Zanzibar | 2009-01-07
Przegladam, ogladam, wyrzucam, wklejam, zbieram, skanuje. Wlasciwie to powinienem pokazac koncowy efekt - ale czemu nie...














Pod Bazyle±. | 2008-12-18

Harar | 2008-12-08
Zupelnie inny "vibe" niz polnoc kraju. Wschodnia Etiopia - blisko do granicy z Dzibuti i Somalia. Inny klimat, ludzie, architektura. "Wszyscy" zuja chat, coraz wiecej wielbladow i ludzi pustyni.
Przeskoczylem z Mekele do Addis, pare godzin na lotnisku, godzinka lotu do Dire Dawa, taxi na dworzec i w koncu busik do Hararu.
Rano znow akcja z przewodnikiem, ktory na mnie czeka w recepcji hotelu. Znow czuje sie jak "amerykanski turysta" czy tez "niemiecki emeryt" no ale coz - ten czlowiek akurat sie przydaje. Informuje mnie o zwierzecym markecie w Babille. Wskakujemy w autobus do Dzidzigi (stolicy prowincji Somali). W autobusie spotykam Marcela z Montrealu, ktory od lat wlasciwie robi to samo co ja - zdjecia, podroze, pilotowanie grup, filmy, dzialanosc edukacyjna. Choc ma 40 lat, wyglada na 10 mlodziej - kursowanie pomiedzy Afryka, Ameryka i Azja dobrze mu robi - zdazyl tez zalozyc rodzine w miedzyczasie - ma zone z ludu Mon ( z Tajlandii) i coreczke. Jakos w kupe wszystko ogarnia.
Ludzie na markecie przyjazni i wyluzowani. Nie robia problemow ze dwoch faranadzi robi zdjecia. Sami sa nas ciekawi. Setki wielbladow, koz, krow, wolow, owiec. Ludzie z Dzibuti, Somali, lud Afar, Oromo, Harari. Dzieje sie i to mocno. 6 godzin robienia zdjec wystarczy. Wracamy do Babille.
Dzis jeszcze spie poza murami starego miasta - z balkonu ogladam chaotyczny market. Ludzkie szalenstwo. Przed chwila ciezarowka przejezdza kobiete sprzedajaca chat na ulicy. Histeria i obled. Policja, rekoczyny, wrzask.
Chat to wielki problem w krajach Afrykanskiego Rogu. To nie heroina czy koks, ale i tak uzaleznia. Dziesiatki ludzi leza pod murami z wielkimi torbami wypchanymi chwastem, zujac zielone liscie, wyciagaja reke w blagalnym gescie aby cos im rzucic. Nie pracuja, nie mysla, sa na haju - kwiaty raju im w tym wystarczajaco pomagaja aby mogli nic nierobic.
Jedna z "atrakcji turystycznych" jest karmienie hien. Ludzie z Hararu zyja od lat w swoistej symbiozie z hienami, ktore nie nabraly smaku na ludzkie miesa. Walesaja sie na smietnikach licza na padline ktora podrzucaja im zaprzyjaznieni mieszkancy miasta. Ten zwyczaj przerodzil sie w atrakcje turystyczna. Turysci placa za mieso i maja mozliwosc obserwowania tego szalonego spektaklu.
Wbijamy sie tuktukiem o 19 poza bramu starego miasta. Tuktuka ustawiamy tak aby snopami swiatel z reflektorow oswietlal widowisko. 15 hien skomli, chichocze, miauczy skrada sie na krotszych tylnich nogach, swiecac ogromnymi oczami osadzonymi w poczciwych przemilusich ryjkach.
Zdjecia zdjecia. W pewnym momencie hyena-man proponuje abym sam podjal sie karmienia bestii. W lewa reke biore kawalek miecha na patyku. Blyskawicznie porwane jest przez jedna z hien. Potem biore patyk w usta nakladam mieso - ogromny leb hieny zbliza sie na 5 centrymetrow od moich ust i wyrywa padline.
Na sam koniec etiopskiej podrozy doskonale odnalazlem sie w Hararze. Zachwycajaca platanina, alejek, uliczek, przejsc. Labirynt 368 pasazy w ktorym jednak nie sposob sie zgubic. Zawsze dojedziesz do jednej z bram. Nie przeszkadzaja mi naganiacze, samozwancy - przewodnicy, dzieciaki krzyczace "faranadzooooo!". Ja na to krzycze "ethiopiaaaannn!!" na "you you you" odpowiadam "ante, anchee, nante!!!"
Mekele i Wukro | 2008-12-07
Pierwsze miasto gdzie nie przesladuja czlowieka. Mozna spokojnie chodzic po ulicach a miasto przyjemne. Sniadanie w postaci platkow kukurydzianych na goracym mleku. Wkrajam banana. Kawa i sok. Na wielkim TV ogladam newsy ze swiata - Mumbai, bomby, cholera w Zimbabwe, krach, Obama z usmiechem na twarzy ale i zatroskanym czolem przemawia do ludzi - wyglada na to ze wszyscy jedziemy na tym samym wozku - w dol i dol.
Wukro to dziura ale sympatyczna. Lokalny autobus przywiozl mnie tu z Mekele. To tylko godzina drogi. Postanawiam spedzic tu noc. Luwam Hotel - bez robali i tani. Zostawiam pare zbednych rzeczy - zabieram tylko wode, orzeszki, banany i aparaty z filmami. Trzeba poszukac transportu do Megab. Akurat wypadla niedziela wiec nie bylo to takie latwe.
Na odcinku pomiedzy Wukro a Megab mozna naliczyc okolo 120 kosciolow. Roznia sie one od tych w Lalibeli ze zostaly zbudowane w gorach, w jaskiniach, na skalistych wystepach, ukryte w przepastynych dolinach, schowane przed oczyma tych co mogliby miec zle zamiary. Bez wynajetego samochodu mozna spedzic cale dni szukajac tych kosciolow. Jako ze nie jestem zbyt religijny mam jeden cel - Abune Yemata.
Wyszedlem za miasto, na droge prowadzaca do Megab. Siedzialem pod drzewem dwie godziny. Nic z tego. Zero okazji. Wrocilem wiec na dworzec autobusowy aby wynajac busika. Ciezkie targowanie - jak zwykle z 80 dolarow za dzien zszedlem do 50. Po drodze kupujemy wode i chat - kierowca musi miec liscie do zucia. Ja po raz pierwszy probuje tego narkotyku - ktory w Etiopii jest legalny i oprocz kawy jest jednym z glownych produktow exportowych (glownie do Dzibuti i Somalii). Zuje cala droge ale nic nie odczuwam - lipa w porownaniu z liscmi koki. Lapiemy gume ze dwa razy, podroz ciagnie sie i ciagnie - ale widoki przegenialne. Zabieramy kolejnych tubylcow i rozwozimy ich po wioskach az w koncu dojezdzamy do Megab.
Tam wraz z przewodnikiem (znow to samo - bez przewodnika moglbym sie przeciez zgubic, zginac, spasc ze skaly, utopic sie w wyschietym korycie rzeki) ruszamy w 4 kilometrowy spacer az pod kilkusetmetrowa gore przypominajaca te z Monument Valley w USA. Wspinaczka pod gorke az stajemy przed pionowa skala. Przewodnik wskazuje mi wyzlobione, ledwo widoczne uchwyty na stopy i dlonie. No to ladnie. Poczatek jest zdecydowanie trudny, bo nielatwo znalezc odpowiedny uchwyt. 100 metrow do gory. W koncu udaje mi sie dowlec do kosciola, ktory zostal umiejscowiony w niewielkiej jaskini. Swiat tonie w pomaranczach i czerwieniach. Slonce odbija sie od skal - widok genialny. Ale trzeba juz wracac - bo zaraz zajdzie slonce.
Kierowca busa jest cieciem nie z tej ziemi. Okazalo sie ze jego umiejetnosci jazdy sa zadne. Zakopuje sie w piachu ze trzy razy, zachodzi zmrok, ten rzuca przeklenstwa i zuje chat. Gdy nadchodzi zmrok kierowca dostaje malpiego rozumu, chce jak najszybciej dojechac do Wukro. Boi sie widocznie jezdzic w ciemnosciach. Upewniam sie ze ma swiatla. Ma - ale opony sa zupelnie lyse. A ten pedzi w tumanach kurzu. Na jednej z serpentyn nie wyrabia i bokiem zaczynamy sie zsuwac w kierunku przepasci. Zatrzymujemy sie na pol metra od krawedzi. Jakos w koncu dojezdzamy do Wukru. Wypijam piwo i ide spac totalnie wyczerpany...
W drodze z Lalibeli do Mekele. | 2008-12-07
Autobus z Lalibeli do Woldi. Szyba jest zapackana blotem i opieczetowana naklejkami z podobiznami Marleya, Haile Sellasje i Matki Boskiej. Wschodzace slonce ledwo przebija sie przez szklo. Mam miejsce z przodu kolo kierowcy - dobre aby robic czasem zdjecia. Kurz i pyl. Ja budze sie i zasypiam - kolejne wioski sa jak urywki z dobrego przygodowego filmu. Po pieciu godzinach jazdy po wertepach wysiadam w Woldi. Klasyczne opedzanie sie od natretow na stacji dworca. Ide dobry kilometr do rozwidlenia drog. Jezdnia jest w remoncie. Chinscy inzynierowie w koszulkach polo wciagnietych w spodnie podciagniete pod same cyce, w okularach slonecznych z nieodlacznym papierosem nadzoruja etiopskich robotnikow. Chiny Ludowe buduja w Afryce. Taki obrazek mozna zobaczyc w wielu krajach kontynentu. Przy stacji Shella lapie okazje - do Mekele jade jako pasazer ogromnego tira. Moj kierowca Gebre jest z Debre Berhan (100 km na pln-sch od Addis). Czestuje mnie pomaranczami, potem zatrzymujemy sie jeszcze na obiad. Wspolna indzera za 9 birow. Wioski, stada baranow, dzieciaki machajace w naszym kierunku, na przemian asfalt z dziurawa kamienista jezdnia. Z gorki i pod gorke. Na godzine przed Mekele lapiemy gume. Znow przystanek. Kawa, podgladanie lokalnego zycia, ktore toczy sie wzdluz drogi. No i w koncu Mekele.
Lalibela | 2008-12-06
Ta nazwa od dawna chodzila mi po glowie. Nie pamietam kiedy po raz pierwszy przeczytalem o tym miejscu. Czy to stare numery National Geo czy tez Heban. Ale pewnie bylo to wczesniej. Mniejsza z tym.
11 kosciolow wykutych w skale od lat przyciagaja historykow, badaczy, podroznikow, pielgrzymow z calego swiata.Taka mala Jerozolima. Miejsce swiete dla etiopskich chrzescian - magiczne i frapujace i pewnie zostanie zadeptane przez turystow.
Zanim wylecialem z Bahir Dar odwiedzilem apteke aby cos na katar i gardelko kupic. No pan aptekarz sprzedal mi lek na alergie czy cos takiego. Myslalem ze zejde po nim. Odmienne stany swiadomosci przez 24 godziny juz myslalem ze mam malarie czy w ogole umieram. Sprawdzilem rzecz u lekarza - aptekarz z Bahir Dar chcial mnie chyba ukatrupic.
Czujac sie obloznie chory tuz po przylocie zadekowalem sie w Tukol Village - ogromny pokoj, w ograglym tradycyjnym domu z czerwonego piaskowca z widokiem na okoliczne gory. Dobrze mi to miejsce zrobilo.
Nastepnego dnia umawiam sie z moim przewodnikiem o 5:30 rano. Przewodnicy w ogole sa nie potrzebni w Etiopii - ale narzucaja sie oni niemalze sila. Choc ten akurat sie przydal - moglem sie wbic na teren kosciolow o 6 rano - na dwie godziny przed otwarciem dla turystow. Chcialem uniknac spotkania z wycieczkami, ktore zjezdzaja sie busami, terenowymi toyotami oblegajac najbardziej efektowne wizualnie miejsca juz od momentu otwarcia.
Bylem wiec w stanie zrobic zdjecia podczas porannej mszy. Koscioly pelne lokalesow opatulonych w "gabi" - biala szate. Koscioly robia wrazenie - choc od paru miesiecy poludniowa i polnoca grupa kosciolow (granica jest rzeka Jordan) przykryte sa konstrukcjami z betonu i stali.
"Kosioly przetrwaly 900 lat i musza kolejne 900" - rzuca Abraham, moj przewodnik.
Pytam czy widzial "Piaty element" - ten nie wie o co chodzi. Ale wlasnie takie wrazenie wywieraja na mnie te konstrukcje - jakby nad starozytnimi budowlami wyladowaly ogromne statki obcej cywilizacji.
Labirynt przejsc, uliczek, tuneli, zakamarki, jaskinie, koscioly – zanurzam sie w ten swiat na caly dzien. Wracam w te same miejsca o roznych porach dnia. Najwieksze wrazenie robi kosciol Swietego Jerzego, wykuty w skale na ksztalt greckiego krzyza. Jego doskonaly ksztalt mozna podziwiac z gory albo wejsc tunelem do jego wnetrza.
Po poludniu spotykam dziadka, ma jasna skore chodz wyglada jak Etiopczyk. Wita mnie Bon Giorno , parla Italiano? - odpowiadam ze rozumiem troche i wymieniamy pare zdan. Starszy pan pochodzi z Erytrei choc jest Wlochem ma 82 lata i przyjechal do lalibeli w pielgrzymce.
Samo miasteczko jest straszna dziura. Mecza dzieciaki, ktore scigaja turystow przez caly dzien. Wieczorem gasnie swiatlo gdy siedze w jednej z malych knajpek - jem okropny ryz z warzywami slonymi na maxa. Postanawiam nie konczyc posilku i wychodzac z knajpy nie zauwazam rowu betonowego - dziury pol metrowej. Rozpierdzielam sobie lewa noga - klaycznie to samo miejsce co wczesniej w Indiach a potem w Kolumbii. Dobrze ze nic nie zlamalem. Doczlapuje do hotelu - opatrunki i gleba spac.
Spotkanie w Bahir Dar | 2008-12-03
Dojechalem do Bahir Dar. Nie moglem sie dostac samolotem z Gondaru do Lalibeli wiec zakupilem bilet z Bahir Dar, lezacym nad Jeziorem Tana. Miejsce znane przede wszystkim z monastyrow i kosciolow polozonych na wyspach i polwyspie. Mialem sobie odpuscic no ale jezeli los mnie tu rzucil to czemu nie.
Awantura na dworcu - naganiacze napadali na busa - wiec kierowca spierdalal po placyku oganiajac sie od namolnych typow. Nie wiem o co chodzilo - pewnie o pieniadze jak zwykle w Etiopii. W kazdym razie ja po prostu wysiadlem i rura na zewnatrz placyku, rzucajac pare postrych slow do "brzeczacych owadow - pasozytow". Dorwalem tuktuka i do hotelu.
Zasiadlem, zamowilem St George Beer i uslyszalem jezyk polski ze stolika obok. Nie namyslajac sie dluzej podszedlem do panstwa z Polski. Nie wygladali na backpackerow, anie na grupe turystow. Zagadalem, dzien dobry dobry wieczor, witam. Po wymianie zdan, skad i dokad etc czlowiek z dluzszym wlosem, plastrem na czole i torba ze sprzetem wideo lezaca przy krzesle spojrzal na mnie jakos tak intensywnie
- Bartek? Bartek Pogoda?
Zrobilem wielkie oczy i przytaknalem.
- Czesc Jestem Bogdan Lecznar, tato Agnieszki Lecznar :)
Spotkanie niesamowite. Maly swiat zaiste. Przysiadlem sie do stolika i rozmowa poplynela. Ekipa to naukowcy zajmujacy sie problemem nawadniania i irygacji. Generalnie chodzilo o rozwiazanie problemow jakie nawiedzaja Etiopie. Profesor, asystenci i Pan Lecznar, ojciec Agi - jako filmowiec.
Na drugi dzien ogarnelismy razem ladna wycieczke po jeziorze i klasztorach. No ale o tym innym razem.
PS.
jestem do tylu z wpisywaniem tych notek, bo wlasnie siedze na lotnisku w Addis i lece do Dire Dawa a stamatd do Harraru.
Gory Simien | 2008-12-01
Ponoc to jedne z najpiekniejszych pasm gorskich w calej Afryce. Wlasciwie sam 10 dniowy trekking moglby byc dobrym powodem aby przyjechac do Etiopii. W Gondarze zalatwiam transport do Debarku – gdzie miesci sie kwatera glowna parku narodowego. Pomimo ze udaje sie tylko na dwa dni wraz ze mna jedzie przewodnik, skaut (lokales ze staroswiecka flinta, w wielkiej welnianej czapie), kucharz + pomocnicy, kierowca i jego nieletni pomocnik. Nie lubie takich rzeczy – czuje sie jak angielski turysta w XIX wieku przemierzajacy Afryke z cala karawana. No ale takie sa reguly w parku narodowym .
Dziele koszty samochodu z laska z Danii i Tino ze wschodnich Niemiec. Oni startuja w 10 dniowy trek z Debark a ja tylko dwa dni i zaczynam w polowie drogi pomiedzy Debark a Sankanber
Znajduje kolejne osoby do podzielenia kosztow samochodu - Bridget i Bena (tez na dwa dni i wracaja ze mna do Gondaru). Wiec masakryczny koszt 240 dolarow za samochod terenowy sie zmniejsza.
Jezu znow chce opisywac jak to "droga sie wila i slonce pieknie swiecilo" ale to bedzie na zdjeciach. Nie ma co sie bawic w romantyka - grafomana.
W kazdym razie - dobry trip. Dawno juz na treka nie uderzalem. Poza tym spanie w namiocie, kolacja na ognisku - normalnie jak na Mazurach czy w Bieszczadach ;)
Trasa latwizna, choc na 4000 metrow. Dopiero jak stromizna sie zaczyna to czuc brak tlenu i mojej formy. Serce prawie wyskakuje i rozbija sie na drobne kawaleczki 800 metrow ponizej. Widoki przegenialne, szczegolnie drugiego dnia o 6 rano. Mysle ze dwa dni to za malo. Przynajmniej 4-5 aby poczuc klimat. Po drodze mijamy stada pawianow - normalnie jakbym przegladal sie w lustrze...
W nocy mialem sen jak z dokumentu Contacts. Widzialem dokladnie kazdy negatyw kazda klatke , bardzo wyraznie - wszystkie zdjecia ktore zrobilem na wyjezdzie - pomimo ze jeszcze nie wywolalem klisz. Dziwna akcja....
Gondar. | 2008-11-29
Ze snu wyrwalo mnie twarde ladowanie na lonisku oddalonym o 20 km od Gonderu. Poranne slonce milo grzalo. Gory ktore wyrastaly na horyzoncie osnuwala delikatna mgielka. Poza tym ani jednej chmurki na niebie. Powietrze czyste i rzeskie. Wyszedlem w poszukiwaniu kogos aby podzielic koszty transportu. Dlugo nie szukalem. Zaraz po mnie wyszly dwie Hiszpanki – trajkoczac cos wpadly na mnie gdy przepakowywalem plecak. Hola, hola – Trinty i Maite – jedziemy razem do Belegez Pension.
Zatyczki do uszu, opaska na oczy. Odpadam na ladnych pare godzin.
Po przebudzeniu nie wiedzialem gdzie jestem. Zajelo mi to pare chwil aby zdac sobie sprawe z nowej lokalizacji. Wylazlem z nory.
Gondar - nic specjalnego – miasteczko jest przede wszystkim baza wypadowa w gory Simien. W centrum miasta wznosi sie ufortyfikowany komplek palacow – siedziba Fasiladasa – cesarza Etiopii, ktory ustanowil w Gonder stolice swojego imperium w 1636 roku. Straszna nuda – ale moze warto zobaczyc – w koncu w Afryce takich miejsc jest niewiele.
“You, you, you” “You, you, you” – powtarzane bez konca, slysze na kazym kroku. Molestowanie w stylu hinduskim – zaczepki i zaczepki. Tak naprawde nalezy to po prostu zlac i zupelnie zignorowac. Turysta = kasa. Albo cukierek czy dlugopis. Nalezy dorwac bialasa, omamic, stlamsic, osaczyc i wydoic. Tak to jest na turystycznym szlaku. Wystarczy miec troche wiecej czasu i zjechac z marszruty Lonely Planet aby spotkac zajebistych, bezinteresownych ludzi.
Biegam z aparatem. Mysle ze dobrym posunieciem bylo zabranie malej lajki z 35mm obiektywem. Wisi sobie z boku, nie rzuca sie w oczy. Szybko sie nia ustawia co trzeba - wlasciwie point and shoot – jezeli sie dobrze pozna aparat. Chodze i strzelam – choc nie jest latwo. Najlepiej sie nie pytac – choc to oczywiscie wbrew zasadom “dobrego turysty” z zachodu. Ja jestem zlym turysta. Widze moment robie zdjecie i w nogi. Aparat jest cichy i dyskretny. Tak naprawde przede wszystkim lokalesi widza bialasa z dziwnymi wlosami, zoltymi od slonca i z 4 tygodniowa broda. A aparat w drugiej kolejnosci.
Lotnisko. Addis Ababa. | 2008-11-29
Wciaz czulem w zaladku resztki lokalnego bimbru jakim zostalem uraczony poprzedniego wieczoru. Siedzialem niewyspany na lotnisku i z braku innego zajecia skrobalem w notesie.
W nocy nie spalem. O 4 rano mialem zamowiona taksowke na lotnisko. Nie moglem zasnac. Czesto to mam – wiem ze rano musze na lotnisko czy na dworzec a tu trzeba jeszcze ogarnac pare rzeczy. Czlowiek nakrecony myslami i koniec koncow nie moze zasnac w ogole. Poza tym 100 metrow od hotelu do poznych godzin rozbrzmiewaly dzwieki disco.
Taksowkarz juz na mnie czekal. Znow stara lada. Taksiarz – charczacy dziadek, owiniety kocem, gnal szerokimi i pustymi ulicami Addis Ababy – otwierajac na co drugim rondzie drzwi – aby splunac siarczyscie.
Przed lotniskiem zatrzymano nas – rewizja. Wychodzic- rece do gory – a potem nastepowalo macanie w poszukiwaniu bomb i pistoletow.
Rano wszystko sie strasznie wlecze. Na lotnisku kolejna kontrola. A potem jeszcze jedna przed samym boardingiem. Zawsze tak jest ale w Europie jakos to szybciej idzie. Etiopczycy nic nie robia sobie z wykrywaczy metalu. Doslownie co drugi spedza 5 minut na przechodzeniu i cofaniu sie przez bramke. A to pasek, a to cos metalowego na szyi. A no tak zapomnial o butach. Wisiorki, kurtki, zegarki, drobne w kieszeni, zapalniczka. Trwa to dobra godzine zanim przejde.
|