska wersja jest tłumaczona z angielskiej a nie bezpośrednio z chińskiej. I tu pewnie gubi sie po drodze parę istotnych dla przekazu rzeczy. Wspaniałe sceny walki (nie takie jak w starych filmach mejd in hongkong z lat 60tych). Choreografię walk robił ten sam koleś co działał w Matricie). W całej historii przetykają się wątki miłośne, awanturnicze, obyczajowe etc. ja jako bart gorąco polecam ;))))

Posted in .. |

KLUKU + ekipa stanęli na KILIMANDŻARO

już dotarli. kluku pisze więcej :)))))))

>>patrz tu::::kluku w afryce

Posted in .. |

…:::dzień kobitek::….

wg. tego jedyny dzień kiedy kobiety powinny być szanowane, bite kwiatami i ślinione w łapkę :) ci co wymyslili to święto to chyba tak aby tego dnia pozwolić paniom zejść z traktora, zabrać im z dłoni taczkę z gruzem wywożonym z socrealistycznej budowy. ogolnie sprytne i niezle zabezpieczenie.
jak dla mnie – kazdy dzień powinnien być po prostu dniem. zwykłym, godnym dniem. i to się tyczy każdego święta.

Posted in .. |

onephoto

wrzuciłem – kolejne zdjecie na onephoto

Posted in .. |

o muzyce

przyznam się – jestem piratem, empetrójkowcem, nagrywatorem dźwięku, spijaczem plików z napstera (niedługo już chyba będzie ś.p. napstera). przestałem kupować płyty. dostaje je w prezencie raczej, generalnie pożyczam i kopiuję. wszystko co mnie jara. dzieki sieci docieram do rzeczy kopalnianych, głęboko zakopanych , nie sprowadzanych przez koncerny płytowe do naszego kraju. ściągam je z radością, robię pliki muzyczne i namiętnie słucham. raczej wtedy jak sie poruszam po mieście (autobus, piechta, samochód) lub w czasie podróży pociągiem. Raczej ostatnio mniej w domu. Ale też jakoś daję radę.

Ostatnio odbrzebałem takie kwiatki jak stare songi z DOMOWEGO PRZEDSZKOLA ….
hehehehe…. prawie umarłem jak znów usłyszałem takie kwiatki:

- WUJCIO WARIATUŃCIO: kabaretowy kawałek,
klimat z Monty Pythona o schizofrnicznym Wujku i Panu Milicjancie
co z wrażenia połkąnął gwizdek. “I moze ktoś z was będzie wujciem
jeżeli się na starość nie zestarzejecie?”

PUSZEK OKRUSZEK: spazmatyczne,
schizowe reagaee, nieźle buja i ten lolitkowato-zezowaty głosik
Natalki :)))

THEME SONG FROM HOME KINDERGARTEN:
wiadomo, skrzypiący instrument i sepleniący 3 latek. daje nieźle
w łeb

UFOLUDKI: niezapomniany teledysk,
zielone pokurcze i muza w stylu infantylnego JJ JARRA na kwasie
lub po zjedzeniu UFO.

KOLOROWE KREDKI: niezły snujący
sie blusik (trochę też w stylu piosenek z WHITE ALBUM – THE BEATLES
+ wokal berbeci wyrwanych z popludniowej drzemki w przedszkolu.
Powola. Mój typ.

MYJ ZĘBY – na początku jest świdrujący
dźwięk który przypomnia raczej narzędzie do borowania zębów. Potem
jeszcze klimat szybkiego ska. This song rulez! —————–
tyle mi się udało z napstera ściągnąć. kliknijcie na link – utforekkk w emeptrzy.

Posted in .. |

here comes the sun

Zaświeciło dziś rano. Zwlokłem się z łoża. Powoli. Żeby sie nie nadwyrężyć. Bo to szkodzi. 9:15 no ładnie. Od 15 minut powinnienem być w pracy. Ale tak mam ze lubie spac. 40 minut w korku – z cedeka muza – When Jazz Meets Brasil – czyli pomieszanie jazzu z sambą i bosanovą. Wypaśny i raodosny kąsek. Szczególnie w dzień tak piękny. Dobry humor nie minąl. Na razie jestem po lunchu a to zdjecie zrobione przez Mage w trakcie jak szliśmy do pizzyhat:

genralnie warszawa wyglada jak niewarszawa.

Posted in .. |

pitolenie

dostalem pita. kurde. i chyba bedzie trzeba go wypelnic lub cos takiego. znacie jakiś system program liczacy za mnie , czyli lenia na maxa?

Posted in .. |

!

właściwie miałem coś napisać. ale włączyłenm TVN a tam big braza – albo raczej dłuższe niż cały program reklamy… nie boje się takich rzeczy. nawet to że piszę pamiętnik, który każdy może przeczytać (pracodawca, przyjaciel, zmęczony pracownik banku, studnetka SGH, pan policjant od dragów i la moty, kumpel, przyjaciólka, dziewczyna, John z Oklahomy i ch.w.k.j)… erhh,. znów coś miałem napisać ale mój wspol-loklator mnie kurna zaraz zamęczy jakąs historuią o makumbie i murzynach i góralach którzy są zajebiści – nieistote.

a na TVN wciąż reklamy…. trudno. chyba wyłącze ten TV w pizdu i poczytam sobie blogi…

Posted in .. |

zmęczony

Wrociłem do warszawy rano . o 3:30 bylem w domciu. Ale spać nie polazłem. Prysznic, maile, a potem książka. Madame – wciągnąłem sie na maxa i czytałem ją do 5:15. Obudziłem się o 9 i szybciorem do pracy. Obecnie ledwo żyję…. oto przed chwilą pstryknięta fota:::

Posted in .. |

kluku atakuje kilimandżaro

kluku atakuje w końcu kilimandżaro :)) trzymaj sie tam master.

>>patrza tu::::kluku włazi na górkę

Posted in .. |

….brr..zimno….

Koleś zasuwający po brudnym śniegu na nartach biegówkach przemknął mi przed oczyma, zaraz potem z drewnianej chatki wyskoczył dżentelmen w majtalach… szybko przebiegł obok stada łabędzi i wskoczył do wody….
Wszystko w porzo ze mną, to nie jest żaden surrealistyczny sen psychola (za jakiego niektorzy już mnie pewnie biorą ;)). To polska plaża nad Bałtykiem. dokładnie – Gdańsk Jelitkowo. miałem wrzucić parę fotek z cyfraka własnie, ale nie wyszło. z niektórych miejsc po prostu nie wychodzi.

———

pozdrowka dla Niny, ktora rano podeszła do mnie na dowrcu Warszawa Wsch. Nie widziała mnie wcześniej. Pamiętała mnie z bloga i paru maili….. ładnie ładnie…. oto INTERNET. :)

———

jest zimnawo. śniegowo i ślizgwica ogólna… siedzimy gdzieś wszyscy przed kompami, stukając w klawisze… rozmawiając z ludźmi których na oczy się nie widziało. fascynacje? urojenia? uśmiechy? samotność? …. czasem zostaje tylko ból oczu… od ekranu kompa. nic więcej. nic dodać.

———-

jutro znów warszawa. znów nie będę stąpał po ziemi. będę przemieszczał się samochodem, tramwajem , autobusem, metrem, w tłumie ludzi zagubionych i wyalienowanych w betonowej dżungli. życzę wam innego czasem życia./..

Posted in .. |

dizajn i inne

…. znudził mi sie poprzedni przekombinowany design. ten pewnie znudzi mi sie jeszcze szybciej.. komentujcie jezeli wam sie nie podoba lub wali po oczach ;)
co robie? siedze, czytam tonę gazet i knigę ARCHIWISTA, poza tym nadal pstrykam. Jednakze carta pamieci 8 mb to pusty śmiech. Musze przynajniej mieć 64. :)

Jutro z rana znów Gdańsk. Niespodziewanie. Zaskakująco. Jadę.

Po niedzieli dopracuję co trzeba ze stroną. Mam parę pomysłow . ale to potem. yo

Posted in .. |

ixus i nowy etap robienia zdjęć

to będzie szaleństwo. stałem się szczęśliwym posiadaczem canona ixusa powershot s100 male sliczne cacko. wiec teraz bedziecie zarzucani setkami (posegregowanych oczywiscie) fotek. Zaczynam od dzis. Lukajta :))
————————

cos zupełnie z innej (smutnej) beczki……..

czasem robimy bardzo źle, nie zastanawiając się nad tym. potem przychodzi opamiętanie – czy nie skrzywdziłem kogoś? czy nie spowodowałem ze druga osoba ma dość? potem sie czujesz jak szmata. jak ostatni marny ogryzek na tej planecie. p r z e p r a s z a m …………………………….

tutaj:::marzec 2001

Posted in .. |

może będzie lepiej

zapomnialem zareklamować tu kogoś. kluk – o nim mowa. kluku jest w kenii i ze wsoja bandą włazi na kilimandzaro. lukajta tam. podtrzymujta go na duchu, bo jeszcze zejdzie gdzies pod śniegami kilimandżaro. yo…
PS>
jednak chyba żyję. to tez a propos listów (Magia)

tutaj:::kluku wali na kilimandżaro

Posted in .. |

nie wytrzymuje

oddaje siebie non stop. tutaj. gdy sie mieszka w miejscu gdzie sie nic nie dzieje – najwyzej w twojej psychice – i jak sie z tym dzielisz. tu na blogu. to czasem masz dosc. i chyba kurde koniec. na chwile. na jakis czas. ja juz nie moge.

Posted in .. |

rozstaj lub skrzyżowanie

czeasem jak się stanie w takim miejscu. to naprawdę nie wiadomo co robić. za co się łapać. czy wsiąć do tego wczesnego pociągu? czy olać go załapać się na następny, o którym jednak wiadomo że się spóźnia. w międzyczasie po drodze na pociąg za dużo przeszkód. na rozstaju przeszkoda którą powoduje niezdecydowanie, a na skrzyżowaniu psująca się sygnalizacja świetlna (za dużo czasem czerwonego światła).

Posted in .. |

poranek, mroźny słoneczny

poranek. szare bloki i seledynowe niebo. warszawa. a dokładnie bemowo. 6 rano. rozmowa która mi pomogła. ludzie o czerwonych oczach, nosach i o szarych twarzach na przystanku autobusowym . czekają na 171. jest tak zimno, że nie czuję zapachu wypacanego alokoholu po sobotniej balandze w niedzielny poranek (jak to ma miejsce w lecie). śnieg, aż białość jego w oczy kole. minuta za minutą. tik tak. zasypiam i się budzę. smak wina w ustach. podnoszę głowę i już nie zwracam uwagi na zimno, wypatruję odpowiednego przystanku. gdzie móglbym wysiąć. wbrew pozorom nie jest to łatwe zajęcie. łatow o pomyłkę i omam. wiecie sami. kto z was nie zasnął w czasie powrotu do domu. gdzieś w autobusie. potem cieżka pobudka na pętli. z mozolny powrót w miejsce na które się nie załapało.przeskakuję do tramwaju 25.jaka ta warszzawa jest piękna. nawet dymiąca się elektrownia siekierki o wschodzie słońca jest pikna. a w tramwaju jak w nowojorkism metrze. i to mnie cieszy. bardzo lubie zróżnicowanie rasowe. zapracowani wietnamczycy i przybysze z afryki walą na stadion xx lecia. czy wrócą kiedyś do domu? ch.. mnie to obchodzi, byle im było dobrze. tak ja każdemu z nas żeby było….

Posted in .. |

to moje życie

no tak – MOJE .. / moje?

Posted in .. |

Piszę nieprzemyślane texty.

Piszę nieprzemyślane texty. Z reguły to tak wygląda, że siedzę w pracy on-line i na szybciora wklepuje text i wracam do tyrki. Podobnie jest w domu. Lączę się z tepsą i zasuwam w 15 minut wszystko: odbieram i odpowiadam na e-maile, zamienie parę słow z kimś na ICQ, sprawdzam konto bankowe i z reguły coś naklepię na bloga. 15-20 minut. To wszystko. Może to i dobrze. Nie mogę przestać pisać. Grafoman ze mnie niemały, ale nie mogę. Podobnie jak Michael Douglas w WONDER BOYS. Oryginalne role, mały film drogi (mały? mały dlatego, że głowni bohaterowie przemierzają zadupia jakiegoś amerykańskiego miasta, snując opowieści i prawdy o swoim życiu). Douglas jako profesor literatury Tripp nie może skończyć swojej powieści (napisał już 2600 stron i “końca nie widać”). Posila się gandzią (czy stąd jego filmowe nazwisko TRIPP – TRIP?). Film raczej smakowity i dzięki twórcą jego za piękny utworek Neila Younga… niesitotne… podobnież jest ze mną… kiedy ja przestanę spisywać moje myśli? kiedy? kiedyś wybuchnę i pierdolnę to wszystko…
A tymczasem… jest sobota… właśnie włożyłem dwie koszulki pod bluzę z kapturem. Jest kurewsko zimno a ja jadę na małą impreezkę. Nie wiem jak dojechać tamże, ale od czego są mapy na warszawskich przystankach (no chyba ze jakiś ktoś w napadzie szały zerwał takową). Po drodze jeszcze sklep monopolo i bedzie spożywanie. Już dawno sie spożywałem. Odkąd przemieszczam się 2-śladem nie spożywam nic. Kompletnie.
GÓÓÓÓÓD NAJTT
PS>>>>>
ten text tez był nieprzemyślany. yo “:)))))

Posted in .. |

szczeście

jestem. szcześliwy (wbrew komenatrzom po poprzednim newsem). ale czasem szczescie odbija w inna strone. albo jest nienamacalne. albo albo albo .
——
jesteś teraz znów tylko literami wystukiwanymi na ekranie. tylko 0 i 1. 010101111111010100100011010100101111000110101010.
a bylas koło mnie… so far so close….
——–
sobota. jest dziwny dzień. ciemno za oknem. perspektywa picia wody ognistej gdzies w piasecznie. lub coś innego.
——-
przeczytalem to co napisałem ostatnio… same bezmyślne bzdury.
——–
idę słuchać counting crows.

Posted in .. |

ta zima musi kiedyś minąć…

tak se myśle… :) przez śnieg przylepiający się do znaków drogowych nie widzialem ze droga w którą wjechałem, jest drogą jednokierunkową – i OMC zginął bym… ale żyję wciąż i mam się bardzo dobrze. :)

już zapomniałem co napisać miałem… mam wrażenie jakby CZAS dostał turbodoładowania i zachrzania z prędkością StarTreka…

piję obrzydliwą kawę – marki nie wymianiam, ale w związku z tym że moja firma ma kontrakt – musimy pić własnie tą a nie inną…. cdn

Posted in .. |

spać… spałem ….. 11 godzin…. wczroaj.. to wszystko przez urwana noc w pociagu w poniedzialek… dalej sie nie poddaje z kievem ruskim sredniofromatowym i robie nim zdjecia… ciezka sprawa… ma nieszczelna kasete i sie chromoli. ale zobaczcie sami ….

tutaj:::fotki 6×6 (klodzko, warszawa)

Posted in .. |

foty

porcja swiezutkich fotek …. tym razem : kłodzko (jak zwykle), warszawa… na fotach: bart, adomas, marta, magda, wiola, cyprian etcv…..
lukajta… :))

Posted in .. |

kłodzkie powietrze dobrze mi służy, spię jak zabity – 10 godzinek. od razu lepiej funkcjonuje… wczraj z adomasem narysowaliśmy design do blog.pl jutro siadam i bedzie zrobiony…
dziś czeka mnie wizyta u pani dentystki. jest to moja jedyna dentystka. i zawsze do niej chodze – pani Osowska ;)) pozdrawiam. ciekawe czy dziś będą piekielne męki. hehe… wieczorem wrocław…. ehhh… nie wiem czy żyw do warszawy na rano dotrę – ale trzeba w końcu ide do roboty.

Posted in .. |

Jestem w kłodzku od 2 dni…. impreza w szeratonie z okzji konkursu podroznik 2000 (http://podroze.pl) byla przednia… smakowite jadło i przekąski, alkohole, napoje i wina, muzyka kubanska, piękne kobiety, znakomici podróżnicy (Kapuściński, Urabanik, Kamiński, Kydryński i inni), potem laureaci (ja niestety jestem jeszcze cienki bolek – dostalem tylko nominacje za samotna podróż po Meskyku i Gwatemali). Tak czy inaczej impreza skończyla się rano. 2 godziny snu i wbiłem sie w pociąg do kłodzka. Spałem jak zabity (zapity).
Teraz Kłodzko. Marta, Adomas, Korab (mała imprezka w WBL) … poza tym pustki. szaro. deszczy. słońce uciekło gdzieś. Jest niedziela , 11 rano. dopiero wstale i snuję się do domu. chyab pójdę robić fotki. Na szczeście jutro mam pare spraw do załatwienia w Kłodzku i nie jade jeszcze do pracy do Warszawy….

Posted in .. |

do domciu

zaraz koncie pracy… znow. piatek…. jeszcze dziś impreza i rozdanie nagród PODROZNIK 2000 w Sheratonie… ide tam, bo dostałem zaproszenie. moze co nieco wygram lub cos takiego ;))…. w kazdym razie będzie kubanska muza i węgierska kuchnia lub na odwrót. a o 5 rano w pociąg i do kłodzka. czas odpocząć, spotkać się z przyjaciółmi, napić się browca.

wiolik – nie upadaj na duchu… :) pamiętaj.

yooooooooooooooo

Posted in .. |

sen

Miałem w nocy dziwny sen. Pracowałem w dziwnej firmie. Miała ona wiele wspólnego z firmą w której pracuje obencie. Akcja ? nie wiem kiedy – pewnie daleko w przyszłości. Pracowali w niej ludziska którzy pracują obecnie u mnie. Nawet charakter działalności był podobny (projektowanie, design). Z małą różnicą. Nie projektowaliśmy wcale żadnych stron. Dziedzina którą się zajmowaliśmy należała do dziwniejszych. Prjektowanie i design ludzkiego DNA i klonów. Na zamówienie klientów tworzyliśmy na kompach projekty nowych ludzi. Była pani ART-DNA-GENOME-DIRECTOR, była wściekająca się pani GENeral CLONE DIRECTOR, byli spece od projektowania i układania DNA. ETC. Najśmieszniejsze były próby. Czyli tworzyliśmy jakieś potworki, które z mozołem doprowadzane były do perfekcji.

to na tyle , więcej nie pamietam.

Posted in .. |

n i c.

n i c – kto ma wahania nastroju ręka do góry … generalnie jest optymistcznie. cały czas mam wrażenie że śpię i czekam na coś. przyczajony. jak borsuk w swojej jamie. czekam na wiosnę? słońce? ale chyba nie w tym rzecz. nie mogę przecież wszystkiego na brak słońca zwalać.

przestalem sobie zadwać pytania. przestałem się grzebać w pseudofilozoficznych książkach o ludzkich problemach, przestalem sie doszukiwać drugiego dna w wypowiedziach innych ludzi. bardzo mnie to zawsze drażniło.

nawet teraz mam pustkę w głowie. cały dzień. niektorzy mówią ze jestem kreatywny. tylko się im wydaje. ja może byłem i może będę kreatywny. teraz to ja się może będę budził z letargu.

INSPIRACJIIIIIIIII!!!!!!!!!!

spadam czytać. a i tak sie pewnie skończy zaśnieciem przed telewizorem. no chyba że obudzi mnie jakiś miły esemesik :))

Posted in .. |

king of bongo

wczoraj wieczorem aby odreagować stresy dnia, nagrałem z rasta bedurem: KOWER. tym razem jest to schizowa wersja songu manu chao bongo bongo. Oczywiście zaśpiewaliśmy też z okazji WALENTYNKUFF i walenia tynków : Je Ne T’Aime Plus, Mon Amour (tłum. nie kocham cię więcej , moje kochanie). Moja francuszczyzna jest naprawdę kiepawa (zerowa), więc się nie łamta. No i oczywiście pod sam koniec utworu wpletliśmy nieśmiertleny ewergrin KUR = AJAJAJ NIE MAM JAJ…. :)))

Ostrzegam….zajmuje to jakies 3,5 mega – wiec się troche moze sciagac.

W trakcie nagrania oczywiście przeszkodzili nam sąsiedzi, waląc w rury, bo niby za głośno było. kieruję się zasadą WOLNOĆ TOMKU W SWOIM DOMKU. bardzo to egoistyczne, ale tak już musi być. nie będę do usranej śmierci chodził na paluszkach…

Posted in .. |

Marylin Manson i dlaczego Polacy nie są tolerancyjni

Przyszedł dzień apokalipsy. “antychrystek” przybył do Szarego Miasta, aby postraszyć trochę duże i głupie dzieci, jakimi są politycy, radni i stare dewotki (banujące wszystko co wg. nich jest “niemoralne”). Atmosfera podgrzewana była przez nich od wielu tygodni i muszę przyznać, że zrobili MM wspaniałą reklamę. Z ekipą podjechaliśmy pod Torwar. Co się rzucało w oczy? Hordy policji z pałkami, radiowozy i ochroniarze. Zaraz potem tysiące dzieciaków (setki z nich z twarzami pokrytymi mrocznymi mejkapami). Nie rozpisując się wiele – skala klimatów wśród publiki była zdumiewająca, na pewno wielu przyszło na ten koncert z czystej ciekawości. Mieli nadzieje że zdarzy się coś niesamowitego, co doda do ich szarych żywotów odrobinę pieprzu i kolorytu.
Jednak….. Manson wcale nie zjadł małego kotka na scenie (jak mówiono w Radiu Maryja), nie podpalil zadnego z kolegów na scenie, nie pokazał swojego przyrodzenia, nie obsikał publiczności, nie wypił półlitrowej butelki z krwią niemowląt, nie wyszedł na scenę w średniej wielkości płaszczu łonowym do uszycia którego trzeba było zabić 800 “niechudych” bab.

Zanim zaczął się koncert, jakiś człowiek z mikrofonem zaganial publike do sektorów. Na plyte wpuszczono naprawde tylko garstke ludzi. Nie wiem naprawdę czego sie obawiano? W trakcie oczekiwania na support i atrakcję wieczoru organizatorzy zapuścili White Album The Beatles. Chcieli chyba uspokoić publikę. Ale miało to też swoje podwójne dno. W pewnym momencie poleciał utwór Helter Skelter – ulubiony kawałek CHARLESA MANSONA (mordercy żony Polańskiego) którego nazwisko przybrał sobie bohater wieczoru. To taka mała dygresja.

Potem był support. Zapomnij. Takie zespoły to nawet po śmierci, w piekle będą supportami. Nie ma co mówić.

Sam koncert MM był rewelacyjnie nagłośniony i zagrany. Manson próbował się dogadać z publiką, która jednak była już nieźle zmęczona samym oczekiwaniem na zespół. Energetyczne, równe kawałki, niektóre przeboje , przeleciały jeden po drugim (Sweet Dreams, Beautiful People, Dope Show i inne). Manson pokazał cały swój teatr. Wykonując dziwne rachityczne ruchy, rzucał się po scenie w swoich TRANSwestyckich ciuszkach. Rozglądałem się po publice. Stali z otwartymi gębami i oczekiwali skandalu. Chcieli krwi. Chcieli aby Manson zrobił coś. Lecz on pokazał niezły szoł. Po prostu.
Czy Polacy są tolerancyjni? Nie. Na pewno nie. Strach że Manson zdeprawuje ich dzieci, że spali biblie i zwyzywa papieża był przeogromny. A on jest po prostu genialnym specjalistą od marketingu. Potrafi sprzedać swoje wybryki i dzięki temu zarabia na tym miliony martwych prezydentów ($$$).
Polacy (choć nie tylko my) boją się inności. Boją się chudzielca w sukience z czerwonym okiem. Boją się poznać. Wolą żyć w zamknięciu. Boją się innych i inności. Trudno. Oni się już nie zmienią.Może jednak młode pokolenie będzie inne?

Posted in .. |

język

czy nasz język jest ubogi. Zawsze żyłem w przekonaniu że nie jest. Że za pomocą słów możemy wyrazić wszystko co myślimy. Może i rzeczywiście tak jest. Ale ja tak ponoć nie potrafie, albo nie chcę umieć. Blokuję się i tyle. Przynamniej chwilowo. za bardzo trzymam język za zębami i to pewnie wiele razy mi sie przydalo i zarazem przeskodzilo mi w żywocie moim.
——————————————-
wiosna. światło. przydały by się.
——————————————-
dziś marylin manson w wa-wie. zaraz ide kupić bilet. a idę z ciekawości :) nie mam żadnej płyty , parę mp3, ale jest to coś co warto zobaczyć – wydaje mi się.
———————————————
spałem od 22-9 rano …. mailem setki snów, które nawazjem się przenikały. dostałem o 2 rano sms. od kogoś od kogo uwielbiam je dostawać :)) i wciąż śniąc odpisałem na niego. potem znów spać. i znów się budziłem i zasypiałem. kiedyś miałem metodę na zapamiętywanie snów. zapisywałem je. teraz już tego nie robię i chyba dlatego ich nie pamietam 10 minut po przebudzeniu.
———————————————

Posted in .. |

nowe fotki na necron.com

czesto tam wpadam, bo koles robi zajebsite foty…. tu jego nowe
lukajta… warto…

Posted in .. |

napisałbym coś.

no właśnie. zrobiłbym to gdybym miał wenę. jest mi po prostu bardzo dobrze :) i nie mam ochoty nic tu pisać. dopóki wena nie wroci.

słowa słowa słowa – czasem tak róznie odbierane przez ludzi, bliskich i tych co cie kompletnie nie znają. nie analizuj tego. to tylko zapisek, mały skrawek czegoś co trudno ogranąc. co wręcz jest niemożliwe do zapisania. życie.

ide posłuchać muzy i poczytać.

Posted in .. |

fun fuckin criminals

noo… impreza w piekarni była przednia, pomimo że wiolka nazwala mnie megapodpieraczem ścian… wiesz – to taki styl – bezruchdance… był to koncert wielkopomny, najlepszy w ich karierze, byli tak dobrzy ze sie wcale nie pojawili. pare znajomków spotkałem, ale ogólnie bujanie z wiolka i bedurem
“gwiazdy” brylowały w towarzystwie, ale nie to jest istotne. najlpesza była muza. dj rulez. :)))

dziś praca. projekty. teksty. surfowanie. blog. muzyka. napster. audiogalaxy. kawa. maile. i tak w kółko.

yo…. już weekend. :)))

Posted in .. |

go on…

idzie spoko. plus i minus. nigdy zero. nigdy nie jest nijako i tak sobie. no , prawie nigdy.

stoję jednak w miejscu. na szczeście nie są to betonowe buciki na nogach ofiary nowojorskiej mafii, wrzuconej do rzeki Hudson. wiem ze mogę je w kazdej chwili skruszyć i zrobić coś.

Zastanawiam się czy przypadkiem nie czytacie tego bloga aby utwierdzać się w przekonaniu że też macie czasem doła? Chyba tak to jest czasem. Ktoś czyta twoje bzdety aby przekonać siebie samego że z nim nie jest jeszcze tak źle.

staram się poukładać calą moją kolekcję płyt cd. ale własnie zdałem sobie sprawę ze jest to niemożliwe. dlaczego? przez niektore osoby ktore pożyczyły sobie ode mnie płytkę i nigdy juz nie oddały. tym samym straciłem około 40 cdeków. gorzka prawda.

poza tym słucham ostatnio: who is jill scott, wszystkich płytek marleya (jak zwykle), outcast, wycleff, coltrane, i kompletnie obciachowej składanki zrobionej przez Me,Myself and Bart czyli Mnie Samego. Znalazłem takie kwiatki w sieci: Karel Gott, Violetta Villas, Toto Cotugno, Połomski + I’ll SURVIVE we wszystkich molziwych wersjach.

Posted in .. |

###

Wszystkiego najlepszego dla siostry mojej trzymaj sie stara… :)

poza tym . nowe fotki

Posted in .. |

###

Całkiem intensywny weekend już się skończył. Mam tyle myśli w głowie, lecz nie zapiszę ich tu, ani nigdzie indziej. Nie mam takiej potrzeby.
——————————–
Czasem bywa pięknie.
——————————–
Nie wiem , ale zastawiałem się nad kupnem jakiegoś organizera. czy coś takiego. Najlpeszy to byłby telefon z czmys takim. Gubię się coraz bardziej, coraz bardziej brak mi czasu, zaczynam się plątać w zeznaniach i wszystko zawalam. Ale w końcu nie dzieje się jeszcze nic strasznego…

———-
Cast Away – z Tomem Hanksem. Dobry film. Nawet bardziej niż dobry. Ale tylko do pewnego momentu. chwila gdy nasz współczesny robinson cruzoe wraca do “normalnego” świata była za dużym wyzywaniem dla scenarzysty i reżysera. Mało to wirygodne, dialog Hanksa z byłą narzeczoną jest drewniany i równie interesujący jak “Milagros” na Polsacie. Lecz samotne zmagania bohatera na wyspie są wystarczacjącym powodem aby wybrać się do kina

dobra… czas sie pozbierać do kupy.

Posted in .. |

galerie na onephoto

od dziś właśnie ruszyły prywatne galerie … jak chcecie pokazać swoje zdjęcia innym to macie możliwość wrzucenia swoich zdjęc na onephoto //// a oto moja galeria

Posted in .. |

praca

z jaką częstotliwością dziennie wkurwia was wasza praca?

Posted in .. |

luty

… zajbiście że ten miesiąc jest krótszy bo na pensję trzeba pracować 2-3 dni mniej niż zazwyczaj… no a moje pensja dalej nie wpłynęła na konto, co powoduje żem zdenerwowany odrobine jest

Posted in .. |

cały dzień przed ekranem

rzygam ekranem. zrobilem kolejny design … klient tak sobie zadowolony, wlasnie leży pijany pod stołem i mówi że linki mają zły kolor…

Posted in .. |

internet w polsce

czeym jest? sam nie wiem. nie wiadomo ilu jest tzw. internauuff, ile jest stron, ile osob cokolwiek na tym zarabia… dziennikarze przeżywają hakerów (hackerow, lub jak widzialem w magazynie WWW – chakerów). rozpisują sie o strasznej kasie gejtsa, piszą o jakiś niestworzonych rzeczach. czasem juz nie wiadomo co jest prawdą a co nie jest….. (c.d.n.)

mialem coś wiecej napisac , ale wlasnie mi sie wypalila plytka cdr i wychodze z roboty coś zjesc. yo….

Posted in .. |

kawa

kawa w duzych ilościach ponoć zabija na śmierć. tak jak powietrze, słone paluszki, papierosy, piwko i denaturat, słona woda, kalafior, amfa. Wszystko oczywiscie w dużych ilościach.

Dziś piję już drugą kawkę. Najbardziej lubię w systemie 2-2-2. Czyli dwie małe łyżeczki kawy, dwie cukru i dwie smietanki. Czasem te ostatnie dwa zamienia się w formę ciekłą.

Zupełnie nie rozumiem jak ktoś może sobie kofeinę w plastrach ładować. Kompletnie bezsensu, radość wypicia kawy jest dla mnie najważniejsza z rana.

i nawet nie dbam o to ze woda w warszawie jest tak obrzydliwa ze po zrobieniu pyszniej kawki na jej powierzchni pływa tzw. SYF. tak jak na załączonym obrazku >>>

Posted in .. |

po weekendzie

znów było 3 miasto. :) i znow powrót do warszafki nędznej. trudno. life goes on… co bedzie przekonam się.

——-

jestem piekielnie zmęczony. ból pleców. i pare jeszcze innych dolegliwości. ale jest dobrze.

——-
właśnie przeczytawszy Zapiski na pudełku od zapałek Umberto Eco – zainspirowany próbuję policzyć na co tracę codziennie czas. przez cały rok? ile… hm… zaraz zacznę liczyć i pewnie dojdę do strasznych wniosków. ze zycie mi między paluchami przecieka. ot co.

Posted in .. |

TGIMF

nie mam siły pisać – zaraz wychodze z roboty…. uff. TGIMF*

*Thanks God It’s madafakin’ Friday

Posted in .. |

rozpiedrolenie emocjonalne

jest pozytywnie i dobrze… to k…a czemu chodzę taki roz…ny? jakbym się zderzył z jambojetem, jakbym wypadl z pędzącego pociągu, jakby słoń mi na twarz nadeptnął, jakby słońce poraziło mnie znienacka w pewno ciemne zimowe popołudnie, jakbym przeszedł się po gorących węgłach wraz z bułgraskim wieśniakami z Plodiv,,,, i milion innych.

żyję w niepewności istnienia wszelkiego. w przenośni i dosłownie i sam nie wiem o co chodzi mi tak naprawdę do końca. ale się dowiem.

——-

das efx wczoraj – tłum. znajomi. potem w wyniku nieporozumienia szukamy koleżanki, która ponoć jest w szpitalu. nocna jazda do 3 rano w poszukiwaniu prawie-trupa którego nigdy nie było. i tu pozdrawiam wiolę i ozę :))

Posted in .. |

im więcej się dzieje tym piszę mniej… ktoś chyba coś takiego już stwierdził…

wczoraj zamiast sprzątać syf w chacie oglądałem debilny film na HBO pt. ORGASMO – p a r a n o j a. w końcu padłem jak muchówek…

sieć pada dziś notorycznie. co chwila. icq ledwo zipie. ale to dobrze rokuje. jak coś pada w polsce z siecią – to od razu jest lepiej. po prostu coś modernizują. oby,.,

Posted in .. |

zimno

zima bezśneigowa nadeszła. czapkorękawiczkoszalikowe towarzystwo snuje się po ulicach drżąc z zimna. magdala pewnie dlatego wyjechała na dłuższy wypad – kambodża, birma, tajlandia…. jestem zielony z zazdrości.

Posted in .. |

szpagetti

uwielbiam je jeść o 2:15 rano.

Posted in .. |

3 miasto fotki

nowe fotki z 3miasta :)))) nic wiecej nie dodam – oglądajcie

Posted in .. |

wrócił

bart na starch śmieciach znów. cały. na hell nie popłynąłem bo zamrazł bałtyk, a niestey nie mam takic możliwości aby płynąc pod lodem. co poza tym?> cały i szczęśliwy (czym jest szczęście i kiedy wiemy że jesteśmy szczęśliwi?)…
…to kota się głaszcze a mnie nie …

Posted in .. |

jade nad morze

… więc mnie nie będzie. zamierzam się zapisać do klubu morsuff i popłynąc z gdańska na HELL. wiec zapowiada się smakowicie. poza tym pewnie fotki beda. yo.

Posted in .. |

aj law maj dżab

dostalem takie spama (teraz od moniki alias laski_the_one)… nie wiem kto napisal… ale huhehh… sie usmialem:
aj law maj dżab:

I love my job, I love the pay!
I love it more and more each day.
I love my boss, he is the best!
I love his boss and all the rest.

I love my office and its location,
I hate to have to go on vacation.
I love my furniture, drab and grey,
and piles of paper that grow each day!
I think my job is really swell,
there’s nothing else I love so well.

I love to work among my peers,
I love their leers, and jeers, and sneers.
I love my computer and its software;
I hug it often though it won’t care.
I love each program and every file.
I’d love them more if they worked a while.

I’m happy to be here. I am. I am.
I’m the happiest slave of the Firm, I am.
I love this work, I love these chores.
I love the meetings with deadly bores.
I love my job – I’ll say it again -
I even love those friendly men.

Those friendly men who’ve come today,
In clean white coats to take me away!!!!!

Posted in .. |

tak z biegu?

no tak. tak z biegu, bo jak inaczej mozna pisać teksty na bloga. zacząlem sie opstatnio zastanawiać i ważyć słowa. bo jak statystki mowią (nie kłamią ponoć) coraz więcej ludkow tu zagląda (pozdrawiam was ludki). lecz niektorych rzeczy nie moge pisać. nie jestem aż tak schizowym eksibicjonistą. zacząlem więc zastanawiać się nad sensem tej pisaniny. pisać nigdy nie umialem , troche sie nauczyłem ostatnio. ale moj styl bardzo kulawy. zawsze dostawałem mentalny wpierdol od pani gąsiorowskiej z polskiego (LO) , ktora uwazala ze będę rowy kopać i że jestem zwierzę (o co jej tu chodizło nie wiem). zawsze miałem mierne i szmaty , lub 3 czasem. bo przeciez nie można było niczego inaczej intrepretowac niz pani z polaka. hehe… truidno. jest teraz jak jest, opna chyba nadal sie męczy w LO. i pozdrawiam ją. za te lektury ktorych nigdy nie przeczytalm (pan tadek, chłopy, judym jakiś i szkliste domy czy coś takiego) – wolałem czytać Orwella, Kapuścińskiego czy Bułhakowa niż te grafożeromskomanśkie “lektury”. yo

Posted in .. |

spać

jak w temacie. jest późno. włóczę sie po mieszkaniu. zrobiłem nowy design do bart.onephoto.net. dzis w samo południe będzie hulać. słucham erykah badu nowej płytki i odpadam. ona rządzi. po prostu. ide lulu. ale wcześniej jak zwykle lektura wprost i polityki. jak sobie nie poczytam lub bezsensu nie pogapię się w TV to nie potrafię zasnąć – nowa choroba cywilizacyjna. też tak macie?

Posted in .. |

fotki nowe

w sobote, w nocy, u mnie w chacie, spawaliśmy, i wyszly fotki ;) pozdrowka dla Izy i Ani. yo.

tutaj:::ania la mota

Posted in .. |

dzień za dniem

prawdę mówiąc nie wiele się dzieje. ale jak zwykle wieczor zasiadam przed kompem i próbuję sklecić jakąś historię. i nigdy mi sie nie udaje napisac nic ciekawego bo spotykam sie ze starymi znajomymi na ICQ i zasuwam.. monika (jest w stanach teraz), bedur siedzi we wrocku, maras tez, adomas rowniez, marcin w. kanada, magdala jest w poznaniu, jest jeszcze maddy we wloszech… i jeszcze pare osob- tych znam osobiscie (starzy przyjaciele lub mniej starzy). nie wierzę w rzeczy ze interenet oddala od siebie ludzi etc. to bzdury . dzieki niemu poznalem mnostwo ciekawych osob… i nadal poznaje….

blablavblablablablablablablablavblablablabla

no i nic nie napisalem ciekawego…

Posted in .. |

wizyta na glinach

wracając do poprzedniej sprawy….
poszedłem w końcu na gliny… bo moglo sie przeciez okazać ze kogoś aresztowali tej nocy i moje fanty sie znalazły. Wchodzę na znajomy już mi komisarjat policji. I wytłuszczam łysemu gliniarzowi sprawę. Ze wybili szybę, ze ukradli kurtki i panel i ze coś tam. nawijam i mowie o ktorej godzinie i kiedy. Niebieski patrzy na mnie jakbym był przestępcą i zaczyna wertować książkę.
- too,. kiedy to było, że pan rzekł? 14 w czwartek?
- nie, 11 w czwartek
- aha, to jaki samochód panu ukradli?
- przecież mówie że nie ukradli mi żadnego samochodu, powtarzam ze wybili szybę i zapinkolili pare rzeczy. i chciałbym sie dowiedziec czy przepadkiem czegoś tu u was nie ma. bo slyszalem ze kogos tej nocy aresztowali po Remontem.
- nic takiego tu nie mam. do widzenia
- taaa… do więzienia

no pięknie…. jak ja lubie takie rozmowy .

Posted in .. |

flaco

spanie do 15 jest calkiem fajne, ale potem czujesz sie czlowieku jak flak. czas sie zabrac z basen , siłownię i jogę – bo coś czuję ze zaczyna być kiepsko. z mocnym postanowieniem od jutra się biorę.

Posted in .. |

the king of the air

nooo… ten koleś naprawdę lata… mówie o Małyszu. jużkiedyś pisalem ze ma puste kości – jak ptaki

Posted in .. |

miłość zdjęcia

zeskanowałem i wrzuciłem… dawajcie komentarze co wam sie podoba lub nie :)

PS>
no i jeszcze relacja z koncertu na yass.art.pl
tutaj:::miłość zdjęcia

Posted in .. |

miłość gra kaosmicznie a ja tracę drugą w przeciągu tygodnia szybę

miłość zabiła wszystkich w remoncie…. czad… trzaska, tymon, brylewski, milo kurtis, glenn glenski etc. pieknie było. jeszcze dziś zdjęcia.

a po koncercie?
uderzamy z minimalem do samochodu a tam szyba rozpierdolona. juz druga w tym tygodniu i znow 350 zeta idzie sie jebać. Ukradli panel od radia – glęboko schowany. Ich celem byl sam odtwarzacz plyt ktorego nie wyjeli. Nie udalo sie chujom. Natomiast bezlwzględnie zawłaszczyli sobie nasze ubrania – puchówki. I teraz bart bedzie chodził bez ubrania. Kasy na koncie nie ma. czystki. trza bedzie debetować kartę.

wiecie co? to miasto jest chore. chora sytuacja. od jakiegoś czasu coraz gorzej jest. Niedość że jest szaroburo to pewni ludzie starają się jeszcze bardziej popierdolić życie.

lecz co sie łamać. będzie dobrze. a te chujki wcześniej czy później będą cwelami w więzieniu. czego im z całego serca życzę. i nie pozdrawiam.

tutaj:::pierwszy włam do samochodu

Posted in .. |

miłość

szkoda, że pisze o miłości – ale tylko o zespole MIŁOŚĆ.
zaraz koncert. tym razem specjalny. tak wyszło. perkusista Olter nie wytrzymał życia. NO przeszedł na drugą stronę.

Wiec sie zapowiada ze bedzie to poświecone własnie jemu.

Jutro zdięcia. minimal pisze text.

Posted in .. |

is it getting better?

wydaje mi się coś tak właśnie, iż lepiej zaczyna być. odzyskałem dawne poczucie humoru. nie wiem czym to jest spowodowane, ale uspokajam tych co myśleli ze już się z doła nie wydźwignę. zaczyna być lepiej. is it getting better?
———-
w końcu odwiedziłem panią fryzjerkę. zasiadam na fotelu a ta patrzy na mnie i pyta: tak jak zawsze?
hm.. skąd ona u licha wie jak jest zawsze. przecież była to dopiero 3cia wizyta w tym zakładzie fryzjerkim.
Popatrzyłem jej prosto w oczy (było trudno by miała zezika – ale całkiem całkiem ogólnie – typ dziewczyna dresiarza raczej – czego sie można spodziewać na pradze północ). hm.. nie dziś będzie na zero – odpowiedziałem.
Ta przerażona zapytała z manierą podchwyconą u Hiuberta Urbańskiego z Milionerów – czy aby pewnien jestem…

——-

siedze teraz i mam 3 mm. włosów. fajnie.
——-

Posted in .. |

wapark, straz miejska i parkowanie w warszawie

temat jest równie rozległy jak ocean spokojny. i równie niespokojny jak ocean spokojny. codziennie walcze o wolne miejsce aby zaparkowac* (oczywiscie za darmo – bo jest u mnie takie miejsce pod praca , gdzie za darmo można ponoć – ale nie zawsze jest to pewne). WAPARK* podnosi ceny za parkowanie. Straz miejska* jest nieugięta i wlepia mandaty i punkty karne. Jak na dziś jestem 5 razy notowany w bazie danych strazy miejskiej. No i ponoc mam sie teraz sie zglosic do Waparku aby zaplacic mandat (do 500 zeta za jeden = 2500) i zebrac pare punktów karnych. Poza tym grozi mi takze obroza na kolo.
Kurde. Pozbywam sie samochodu, przenosze sie do innego miasta, gdzies na poludnie europy lub do amsterdamu. Bede jezdzil rowerem i bede to mial w dupie. albo na hulajnodze.

słownik:

- parkowanie w warszawie: czynnosc wymagajaca rozumu Einsteina i szympansiej zręczności
- WAPARK: firma która kradnie nasze pieniadze
- Straz miejska: bezmozgi i łapówkarze tępo wykonujace polecenia z góry.

Posted in .. |

komentarze

znów powróciły więc sie można wyżywać na mojej osobie.

Posted in .. |

słonca

obudziłem się właśnie . kurde. miałem dziś uderzyć do minimala i laski_the_one. A ja tylko sie na 3 minuty polożyłem spać. 3 minuty. Jest taka asrana w jodze: savasana zwana tez przez coniektórych mrtasana. Sava lub mrta oznacza slowo: TRUP. Leżysz na ziemi złączone pięty, ciało rozluznione, ręce z boku. jedyne co masz roibć to oddychać, ale nie zasnąć. nie wiem , ale mi sie to nie udaje. dziś znow to praktykowalem. i znow zasnąłem. jak TRUP. ponoć ta asana uwalnia cale zmeczenie. taaa. na pewno.
Poza tym brakuje mi słońca. Siedzę i słucham sobie Red Hot Chili Peppers – siedzą sobie kolesie , Caalifornia, plaża , zmierzch, ogień, surfing, etc. ja też tak chcem. PLiz GAd tejk mi der !
Dzis wracając z pracy aż zaszedłem do solraium na dole – gdzie ponoć jest sztuczne słońce – 20 zeta xza 15 minut – powiedziala laska (wiek 28-33) w spodniach z węzowej skóry (które z całą pewnościa są synonimem wiary w wolnośc jednostki ludzkiej i inne tam). Ta lola od solarium ma chlopaka dresiarza, ktory codziennie podjezdza inną beemką, a solarium sluzy mu pewnie za pralnie pieniedzy.

koncze. sorry monika i minimal za niedojechanie. wybaczta mi, ale ta asana mnie calkiem rozlozyla.
pozdrawiam

Posted in .. |

moj blog ponoć jest własnie taki

mrok totalny. zmrok frontalny.
tlok vertykalny, smog industrialny.
klok metrykalny, amok szpitalny.

- napisal adomas

Posted in .. |

żyzn

… mimo wszystko życie jest piękne. tak sobie pomyślałem. wystarczy oglądać je jak film. dla niektorych pewnie jest opera mydlana, dla innych Zlotopolscy w miksie z Klanem. Dla mnie jeszcze nie wiem. Nie wiem jakim filmem jest mój żywot.
może się dowiem. kiedyś.

Posted in .. |

jak italiańcy uczą się angielskiego

oto rezultaty

Posted in .. |

nowe foty

z soboty i tamtego tygodnia.. lukajta

Posted in .. |

kolejna moja fotka na onephoto

lukajta i oceniajta , wlasnie wysłalem fotkę

Posted in .. |

szarość

znów szarość mnie otacza, spałem 13 godzin. nie odbierałem telefonów. miałem wszystko gdzieś. dziesiątki dziwnych snów, nawet się z sobą nie przeplatających. dziwne jest to że zaczynam mieć kolorowe sny. kiedyś to byla sepia lub cz-b. a teraz ful plastik fantastik kodak i agfa hdc w jednym.
i chyba jest to związane z szarą rzeczywistościa. może mój mózg sobie to rekompensuje? moze dlatego robie cz-b zdjcia caly czas. a sny mam kolorowe?

Posted in .. |

nowy dizajn, jak widać

trochę posiedziałem dziś i oto nowy design… hm.. ja jestem jednak cieniarz. chyba już nigdy nie uda mi się wyczarować z dreamweavera i photoshopa jakiś cudeniek… trudno.

Posted in .. |

jazda

nie ma to jak jazda podczas której wydaje się ze każdy kęs banana zapiekanego w cieście jest wielkości mojej głowy. no comments. KLUKU – były niezły zjazd. pzdrwm.
———
Magdala – dzięki za wizytę :))) Pozdrawiam serdecznie. Już Ci kiedyś coś napisałem.
—–
Ostatnio nic nie robie tylko pozdrawiam. Nawet nic nie piszę interesującego. zastanawiam się nad wyrzuceniem przez okno telewizora. Juz prawie dzis to zrobiłem. Pięknie by sie rozbryzgał o beton. Ekstazza.
———

Posted in .. |

hare kryszna

adomas pisze o hare kryszna . polecam, aczkolwiek to dopiero pocztatek opowiesci

Posted in .. |

bart w rzepie

no tak… ponoć jutro będzie o mnie w dodatku turystycznym rzeczy pospolitej kupujta i lukajta. kurde – ciekawe co napiszą. mam nadzieje ze nie jakieś oszczerstwa ;)

—-
małysz ma puste kości. koleś jest największym konikiem polnoskoczniowym jakiego widziałem. no i jak przystało na prawdziwego polaka ma wąs. heeheh. Jump it

Posted in .. |

moje zdjęcie na okładce płyty

kokakol wydał płytę. niewiele tych cd. nakład tylko 30 sztuk. ale zawsze. a najlepsze jest oczywiscie zdjęcie na okładce. hehe. bo muzyki nie słyszałem. tzn. kokakola słyszałem – nawet na żywo. ale nie płyty. ciekawe które miejsce na liście billboardu lub przynjamniej w trójce będzie?

Posted in .. |

nowy blog bedura

bedur nie spodziwając sie, dostał w prezencie od netgate domenkę, adomas zrobił mu bloga, a ja design. W końcu może coś napisze, bo www.blogger.com cieńko mu służył. Zapodawaj stary , dawaj. Powodzenia :)))
———-
nie upadaj na duchu wiolka, nie warto. trzymaj się i nie śpij za dużo. :))
———-
koniec tygodnia sie zbliża. może w końcu dziś znajdę czas aby zrobić porządek w chacie, poukładać książki, płyty i dziesiątki negatywów.
——–

Posted in .. |

kotekpierdotek

narysowalem kotka

Posted in .. |

dyskusja na xiędze gości

no ladna paranoja w mojej xiędze… ehh…

tutaj:::xięga

Posted in .. |

włam

Gdybym tylko wyszedł z pracy o 17:50…. ale tak się nie stało. I znów przypadek moim życiem rządzi. Z biura wyszedłem 10 minut później. Idę do samochodu, lecz z daleka już widzę grupę ludzi. Koło mojego peżota stoi samochód na prywatnych numerach. 5 kolesiów w skórach, wygolonych i w dresach. Kurde, o co chodzi. Lecz za chwilę już wiem. Szyba wybita. Ze złością kopię w czerwoną karoserję nie zwracając uwagi na osobników.
Proszę pana – mowi jeden z “dresiarzy” – proszę niczego nie dotykać. Jesteśmy z policji i właśnie złapaliśmy złodzieja.
Okazało się, że złoczyńca już siedział już w tajniackim samochodzie. Policjanci nieźle sie zakamuflowali, kurde, jestem z nich dumny. Tak sie zdarzyło, że przyuważyli młodzieńaszka rozwalającego szybę samochodu kamieniem.
Proszę jechać za nami – jedziemy do komisariatu Śródmiescie, tam wszystko załatwimy – odezwał się mały w skórze i przez burknął coś do krótkofalówki.
Otworzyłem drzwi, ręką wybiłem resztę szyby i po 5 minutach postawiłem cara na policyjnym parkingu.
Złodziej miał jakieś 18 lat, brudną twarz, zapewne próbował uciekać i glinarze powalili go na ziemię. Czekając na dalszy obrót sprawy obdzwoniłem znajomych. Tym samym zdobyłem numer do Żółtego Telefonu. Tam poniformowano mnie gdzie można sobie wstawić szybkę 24/7 (dla tych co nie wiedzą – 24 godziny na dobe, siedem dni w tygodniu).
W poczekalni 2 automaty z colą, barek etc. Widać, że mają tu wielu klientów. Tych złych i tych dobrych. W ciągu 10 inut około 10 osób zgłosilo jakąs sprawę: starsza kobieta kradzież komórki, 2 i facet kradzież samochodów, 1 kobieta kradzież radia, 3 młodych obcokrajowców (2 dziewczyny i chłopak, dziewczyny były z Fhacji – poznałem po zabójczej angielszczyźnie), którzy zgłosili coś tam.
Fakty: 24000 spraw w tym 3/4 włam do samochodu (to liczby z komisariatu śródmieście za rok 2000). Jest szansa ze pierwszy rok nowego tysiącleca będzie równie urodzajny.
Potem 2 godziny pisania protkolu przez znudzonego grubasa w cywilu. Śledczy d/s kradzieży i włamań do samochodów. O 21 mialem zamowione wkładanie szybki. Razem 320 zeta. Do PZU nie ma co – bo stracę składkę za ten rok. Panel od radia został do dyspozycji prokuratora – jako dowód zbrodni. Ponoć złodziej może i 3 miesiące posiedzieć. Ale raczej będzie inaczej. A panel zwrócą mi w ciągu miesiąca. P a r a n o j a.
Cóż – wstawiłem szybę. Kasa poszła się chrzanić. Teraz jeszcze będę musiał załatwiać kupę spraw.
Do tego dochodzi podwyżka cen za parkowanie. Brak dróg, korki, ceny beznyny, stres i chuj wie co jeszcze. Aha no i złodzieje co się czasem dają łapać ale puszczają oko do ciebie… i słyszę jak mówią “I`ll be back”.

La vida e bella.

Posted in .. |

text o ruchu kołowym i przepisach w polsce

STM sie postarał i napisał text

Posted in .. |

spokój

spokojnie, bez kaca, zawodu, normmalnie, jak dzień każdy, długi sen i tak się zaczał nowy rok a z nim nowe tysiaclecie…. spokojnie

Posted in .. |